Część druga
Jeszcze łuna pożaru tliła się na niebie, gdy Jelsky wychodził na ulicę. Długie wycia i skomlenia świstawek fabrycznych zwiastowały ciemnym przedmieściom świt. Ledwo dostrzegalna mgła zmywała kamienice i bruki niby deszcz ulewny. Ostra woń miejskiego poranku: zapach wilgoci, alkoholu i świeżego pieczywa. Śródmieście usnęło nareszcie i cisza legła na pustych ulicach. Gdzieniegdzie tylko oświetlone sutereny; wewnątrz białe, jak cienie snujące się postacie i ten ckliwy zapach ciasta i drożdży. Jelsky wypróżniłby w tej chwili kieszenie za filiżankę czarnej kawy, ale kawiarnie były już zamknięte czy też jeszcze nieotwarte. Czuł oskomę w gardle i obrzydliwą niemoc w członkach. Księżyce lamp elektrycznych ćmiły się ponad ulicą już tylko z rzadka gdzieniegdzie rdzawym, ceglastym jaśnieniem. — „Ta oszczędność magistracka! — gniewał się Jelsky. — Ludzie — filozofował wnet potem — powinni żyć i spać na przemian. To regularne zamieranie życia z tej tylko racji, że słońce zaszło, przypomina stare przesądy i jest resztką melancholii poczciwego żywota naszych dziadów”.
„Kawiarni!” — dopominało się w nim jakieś rozprzężenie wewnętrzne.
Poza olbrzymimi szybami narożnych wnętrz widniały jeno po ciemku fantastyczne rumowiska krzeseł na stolikach. I tam tlił się, gdzieś w kącie, tylko jeden płomyk gazowy, rzucając między te ruiny i na zgasłe, zmatowane lustra, tajemnicze żółte smugi. „Tiens! — Jelsky zatrzymał się bezwiednie. — W takich wnętrzach pokutować powinni samobójcy miejscy”. Popatrzał, podumał, laseczką w bruki podzwonił i poszedł dalej. — Tuż za rogiem ulicy, wparte w węgiel, zadrzemane i jakby przylepione do muru, czyhały maruderki nierządu. „Mors syphilitica” — przypomniało się skądciś Jelsky’emu i stanęły mu przed oczyma ludzkie kalectwa. — Na przedmieściach wyły bez przerwy świstawki fabryczne. Jelsky’emu zdawało się, że słyszy suchy, suchotniczy kaszel wyschłych, zapracowanych kobiet, rzucających obfite pomioty żółtych, wzdętych i rachitycznych dzieci, zalegających jak robactwo przedmiejskie zaułki.
„Kawiarni”!...
Odpiął kołnierzyk i schował go do kieszeni, nastawił natomiast kołnierz sakpalta, zsunął cylinder na czoło, wcisnął ręce do kieszeni. Rój czarnych, dokuczliwych myśli przepłaszał upartym nuceniem miłosnej piosenki:
Nietoperze ro-o-jem
Resztę krwi mej piją...
„Trzeba pisać sprawozdanie o Yvetce!”...
Ryk sygnałów fabrycznych zgłuszyły odległe, ponure grzmoty. Jelsky zmieszał melodię i zaśpiewał w takt tych łoskotów dalekich:
Et du fer pour travailler131...
„Ça ira, ira, ira132!”... — biły młoty parowe na przedmieściach.
Jelsky potknął się o coś białego. Podniósł z trotuaru wachlarz, obejrzał i powąchał go. „Lilas de perse fleuri133... Lubię!... której to z nich tak pachniały ramiona?... Zaś ona pachnie z gospodarska wodą kolońską, co przypomina bóle zębów, migreny, rekonwalescencje po cięższych wypadkach porodów... Dziwię się, jak mąż mógł to znosić!”
Słychać wreszcie pierwszego przechodnia. Zbliżają się jakieś ciężkie, brutalne kroki. Jelsky, machinalnym ruchem, chowa wachlarz za pazuchę... Nie mundur wszakże, ale ubranie cywilne, co wzbudza w Jelskym grymas niesmaku.
— Gdzie się paliło?
— Nie wiem — brzmi twardo wyniosła odpowiedź. Błysk oczu czujnych, podejrzliwych, i kroki oddalają się powoli.
„Majestat! — mruczy za nim Jelsky. — Król ciemności! Chamstwo węch ci zepsuje, nie wytropisz nic”.
Ledwo ten znikł na zakręcie, a tuż poza Jelskym, jakby spod ziemi wyrosła, zjawia się baba w ciemnej chustce i ciągnie za sobą małego wyrostka o długich, kruczych włosach. — „Signor, signor! — c’è”... — słyszy za sobą Jelsky włoską mowę i obrzydliwy porozumiewawczy syk. Odgadując zamiary, rzuca im krótkie: „va via134!” — Przypomina sobie wachlarz i rzuca go im. Matka z dzieckiem dopadają do tego kęsa jak dwa psy.
„Jak te szelmy rzeźbiarze podle opłacają swych modeli!... Także ofiary sztuki — tiens!... Chłopczyk wykuty z kamienia zdobi prawdopodobnie, jako duszyczka, mogiłę niejednego opryszka lub kokoty... Ars longa, vita brevis135...
Jelsky rozłożył ramiona i ziewnął na całą ulicę.
Cisza, pustka i senność wilgotna wokół, a jednak czuć budzący się gdzieś ruch; ucho nie słyszy, lecz odgaduje, z ciężkiej atmosfery oczekiwania wyławia jakieś westchnienia, szepty pacierza, prężenia zmęczonych członków; jak gdyby pod te ustawiczne obmierzłe świstki fabryczne rozbudziły się wreszcie i kamienie w brukach. Nagle...
Ave Maria, gratias plena136...
Ciche, pośpieszne dzwonienie, jakby skowronkowy pierwszy wzlot przed świtem. Sygnaturka rozkołysała się, drga, bije, trzepocze się jak ptak...
Ave Maria, gratias plena...
A tam na przedmieściach walą już młoty po ciemku, huczy i dudni już praca.
Jelsky zapalił cygaro, rozpiął palto, rozpiął kamizelkę, zdjął cylinder: coś tłoczy, dławi, dusi po prostu... „Przecież, u Boga, ta Borowska nie jest dziewczyną! A ja mam wrażenie, jak gdybym krzywdę dziecku”...
„Kawiarni”!...
Na krańcach miasta rzucały pierwsze pociągi w nocną mgłę długie płaczliwe skowyty.
„Pierwsza beczka!” — krzyknął jaskrawy szyld na mętnie oświetlonych drzwiach małego szynku. Jelsky, nie namyślając się, skoczył do izby ciasnej i cuchnącej jak słodowa piwnica. W brudnym świetle zakopconej lampki kilka ciężkich, fałdami szerokich bluz twardo zarysowanych sylwetek. Mgła, para czy też mętna zadymka oddalała ich zaspanym oczom Jelsky’ego w głąb daleką i bezbarwną. W pośpiechu, na stojączkę, wlewali w siebie pierwszą dawkę dziennej trucizny. Jelsky siadł za stołem, dmuchnął w pianę podsuniętego kufla, skrzywił się i kazał sobie zgotować czarnej kawy.
— Gdzie się paliło? — ziewnął niedbale.
— Składy drzewa nad kanałem... Dwóch ludzi upiekli... żonatych.
— Kto taki?
— Juścić straż... A od czego ona zresztą?... Może i tamci dwaj byli ubezpieczeni na żydowski dochód. Pożar to jest intratna rzecz. — Suchy, ochrypły i zły śmiech kilku basów, jak zgrzyt trybów w maszynach, plusk białej piany o kamienną posadzkę i ten zaduch chmielu — duszny, jadowity.
Dano wreszcie kawę i Jelsky odnalazł myśl swoją.
„Taki ja dobry, jak i Kunicki! — rozmawiał ze sobą, gryząc nerwowo ogarek cygara. — Oszczędzam zresztą jego wątłe siły nerwowe i ratuję karierę... Ty zaś mógłbyś adresować swój testament imieniem, ad personam137, a nie pisać go jako list otwarty dla ochotników... Przede wszystkim spaliłaby się gdyby nie ja — przez tę lampę. Następnie, kto by ją docucił? Kto dałby niezbędne dla rozpaczy echo? Kto otrząsnąłby z tego odrętwienia w tumanie nieszczęścia? Z tego lęku przed skupieniem myśli? Z trwogi jakby nie przed tym, co się stało, lecz, że coś podobnego stać się w ogóle może?... Ochotnik musi mieć stalowe nerwy!... A potem to zatrzepotanie się kobiece: »Pobiegnę! Wstrzymam! Uratuję!«. W czyichś oczach musiała wyczytać odpowiedź rzeczywistości: »nie wróci, nie cofnie się, wrócić nie zechce i nie może«”.
Jelsky wspominał. Gdy myśli przyniosły mu powtórzenie własnej wymowy, rozchmurzyła się nieco twarz, wyobraźnia zagrała żywiej, jędrniej, kapryśniej. Toć przemawiał jak Oktawiusz:
— „Jednakże Brutus był to dzielny mąż”. — „Ja nie przeżyję! ja żyć nie chcę!” — „Jednakże Brutus był to dzielny mąż”. — „Boże, mój Boże, co ja pocznę!” — „Jednakże Brutus był to dzielny mąż”. — „I co ja mu złego zrobiłam? Za co? Za co on mi życie zniszczył?!”... — „Jednakże Brutus...”. „O, wy wszyscy jesteście jednakowi!”
Chwała Bogu: „my!” To rozszerza pocieszająco widnokręgi. A więc my: — „My”... Jak ona serdecznie, jak poczciwie i bezradnie płakała!... „Pani, pani Zofio! — przyjaciele, obrońcy”... — „O, wy jesteście!...” Jak ona okropnie płacze! A więc znowuż „my”: — „My”... „Niech pan idzie, niech pan natychmiast odejdzie! Ja w tym stanie, w takim ubraniu nie powinnam być z panem”.
Jelsky zatarł ręce. Ta literacka projekcja niedawnych wydarzeń dała mu zupełnie niespodzianie podniety i sensacje silniejsze niemal od samego faktu. „Ta scenka miała przecież w sobie kapitalne smaki” — przyznawał we wspomnieniach. Bawił się więc myślą, przeplatał swe wspomnienia dopuszczeniami wyobraźni:
Jak to biedactwo bać się musi samotności, jak drży na samą myśl o niej. Ta wczorajsza jeszcze Zochna, którą układano prawdopodobnie do łóżeczka, dziś sama jedna, samiutka, w tym wielkim, obcym mieście!
Bo miasto musi wszakże być rzeczą straszną dla Zochny?
...ulica długa, długa... pełna światła, połysków, barw... ścisk, tłok, turkot. Nie widać nic. I te toalety! Je-jej, jakie toalety! Tam, na przykład, w powozie. Hm, hm! — dziwi się Zosia. — Czarnych, poważnych panów tyle — i tych paskudnych, co kobiety zaczepiają. — O, jest „taka” kobieta; druga, trzecia... Boże wielki, żeby mnie kto nie wziął za „taką”. — I Zochna poprawia pewno co rusz woalkę i kapelusz. I te wystawy sklepowe! Gdy się idzie bez męża, nie można się nawet wcale zatrzymać przed sklepem, bo zaraz wezmą za taką... O, spojrzał na mnie jeden pan, drugi i tamten — nieśmiały. Obejrzał się raz jeszcze. I ten oto paskudny oczy wytrzeszcza. Władek by ci dał — no?... „Włada, Właduś, czy ja dobrze dziś wyglądam? Czy ładna jestem? Która ładniejsza: ja czy tamta w powozie?... Lubisz mnie... A co więcej lubisz: usta, oczy czy też?... Patrz, jaki tam ładny szlafroczek w wystawie! O-jej!... Co więcej lubisz, Włada, włosy moje czy też”... „Zocha, nie pleć!” — „Właduś, wiesz, ja rada jestem: tak wesoło!... Patrz no, patrz, tam w sklepie: jaką to niektóre bieliznę noszą. Czy przyzwoita może także?... Włada, kup mi taką. Albo nie trzeba, bo pieniędzy nie ma. Szkoda, że nie ma pieniędzy! Ale kup mi za to ciastko... albo lodów... albo szampana. O, to drogie, prawda! — Nie można szampana. Chcę... chcę... — sama nie wiem. Zafunduj dorożkę. Albo nie — pocałuj mnie lepiej”. „Zośka, nie psoć na ulicy, bo ludzie śmiać się będą”. — „Niech się śmieją, nie boję się wcale, nie! — woła Zośka rezolutnie i tuli się, tuli do ramienia męża. — Patrz, Włada, tamten już czwarty raz naprzeciwko nas idzie. I jak śmiesznie patrzy! Właduś, ja zrobię na niego oko — można?... Wiesz, Włada, co niektórzy pewno myślą: że ja jestem taka, a ty z tych paskudnych... Widzę, że ja się tym Niemcom coś bardzo podobam... Cieszysz się, Włada? Ja się cieszę!”
Takie to — myślał Jelsky — odkrywcze podróże w obce, wesołe światy odbywała prawdopodobnie Zośka, spacerując z mężem po ulicy. Ale samej wyjść na miasto: „brr!” — A teraz rozpacz i lęk samotności rysuje jej tą samą ulicę w ciemnych, ponurych i wrogich barwach. Sama jedna! Boże, co ona pocznie sama w czynnym wirze tych obcych, frasobliwych i zimnych jak metal twarzy. Tak myśli prawdopodobnie i drży jak liść osiny. „Zginę, przepadnę! Ja jestem słaba, niedołężna... O, ja jestem do niczego”... Nie, nie, tak mówić nie należy. Ona jest tylko prawdziwą kobietą. To jest takie nowe, takie wyjątkowe, takie fenomenalne! To się powinno cenić jak skarb najdroższy życia, wielbić jak... Jednakże Brutus był to dzielny mąż.
„Niedobry! Niedobry!...” Szlocha, skarży się, żali, pieści niemal tym płaczem. Z jaką bajeczną naiwnością, jak cudownie i pieściwie kocha ta kobietka samą siebie. Przecież to jest nadzwyczajny materiał na pyszną namiętnicę. Tam do diabła! To się ceni rzeczywiście... „Samotność dla kobiety w obcym mieście jest gorsza od piwnicznego grobu. Na bulwarach każde męskie spojrzenie to oczy pająka; po zaułkach jakieś mroczne, ponure życie: podejrzenia, policja, gnuśne knowania występków, areszty, cyrkuły, śledztwa. W domu zaś, po pokojach, wałęsa się duszna, złowroga cisza, z każdego kąta wypełza cień jak płaski gad i ostrym spojrzeniem pyta: co ty poczniesz? co poczniesz ze sobą?... Jednakże Brutus”... — „O, podły!”
„Samotność dla kobiety jest zgoła rzeczą straszną, wszakże Oktawiusz... Nie trzeba wzbraniać przyjacielowi rączki”... — „Ja jestem taka biedna, taka biedna, panie Jelsky!”
Chwała Bogu: „panie Jelsky”. To zwęża pocieszająco widnokręgi. Za serce chwytający cichy żal wyczerpanego płaczem dziecka. „Pani jest dzieckiem, dobrym, najlepszym, biednym i nieszczęśliwym dzieckiem”. — „Panie Jelsky, ja już sił nie mam... Boże, i te moje włosy. Niech pan na mnie nie patrzy”. I jakby w tym bezwładnym oparciu się o niego, w poczuciu ludzkiej obecności, znajdowała nieco spokoju. Niech pan puści rękę. Ja wiem, że pan jest dobry, zacny, poczciwy... Nie! Nie klękać! Na miłość boską, co pan robi! Ja wcale nie jestem warta, żeby mnie kto!”... — Ostatnie zerwanie się głębokiego piersiowego płaczu.
„Pani, pani droga!... Pani Zofio!... Dziecko!... Biedna Zocha”.
„Panie Jelsky! Mój panie Jelsky!”...
W ckliwej i dusznej atmosferze szynku przeciągały przed oczyma Jelsky’ego kalejdoskopowym wirem dziwnie postrzępione obrazy wspomnień. Nagle uderzył się oburącz po kolanach. — Tiens! To jest une scène à faire138. Przecież to jest świetne jako temat!”
— Kawy jeszcze!... Macie tam cygara... Ognia! Dziękuję.
„Rzecz ma w sobie miłą, popularną psychologijkę, posiada sama w sobie warunki sceniczne. Zaś pikanteria sceny na tle leitmotivu rozpaczy jest wprost secesjonistyczna!... A gdyby tak machnąć? Hm?... Der Fall Angelica’s, eine Familientragödie von Karl von Jelsky139. Ja — to jest on! — czuję to, będzie narysowany świetnie. Atmosfera moralna w sztuce nie powinna być zbyt poważna: so, so140, la la! Wienerluft141!”...
— Ja pana pamiętam — huknął mu ktoś basem nad uchem. — Pan z gazety?
— Mniej więcej.
Robotnik przed nim poczerwieniał w jednej chwili i zaperzył się jak indor.
