Część trzecia

Uroczysta cisza panowała tu na wzgórzu w okolicach willi von Hertensteina. Miasto na podolach, zobłoczone dy­mem, przysłonięte rdzawą łuną, rzucało w tę stronę głuche, zrywane i ponure zgiełki. Zresztą panował tu spokój prawie uroczysty. Życie ukrywało się poza ogrodami, wewnątrz mu­rów cichych, prawie sennych, życie odosobnione, dumne, trwożliwie unikające wszelkiego natręctwa. Surowe sztachety odgradzały je od bruków zadrzemanej i nudnej ulicy. Cza­sami potoczył się lekko powóz, parsknęły konie, poniosło echo długie wołanie. Zatrzasnęły się po chwili wrota i znów niezmącona uroczysta cisza, cisza samotności, dumy i wzgardy.

Müller przychodził powoli do siebie u Hertensteina. Ła­godny spokój pieścił go ciszą, darzył dobrym, kobiecym pra­wie wyrozumieniem. Hertenstein leżał opodal na długim i niskim fotelu, kołysał się na jego biegunach i rzucał od czasu do czasu krótkie, badawcze spojrzenia. Milczeli obaj. Müller, wtulony w kąt otomany, pobrzękiwał na strunach jakiejś man­doliny, czasami sięgał po wino na stole, to znów uderzał w struny, grał, brzdąkał. Po pokoju wałęsał się ogromnie wysmukły, soplami długich białych włosów okryty chart. Co chwila podchodził do Müllera, kładł mu na kolana długi pysk i wpatrywał się w niego smutnymi oczyma kobiety. Gdy Müller grać przestał, pies na bok odchodził, kładł się u nóg swego pana, wyciągał łapy sztywno przed siebie, mrużył ciężko oczy i drzemał, wstrząsając się od czasu do czasu jakby pod zmorą snu przykrego lub rojem dokuczliwych wspomnień.

— Jaki on wrażliwy!...

— Suka — bąknął Hertenstein, nie przestając się kołysać.

Müller odrzucił instrument w drugi kąt otomany, głu­chy pobrzęk strun obudził psa: uniósł łeb, obejrzał się i już oczy zamykał, zanim głowę do snu ułożył. Po chwili znowu łeb uniósł i spojrzał bystro na swego pana. „Mówcie coś­kolwiek” — zdawał się niepokoić.

Hertenstein podniósł się powoli i nalał wina.

— Pij!

Uśmiechnęli się ku sobie, jak ludzie bardzo zmęczeni i sięgnęli po kubki.

— Niebrzydka — mówił Müller, obracając czarkę w dłoni. I wnet potem bez żadnego przejścia: — Prawdopodobnie przyjdzie i na ciebie kolej niebawem. — (Roześmiał się sucho). — Przecie to z Jelsky’m niedługo potrwa. A ktoś zająć się nią musi.

— Szukaj brutalniejszych — odparł mu spokojnie i osu­nął się na fotel — albo bardziej egzaltowanych. Ja w gą­skach