— Ludzkie życie więcej warte niż żydowskie drzewo! — parsknął bez bliższych objaśnień. — Ludzi żonatych... Ubezpieczenie od wypadków powinno być magistrackie albo państwowe... Ludzi żonatych... O!
Zakrztusił się impetem własnego monologu. Chciał widocznie coś jeszcze powiedzieć, ale nagle zawrócił i wyszedł, trzasnąwszy drzwiami, że aż szyby jękły142. Z gromady przed bufetem rozległ się pomruk aprobaty i potakiwania. Ten i ów rzucił jakieś zdanie w kierunku Jelsky’ego. Niebawem otoczyła go grupa robotników; posypały się gradem opowieści o pożarze. W rękach Jelsky’ego znalazł się wnet notes; pytania i odpowiedzi poczęły się krzyżować z błyskawiczną szybkością. Niedawne wspomnienia wraz z tematem sceny à faire odsuwały się coraz dalej i dalej...
— Zrobi pan co do gazety?
— Toż robię!
— A straż na przedmieściach mamy podłą — beczki dziurawe.
— Widział który z panów?
— Ja widziałem, jak z beczki ciekło.
Gdy otwierał drzwi do swego pokoju, spłoszył sprzed biurka Müllera. „Mały” zerwał się jak oparzony, rzucił się na łóżko i odwrócił się tyłem do ściany. „Twórczość była” — wnioskował Jelsky. Nawiązało mu to w myślach nici zerwane przez wiadomości o pożarze. A że Müller do gawędy wciągnąć się nie dawał, filozofował sam: już sama obecność tego człowieka podniecała mu myśl i wprowadzała ją na tory paradoksów. Rozmyślał głośno o kobietach.
— Wiesz, to jest jeszcze wielki problem: kobiety uczciwe czy heteryzm143? Bo pomyśl tylko — wywodził, krocząc z rękoma w kieszeniach po pokoju. — Kilka godzin rozpaczy i jęku, całe morze łez, trwoga samotności, lęki złych przeczuć i — le moment approche144 — obojczyki sterczą żałośnie i proszą widza o współczucie; zaś smętny zapach wody kolońskiej gotów wprowadzić młodego marzyciela w nastrój anemicznego kwietyzmu, skompromitować go pochwałą „szlachetnej dobroci” oraz narazić na propozycję „bądźmy przyjaciółmi”.
— O czym ty?... — zaniepokoił się nagle Müller.
— Chcę powiedzieć ogólnie, że kobiety w monogamii tracą zbyt łatwo właściwe kryterium wywieranego wrażenia. Jest to los podobny do fatum poety samotnika. Kobiety w monogamii zapominają, że na impresję składają się, prócz pełniejszych kształtów, jeszcze i fale mięciutkiego jedwabiu, obłoki koronek, lekki i dyskretny bukiet perfum, harmonijna całość w kompozycji otoczenia, wreszcie umiejętność, umiejętność, raz jeszcze umiejętność — bodajby nawet w uśmiechu tylko. Zupełnie zresztą jak w poezji... Jednym słowem, uczciwe kobiety... — Jelsky strzelał niecierpliwie z palców, krzywił się, wreszcie machnął ręką i wytrząsnął jakby z rękawa — Ça ne m’amuse plus145!
Müller uniósł się na łokciach i zapatrzył w niego.
— Więc tamte?... Już tylko tamte!.... Jezus Maria, Jelsky!
— Noo? — przeciągnął niedbale Jelsky, gdyż w tej chwili był już zajęty czyszczeniem paznokci. — Jesteś dziś pokutny? Hm?...
— Jelsky! Jelsky!... Dalej zajść już chyba nie sposób, dalej już ani kroku!... Czy tobie, Jelsky, nie pachnie chwilami własny dowcip jak lufa rewolweru?
— Tym czarnym otworkiem — odparł flegmatycznie Jelsky — ziewa w skroń nuda, krzyczy rozpacz marzyciela. Ja żyję, staram się żyć jak najintensywniej. Zaś ty...
— Co ja?
— Marzysz, mały, marzysz niepoprawnie; w błotku nawet po uszy siedząc, marzysz. Wszelkie zło takich najłatwiej się czepia: nie dosięgnie się w życiu, omota w myślach... Albowiem popełniłeś nierozwagę, podobnie jak i my wszyscy, wybrawszy profesję artysty. Trzeba było zostać fabrykantem, kupcem, wszechstronnym lekarzem lub estetycznie usposobionym prawnikiem. Ci ludzie mają równowagę w życiu! Żółw jest w porównaniu z nimi stworzeniem eterycznie chwiejnym. U nich nawet nikczemność osadza się na dno duszy ciężko, solidnie, jakby dla zrównoważenia tej pesymistycznej melancholii, jaką ich napawa filozofia Maltusa146 i Darwina147, nawet głupstwo występuje w szlafmycy zdrowego rozsądku lub w rozdartej szacie oburzenia, nawet interes stroi się w jubileuszowy frak społecznej zasługi. Ci ludzie mają równowagę!... Panowie ci posiadają czasami córki na wydaniu. Jest to jedyne źródło, z którego sztuka może zaczerpnąć równowagi u społeczeństwa, oraz kapitalna ucieczka dla tych...
— Co uprawiają profesję artysty — przerwał mu Müller.
— Chciałem cię tylko namówić, jak to co dzień czynię, abyśmy się pożenili bogato.
— Jestem codziennym i cierpliwym uchem twoich marzeń.
— Mamy długi, Müllerku, mamy przeraźliwe długi! — Jelsky rzucił się na fotel, wyprężył ramiona i ziewnął przeraźliwie. — To jest mego katzenjammeru148 zwrotka zwykle końcowa i najsmutniejsza... Aa! — ziewnął po raz drugi. — W ogóle jestem smutny; dość powiedzieć, że chcę pisać dramat... Uuch!... Jestem zmordowany... senny... Gdybym mógł obcować sam na sam z nieskończonością (w intymnym tête à tête149 bez dozoru teściowej ironii): jednym słowem, gdybym był współczesnym poetą, połknąłbym nawet nieskończoność... Świat bywa przeraźliwie nudnym tynglem... Uu! — jakże mnie strzyknęło w nodze!... Aktorzyska na scenie życiowej zmanierowały się doszczętnie i przestają już bawić... I ty, Müllerku, bywasz nudny z twym twórczym milczeniem... Co do mnie, lubię gadać pod wieczór, zanim zasnę; w przeciwnym razie gada we mnie melancholia... Zważ, proszę, że i wtedy coś gada, zawsze i ciągle gada... Sumienie bywa hałaśliwym młynem.
— Na małej wodzie — mruknął Müller.
— Trafiasz tym, jak w sedno, w genezę współczesnej twórczości poetyckiej... Mam dla siebie, prócz szacunku, i wyrozumiałość: ja wierszy nie piszę!
— Wiesz, Jelsky?... — Müller roześmiał się nagle i usiadł na łóżku. — Sądząc z wymowy i dowcipu, musiałeś dziś popełnić nie lada nikczemność. — Jelsky pochwycił poduszkę z kanapy i cisnął mu ją z rozmachem na głowę.
— Psycholog! — zaśmiał się w odpowiedzi.
Wnet potem nachmurzył się, szlifując uważnie paznokieć środkowego palca u lewej dłoni.
— Do diabła, trzeba na jutro rano przygotować artykuł o Yvecie... Mały, powiedz co o Yvecie! Podobała ci się Yvetta?... Ale jakże ta twoja biała rączka z loży? Ona się dopełniała z Yvetką w kontraście. Słuchaj, Müller, czy to dałoby się zużyć w sprawozdaniu — felietonowo niby?
— Można, wszystko można.
— Czy ci Yvetka nie przypominała kruka, a ta jej piosnka żerowego krakania nad padliną? Zaś ta twoja — sęp.
Müller zerwał się znowu i mówił szybko w nagłym gorączkowym podnieceniu:
— Ta woskowa lala szeleszcząca jedwabiem, białe ciało na plakaty mydeł toaletowych, trup z przepychem ubrany, flakon ekscytujących perfum, beczka do wlewania w nią szampana. To nie mówi wcale, uśmiecha się tylko jak automat za każdym dotknięciem. Widzisz: sęp-ścierwnik, z jego potwornym, ociężałym chłodem, z tą wstrętną sennością sytego ścierwem ptaka.
Jelsky jednym susem wyskoczył z fotelu i począł krążyć rezolutnie po pokoju.
— Chłop tylko w gorzałce smak znajduje. W takim spokoju jest bardzo coś!... Na to mrożą szampana... Ta Galatea pozwala ci być Pigmalionem... E, Müllerku, jesteś dziecinny!
— Jesky, porzućmy ten temacik, bo... bo ci lakierki opluję.
— Za własne grzechy?
— Jelsky?... — żachnął się, czy też jęknął Müller i, upadłszy na poduszki, odwrócił się tyłem od niego. Ale Jelsky wpadł nagle w doskonały humor: przysiadł się na brzeg łóżka, począł łechtać Müllera i kułakować żartobliwie:
— Dzieciuch!... Serdeczny!... Naiwny!... Jakeś ty się, chłopcze, uchował na tym świecie?... Müllerku, Müllerku, nie miętoś ty sumienia, bo gotóweś150 wygnieść wszystkie drożdże ze swego talentu.
— Poszedł precz!
— Bądź filozofem, poeto, i przyznaj, że bądź co bądź to są drożdże?
— Co?! Czego!?
— Sensacji, temperamentu, a więc i sztuki. Z własnego życia należy jak z filozofii wyciągnąć nieubłagane konsekwencje.
Müller usiadł na łóżku.
— Kokoty?! — krzyknął i zatrząsł się suchym zgrzytliwym śmiechem.
— Uch, jakiś ty trywialny! I śmiejesz się brzydko... A oczy ci świecą jak u wilka.
Zachłysnął się tym śmiechem Müller, począł kasłać i splunął wreszcie krwią w chustkę.
— Uch, jakiś ty — przekonywający!
Jelsky sięgnął po butelkę z lekarstwem.
— Roztwórz dziób!... Wypijesz tej obrzydliwości ze dwie beczki i będziesz zdrów jak fabrykant margaryny. Kunicki mówi, że mikstura jest ostatnim słowem. Rzecz na wskroś modern.
— On tak tylko, dla suggestii — odparł smętnie Muller. Roztrząsł go i obezwładnił ten kaszel.
— Widzisz go, jaki przebiegły!
Zamilkli. Jelsky pisał felieton. Müller leżał na wznak i wpijał się wielkimi, gorączkowymi oczyma w zwieszające się gdzieś spod pułapu spłowiałe skrzydła wypchanego ptaka.
— Wiesz — przerwał Jelsky milczenie — stosuję formę do przedmiotu i piszę o Yvecie w stylu décadence151. Zdania krótkie, strzeliste, między słowa rzucam garść kropek i domyślników, metafory jakby żywcem wywiane z leksykonu: tu z patologii roślin, ówdzie z mineralogii, gdzieniegdzie mała niespodzianka z Maeterlincka.
Nie wytrzymał Müller i parsknął śmiechem wraz z autorem. Jelsky zaś, pisząc szybko, rozprawiał dalej:
— Wałęsają mi się po wierszach jakieś reminiscencje chaldejsko-egipskie: zawdzięczam to oczywiście asocjacjom wywołanym przez sępa... Krytycyzm mój, jak widzisz, czuwa ustawicznie: pisząc najmodniejsze głupstwo, potrafię zachować zawsze pewne pozory sennej poprawności starego dobrego stylu. Miłośnikom tradycji narodowo-literackich może się nawet przypomnieć drzemiący przed biurkiem redaktor z tabakierą w ręku... I cóż ty na to, mały? — dopominał się, nie otrzymując odpowiedzi.
— Jeszcześ za mnie nie odpowiedział? — zdziwił się Müller. — Jeśli chcesz koniecznie: jesteś dekadent umiarkowany, romantyk neo-praktyczny, radykał młodo-konserwatywny, artysta indywidualno-popularny, cygan cylindrowy; jesteś, jednym słowem, dziennikarz europejski.
Jelsky żachnął się niecierpliwie:
— To wszystko razem jest gadaniem z Bożej łaski neurastenika, wieszczego improduktywa z parafialnego zakątka czystej sztuki. Bój się Boga, Müller! Wyście się zdążyli naprzykrzyć już rozsądkowi, życie z was się śmieje na całe gardło... Jak wy możecie samych siebie brać jeszcze na serio?
— Nie bierzemy, Jelsky, nie; tylko w inny, mniej wesoły sposób, niźli ty to czynisz.
— No — przeciął Jelsky — jeżeli nas humor tylko różni!... Za karę nie przeczytam ci artykułu o Yvetce.
— Czytać! — kaprysił Müller opryskliwie.
— Jednak jesteś ciekaw, co w gazetce będzie stało — hę? Wy wszyscy jesteście jednacy: „Jelsky taki, Jelsky owaki, Jelsky nie jesteś co dzień genialny” — a jednak żaden nie wytrzyma, żeby go nie przeczytać. — Mój kochany, znam ja swój tłumek! Inaczej nie byłbym dziennikarzem. Ja jestem nerwem waszego życia. Gdyby Jelsky’ego nie było, należałoby go stworzyć.
Müller stał już przy biurku i zapalał papierosa. Ćmił gwałtownie, chmurzył się, marszczył: widać było, że skupioną uwagą przejedzie jak ostrym nożem przez felieton Jelsky’ego. „Można lekceważyć sobie świat, ludzi, życie, samego siebie, własny talent, ale trzeba mieć talent — zastrzegał na początku. — Inaczej, to wszystko stoi tylko na cynizmie. A ty mi się zawsze jak węgorz przemykasz”. — Słuchał więc i chmurzył się coraz bardziej. W chwili, gdy chciał przerwać Jelsky’emu, zakaszlał strasznie; ciało się zatrzęsło, twarz spąsowiała, w gardle poczęło mu rzęzić, grać i chrypieć. W miarę tego kaszlu, wzrastał w nim upór i zawziętość, jadowita złość zbierała w oczach. Przemógł się i wyrzucił ochrypłym głosem:
— Staczasz się... beznadziejnie w przepaść banalności! — Porwał go znów kaszel z brutalną, bezlitosną przemocą: zrywał mu piersi, miotał ciałem i rzucił wreszcie o łóżko. Ciało roztrząsł, duszy wszakże nie zmógł: na zmęczonej twarzy zaskrzepł hardy upór, a w poczerwieniałych, głęboko zapadłych i jakby mgłą zasnutych oczach jakiś zimny błysk nienawiści.
— Roztarł cię ten młyn — wykrztusił z trudem — na pył i proch uliczny... Nie wierzyć nawet w samego siebie i nie mieć talentu... To nie można, to już wcale nie można żyć... Słuchaj, Jelsky... czemu ty... czemu ty w łeb sobie nie strzelisz?
Jelsky porwał się na równe nogi. Pohamował się jednak w tejże chwili i, składając papiery, przeciął chłodno:
— Poczekam, aż ty umrzesz.
— Niedługo...
Uporawszy się z kaszlem, padł Müller rękoma na oparcie łóżka, splótł je i przyległ na nie podbródkiem; gorączkowym spojrzeniem wpijał się w Jelsky’ego, wgryzał mu się w duszę, wlepiał w twarz łzawymi i zaczerwienionymi od kaszlu oczyma.
— Chcesz?... — szepnął przeciągle i dokończył wzrokiem swe pytanie. — Chcesz razem?... Chociażby zaraz?... Ja zawsze gotów...
Jelsky nie pojął od razu, zwrócił się jednak czujnie w stronę Müllera. Zdawało mu się, że od okna powiało w tej chwili chłodem, zwiastującym świt. Wstrząsnął się całym ciałem.
— Zaczynasz swoje? — rzekł. — Dawno nie było!... Już ci diabeł w wilcze ślepie wlazł?...
— A wiesz ty? — odbijał Müller cichym szeptem, wciskając podbródek w splecione na poręczy ramiona. — Wiesz? — Zgrzybiała kokota zwątpiła któregoś dnia o własnych wdziękach i przeraziła się swej brzydoty. Zmyła puder, szminkę, karmin i pod suchą zjejczałą skórą zarysy swej trupiej czaszki ujrzała! — My, dziatwa Apollina! — Hę?... To jest straszna klęska! Wielka klęska! — To się pomyśleć wprost nie da!... He, he, Jelsky — kochasz życie? Powiedz dowcip, Jelsky, zrób kalambur, rzuć paradoks! — He! — He! — He! — zatrząsł się i zabeczał ochryple jak stary kozioł. Na zakończenie prysnął w kułak sztucznym, forsownym, zgrzytliwym chichotem.
Jelsky’emu rzuciła się krew do głowy; dopadł go, schwycił za ramię i wciskał z całych sił w poduszkę.
— Zgrzyta, zgrzyta, zgrzyta grzech w tobie? — bełkotał gorączkowo. — Za bary wziął się grzech ze śmiercią... Twe sumienie nie jest gadatliwe; ryje jak kret po ciemnej duszy... Nie tyle przed grobem drżysz, ile przed tym, że weń samotny wstąpić musisz... Nie tyle rozpaczy się boisz, ile tej myśli, że w swych ciemnych nocach sam, zawsze sam jeden królować będziesz. „Czuj! Czuj, co się we mnie dzieje!” — tak twój strach wielkimi oczyma krzyczy. „Pójdź! Pójdź! Pójdź w tę ciemną noc moją, gdzie śmierć, diabeł i hetera sabat taneczny święcą”... Nie znosisz chłodu na cudzej twarzy, uśmiechu w cudzych oczach, pewności w ruchach nawet nie lubisz, nienawidzisz schludności w cudzym ubraniu: zgoła wszystkiego, co o jakim takim ładzie wewnętrznym mówi... Znam ja mowę twej nienawiści! Łasisz się wtedy i merdasz jak pies, jak wąż śliskim pochlebstwem oplatasz, jadowitymi wargami ślinisz i ruchliwym gada jęzorem szukasz, gdziebyś żądło mógł zapuścić...
Ścisnął go jeszcze mocniej za ramiona, uniósł nieco z łóżka i puścił, jak piłkę, o poduszki.
— Graj mi demona — wołał. — Graj! Wiem przecie: z tynglu wracasz, powlokłeś się z jakąś tam... Rozpusta ze łba dymi. Znam te ciemne drogi myśli, po których wałęsa się twa dusza bezwładna.
Müller zwinął się w kłębek na posłaniu i, zaciskając suche ręce, syczał uparcie:
— Jak ty życie kochasz! Jak ty życie ubóstwiasz! Bój się, człowieku, Boga, czym ty się będziesz w życiu oszukiwał? Talenciku nie masz, nie masz, nie masz!
— Idź szukaj swego po!... — Jelsky przeżuwał jakieś słowo, gryzł, zda się, w zębach, rozgniótł i wypluł wraz ze śliną na środek pokoju. — A jeśli mi jeszcze choć raz coś z twego czarnego repertuaru zagrasz, wyrzucę precz. Sczeźnij, gdzie chcesz.
— Taak?...
— Żebyś wiedział.
Müller powstał z łóżka, zapiął flegmatycznie tużurek i sięgnął po swą pelerynę.
— Wiesz — mówił, porając się flegmatycznie z rozdartą podszewką zarzutki — wiesz, co mnie w życiu najwięcej upokarza? Oto, że nie umiejąc zarabiać, potrafię się dostawać do egoistycznej kieszeni mych przyjaciół najpospolitszym wytrychem współczucia... Ile ja ciebie, Jelsky, kosztuję miesięcznie?
Jelsky podjął ze stołu niedawno odczytany rękopis i rzucił mu go pod nogi.
— Tyle tylko... Od czasu do czasu.
— Kochasz mnie, Jelsky? — Müller ze skupioną uwagą odgryzał przy tym szmat podszewki. — Wierzyłeś we mnie? Bardzo wierzyłeś? Pozwoliłeś na swym dziennikarstwie pasożytować talentowi? — Hę? — Aby spłacić ten dług lichwiarski zdradzie marzeń własnych... Bo przecież każdy człowiek jakiś mały procencik temu lichwiarzowi przez całe życie spłaca... I stała się rzecz śmieszna: przywiązałeś się, Jelsky, przywiązałeś się za to, że mogłeś przed kimś z siebie i ze świata drwić, a jednak w kogoś wierzyć, wierzyć mimo wszystko... Ten śmiech twój na gruzach wszelkiej wiary, ten otwarty cynizm w życiu i dziennikarstwie — wiesz Jelsky — to dziwnie szlachetna w tobie rzecz: to szczery głos duchowego bankructwa. Pan jesteś — czuję! — von Jelsky! Szlachcic polski!... Widzisz, bo są inni, którzy dla tychże przyczyn, dlatego że wiarę we wszystko już stracili, sami siebie z namaszczeniem traktują... A ty jednak... jednak wierzysz w coś. I dlaczego we mnie?!... Widzisz, to przywiązanie jest także słowiańskim szczątkiem w tobie, ale ta pozostałość pochodzi z pospolitszych owiec polskich: w braku kogo innego, przywiązałeś się do pruskiego wilka... A skąd ty wiesz, czy ja nie byłem polipem na resztkach twego talentu? Może ja ci połowę duszy wyssałem i we własnej dopiero uświadomiłem tę twoją połowę?!... A wiesz ty, że ludzie wrażliwi, chwiejni, a do życia się garnący, modlić się powinni co dzień: chroń mnie, Boże, od samotników, od osobowości silniejszych, bo wiarę w siebie utracę i zmarnieję. A tyś mnie przygarnął. He, he, he! Czemu drżysz, Jelsky?... Imponowałem ci? Przyznaj szczerze... Jak ty bledniesz! Jak ty okropnie bledniesz! — Imponowały ci ludzkie o mnie gawędy i wielkie pokładane we mnie nadzieje. A może imponowałem ci tym tylko, że byłem tak odmienny od ciebie. „Jeśli nie ja, więc taki — myślałeś. — On jest tym wybrańcem losu, pomazańcem kaprysu natury!” Jak tobie rączki drżą, Jelsky!... „On — myślałeś — dokona tego, czego mnie dokonać nie było sądzone. Ja ginę, niechże to wiem tylko, że fatum, co mnie życie zniszczyło, jest warte życia. Sztuka — hę, Jelsky? Sztu-ka, ta bądź co bądź ostatnia i jedyna nasza wiara... Jak to w tobie głęboko, głęboko siedziało! I jak naiwnie, jak niedołężnie wypowiadało się pod koniec. Przedwczoraj sprawiłeś mi parę spodni. He, he, he! — Jelsky! Dla sztuki? Co?... Jak twoje rączki cudownie drżą! I nóżki także!... Siądź, Jelsky, na krzesełku, proszę ciebie. Siądź i powiedz dowcip... Bo milczysz już za długo; wprost nieprzyzwoicie jak na dziennikarza.
Jelsky odepchnął go od siebie brutalnie i osunął się na krzesło. Müller otulał się już w swą pelerynę, nastawił kołnierz, nacisnął beret i, stanąwszy tuż nad nim, jak wielki nietoperz, szepnął mu w ucho:
— Zrozumże raz, ty niedołęgo, coś polską duszę dziecka zgubił, a piersi trocinami europejskiej kultury wypchał, jak się w tej europejskiej kulturze robi talent. Rzecz prosta, a sekret wielki. Trzeba mocno, tęgo, uparcie na własnym gruncie stać, trzeba mieć sto oczu, sto uszu i sto ssawek chciwych; do każdej duszy, która jest coś warta, trzeba jedną bańkę przyłożyć i wokół ssać, ssać i ssać! Każdą muchę wyssaną odrzucić precz i sięgać dalej, wyżej, szerzej! Pojąłeś nareszcie?! Tak się w Europie robi talent! W Europie wszystko się dziś robi... W Niemczech natomiast fabrykują przeważnie etykietki. Rozjaśnij liczko, Jelsky, czerwoną chusteczką mignę ci przed oczyma, na ucho szepnę słówko, które rodzi dowcip w największym kretynie. Polip utalentowany zwie się nadczłowiek... Zrób dowcip, Jelsky! Do każdego słowa można przyczepić słówko „nad”. Jeszcześ nie pomyślał, a już czytelnik się śmieje. He, he, he!... Milczysz?... Przykro, żeś stracił kontenans... Pocieszam się tylko, że jutro napiszesz paszkwil. Ty pewno wciąż jeszcze deliberujesz nad tym, że ja — jakże to mówi Hertenstein? — że ja „nasz byt usprawiedliwię” — mój i twój byt... Marzyłeś (ho, ho! — marzyłeś! — troiło ci się, powiem inteligentnym słowem dowcipnego dziennikarza), troiło ci się, że w ciemne kąty naszego życia padną te jasne promienie, co wszystko rozświetlą, że na naszym śmietniku zakwitnie ten mistyczny kwiat co ślepym zrządzeniem losu raz na lat setki z najbrudniejszych bodaj wyrasta kątów. Marzyłeś o cudownym kwiecie, co nawet ślinę dziennikarską bez szkody znieść może, bo za niego ludzie kiedyś wszystko przebaczą, wszystko wyrozumieją i jeszcze z błogosławieństwem wspomną. Takeś marzył. I zawiodłeś się!... Widzisz, takie kwiatki na śmietnikach trudno się udają, one z piersi ludzkich wyrastają. I nie gnojem się żywią, lecz krwią swego twórcy... Zrozumiałeś?... Krwi sztuce potrzeba, krwi i bólu!... He, he, he! — Biedny Jelsky, biedny! I głupi!... Bądź wesół, Jelsky, i pielęgnuj dowcip. Jużeś mi więcej — niepotrzebny!...
Jelsky bladł, bladł przeraźliwie; dygocące wargi mięły wraz ze śliną jedno krótkie słowo.
— Łotr! — spadło wreszcie z ust.
Jelsky pozostał sam. Wokół cisza była i pustka; dudniło tylko miasto gwarem swym monotonnym i szumiało w uszach. Gdzieś na wieży wysokiej ocknął się zegar prastary, zazgrzytał ciężko i nową, nikłą godzinę dziejów głucho wydzwonił. Grały zegary w ciszy nocnej, płynęły echem ponad miastem, wysoko, coraz wyżej, niby żurawich lotów podniebne skargi, i wlokły za sobą cały czasu płynącego smutek: i nadzieje zawodne, i troski rozpaczne, i żale spóźnione, i wspomnień krótkiego szczęścia ostatnie przebłyski. A zbierały zewsząd śmierć!
Jelsky czuł, jak dławi go w tej chwili nieobjęty wprost ogrom własnej i cudzej niedoli, ta straszna niemoc ludzkiej rozpaczy, której losy nie użyczyły głosu; — czuł, że jego skarga niema pada w otchłań czasu, niby te godziny, co się górą poniosły, ciągnie ponad tym potwornym mrowiskiem ludzi krwawa i milcząca i wlecze za sobą połamane skrzydła.
„Jam już dokonany!” — pomyślał.
Na ulicy potoczył się z łomotem ciężki, ładowny wóz i przyniósł ze sobą głuchą, szarą trzeźwość jawy.
Próbował mimo wszystko poprawić felieton o Yvecie, ale ta praca sama z rąk mu wypadła. Już się do snu zamierzał układać, gdy spostrzegł na stole kilka zeszytów pozostawionych przez Müllera. Pochwycił je chciwie. Na okładce pierwszego rzuciło mu się w oczy grubymi literami wypisane zdanie:
Nonumque prematur in annum152.
Horacy.
W pierwszej chwili te słowa uderzyły go w pierś, niemal jak głuchy wyrzut; lecz niebawem otrząsł się i mruknął: „Ba!...” — Wziął do rąk drugi zeszyt. — „Nonumque prematur”...
„Ha, ha! Takąś ty, Müllerze, pułapkę na samego siebie zastawił?... Dla Horacego ta formułka była prawdopodobnie tylko figowym listkiem nieszczerej skromności, dla ciebie stała się górą, przed którą stawałeś jako wół z bajki. Dziewięć lat — bagatela! Inne, inne dziś czasy! Dziś nawet Horacy pisać by musiał kuplety. Wiele zmieniło się od czasu Horacego. Oto Kopernik ziemię wyważył, gdzieś w ciemny kąt wszechświata strącił i w wir codziennego biegu rzucił; a gilotyny rewolucji francuskiej zaśpiewały jej kankanową piosnkę: »dziś! dziś! dziś!« — inaczej: »grosz! grosz! grosz!« — Co brzmi po francusku:
allons enfant de la patrie,
le jour de gloire est arrivé153!
Inne czasy!...”.
Rzucił okiem na pierwszą kartę i czytał:
„Trzeba mieć lotne nogi, by przez lat 9 z życiem się ścigać i nie pozostać w tyle, trzeba mieć dobre spichrze, by przez lat 9 świeżość myśli w nich zachować, trzeba daleko patrzeć, by przez lat 9 móc tylko zasiewać, trzeba mieć dużo lekceważenia dla tych, co po cudzych spichrzach chleba tylko szukają, wiele wzgardy dla szkodnych szczurów i myszy, co, cudzym niedostatkiem głodne, w samo serce się nieraz wgryzają.
Mnie nogi moje z pośpiechem w grób niosą, nieczystych dłoni zasiewy w duszę mi padały; — wdarł się grzyb w spichrze moje: pleśń je niszczy, rdza pożera i sporysz wyplenia! A wzgarda moja zawiścią się stała: życiam zbył154 w samotności!
Do mnie żadne słowo zrozumienia, żadna dłoń otuchy nie trafiła, do mej samotności śmiech tylko i chichot tłumu dolatywał: »Żyj!... Użyj!... Kochaj!...« — Pochwycił mnie rojny i barwny gwar życia, padłem jak ćma w płomień. Zbyłem duszy w gwarze ludzkim! Uścisnęło mnie miasto, potwór piersi mi zdławił.
I oto pierzchły me myśli rojne jako ptaki przelotne, bo w duszy serdeczna nastała posucha. Rozwiały burze mej samotności płodne zasiewy. Na wielkiej tęsknot pustyni kraczą dziś tylko kruki nad mego ciała padliną.
Rzućcie mego trupa w kanały miejskie!”
Jelsky urwał, sięgnął nerwowo po cygaro i zasnuł się niebawem smugami dymu.
— Kawiarni! — krzyknęło coś w nim nagłym przypomnieniem niedawnej wędrówki przez ulicę. Z gorączkowym pośpiechem przerzucał kartki chaotycznego dziennika, zatytułowanego dziwacznie: myśli niepłodne. Znał po części te kapryśne rzuty i skoki wyobraźni; wiedział, że myśl Müllera, z jakich bądź dziedzin dążąc, natrafia zawsze na kobietę jako na mur! Ona była szczytem i uwieńczeniem każdego pojęcia, wszelkiego rozumowania. W tym fantastycznym gmachu myśli, dziwnych jasnowidzeń i gorączkowych rojeń mieszkał tylko — harem.
Jelsky czytał:
„Jako małe śmieszne chłopię marzyłem o królewskiej kobiecie, zda się, na to tylko, by chęcią, myślą, duchem sięgać wyżej, wyżej i jeszcze wyżej!... A do wyśnionej takem się modlił:
„Jeśliś się w ciało już oblekła, znijdź ku mnie łaską obietnicy Twej. Nie teraz, bom nie godzien. Wejrzyj ku mnie i myśli swe skłoń w najlepszą godzinę życia mego, kiedy cię godnie uczcić potrafię mych krwawych tęsknot zasiewem, myśli plonem czy złudą. Znijdź w godzinę dobrego zasiewu i błogosławionych zbiorów, w godzinę bólu i narodzin, w godzinę ducha mego z Tobą cudownych zaślubin, w tę godzinę rodzajną, godzinę pomazania!... La sacra visione di Te imploro, Beatrice mia155!”
W Atene kochałem się za młodu i za niejeden piękniejszych marzeń kwiat pocałunki od niej otrzymywałem! — Marzyłem o kobietach szczerych i serdecznych jak dzieci, o królewskich, o boskich; o tych, co są radosne i słoneczne jako kwiaty łąkowe, o tych, co jako lilie są zmierzchowe, o tych, co jako białe gwiazdy tytoniowych kwiatów po nocy migocą i legendą wabią; o różach śniłem królewskich, co raz na lata całe i na noc jedną tylko z pąku ciała przepychem się rozchylą — i giną!
Marzyłem o nich wszystkich w samotni kiedyś; dziś marzę w białym oplocie ramion Lili — Lili z kawiarni.
A jednak lubię Lili. Ja duszę w każdej kobiecie lubię!
Lubię te chwile, kiedy w jej oczach zatlą się w czas zadumy jakieś zielonawe, blade i odległe płomyki; twarz bieleje i przysłania się mgłą skupienia.
Tak w ciche, jasne i łagodne noce, na grząskich bagnach wyiskrzają się ogniki i błądzą senne po sinych mokradłach, póki ich świt nie zgasi.
Lili jest biednym, smutnym dzieckiem miasta. Gdy ją tymi słowy pieszczę, drży i tuli się do mnie jak dziecko. »Nie boisz ty się, Lili, miasta?« — »Miasta?« powtarza i taką ciszę skupienia ma w oczach!...
»Patrz, słuchaj, pomyśl! W tej chwili wpadnie tu do ciebie pijana banda: brzęk szkła, pijane śmiechy, ochrypłe głosy i śpiewki cyniczne. I ręce! — Suche, białe, o lśniących paznokciach, zdobne sygnetami, plugawe dłonie pospolitych drapieżników! — Wszystkie one wyciągają się ku tobie. — A wszystko wokół gra, tętni, wibruje. Muzyka gra — słyszysz, gra tym dziwnym tempem, w którym się cynizm tak swawolnie wypowiada «Extrablatt156!» — wołają... «Extrablatt! — Najnowsze depesze!»... «Najnowsza powieść!»... «Najnowsze arcydzieło!»... «Najświeższa plotka!»... «Łatwy sposób zrobienia majątku!»... «Porady sekretne!»... «Tajemnica ruletki!»... «Jak zostać sławnym?»... «Jak zyskać szczęście u kobiet?»... «Samobójstwo bankiera!!!» «Skandaliczny romans księżniczki krwi!» «Mord!»... «Mord i rabunek!»...
— Kupujcie! Kupujcie! Kupujcie!
A artyści śpiewają:
Tak, tak, tak,
W tym cały życia smak,
W tym cały sztuki sens!...
«Lili, właź na stół!» «Lili, zaśpiewaj». «Lili, zdejm podwiązkę»... «Szampana!»... «Mord!»... «Mord i rabunek!»... «Skandaliczny romans księżniczki!»... «Śmierć głodowa!»... «Nekrolog poety». — Kupujcie! kupujcie! kupujcie!...
A teraz ty śpiewasz, Lili:
Spojrzyjcie tu! Spojrzyjcie tam!...
Spojrzyj ty, Lili, na ich twarze! Na te podłe, głucho bezmyślne i pijane uśmiechy, na to zwierzęce umęczenie w szeroko otwartych, zeszklonych oczach na białych jak kreda twarzach. Tyle jadowitego smutku jest w tej chwili błędnej, kiedy blask lamp gazowych ze świtem żółknie, blednie i zamiera. A kiedy nagle światło zgaszą, zda ci się przez chwilę, przez jedną krótką chwilę, że pośród trupów siedzisz.
A tam na krańcach miasta zawyją jak raniony potwór — sygnały fabryczne — —«
Lili odpycha mnie, pada w głąb kanapy i myśli, chmurzy się, głuchy wstręt w sobie przetrawia. »Boisz się, Lili, samej siebie?« Potakuje głową, prędko, gwałtownie: raz, drugi, trzeci... »No, Lili, Lili — dzieciaku ty!... Widzisz, my oboje, jak przez cyganów kradzione dzieci, na rozrywkę tłumu sztucznie hodowane; oboje w wielkim mieście zbłąkani«... Lili zrywa się i pada mi na szyję. »My oboje!« — woła i uwiesza się tak na mnie, jakby mnie wraz z sobą gdzieś w otchłań porwać chciała.
My oboje, Lili!...
i ten smutek wielkich miast rozpaczny;
i te surowe wrota zamkniętych o świcie kościołów;
i te po rozpuście na rosę marzeń rozchylone białe kielichy tęsknoty, me poezje pisane o świcie;
i tego życia mego ostatnie miesiące...
My oboje, Lili!”
Jelsky nie wytrzymał: zerwał się z miejsca, aby się zakrzątnąć koło czarnej kawy. Zapalił spirytusową maszynkę i czytał dalej:
„...Wprowadził mnie tam Jelsky! Było to pierwszego dnia mej ostatniej wiosny. Ona ma w sobie słoneczną radość łąkowego kwiatu, w pytającym błysku oczu niegasnącą do życia ciekawość, pąkową świeżość, co rosę wrażeń chciwie chłonie i duszę zawsze odradza; ciągłe zdziwienie, to wieczne i niezniszczalne dzieciństwo duszy, co jest opoką, na której bogi greckie świątynie sztuki zbudowały.
Borowskiego poznałem dawniej. On samego siebie wspomnieniem przetrawia; na każde jego słowo odpowiadają dalekie echa: »kiedyś!«. W nim jest coś z potężnych dębów, z ich głębokim poszumem starej legendy. Mimo że pień już murszeje, jest w tym dębczaku wiele dobrej krwi: jest niestrawiona wewnętrzna moc młodej rasy, czuć jędrność i siłę wielkich namiętności. — Lubię Polaków! — Jelsky! Jelsky! Cóżeś ty zaprzepaścił!”...
Jelsky zaczerpnął kawy z maszynki i wychylił filiżankę do dna.
„Lubię myśleć o tych młodych rasach na naszych brukach, o tych smętnych barbarzyńcach, których toczy rak kultury. Lubię te ich zawody naiwne i serdeczne na tej starej nierządnicy Europie wraz z jej wielkimi hasłami. W smutnych oczach tych barbarzyńców jest coś ze spojrzenia Lili, coś z błysków dzikich zwierząt, spoglądających z klatki na tłumy świąteczne, coś ze sztucznych wybujałości cieplarnianych roślin, coś z dusznej i zgniłej woni oranżerii. Lubię ich, jak lubię Lili, jak lubię podzwrotnikowe storczyki w świetle lamp elektrycznych za zamarzniętą szybą sklepowej witryny. Myślę często o Pawluku i Jelsky’m i lubię ich porównywać.
Borowskiej raz opowiedziałem taką bajkę:
Było raz dwóch braci bliźniaczych, co w cieniu jednego dębu wzrastali. Dąb zgnił u korzeni, burza zniosła; zaś nawałnice rozwiały braci na wschód i zachód świata. Minęły lata, minęły czasy: dawnych ludzi dawne wiary spłynęły krwią do dwóch mórz. Inni ludzie, inne czasy, inne wiary! — Morza nawet już inne! Spotkali się bracia, spojrzeli i — za noże chwycili! — Czas, przestrzeń, dwóch wielkich duchów potęga odmienna wyryły między nimi przepaść tak głęboką jak jednego stulecia myśl i tak wielką jak dwóch bogów nienawiść.
»Taką bajkę, pani, będą wam opowiadały kiedyś stare piastunki, bajkę o dwóch braciach«.
Patrzy, patrzy... Potakiwać nie chce, zaprzeczyć nie umie i dziwi się, i spoziera zdumiona, »coś ty za jeden?« szepczą oczy i ledwie zapytały, już się litować gotowe. I patrzy... Chryste, jakie oczy!... I boi się, i milczy: spojrzeniem bada, duszę na wskroś przeziera. Przejrzała i opuszcza oczy. Czy ta łza, ta na brzegach oczu pozostała łza — czy ją bajka moja pozostawiła?... Czy może wiew smutku na ten kwiat ode mnie poszedł? Czy może rosa nowych wrażeń na niego padła?... A może inne bajki starej przypomniały się piastunki?...
I między jej oczyma a spojrzeniem moim błądzą dusze nasze, niże się ta nić zwiewna, nić pajęcza, co mnie do jej stóp na zawsze przykuje, wiążą się te struny złote, struny gędziebne157, do których dłonie me ślepe rwą się same, omackiem, jakby z Boga wyższego nakazu.
O struny duszy kobiecej napięte, struny me harfiane!...
I rozchyliły się ku temu słońcu mych najgłębszych tęsknot najbielsze kielichy. Pierś tchnieniem szerokim się rozszerza, jakby moc nowa w nią wstąpiła, jakby w niej zadrgać chciały najczystsze, najgłębsze, najszczersze nuty, jakby zbudzić się w niej miała ta pieśń mi obiecana...
Pieśń, co była już w grobie, już chłodna,
Krew poczuła, spod ziemi wygląda
I jak upiór powstaje158...
Dajcie mi harfę taką! Dajcie mi wielkiego uczucia tchnienie szerokie, a zaśpiewam wam nowego życia hymn weselny!
...a że mam śmierć tylko przed oczyma, za życia — grobu głuchą samotność, i z kałem życia ciągłe obcowanie, więc chyba krukom złowieszczym gotować będę krakania mogilne.
I pieśń ma legła znów w grobie.
Więc znowuż: my oboje, Lili!
i ten smutek wielkich miast rozpaczny,
i te surowe wrota zamkniętych o świcie kościołów,
i te na rosę smutku rozkwitłe białe kielichy tęsknoty: me poezje pisane o świcie,
i te życia mego ostatnie miesiące...
My oboje, Lili! —
A tam, ty — Zochna.
Imię twe święte płacz mi z piersi wydarł i przede mną samym zdradził!... Imię twe święte szepczę i łez mych nie wstydzę się nawet przed samotnością moją!”
Jelsky słaniał się jak fakir nad czarnym dymem, już go sine smugi wstęgami owiły, pochłonęła go chmura. Ćmił cygara bez końca, połykał kawę.
I czytał:
„Lubię, gdy strach upiorów o północnej godzinie oczy mi zaokrągla, mięśnie na twarzy ściąga i przyczaja zmysły złudą oczekiwania. Wtedy czuć moich skupienie rodzi wokół jakieś szepty, szmery, stąpania... Nie sam słyszę, ludzie już o tym gawędzą; drwią ze mnie i boją się nieraz. Ja drwię, boję się i lubię te moje chwile; pieszczę się nimi, bawię się gorączką wyobraźni, co mi tętno serca tak rozkosznie przyśpiesza.
A od czasu gdym ciebie poznał, tymi chwilami tylko żyję. Chcę ciebie wywołać, potęgą uczuć moich, jasnowidzeń moich przemocą przed oczyma postawić. Wspomnienia tych krótkich chwil przy tobie stały się ducha mego soczewką, wszystkie promienie duszy w sobie jak w ognisku łączą i mózg mi palą. Znam już słodycz wielu marzeń z Tobą, przy Tobie, dla Ciebie: chociażeś mi ciałem obca i daleka duchem, jużeś moja! Wypiłem już haszysz wszelkich z Tobą łączności i upojeń, myśli moich wszechwładzą wiele pieszczot ci już nakazywałem. Alem się przesycił marzeń moich ułudą.
Zjawu chcę!
Patrz — ja nigdy, przenigdy takiego skupienia wszystkiego czucia i myśli nie zaznałem, takiego stopienia się woli z twą myślą, duchem, ciałem! Jako tygrys do skoku przyległy i zdobyczy czujny, przyczaiła się wola ma.
Wola moja wzywa ciebie!
Przyjdź — jednym promieniem nadziei przyjdź, a wówczas serce mi chyba ptakiem z piersi wyskoczy, po tym promieniu do ciebie zleci, do stóp padnie i chorymi skrzydłami załopocze.
Płaczesz... Dlaczego mi się zdaje, że Ty tam u siebie w tej chwili płakać musisz?
Patrz! — Już mi strach upiorów o północnej godzinie oczy zaokrągla, twarz ściąga i ramiona pręży... słyszysz te szmery, szepty i stąpania wokół?
— Tu?!...
Coś echem się niesie, szmerem cichym się skrada.
— Czyś to ty?!...
Coś ze stołu spadło i echem wciąż jeszcze pada...
Słyszę, jak się tam miasto z dala burzy, słyszę świst głuchy i łoskot ciężki wzbierającej fali... Czy to brzęk złota czy wiatru o szyby dzwonienie?... Twójże to szept pieściwy czy przytłumione tłumu szemranie: „Dziś, dziś, dziś!”... Twejże to sukni szelest159, czy też Lili chichot pijany?...
— Kto woła?!...
Słyszę: stamtąd, z daleka — to oni — te trupy w imię sztuki — wyją pijani w kawiarni, a błazny po tynglach z nich się śmieją: he, he, he!
Patrz! — Oto lampa gaśnie. Już mnie ciemność grobowa płytą od świata oddzieliła. Ty się teraz mej woli oprzeć nie możesz!... Nie widzę, nie słyszę, nie czuję nic! Tobą być chcę, ciałem i krwią Twoją i duchem Twym — woli twej objawieniem!...
Ty po grząskich bagniskach nad życia zgnilizną, ponad próchnicą zgliszczy błądzący, biały, wiewny, święty duchu...
— Spłyń!...
...już cichą, ciepłą słoneczność kobiecej dobroci czuję, z chłodu twych dłoni odkupienie biorę. W mych lepszych uczuć agonii ostatnim przebłysku!
Już zapach włosów Twoich czuję, już puchowe dotknięcie ramion Twoich wskroś ciało me przenika. W kochania mego szale przedśmiertnym!
Przyjdź wiewem, zjaw się cieniem, powstań upiorem.
— Choodź!...
Patrz — ja wskrzeszam w myśli moc wielką, bo wszystkich grzechów moich jawę i świadectwo!... W trumnie ciało me niebawem legnie, a ty tej grobowej skrzyni pokutnym wiekiem będziesz, jeśli się nie zjawisz! Ja cię tym strasznym przekleństwem do nóg mych przykuję.
— Jaw się i stań!...
I słyszę — szloch... Twój, Zochna, płacz rozpaczny!... Czego?... Czego ty tam płaczesz w tej chwili?... Kogo szukasz?... W tym blasku lampy czerwonym... Upadniesz, upadniesz z lampą!... Chryste, ona się zapali!...
I te ciszy grobowej głuche dudnienie słyszę, godzin ciężki, ołowiany chód, tych godzin najbliższych, co się po klęsce pogrzebowym krokiem wloką.
Słyszę: — padł strzał! — Szum skrzydeł mu nie zawtórował... Widzę: — osadził się ptak na gałęzi, chwieje się, lecz nie spada. Osunął się: bije ciałem po gałęziach, liście strąca, skrzydłami łopoce, czepia się... znów się stacza, pada, bije — wyrżnął o ziemię i krwawi! Dyszy... Znów się porywa: tuż, tuż ponad ziemią jak kula sunie, czołga, wzbija się; znów pada, na wznak się wali i skrzydła kurczowo pręży. Dyszy. Pławi się we własnej posoce.
I widzę cienie dwóch rąk, co się po niego wyciągają... Ratuj duszę!... Znów się porwie: po ziemi kulą sunie, krwawą strugą barwi... A te cienie rąk pełzną po wszystkich ścianach, ślizgają się jak węże... Dłonie, dłonie drapieżce!...
Uduszą mi ptaka!... Chryste Panie, ptaka Twego Bożego!...
Zgasło. Przesiliło ciało moc moją. Już turkot wozów słyszę na ulicy... Opuściły mnie siły moje. Ciało czuję, ból czuję. Tu w piersiach dławi, dusi... I ten chłód, ten chłód okropny na czole, i to zamroczenie nagłe!... Wiem, co to znaczy: — Chustki! — Miski! — Lodu! — Dobrze, iż lampa zgasła: nie chcę widzieć tego. Ukryję się z tym, ślady zatrę, nie chcę, by mi Jelsky swą wyższość zdrowego zwierzęcia współczuciem okazywał. Nienawidzę współczucia!
A potem, sen krótki, gorączkowy; a może omdlenie. Po zbudzeniu się trwoga, dziki lęk przed śmiercią i ta skrucha za chybionym życiem, zmarnowanym posiewem. Jesteś, karzący mieczu życia? Jesteś, szatanie mój? A trwoga ma i skrucha i żal jednym tylko okrzykiem wołać umieją:
Pisać chcę!!
Jesteś złej godziny mych narodzin klątwo nieubłagana, zjawiasz się nawet w godzinie śmierci, aby mię spowiedzią dobić.
Pisać chcę!!
...rozwiały wiatry mej samotności płodne zasiewy. Na mych tęsknot pustyni kraczą tylko kruki nad ciał i duchów padliną. Wszystko, co lepsze, głębsze, trwalsze, runęło w gruzy. Więc już nic nie wskrześnie? Nic ciałem wizji się nie oblecze? Nic nie zmartwychwstanie w marzeń moich ostatnim mirażu? W nowego życia krzyku daremnym? Zmarniały dobre zasiewy — niechże więc kąkol wzejdzie i świadczy o życia mego krzywdzie i rozpaczy! Legło me dobro, niechajże zło moje swój sabat święci ostatni! — A potem niechaj duch mój wraz z ciałem w piekło się zwali!
A więc kieruj ty mym piórem, szatanie, ty, co patrzysz także w sumienie czcigodnych i zasłużonych, w szlachetnych oburzeń bezmyślność i kłam.
Ty, fałszu życia płaszczu świątobliwy,
krwawego znoju bliźnich złotodajna żyło,
bólu szlachetnych przepaścista studnio,
pochłoń mnie! Zatrać mnie, bom w ostatniego Boga ostatnią stracił wiarę!
Bezlitosnych udręczeń hojny ty szafarzu,
tajemnych przeznaczeń czarna twórcza ręko,
budujących bogów potępiony młocie,
nowych wartości nieśmiertelny twórco,
Szatanie, bądź wola Twoja!”
Jelsky słaniał się wciąż jak fakir: otumanił go ten dymny czad i, zda się, wszystkie wrota zmysłów zamknął, aby jakieś inne drogi trwożnym czuciom i niepokojom otworzyć. Oto wsparłszy głowę na ramionach, słyszy szept twardy, ostry, dobitny jak uderzenia młota w czaszkę:
— Wszak hojnie darzę rozkładem uczuć i ducha rozterką! Wszak hojnie ziarna sztuki sieję?... Patrz! — Jam jest sztuki waszej zabójczą potęgą!
I w tejże chwili czuje, mimo że resztką władz tę myśl z uporem tłumi, czuje, że poza nim, tuż koło drzwi, ktoś w tej chwili stoi. Twarz bezradnie w ramiona ukrywa i szepcze cicho: „Boże mój, Boże, co to jest?” — Lecz w tymże momencie zrywa się błędnie i spoziera poza siebie.
— Müller?! — krzyknął krótko, a usta, jakby w oczekiwaniu odpowiedzi, pozostały uchylone.
Powrócił, znaczy się! — Ale milczy! — Peleryną swą otula się tylko szczelnie, głowę w kołnierz wciska, pochyloną twarz beretem przysłania... Stoi i milczy, jak cień: w ciemnym kącie czarny, zamarły i dziwnie wyższy, dziwnie...
— Müller — ty?!...
Jelsky czuje, jak mu mięśnie krzepną, drętwieją, skuwają się tą przeraźliwą niemocą gorączkowego snu. A tamten stoi pode drzwiami: czarny, zimny, pochyloną głowę beretem przysłania... Ramiona na piersiach skrzyżował i...
Spojrzał!...
Jelsky’ego jakby między oczy coś uderzyło: rzucił się w tył i ramionami załopotał. W sobie się zebrał, wtulił i twarzą do własnych dłoni przypadł. Bez wiedzy i woli, odruchowym jedynie instynktem dobrej krwi, chwycił krzesło i puścił je z całych sił w tamtym kierunku. Roztrzaskało się o drzwi na kawałki. Łoskot ten zbudził Jelsky’ego i spłoszył mu zmorę sprzed oczu. Zatoczył się do okna, uniósł roletę i szarpnął zawiasy. Chłód wtargnął do pokoju, ciężkie dymy poczęły się wykłębiać na ulicę.
Mroźne powietrze poranku drgało czystym, dźwięcznym i pośpiesznym dzwonieniem sygnaturki kościelnej:
Ave-Maria-gratias-plena160!
Na dachach domów sąsiednich kładł się szronem biały świt...
Po kilku godzinach zbudzono go natarczywym kołataniem we drzwi. Popołudniowe słońce w pokoju powitał Jelsky grymasem i zwlókł się ciężko z łóżka. Nie spieszył się jednak z otworzeniem drzwi. „Korekta, artykuły, sprawy bieżące” — dudniało mu w uszach natrętnie. — „Dajże się ubrać! — krzyknął niecierpliwie. — Siądź sobie pode drzwiami, zdrzemnij się albo zdechnij — co wolisz... Możesz również obejść wszystkich czytelników i powiedzieć, że pan Jelsky prosi uprzejmie o pocałowanie w ucho... No, co powiesz, przedstawicielu najbierniejszej na świecie profesji?”...
— Jestem posłaniec.
— Toż widzę, durniu!
— I starszy człowiek jestem — wnuków mam takich... I Polak, panie.
Jelsky wyrwał mu niecierpliwie list z ręki. Rozrywając kopertę, łagodził po niemiecku:
— Rodak pali? Niechże rodak weźmie sobie cygaro — tam, z pudełka.
„Szanowny panie” — czytał. — Hm? Zosia Borowska.. — Oczywiście!... „czy człowiek, czy potwór”... Mocne! „nikczemna...” Po co ty się nad sobą znęcasz?... „topić”... Rozumie się! — „...źli tu ludzie, źli, źli”. — Taak!... „I łez już nie stało”. Wierzę!
Jelsky marszczył się.
— Rodak wziął już cygaro?... No, to niechże rodak idzie sobie precz. I niech wstąpi po drodze do redakcji uprzedzić, że jestem chory i nie przyjdę dziś... Niech powie również, że jestem niespokojny o zdrowie i pomyślność pana redaktora, ponieważ dzisiejszej nocy zjawił mi się w gorączce szatan. Streszczam się: mam katzenjammer życiowy w połączeniu z febrą i bólem głowy; do redakcji nie przyjdę. Żegnam.
Posłaniec śmiał się i dławił swym cygarem. Spojrzawszy jednak na bladą, zimną, prawie surową twarz Jelsky’ego, spoważniał natychmiast i cofnął się ku drzwiom.
— Jeżeli rodak odczuwa potrzebę obełgania tragizmem swych kolei życiowych i wyłudzenia wsparcia, będę nad wieczorem w kawiarni Muzeum. Niech będzie pochwalony! — rzucił na pożegnanie po polsku.
— Na wieki wieków — brzmiała odpowiedź.
Posłaniec, biegnąc po trotuarach zwykłym truchtem łazęgi, kiwał siwą głową i mruczał: „Tego musi coś szarpać za one dudy — za nerwy — hę? Ten coś knuje. Coś... coś... we łbie tym warzy. Z gęby diabeł się śmieje, a w oczach śmierć się strachem zżyma. Człowiekowi takiemu nie mów, co pół świata zeszedł, taki ma na to oczy, czego i przez polową lunetę nie dojrzy. Widziało się i to! Bywają tacy ludzie, co z nimi kilka słów zagadasz, a on ci potem z głowy wyjść nie chce. I będzie ci się naprzykrzał pamięci, będzie nękał, będzie ci trapił duszę, jakby o Zdrowaś Maria prosił”. Stary zboczył w poprzecznicę, aby mieć przyjemność kornego zdjęcia czapki przed kościołem.
Jelsky tymczasem chmurzył się dalej nad listem.
„Dobrzy ludzie”... Hm!... Hm!... I tak dalej... „topić”.... Da capo161!... „Świat się na mnie zwalił”. — Przesadne! — „Myślę, że tam na świecie słońce już dziś wcale nie wzeszło”... To jest kapitalne w naiwnej ekspresji!... „Niech panu Pan Bóg”... — i tak dalej... „Ja bo nie umiem...” — Ślady łez na papierze!... „ale na litość Boską, niech pan mną nie pogardza”...
Jelsky uderzył się po kolanach.
— Kobieta! — krzyknął. — Kobieta! Sacré nom de nom162 — kobieta!
„Sukienki już spakowałam”... Sukienki są w tym wszystkim, jak na mój smak, drobiażdżkiem ogromnie rzewnym — „i czekam spełnienia pańskiej obietnicy”... Co ja jej, do diabła, obiecać mogłem?!... „Piekarza, gdy dzwonił z rana”... i tak dalej. — „Boję się wszystkiego — drżę ciągle”... — „Kanarek w klatce już nawet nie śpiewa”... Śpiewa?! — zlitujże się, kanarek wrzeszczy, nie śpiewa. — „...nie śpiewa, i ciągle tylko na mnie patrzy. A ja już z tego tylko ustawicznie płakać muszę”... Za dużo wilgoci! — „i plotek także bardzo się boję”. Rozumie się!... — „Klucz od zatrzasku przesyłam”. Oczywiście! — Signum manu propria163: „podła! podła! podła! — Zosia Borowska.” — Zosia! — nawet we własnych myślach Zosia!
— Taak!... — Jelsky wypuścił cały zapas tchu z piersi. „A wiesz ty, mały ptaku, że ty byś mogła wziąć każdego, żeby chociaż.... choć przed rokiem!”...
„Post scriptum”. No jakże? — Post scriptum być przecie musi. — „Śnił mi się pan Müller całą noc. Czy miał krwotok? I że mnie przeklinał”.
Tu Jelsky poczerwieniał nagle i zerwał gwałtownie cwikier. „Więc i ona go widziała?!” Począł wielkimi krokami chodzić po pokoju. Sięgnął na chwilę po rękopis Müllera, lecz odrzucił go niebawem.
„Do diabła — wołał — w tych »nowych blagach« jest coś więcej niż rozkoszny dreszcz dla histeryczek!” I znowu stanął mu przed oczyma pamiętnik Müllera, to niezrozumiałe, niepokojące wpisanie się jego w jakieś wyczucia tego, co się w tej chwili w drugim końcu miasta działo, wreszcie jego własne widzenie potem — jej znowuż list i trwoga... „Czy ja tu czasem nie tylko z Müllerem walczę, nie tylko z nią, nie tylko z sobą? Czy tu czasami nie wkradło się już coś?”... Równocześnie prawie przyniósł kaprys myśli:
Habe die Sonne nicht zu lieb...
Komm, folge mir In das dunkle Reich hinab164...
Chodził po pokoju twardym krokiem, chmurzył się, gestykulował do swych myśli. „Trzeba poprawić inteligencję koniakiem” — zdecydował po chwili. Niebawem mówił już do siebie spokojnie, prawie głośno, rozkoszując się jakby swych myśli swobodą.
— Tak, na to wszystko można, a nawet należy patrzeć z olimpijską ignorancją człowieka nauki, ale na to trzeba być profesorem fizjologii oraz radcą dworu. Ja zaś jestem dziennikarzem, więc głos powołania błaga, prosi, żebrze natrętnie, aby puścić na miasto jakąś Katie King165 w postaci arcydzikiej kaczki166. Swojskie gęsi podniosą gwałt, młodzież uniwersytecka się rozentuzjazmuje, literaci ogłoszą bankructwo nauki i — profesor fizjologii będzie się śmiał! — Źle mówię: „on!” się tylko ponad brodą uśmiechnie, ale za to oni: ci mniejsi, malutcy i wcale niewidoczni roześmieją się po świecie srebrną gamą, nie tyle nad moją kaczką, ile nad głupotą ludzi, którym nie wystarcza katedra uniwersytecka wraz ze wszystkim, co się na niej mieści. Im głuchszy zakątek, tym głębszym basem roześmieje się aptekarz, tym większy tryumf będzie święciła nauka!
I tak oto — filozofował dalej — dusza współczesna skacze jak piłka między twardym kowadłem nauki a lekkim młoteczkiem dziennikarza. I cóż dziwnego, że w takich czasach tryumfuje duch kobiety? One są lekkie i elastyczne.
Jelsky tonął w fotelu i ćmił gwałtownie cygaro. Nagle, nie podnosząc głowy:
— Ty! — Słuchaj, co ja myślę!
Rzucił okiem na łóżko Müllera i znów poczerwieniał w jednej chwili. — Nie ma szelmy — uciekł łotr! — I przed kim ja będę teraz gadał? Przed kim myślał?...
Teraz mogę iść i zagrać w domino z sąsiadem kamienicznikiem... Tak — domino jest głęboką filozofią dla ludzi mających senne sumienia wołów... Moja Zosiu, widzisz, rzecz jest taka, że ja się coś nie coś boję, tylko nie kanarka, lecz diabełka, żeby mnie znowuż nie odwiedził. Nie ciebie mi, Zosiu, potrzeba, ale jakiegoś gmaszyska wiedzy i nauki, abym mógł w cieniu tej piramidy odpocząć choć na chwilę. Potrzeba mi olimpijskiej brody królewskiego profesora i radcy dworu, abym mógł wyśmiać razem z nim tę „nową blagę” i zmiażdżony wiedzą podręczników zasnąć snem fizjologicznie prawidłowym... Nie trzeba mi, Zosiu, klucza od twego zatrzasku, lecz klucza do mych myśli swobodnych, trzeba mi filozofującego opryszka, aby mi skrzydeł użyczył swoich i pomógł przeskoczyć przez... twego kanarka, Zosiu, co już nie śpiewa.
Przeskoczyliśmy w życiu tyle przeszkód w steeple-chase167 artystycznym, że nie potkniemy się chyba o ten... sentymencik polski... (Mam go zresztą w mocnym podejrzeniu o niesmaczne reminiscencje powieściowe!)
Hopp!... — Oj nie! — Jelsky prężył ramiona.
Przyjacielu! — Müllerze! — Pająku!
I nagle przypomniało mu się: — „La sacra visione di te imploro, Beatrice mia!”
Gwałtowny wybuch szalonego śmiechu pchnął go na fotel. Rzucał, trząsł i miotał nim ten śmiech, podobnie jak śmiertelny kaszel chorym ciałem jego przyjaciela.
Wyszedł z najwyraźniejszym zamiarem pójścia do Borowskiej, po niespełna pół godziny znalazł się niespodzianie na obcych schodach obskurnej kamienicy. Na drzwiach znalazł bilet wizytowy: Jan Kunicki, cand. med.168 — „I po co ja tu?!”... — Jelsky’emu chłód po ciele przebiegł. „Po co ja tu?!... Czyżby mną już co innego rządziło, niźli wola moja?... Komm, folge mir in das dunkle Reich169... A niech się dzieje co chce!” — Zadzwonił gwałtownie.
U Kunickiego zastał wielki nieład: stosy książek i papierów porozrzucane na ziemi, kufry na środku pokoju, naokół pełno ogarków od cygar i niedopałków po papierosach. Kunicki leżał na otomanie. Podał mu rękę milcząc i wskazał niedbale na krzesło.
— Ja do pana właśnie iść chciałem — rzekł spokojnie, prawie sennie.
— Pan? — Jelsky musiał się powstrzymać, aby nie wzruszyć ramionami. „Skądże? — myślał. — Po co? I co za konfidencja170 nagła?” — Nie zdejmując palta, siadł konno na krześle i wsparł głowę na poręczy. Przypatrywał się Kunickiemu uważnie, badawczo, uparcie.
— Panie Kunicki, właściwie co się z panem dzieje?!
— Wyjeżdżam — mruknął.
— Widzę. Lecz czy nie należałoby wprzódy chociażby spróbować. Jak można pozwalać się tak maltretować życiu?
— Nie rozumiem. Czego ja mam próbować? Nie mam nic do zyskania, mogę tylko wszystko stracić.
— Ach, tak!
— Po części jużem stracił. Mówię szczerze, ponieważ nie znajdowałem nigdy rozkoszy w obełgiwaniu siebie lub ludzi. Widzisz pan, dla człowieka pracy i ładu nie ma nic straszniejszego w życiu nad te... nie wiem, jak powiedzieć... teatralne w życiu efekty. Zaprowadź pan kiedy młodego rzemieślnika, który nigdzie poza swą ulicę nie wychodził, na jakąś czarodziejską feerię; pokaż mu pan rusałki, najady, waligórów, wyrwidębów; przez tydzień będzie chodził jak struty. Własne życie wyda mu się nagle szare, nudne, brudne.
— No tak — potakiwał Jelsky. — A co gorsza, własne łydki tak rozpaczliwie, tak beznadziejnie i żałośnie chude, że młody pracownik szydła i dratwy gotów je sobie nadsztukować w spodniach.
— Takie rzeczy robią tylko literaci — prostował Kunicki spokojnie. — Idzie o to życie nasze mizerne, o te zbyt silne blaski w bezświetlne godziny codzienności. Każde niespodziane silne i wielkie uczucie jest tym ogniem bengalskim, w którym wszystko nowe i obce wydaje nam się światem z czarodziejskiej bajki, a my sami tak ogromnie nikczemni i pospolici.
— Tak — potakiwał Jelsky niedbale. — Ale w panu zanosi się coś na dłuższą prelekcję. Czy — (Jelsky oglądał się po pokoju) — czy w gospodarstwie nie ma przypadkiem koniaku? — (Spostrzegł na oknie butelkę wraz z kieliszkiem i sięgnął po nią.) — Zmieniają się coś obyczaje; byłeś pan, o ile wiem, anty-alkoholikiem... Koniak — mówił, przełykając pierwszy kieliszek — jest napojem mistycznym: nalewką na sumieniach samobójców.
Kunicki spojrzał na niego wzgardliwie i zwiesił wargę.
— Albo ta pańska wymowa, ten ustawiczny ferment i musowanie wina w głowie. I to mi kiedyś strasznie imponowało. Pamiętasz pan: rozbeczałem się wtedy w kawiarni. Dziś słucham ze współczuciem: panu coś bardzo dolegać musi...
— Najbardziej pańska nie dość treściwa wymowa. Czuję, że będę panu musiał opowiedzieć coś... coś mniej wesołego i że bodaj na to tylko tutaj zabłądziłem. Krzepię więc ducha i — słucham — tymczasem słucham.
Ale Kunicki tkwił widocznie uparcie w pierwszej swej myśli.
— Panie Jelsky — rzekł — wyście mi wszyscy wtedy nawet w kawiarni i tynglu, strasznie zaimponowali. Artyści!... Oto jest życie... To jest świat! — Miałem, widzisz pan, w duszy ten ogień sztuczny, który was wszystkich oświecał... Dawniej — mówił po krótkim milczeniu — miałem na wszystko jasny, spokojny i trzeźwy sąd; dziś tu, w głowie, pozasuwały mi się jakieś pstre kulisy, pozapalały się jakieś sztuczne efektowne blaski. Wyobraźnia (ja dawniej nie miałem wyobraźni!) stała się rekwizytornią bohaterskich kostiumów dla błaznów i komediantów.
— O! — szarpnął się Jelsky i skoczył z miejsca.
Kunicki sięgnął znowuż po papierosa (na podłodze leżały już całe stosy niedopałków), przez dłuższą chwilę milczał, nagle uniósł się na łokciu i, patrząc niespokojnie na Jelsky’ego, zagadnął:
— Co porabia Zosia Borowska?
Jelsky odwrócił się od tego spojrzenia.
— Nie wiem — mruknął. — Czeka prawdopodobnie na kostium z pańskiej rekwizytorni. — I począł spacerować wielkimi krokami po pokoju, manewrując ostrożnie wśród książek porozrzucanych na ziemi.
Kunicki uniósł się jeszcze wyżej na otomanie: nieco przegięty tułów wspierał w ten sposób na wyprężonych w tył ramionach. „Przecież to jest męczennik — pomyślał Jelsky, spojrzawszy na jego bladą twarz i ten ruch bezwładny. — Hiob na kupie gnoju!”
— Ją zostaw pan na uboczu — prosił tymczasem Kunicki. — Jej nie dotykajmy naszymi językami. Mowa nasza jest nieczysta: plami nam wszystkie uczucia, bryzga kałem na wszystkich ludzi. I czym mi ona zawiniła? Co winien kwiat słoneczny, że się niejeden motyl jego nektarem struje? Co winien płomień, że niejedna ćma w nim się spali? Co winno słońce, że człowiek czasem tak bardzo cierpi?
— Bardzo efektowne choć staromodne kostiumy posiadasz pan w swej rekwizytorni!
— Ja bym ją po nogach całował i przepraszał — mówił Kunicki już niemal obłędnie zapatrzony gdzieś w kąt sufitu — po stopach całował i przepraszał za te uczucia, jakie we mnie wzbudziła.
— Jakież to uczucia?
Kunicki zdał się namyślać przez chwilę.
— Namiętność — rzekł wreszcie z dziwnym spokojem. Dla Jelsky’ego ten gnuśny, pełny umęczenia spokój miał w sobie coś z ohydy; wzdrygnął się: „Tak chyba ślimak w kałuży rozmyśla nad miłością”.
— Pan jesteś szczery — rzekł.
— Chcę spojrzeć na to wszystko, jasno, trzeźwo, aż do obrzydliwości, aż do wstrętu. I dlatego czynię sobie tę krzywdę, że mówię głośno przed cynikiem. To pomaga nieraz bardzo. Jestem panu szczerze wdzięczny za wizytę. Sam się do niego wybierałem... Co pan o mnie myśli, o to nie dbam... Widzisz pan, bywają rzemieślnicy, z tych słabowitych, marniejszych, rozmarzonych... taki, raz zobaczywszy scenę, zamarzy o kulisach i przepadnie wśród bandy cyganów jako najmizerniejsze popychadło.
— Et! — szarpnął się niecierpliwie Jelsky. — Zjedz pan obiadek w towarzystwie Lili i przejdzie. Nie ma z czego robić weltschmerzu171. Za kulisy pan nie pójdziesz i ta wstrzemięźliwość przyjdzie panu nawet łatwo.
— Diabła tam! — krzyknął Kunicki i zarzucił dłonie na czoło. — Diabła tam! Pójść może i nie pójdę, ale ja chcę być takim jak dawniej! Pamiętasz pan tę naszą rozmowę w kawiarni: „Gorycz, obrzydzenie, wstręt!” — oj tak. Ta droga mego życia wydaje mi się teraz taką szarą, pustą i tak nieskończenie zbyteczną.
Borowski — mówił po dłuższej przerwie, zapatrzony gdzieś błędnie — Borowski opowiadał mi raz swoje dzieje. A potem, pamiętam jak dziś: długie i smutne kominy patrzały martwo w dal pustą i niemą. On narzucił się wtedy na mnie. „Widzisz — wołał — dawniej ludzkie namiętności były życia i pracy ramieniem i młotem, dawniej bogowie nie wstydzili się swych namiętności. Dzisiaj są one od biurka i maszyny precz wyklęte i gdzieś głęboko, głęboko pod ziemią zaryte, aby życiu nie przeszkadzały. Ty dzisiaj o nich nic nie wiesz. — Dzisiaj — mówił Borowski — bogów nie ma; ale i bogów namiętność stać by się musiała w potępieniu gnuśną, jadowitą, trawiącą”.
„Dziś mamy rozsądek” — powiedziałem mu. „Macie rozsądek! — krzyczał. — A jednak słyszysz: oto maszyny do snu legły, a gdzieś w pomrokach kamiennych w ciszy umęczonych dusz i ciał rozlega się nagle straszny, beznadziejny krzyk! Otwarły się podziemia wasze i cuchną. Zrozumiałeś, kto je otworzył? Kto jest bólu waszego krzykiem po nocy? Zrozumiałeś, za co mu ludzie dają łzy swoje? Święte i czyste łzy tęsknoty?” — Wtedy powiedziałem: „komediant”, dziś wiem, kto jest tym krzykiem po nocy.
Jelsky przysłuchiwał się temu z uwagą.
— No? — pytał niecierpliwie.
— Artysta! — odparł Kunicki z naciskiem. — Wy, wy jedynie potraficie dziś i kochać, i cierpieć. Wy jesteście naszego bólu krzykiem po nocy... My dziś możemy dać tylko — łzy naszej tęsknoty.
Kunicki tonął spojrzeniem gdzieś w dali: widać było, że obrazy i słowa wspomnień więżą mu myśl; przeżywał je po raz drugi z głuchym, zawziętym uporem:
— Oto w pomrokach kamiennych w ciszy umęczonych dusz rozlega się nagle straszny krzyk po nocy. Budzi się namiętność, bucha płomień duszy! I gaśnie. Pozostanie — jeden, dwa trupy i otwiera się nagle przepaść bólu i cierpień.
— Co to znaczy?! — krzyknął nagle Jelsky i przystanął tuż nad nim.
— Borowski tak mówił.
— Aha, tak!... Więc tak Borowski mówił?...
Kunicki tymczasem snuł dalej swe nici pajęcze.
— Ale za dnia przepaść ta już głucha, już zimna, ziejąca tylko dusznym czadem zgniłych wyziewów!... Bo my jesteśmy dniem. A wraz ze świtem odżyły już maszyny i zamarli ludzie. My, ludzie dnia, wzdrygamy się na te wasze nocne, podziemne sprawy. Nasze namiętności są przecież głęboko, głęboko pod ziemią zaryte, aby życiu nie przeszkadzały. Za dnia snują się już tylko rude, ciężkie kłębiska dymów: rozpacz po ziemi chodzi. Długie i smutne kominy fabryczne patrzą martwo w dal pustą i niemą.
W dal pustą i niemą — powtórzył raz jeszcze. — Nas nie stać na siłę uczucia. Ono nam odbiera tę moc i pewność w życiu, jakie daje automatyzm, to oparcie w niedoli i smutku, jakiego łaskawie udziela maszyna i biurko.
Jelsky zwiesił głowę.
— Tiens! — cmoknął. — To jest stimmung172 kapitalny! Czy pan nie pisujesz przypadkiem wierszy?
Na Kunickiego uderzył pąs. Jelsky sięgnął machinalnie po jakiś zeszyt na stole, lecz nie długo trzymał go w rękach. Kunicki wydarł mu go sprzed oczu i rzuciwszy się znowuż na otomanę, ciałem przysłaniał ten zeszyt.
Jelsky śmiał się szeroko: „Doctor medicinae et chirurgiae173! Dobrze dzieje się na świecie! — Zosiu, Zosiu poczciwa, cóżeś ty zamętu wokół narobiła!”.
Kunickiemu drżały wargi.
— Czyś pan myślał kiedy — mówił szybko, aby zagadać niemiłe dlań zajście i odwrócić myśl Jelsky’ego w drugą stronę — czyś pan się nie zastanawiał nad tym, do jakiego absurdu doprowadzi nas kiedyś praca. Ha, ha! „Praca rozkoszą!”, „praca obowiązkiem!”, „praca świętością!” — a jej sakramentem podział! — Podział pracy w nieskończoność!
— Panie, czym nie myślał! — Jelsky zakrzątał się nagle wesoło i zacierał ręce. — Gotuję zbiorek kaligraficzno-umoralniających wzorków dla młodzieży. Znajdziesz tam pan między innymi następujące sentencje: „Podział pracy ogłupia uszlachetniająco, miłość ojczyzny to sumienność w swym dziale pracy. — Czas to pieniądz, moralność zmienia się wraz z czasem. — Jedno marzenie więcej, jeden grosik mniej. — Ora et labora174, przyjdzie patriota, co z tego skorzysta. — Cierpliwość i praca jednych uszlachetnia, a drugich wzbogaca”... Mam i drugi zbiorek, tak zwany „filantropijny”, dla poprawy charakteru zgrzybiałych bankierów; posiadam i trzeci, „savoir vivré’owy”, dla młodych artystów poszukujących mecenasów. Panie Kunicki, czego ja nie mam w tece?... Tymczasem w tej tece to wszystko spoczywa! — Jelsky plusnął dłonią w czoło.
A potem obejmując Kunickiego wpół:
— Jak Boga kocham, panie Kunicki, przy panu myśli się równie dobrze, jak przy Müllerze. Mnie aby tylko ruch myśli pod czyją czaszką odczuć! Jestem jak ten koń wyścigowy, póki w stajni, póty drzemie; niech ptaka zobaczy — już ścigać się gotów. Dlatego też pasjami lubię kobiety!
Kunicki próbował się uśmiechnąć, ale niebawem machnął ręką. Chmurzył się póty, póki myśli swojej nie znalazł, po czym rozjaśniła mu się nieco twarz.
— Widzisz pan, ten podział pracy tak człowieka stoma łańcuchami do miejsca i czasu kiedyś przykuje, że gdziekolwiek się ruszy, natrafi na zimny metal maszyny, każde jego spojrzenie w dal przysłonią kłębiska dymów. Tylko długie i smutne kominy fabryczne będą patrzały martwo w dal — w dal pustą i niemą.
— I czy pan o tym pisze poezje? To może być wprost kapitalne.
— I będą te kominy widziały w dali jakieś złowróżbne znaki, Bożego gniewu ciche ostrzeżenia, jakieś dymne Mane Tekel Fares175 zawisłe ponad światem. Ale kominy nikomu tej tajemnicy nie zdradzą: ludzie mali, nikli, gdzieś tam wśród trybów maszyn na dole zagubieni nic o tym wiedzieć nie będą... Sztuka? Wtedy tym namiętniej ludzie do sztuki wyciągać będą ramiona, bo życia już wcale wówczas nie będzie! A wy, co ją tworzycie, wy życiem głodni i na jałowej pustyni za życiem zrozpaczeni, wy z krzyków nocy sztukę robić będziecie chcieli. Ale wasza sztuka na was samych się zemści, zaszczepi wam ten obłęd, którym się już dziś bawicie — zaszczepi wam — Furor Aphrodisiaca176!...
Jelsky zerwał z siebie palto, cisnął je gdzieś w kąt i przysiadł się do Kunickiego.
— Pan masz talent! — krzyknął. — Jak Boga kocham! Rękopis proszę. Przetłumaczy się. W gazecie się umieści. Reklamę się zrobi. Z góry wiem, że tam jest talent. I niech się pan nie rumieni. To się zdarza w najlepszych rodzinach. — (Zosiu, Zosiu poczciwa, cóżeś ty zamętu w świecie twórczości narobiła!) — Pańskie rzeczy, czuję to, muszą być wprost wizyjne. Tam było coś: „pozostanie jeden, dwa trupy i otworzy się przepaść bólu i cierpień”. Panie, to jest wróżba wprost, jasnowidzenie!... Trans w sztuce sprowadzi się kiedyś wprost do somnambulizmu, gadania nie ma!... Ale! — Ja pierwszy raz spojrzałem właściwie na pańską twarz. Pan masz kapitalnie mocno narysowaną głowę. Sprowadzi się tu malarza. Niech prosi, aby mógł portret zrobić... Panie Kunicki, pójdziemy się upić dzisiaj — co? Wiesz pan co? — Pójdziemy do tynglu — Yvetta daje drugi koncert. — (Jelsky potrząsał prawicą Kunickiego). — My się zaprzyjaźnimy, panie Kunicki! Medycynę pan, oczywiście, rzucasz, bo to jest przecie do cholery! Sztuka to jest wielka rzecz. Nie ma nic innego na świecie!
Kunicki patrzył na niego spode łba, niedbale, otwierał szeroko oczy i ćmił papierosa. W oczach Jelsky’ego rozdarł zeszyt na dwoje i tuż spod jego rąk cisnął kajet w kominek, gdzie tliły się jeszcze jakieś listy i papierosy. Jelsky zdążył go pochwycić za poły, przyciągnąć do siebie i powalić na otomanę. Sam zaś przypadł na kolanach do kominka. W tejże chwili buchnął płomień tak silnie, że Jelsky rzucił głowę w tył i zerwał się z kolan.
— Idiota i szubrawiec! — krzyknął w pasji.
I narzucając na ramiona palto, szarpał je i wołał gorączkowo:
— Można filistrów orzynać co się da, długów nie płacić, dziewczyny gwałcić, przyjaciół oszukiwać, żony cudze uwodzić, ale takiego chamstwa, jak Boga kocham, nie popełniłem nigdy. Na to trzeba być chamem z urodzenia i karierowiczem z odziedziczonych skłonności! Trzeba być łykiem z krwi i szpiku, niedołęgą, który zamiast brać, czego nie dają, filozofuje o miłości i boi się jej!
Kunicki podniósł się ciężko i niechętnie.
— Przede wszystkim, pan wzbudzasz tylko współczucie tym doszukiwaniem się genialności — w innych. Mnie tego ćwieka losy oszczędziły; wiem, że tamto jest w każdym razie mniej warte od pańskich nadziei... A co się tyczy pańskich grubiaństw, to nie chcę iść za kulisy życia! Nie chcę dać się omamić teatralnym efektom! Ja muszę się zmóc i zostać tym, czym być zamierzałem: człowiekiem pożytecznym! Zrozumiano?
„E, to jest idiota!” — zdecydował Jelsky w myślach i nie raczył nawet odpowiedzieć.
I nagle przypomniały mu się te głuche, nieświadome zamiary, ten ponury nakaz, co go tu na ślepo przywiódł. Rzekł tedy bez żadnych wstępów, rozkoszując się już tylko bólem, jaki sprawi temu „idiocie”.
— Borowski uciekł i zostawił żonę na bruku.
Na Kunickiego podziałało to rzeczywiście mocno: otworzył usta jakby do okrzyku, ramiona mu zwisły, w przestraszone jakby oczy parły łzy.
— Prawdę mówisz?! — wymozolił z siebie.
Jelsky wyjął flegmatycznie z pugilaresu list pozostawiony przez Borowskiego i wcisnął mu go do drżącej dłoni. Kunicki przebiegł oczyma tę kartkę, cofnął się do kanapy i zwijał się, wtulał tam w kącie: ściągał się jak ślimak w skorupę. Nie słyszał nawet konceptów, jakie mu Jelsky gradem na głowę cisnął.
Ten szarpnął go wreszcie za ramiona.
— No — panie Kunicki?!
Podniósł na niego jakieś uparte, ponure wejrzenie, to patrzał uważnie, to gubił go jakby sprzed oczu i spozierał obłędnie. Wreszcie zaprzeczył powoli głową i oddał mu kartkę.
— Panie Kunicki — nie?
— Nie, panie Jelsky. Nie!
— Bój się, człowieku, Boga — dlaczego?
— Tłumaczyłem długo — myślałem, żeś pojął... Ja boję się jej po prostu, jak ognia!... Ja już się zacząłem wykolejać w życiu... Te uczucia dla kobiet, choćby najszlachetniej pojęte, niszczą nas teraz i gubią bezlitośnie. Ja to nie z siebie: patrzę w świat i widzę, co się wokół dzieje. Albo sczeznę, albo uczynię się takim, jak wy... Jak nie chcę być takim, jak wy! Ja mam obowiązki rodzinne i do społecznych obowiązków się poczuwam. — (Szarpał się i krzątał koło kieszeni tużurka i łzy wystąpiły mu do oczu). — Oto co matka moja pisze... Przeczytam, co matka moja pisze: „Na miłość Boską, miej ty litość nad samym sobą i uciekaj od tej kobiety, jeśli zapomnieć o niej nie możesz. Uciekaj tym prędzej, im bardziej byłaby ci skłonną”...
— Rozpłaczże się pan teraz nad sobą!
— A ja pana odszukać chciałem i o pomoc, jak przyjaciela, prosić. Chciałem, żebyś pan, jak wówczas w kawiarni, wytruł i wypalił to ze mnie bodaj cynizmem. O! Bo ja ciągle dniem i nocą o niej tylko myślę, gorączką wyobraźni tylko żyję i tworami tej chorej wyobraźni odpoczywam — tam w tych spalonych zeszytach. I wiem, że to jest zło, i rozumiem je przecie. Jak po nici doszedłem wyobraźnią aż na ten kraniec przepaści, gdzie życie w kłębach dymu i tyranii pracy ginie; gdzie szał głodnej wyobraźni się zaczyna. Rozumiesz przecie! A mimo to, gdym dziś tam przed oknem stanął, ta myśl zbiegła do głowy: jeden ruch, jeden skok: dom wysoki, bruki twarde... Skoroś zrozumiał, że życie twoje tak mało będzie warte...
— I nie poszedłeś pan do niej?! — krzyknął mu nad uchem Jelsky.
— Nie... Ja pana szukać zamierzałem i prosić bodaj o taką rozmowę jak wówczas, bodajby o...
— Cynizm?...
Jelsky’emu spadły sprzed oczu binokle. Podchwycił je w powietrzu i począł czyścić machinalnie. Twarz pozbawiona cwikiera177 postarzała się jakby w jednej chwili i powiędła, potworzyły się na niej zmarszczki, wystąpiły rysy; krótkowzroczne oczy mrużyć się poczęły pod światło. W wyrazie całym wystąpiło gnuśne piętno zużycia.
— Chcesz, młody entuzjasto, wiedzieć coś o wdziękach Zosi Borowskiej. Intymniejszych. He? Wie się coś niecoś. Widzisz pan, ja tu do niego trafiam wcale nie najszlachetniejszą drogą. I czemu pan dęba stajesz? Czemu mi pan do oczu skaczesz? Wszak to ja z życzliwości dla pańskiej kariery.
I Jelsky prysnął mu śmiechem w twarz. Kołnierz palta nastawił, cylinder na tył głowy zarzucił; wtłoczywszy do kieszeni ręce z gałką laski, wpatrywał się w niego wyzywająco.
— Satysfakcji odmawiam, ponieważ mówię na żądanie... A ja myślałem, że to u nas tylko wszystko gnije. Pokazuje się, że i na przeciwnym biegunie rosną ładne kwiatki. A, chwalę sobie widowisko! — Nadzwyczajny! Wspaniały egzemplarz solidnego człowieka. Więc miałem rację: cor ranae178!
Kunicki zerwał się na nogi, jakby z zamiarem spoliczkowania Jelsky’ego. Ten zasłonił się szybko krzesłem i energicznym ruchem sięgnął do tylnej kieszeni. Postał krótką chwilę. Na korytarzu zatrzymał się wszakże raz jeszcze. W tejże chwili usłyszał za drzwiami jakieś osunięcie się czy upadek i nagłe zerwanie się spazmatycznego płaczu, jakiś rozpaczny szloch bezradnego dziecka.
— Ecce vir179 — pomyślał Jelsky.
Biaława, w brudnym pyle nurzająca się mgła wysiąkła jakby z szarych murów i zawaliła ulicę. Sylwetki przechodniów, koni i powozów otaczały się białym oparem, czerniały i krzepły, zda się, w sennej ociężałości. Bruki zionęły zatęchłym, zgniłym oddechem. Wlokła się mokra gnuśność przez ulice, dziwnie jakoś wydłużone w tej mrocznej perspektywie.
Jelsky zgubił jakby w tej mgle swe chęci i zamiary: nie wiedział, dokąd i po co idzie. Gdzieś tylko na dnie każdej myśli nieokreślony lęk czy też niepokój przed tym, co się niechybnie zbliża. Już chciał wstąpić do najbliższej kawiarni, gdy go ktoś pod ramię schwycił i do siebie przytulał.
— Chodzę ja, panie Jelsky, po mieście, jak ten pies łazęga, co pod murkiem przystanie, powącha, widzi, że nie tu, i idzie dalej, sam nie wie dokąd. Nie siedzi mi się tu coś u was. Nocą w gorączce tylko by malował i malował: hej jakie obrazy! Wstaniesz do stalug: pędzle z rąk same precz wyłażą. Swoje jakby zgubił, cudzego jakby nie wiedział, gdzie szukać... Chodzę i patrzę (coś na kobiety bardzo patrzę!), a od tego patrzenia tylko wary na mnie biją. Tfu! — Z nudów zaszedł i do Borowskiej. Trzy razy był. Wreszcie sami otworzyli. Powiedzieli, że nie przyjmują, i szliop! drzwi przed nosem. Ależ ładna, oj ładna!... A smutek taki i łagodność od niej idzie, jak od zorzy na wieczór. Uch, ładna, bo ładnaż ona! — krzyczał i wymachiwał rękoma.
Jelsky był zły:
— I czego pan się rzucasz jak diabeł w worku?
— Taką naturę Bóg już dał — odparł urażony. — Pan zawsze spokojny jak Chińczyk... Ot, pana to ja nie lubię — ulżył natychmiast swemu sercu. — Zawsze elegancki, jakby spod klosza wyjął. Dmuchać mam ja ochotę na pana... Wiesz pan, gdyby — niech Bóg uchowa! — między nami co wyszło — ja bym bił. Jak Boga kocham. I za nic: ot za cwikier, za cylinder, za bródkę w klinek, za oczy... A oczki to u pana za szkiełkami chytre! Chytre! Chytre!... No, nie! Nie! — łagodził i śmiał się serdecznie, głaszcząc go po ramieniu. — Ja przecie nie myślę bić. Tak ot głupstwa gadam, duszę odwodzę. Bo ja na wszystko u was zły. Co usłyszę, na co spojrzę, wszystko mi kosteczką w gardle staje. Biłbym — ot co! Choć potem wszystkich profesorów i chirurgów wołaj. „Jakże my tu człowieka naprawić mamy, kiedy tu u niego nie wszystkie kosteczki na lico180. Widać, że tu ktoś w żalu serdecznym je powytrząsał”.
— Nie radzę, panie Pawluk, nie radzę tutaj tak duszy leczyć. Myśmy już o 300 lat od tego oddaleni. — (Wyjął z kieszeni rewolwer i podsunął mu go pod oczy). — Nie, nie! — śmiał się i naśladował jego głaskanie po ramieniu. — Ja nic złego przecie — wąchać tylko daję. Rozumu uczę.
— Widzisz jaki! I za to nie cierpię. Wszystkich ja nienawidzę. — (Chmurzył się, szarpał, wreszcie znów się go za ramię uczepił). — Panie Jelsky, po co pan taki?
— Jaki?
— Ja sam nie wiem! Zdawałoby się, że człowiek dobry, sierdieczny — a w oczach coś siedzi takiego... Źle, panie Jelsky, źle!... Ja czuję, że panu bardzo źle na świecie.
— Odczepże się pan!
— Pan się ubrał, żeby wyglądać jak ten Niemiec, jak drugi Niemiec, jak trzeci Niemiec... Ubierz się, jak chcesz — wszystko jedno, skóry nie zmienisz. A skórę u pana to ja inną czuję.
Jelsky poklepał go po ramieniu.
— No, dobrze, dobrze.
— Ja mądrzejszy od pana, klepać nie ma za co.
— Mądrzejszy — rzekł Jelsky poważnie.
— Wisz!
Jelsky patrzył tymczasem na niego uważnie, jakby coś w myśli układał.
— Ale zostaw mi pan adres, przyda mi się niebawem.
— Do akademii pisz, kiedy chcesz, choć ja tam rzadko, rzadko!
Podał mu niedbale rękę, w oczy zaś patrzył uważnie.
— Ach, panie Jelsky, ja się boję, żeby między nami co nie wyszło.
Jelsky śmiał się nerwowo.
— No, idź pan już, idź, gdzie trzeba.
— Taż idę, choć nigdzie nie trzeba. Smutno coś u mnie, panie Jelsky — aj smutno!
I, kiwając wciąż głową, zanurzył się we mgle.
„Taki przecie i zabić potrafi” — pomyślał Jelsky.
Ta dotykalna prawie mgła jest obrzydliwie śliska i ciepła, ma się wrażenie piwnicznej pralni; czuć niemal wstrętny zapach mokrych ścierek. Ludzie podnoszą kołnierze, krzywią się, charczą i spluwają co krok. Gumowe czarne płaszcze nawijają się co chwila, lśnią jak szkło i przynoszą ze sobą smród kauczuku. Na brukach ślisko. Odbicie własnych nóg pod wilgotnym trotuarem odbiera pewność ruchów i sprowadza niecierpliwą w nich ostrożność. Ludzie burczą na siebie, spoglądają chmurnie, odpowiadają opryskliwie. Tu i ówdzie zapala się przedwczesna latarnia, z bliska rdzawo żółta, z daleka jakby czarna plama, otoczona jasną mętną obwódką; wokół latarni strzelają we mgle dziwne tęczowe aureole. Cisza robi się na ulicach, dzwonki i sygnały dudnią głucho.
Gdy Jelsky wchodził na ulicę, przy której mieszkała Borowska, otarł się niemal ramię w ramię o Kunickiego. Skrzywił się i splunął. Potem zdawało mu się, że spostrzega opodal Pawluka, jak wyskakuje z tramwaju. Wreszcie gdzieś z dala zamajaczyła mu dziwna sylwetka niby ptaka wielkiego. „Müller w pelerynie” — pomyślał.
Mgła snuła się teraz przez ulicę, błąkała się po zaułkach. Czuć było tchnienie wiatru, ciepłe, ożywcze.
Gdzieś w głębi dał się słyszeć krótki, ostry pomruk; potem drugi i trzeci, niby sygnały tajemne. Jelsky’emu przesunęło się coś czarnego pod nogami. Niebawem usłyszał ostry, ochrypły i przeraźliwy syk; darcie się gardłowe, ochrypłe, rozpaczne. — Koty krzyczały po murach.
A mgła snuła się coraz prędzej, kłębiła się jak dym, odrywała się od ziemi, jak białe całuny na oparzeliskach o świcie.
Jelsky spojrzał w górę. Jasno już było w oknie Borowskiej. Wielka świetlana aureola strzelała tęczowymi promieniami we mgle. — Zatrzymał się w bramie i spojrzał przed siebie.
I zdawało mu się, że widzi po drugiej stronie, w pewnej od siebie odległości, trzy czarne, znieruchomione, jakby w jeden punkt wpatrzone sylwetki.
I znów ten syk obmierzły.
Szedł wiatr świeży i miękki, niosący mokrą woń świeżo zoranej ziemi.
— Ano, wiosna! — mruknął Jelsky. Skrzywił się, splunął i wstąpił na schody, wiodące do Borowskiej.
Bawił niedługo. W niespełna pół godziny uchyliły się drzwi wchodowe181. Jelsky wysunął się na schody i szeptał coś niecierpliwie do wnętrza. „Trudno, ja nie mogę mieć zawsze jednakich myśli!... Zajęcia są! Mężczyzna jest nieco odmienny od was kobiet... Trzeba się przemóc.... I czego ty się właściwie boisz?... Przyślę tu kogo... I w tym ubraniu!... Białą koszulę widać po ciemku. Okno jest naprzeciw... Zaziębić się łatwo”.
Zatrzasnął drzwi i stłumił tym czyjś płacz. Zaledwo krok postąpił, potknął się o coś na słomiance. Podniósł jakiś pęk z ziemi i zniósł o pół piętra niżej, do światła. W ręku trzymał zdeptaną i obłoconą przed chwilą garść białych lilii... I w tejże chwili zdało mu się, że tam wyżej, pod tym oknem, na które zwracał jej uwagę, ktoś jęknął i osunął się głucho na schody. Jelsky rzucił kwiaty jak oparzony i wyskoczył na ulicę...
„Ratuj ty siebie! — krzyknęło coś w nim. — Rób coś, opanuj się wolą!... Już ciebie ze wszystkich stron opadają upiory”.
A myślom przypomniało się natrętnie:
Komm, folge mir in das dunkle Reich hinab182!
„Ludzi, jak najwięcej ludzi!” — wołało coś w Jelskym — ruchu, życia, gwaru ulicznego. Ten młyn miejskiego życia potrafił przecież zagłuszać najdokuczliwsze myśli, największe bóle. Nieraz zdawało się Jelsky’emu w takich chwilach, że ludzie naokół udają tylko jakąś pilną krzątaninę, wytwarzają umyślnie jakiś chaotyczny i bezsensowny wir, na to tylko, aby móc nie myśleć o sobie. Jakoż, idąc teraz przez ulicę, miał wrażenie, że wszystko naokół wpadło w jakiś dziwaczny i szalony taniec. Rozsnuła się mgła i tłumy wysypały się jak mrówki po deszczu. Snuły się, płynęły, przeplatały w korowodach, wygarniały w boczne ulice, sypały się jakby w popłochu z zaułków, wbijały się klinem w inne fale i rozsnuwały pod murami w nieskończone czarne i ruchliwe wstęgi. Zaś na placach — tam, gdzie powozy zbijały się w nierozwikłane węzły, gdzie tramwaje i omnibusy, kłócąc się ze sobą dzwonkami, tworzyły jakieś zawały nie do przebycia — tam zlewający się zewsząd tłum porywało coś jakby w nagłe, pośpieszne i gwałtowne ruchy. Wśród dzwonków, krzyków, gwizdu i łoskotu, wszystko, co żyło, wpadało, zda się, nagle w jakiś szał i wir kankana.
Jelsky lubił i ten tyngiel183. Ale dziś po raz pierwszy uczuł się tylko widzem: on jeden nie brał w dzisiejszym spektaklu żadnego udziału.
— Zły znak — rzekł do siebie. — To jest bardzo zły znak!
„A więc do kawiarni” — kontrolował swe zamiary, dosyć późno, bo wtedy dopiero, gdy zasiadł przy stoliku. Wraz z butelką wina przyniesiono mu i pocztę. (Jelsky wszystkie swoje sprawy załatwiał w kawiarni). Listów wszakże nie przeglądał, korekty robić mu się nie chciało. Siedział w cylindrze na głowie, dłubał w zębach wykałaczką, popijał winem i rozmyślał:
„Kryształowy, niezmącony sentymentem szczyt cynizmu jest rzeczą niedościgłą dla nas. Brakuje nam głębokiej filozofii pieniądza, bez której z falą popłynąć niepodobna. Toteż prędzej czy później na piasek wyrzucić nas ona musi... Jakże to Hertenstein mówił? »A ja poprzez męty uczuć waszych, biedni, sentyment widzę. — Przepadniemy«... I on także. — Co robi na przykład między nami ten blady sceptyk nielitościwy jak sumienie? Ten znudzony Jeremiasz z kruczą wróżbą zagłady? Ten między tyngle zabłąkany germański romantyk z koturnowym sentymentem swej muzyki, nieznoszącym profanacji tłumu?... I ten drugi na pół dziki aktor ze swoją tragedią instynktów? Serdeczny męczennik najwyższego ich popędu, z którego wszelka sztuka się rodzi: instynktu do udawania i aktorstwa?... I oni wszyscy wraz ze swoją boleścią?! Czyżby to był tylko do kupy naspędzany żer dla polipów?...”
I coś jakby siłą odwróciło mu głowę w stronę tego stołu, przy którym siedział wczoraj wraz z całą gromadą. Nawał wspomnień rzucił mu się do głowy. Aby je stłumić, począł coś rysować na marmurowym stole. Od niechcenia wylitografował na nim gotyckie: Wein, Weib und Gesang184, po czym zmył to palcem i wśród modnych wykrętasów oraz płynnych linii napisał: Wódka, prostytutka i nastrój. — Ale oczy mimo wszystko odrywały się co chwila i wracały w tamtą stronę. Bo gdy nie patrzał, miał wrażenie, że z tamtego kąta wlepiają się w niego oczy polipów, wypukłe, iryzujące185, potworne ślepia mątw, i że oto wyciągają się ku niemu olbrzymie mięsiste ramiona, pełne obrzmiałych, śluzowatych i chciwie otwartych ssawek...
„Ssać, ssać i ssać! A wyssaną muchę odrzucić precz! I sięgać dalej, szerzej, wyżej!”...
I wydało mu się w tej chwili, że tuż obok niego siedzi Borowski, a po drugiej stronie Hertenstein, i że skuwa ich coś do siebie, obezwładnia razem... że sto nici pajęczych oplata ich powoli. Szarpnął się i rzucił jak szczupak. — Zadzwonił niecierpliwie i gwałtownie.
— Pióra! Papieru! — wołał.
Za chwilę pisał gorączkowo, gwałtownie, goniąc myśli piórem. Już kilka kartek na bok odrzucił, gdy usłyszał nad sobą nosowy głos, akcentujący niedbale nonszalancję i lekceważenie. „A co! — pomyślał — jest już jeden z nich”.
— Co się pisze? — pytano go. — Paszkwilek?
— Hm! — mruknął potakująco i dodał niecierpliwie. — Poszedł precz!
— Tytulik?
Jelsky odczytał tym razem z zadowoleniem: Furor aphrodisiaca. Z katechizmu i praktyki życiowej nadludzi.
— Ho-ho-ho! — zaśmiał się ktoś szeroko nad jego głową. — Bój się Boga, Jelsky, tyś już dowcip stracił, kiedy możesz takie rzeczy pisać na trzeźwo. Pchły się pogryzły, a ty z armatą na olbrzymów ciągniesz. Kto tu cierpi na furor186? Tu wszystko na zimno się robi. Jaki czytelnik weźmie się dziś na „nadludzi”? — Słówko naprzykrzyło się już nawet przedmieściom. Pisz: „masonów”, to zawsze jeszcze najbardziej popłaca.
Jelsky rzucił pióro o stół. W pierwszej chwili szukał kogoś oczyma naokoło siebie. Ale nie znalazłszy w całej kawiarni nikogo prócz kelnerów, nie zdziwił się nawet bardzo — „I do tego dojść można!” — rzekł do siebie. — Podarł kartki na drobne kawałki i rzucił je w kąt. „Te wszystkie polipy dla mnie już nawet ciałem egzystować nie potrzebują. Ja mam je wszystkie — tu, w głowie!!”.
Dłońmi oczy przysłonił i wciskał je sobie w ciało. Ale rozbudzona myśl już mu spokoju nie dała. „Wszakże i ty byłeś dla nich Beatryczą — podsunęła mu natrętnie. — Tylko że tobie nie pomagał zdradny Eros187, lecz poczciwy, nigdy niezawodzący Merkury188. »La tua reclama imploro — o Jelsky potente189!« — tak się większość was z głębi duszy modliła. Ilu geniuszów napłodziliśmy z tobą, poczciwy Merkury! Ilu ich rozpycha się teraz w życiu i drzemie w przedsionkach Parnasu lub w loży portiera. — Zwłaszcza tam! Bo czyż może być bardziej wymarzone stanowisko społeczne dla tych, co przeliczyli się wprawdzie w swym talencie, znają wszakże natomiast stosunki, normy i wymagania: wiedzą, przed kim można hardo łeb zadrzeć, a przed kim należy kark nisko pochylić? Nie byle jakie to obowiązki i nie lada odpowiedzialność przed społeczeństwem! Niech tam wewnątrz trudzą się, myślą, męczą, szaleją, kochają i giną; portier musi mieć zawsze obiektywną i czcigodnie poważną fizjognomię kolumny. Portier reprezentuje przecież godność gmachu; wyszarzanym tużurkiem pańskiego dziada lub pańską liberią imponuje ulicznym tłumom tak dalece, że gasi doszczętnie wszelką ciekawość tego, co się wewnątrz dzieje. A dzieje się zawsze źle: — nie tak to za starszych państwa bywało! I ludzie wierzą, że źle się dzieje. Któż bo lepiej od portiera znać może pańskie plotki?
Serdeczni moi — zwrócił się Jelsky do tego stołu w kącie, co mu wciąż oczy drażnił i przyciągał wzrok — serdeczni moi, jam was wszystkich na pegaza powsadzał. Siedźcież bodajby okrakiem, ale trzymajcie się mocno za grzywę i jedźcie powoli a ostrożnie wygodnym gościńcem naśladownictwa lub obchodną ścieżką względów i względzików. Poczciwy koń zaprowadzi was prędzej czy później do żłobu. Cierpliwości tylko!
Wam przystoi być bardziej uświadomionymi od starszego pokolenia; toteż w zwycięskich fanfarach, wśród uroczystych peanów na cześć Erosa, pokłońcież się choć po cichu Merkuremu. Innymi słowy, oddając hołdy każdy swej Beatryczy, wspomnijcie choć kiedy niekiedy dobrym słowem — Jelsky’ego.
Bo te dożynki wasze, polipy moje, to chyba życia mego jedyny plon będzie!”...
„Osmętniałem coś?” — Jelsky podrzucił hardo głowę. — „Trzeba zjeść kolację” — pomyślał i sięgnął po jadłospis. Lecz karta wypadła mu niebawem z rąk. „Oto są skutki ambicji! — podszepnął mu w nagłym zwrocie bies kapryśnej myśli. — Pomyślałem na chwilę tylko o pośmiertnej sławie i straciłem natychmiast apetyt... A gdyby tak do kolacji zaprosić Lili?... Albo — tiens! — Zosię Borowską! Towarzystwo naiwnej kobiety robi nadzwyczajny apetyt!... Nie można, niepodobna! — Łzami przesoliłaby mi wnet wszystkie potrawy”.
Począł coś kreślić ołówkiem po stole. Z bezładnie poplątanych linii wyjrzały nagle kontury ptaka.
„Chrześcijański ptaszek Feniks? — zgłębiał Jelsky własny rysunek. — Czy też... czy też — kanarek?... Oj źle!” — Jelsky przygryzł wargi.
Wychylił czym prędzej kieliszek wina i starał się ten nieznośny zgrzyt dokuczliwych wspomnień zagadać czym prędzej, zasypać nowymi myślami, pogrzebać w ironii.
„Ano — mówił do siebie, ocierając wąsy po winie — droga otwarta! Mieszkanko czyściutkie, rondle są w kuchni, po poprzedniku pozostały pantofle, z których szczęśliwie wyskoczył... Recepta żywcem wyjęta z epilogu angielskiej powieści: — Stojący nad przepaścią artysta odżył, odrodził się w miłości. Muza jego w ciepłym objęciu ubóstwianej żony pozbyła się dziwactw młodości i poczęła się udzielać często, tanio i z całym wdziękiem popularności. Muza, nie żona! Zapewnia mu to na długo ciepło domowego ogniska, poszanowanie u ludzi, jakie daje dobrobyt, oraz zasłużoną dumę, jaką darzy nas popularność”.
Jelsky parsknął śmiechem. „Nie udają mi się utopie” — zdecydował.
Ale zaledwie się ten śmiech rozwiał, wyjrzało spoza niego nieubłagane oblicze rzeczywistości z dziwnym, złośliwym uśmiechem: „Nie miniesz, nie oszukasz!” — Jelsky znowu sięgnął po wino i przepłoszył te myśli ironią.
„Co się w tej głowie Müllera w tej chwili dziać musi? Hm?... Beatrice — — puściła się!... Musisz sobie przyznać, że doświadczasz dreszczu na wskroś nowego!”
Śmiech Jelsky’ego rozległ się głośną gamą po kawiarni.
„Hm — mruknął, głaszcząc wąsy — jeżeli to żywe zainteresowanie się społeczeństwa sztuką będzie i nadal wsiąkało szczęśliwie we wszystkie pory znudzenia i bezmyślności, we wszystkie próżnie i pychy życia, należy się spodziewać, że z końcem wieku każdy szanujący się bankier będzie wymagał od swej metresy, aby dawała five o’clock’i artystyczne i w chwilach wolnych od zajęć była platoniczną Laurą lub Beatryczą dla jakiegoś młodego, pełnego nadziei geniusza. Pod koniec wieku bankierów stać będzie na przyjaciółki z uniwersyteckim nawet wykształceniem; zaś artyści, w swym życiowym noli me tangere190 oraz głębokiej nienawiści do spraw społecznego smętku, potrafią pogodzić i taki stan rzeczy z błękitnym marzeniem o absolucie”.
Jelsky zatarł ręce. „Ta utopijka udała mi się wcale nieźle”.
„Jednym słowem, fuszerką miłości, małżeństwa, beatryczowych natchnień źródłem my się leczyć nie będziemy.
A gdyby tak spróbować kuracji w dietetycznym sanatorium obywatelskości? Smętna to wprawdzie rzecz współpracownictwo w jakimś etyczno-społeczno-zagraniczno-statystycznym i jedynie nieomylnym organie tygodniowej opinii, jednakże — Boże wielki, czego rozbitek życiowy nie robi! A środek — bywalcy to wiedzą! — probatum est191. »Umiesz pan pisać?« »Umiem«. »Damy panu dział krytyki artystycznej i naukowej«. »O co właściwie będzie chodziło?« »O obywatelskość«. »Bon192!« — — Czy może być rzewniejsza i prostsza droga cnoty nad tę, jaką wskazuje społeczeństwo obywatelom umiejącym pisać?”
Ze wszystkich kątów kawiarni przynosiło mu echo raz po raz własny śmiech, niby złośliwe pohukiwanie gnomów w górskim uroczysku. Przymrużone oczy Jelsky’ego zapatrzyły się w dal bezświetlną i ponurą.
Nagle, tam za wielkimi szybami kawiarni coś szarpnęło jakby miejskim pogwarem; zadrgało w powietrzu, zadudniło po brukach miarowo i mocno. Z łoskotem trąb i bębnów grzmotem wpadły w turkot uliczny tęgie, twarde rytmy wojskowego marsza. Już tam za oknami poplątał się tłum, już się sypnęła ruchliwa awangarda uliczników.
„Oto idą panowie, którzy wyrażają opinię narodów — myślał Jelsky, patrząc na tych łobuzów. — Oto idą narożni przyjaciele trotuarowych samotnic, ich wrogowie z obowiązku, kamloci193 oraz inni próżniacy. »Ecrasez l’infâme194!« — »Conspuez Zola195!!« — »Strike England, strike merciless196!« — »A Berlin! Vive Boulanger197!198« — »Nieder mit den Slaven199!!« — »Wszyscy Niemcy są łotrami!«. — — »Preussen, Preussen über alles, über alles in der Welt200!«”.
Marsz porywał wszystko, co żyło, na ulicy w swój rytm dziarski, butny, zuchwały. Ulica grzmiała potęgą. I tą brutalną mocą mosiężnego łoskotu uderzył marsz w szyby kawiarni, zamieniając i tu ludzi w konie: uszy strzygły bezwiednie, same prężyły się golenie.
Jelsky’emu głęboki oddech piersi podniósł i rozszerzył, lecz przekorna myśl w tejże chwili odwróciła i ten nastrój, bo przyniosła grymas nad tym, że marsz tak wielki, marsz tak potężny głuszy dziś tylko cichy płacz dzieci. Czyżby na to trzeba było aż takie łoskoty po stolicach czynić?... „Zresztą chwalę metodę: i ja mam w sobie orkiestrę, która fanfarą paradoksów grzmi wtedy najgłośniej, im ciszej skarży się oniemiała dusza”.
A może ten marsz święci dawne boje i dawne chwały, czas taki jeszcze niedaleki, kiedy te surmy zagłuszyły inną weselną piosnkę bojową:
L’amour sacré de la patrie201...
Z hukiem bębnów i trąb łoskotem szła nowa, nieubłagana brutalnej mocy potęga.
Preussen! Preussen! Über alles,
Über alles in der Welt!
Przewalił się marsz łomem burzy i jak ciężka chmura gromem dalej się potoczył. Mijał, cichł... Już go łoskot uliczny głuszy. Jeszcze drży w podnieceniu ludzi, jeszcze bębni słabo po szybach kawiarni.
Jelsky’emu opadła pierś, zwiotczało napięcie w mięśniach. Przymrużone za szkłami oczy zapatrzyły się — w próżnię.
I już myśleć nawet nie mógł; siedział długo w bezwładnym otumanieniu. Wreszcie szarpnął się i zatrzepotał jak zbudzony ptak. Aby skupić rozproszone w lęku myśli, rysował coś znowu na stole. Z wiru linii wychylać się poczęły najwyraźniej kształty rewolweru. Wylot lufy ozdabiała twarz ludzka, skrzywiona w jakimś okropnym okrzyku.
Secessionsrevolver — podpisał Jelsky pod tym swoim rysunkiem i sięgnął machinalnie do kieszeni. W zamszowym futerale błysnęła lśniąca i połyskliwa broń.
„Więc ja po to się tu przywlokłem?” — pomyślał teraz dopiero. I w pierwszej chwili lęk za gardło go chwycił. Chłód przeraźliwy przebiegł go po potylicy, grzbietem, aż po stopy same. — „Więc to wszystko było już obmyślone? Już postanowione nieodwołalnie?... Kiedy?!... Więc ta gwałtowna chęć zaprzyjaźnienia się z Kunickim, ten artykuł na nich, to bicie się z myślami w poszukiwaniu ratunku dla duszy, to pogrzebywanie śmiechem i ironią wszystkich jej bankructw — więc to wszystko było tylko niedołężną próbą obejścia postanowienia.
Kiedym ja je powziął? Kiedy się to wszystko stało? Kiedy?!”...
Komm, folge mir in das dunkle Reich hinab202!
— Pan kazał przynieść kopertę — usłyszał ponad sobą.
— Kazałem? Mówisz?!... Daj! I czekaj, czekajże! — Wyrwał z pugilaresu list pozostawiony przez Borowskiego, włożył go do koperty, dołączył klucz od zatrzasku i zaadresował do Pawluka. Kazał odnieść natychmiast.
— Akademia sztuk pięknych! — Ledwo chłopak się odwrócił, Jelsky zakrzątał się nerwowo koło siebie i zapiął szczelnie tużurek. Zapatrzone gdzieś oczy utonęły po raz drugi w próżni. Wsparł czoło na dłoniach i przesiedział tak chwilę w otumanieniu. Nagle sięgnął po butelkę, napił się dwukrotnie raz po raz; odstawił potem kieliszek z takim impetem, że szkło się rozprysło o marmur.
I wyjął znów z kieszeni zamszowy futerał. „Hu — jakież to zimne! Jak błyszczy, jak zęby szczerzy... Przecież w tym jest głęboka myśl czasu, że w epoce demokratycznego rozbrojenia każdy cichy filisterek nosi w kieszeni taką sześciostrzałową armatkę, z tym smętnym przeczuciem, że jeśli jej kiedyś użyje, to chyba tylko przeciw samemu sobie”.
Pochwycił jakąś kartę i jął coś pisać, ale zniechęcił się wnet. „Że też ja nawet w takiej uroczystej chwili nie mogę się zdobyć na krztynę talentu! — (Zaśmiał się trochę za głośno i, zły na siebie, przygryzł wargi.) — Dobryś — teraz w piersiach już zaczyna skrobać — z samej tylko emocji”.
Gdy uniósł głowę, ujrzał ponad sobą jakieś siwe sumiaste wąsy i wielkie oczy pod krzaczastymi brwiami.
— Panie Jelsky...
— Czego?
— Panie Jelsky...
Jelsky nie orientował się, o co idzie; mrużył oczy, głową zaprzeczał. Wreszcie:
— Prawda, prawda — posłaniec. Przyszedłeś obełgać?!... No, mów, mów! Biłeś się, gdzie nie było potrzeba i teraz nie masz co jeść.
— Ja dla pana tu jestem. Cały dzień mi pan z głowy wyjść nie chce. „Pójdę — myślę — i powiem mu, co mam na myśli. Stary ja człowiek, rodak — może mnie i posłucha. Pójdę i powiem mu: Grzech, grzech, panie Jelsky, takie myśli!”
— Jakie myśli?... Więc tyś z rana już odgadł?
— Kto by nie widział!
Jelsky patrzał na niego pochmurnie.
— Wytłumaczże203 mi, czemum ja204 własnych myśli nie widział?
— Są rzeczy, które sercem tylko się widzi.
Jelsky opędzał się jakimś myślom dłonią.
— Głupiś! — rzucił mu krótko w odpowiedzi.
— A teraz słyszałem przecie wyraźnie, jak pan jęczał.
— Co?... — (Jelsky teraz dopiero zauważył stojących nad nim kelnerów.) — Jęczałem?... E, to jest złudzenie waszego sentymentu. Albo macie nieczyste sumienia: daliście mi podłego wina z grubą marką. A że ja za nie gotówką przecie nie płacę, więc mi nie wypada się skarżyć; jęczę sobie po cichu — ot co... Panie rodak, paneś widział205 pewno dużo tchórzów w życiu?
— Czego, jak czego!...
— No, to mnie się pan nie przestraszysz... Odprowadź mnie pan tam w kąt na sofę... Zresztą, jeśli chcecie koniecznie, jestem niezdrów... Mam od wczoraj silną gorączkę. Szatany spacerują po moim pokoju jak w klubie parlamentarnym... O tak, tu poleżę — i nabiorę może trochę odwagi... Pan jesteś dobry, zacny człowiek, panie Zahlkelner206, pan ze świadomą melancholią udzielasz mi kredytu. Ta melancholia świadczy również dobrze o pańskiej przenikliwej inteligencji... Doktora? U, nie lubię! To są najsmutniejsze kabotyny207, co nawet w samych siebie wierzą... Panie ekspres208, siądź pan tu przy mnie, chcesz mi pan rękę na czoło położyć? Dobrze. Panie Zahlkelner, niech się pan nie martwi, proszę. To przejdzie. Powiedzcie mi, panowie, czy ja miałem talent?... Dawniej? W początkach?... I ja tak myślę!... Nie chcesz, żebym mówił?... Chcesz mnie pocałować, panie ekspres?... Owszem, wyświadcz mi tę śmieszność. Poca...!
Jelsky opadł ze śmiechem na sofę. Kazał sobie podać papierosa; leżąc na wznak, ćmił go powoli i strzelał dymem w sufit. Nachmurzony kelner począł się wałęsać między stolikami. Ujrzał zbity kieliszek i skierował się w tę stronę.
Na kanapie obok znalazł rewolwer i schował go natychmiast do kieszeni. „Chwała Bogu, że stchórzył!” — pomyślał. Zgarniając szczerby szkła, zauważył coś białego na brzegach, podniósł do oczu — i w jednej chwili rzucił się w stronę Jelsky’ego...
Nie dobiegł jeszcze do niego, gdy z krzykiem cofnął się w drugi koniec kawiarni.
Zadudniał telefon.
Nasypało się narodu209 do kawiarni. Ludzie prości biegli przede wszystkim tam w kąt, aby ratować kogo należy; ludzie lepiej odziani rzucili się czym prędzej do stolika, aby odczytać pozostawioną kartkę. Wyrywano ją sobie chciwie z rąk do rąk:
„Jedyną bronią przeciw fatum naszego życia jest dobra gra; ta na wpół już tylko świadoma zdolność oszukiwania ludzi i siebie aż do ostatniego tchnienia. Was, bracia artyści, uczyć tego nie potrzeba: w tym sztuka nigdy nie zawodzi: odbiera duszę, daje »rolę«. A więc, kanalie: evviva l’arte210!”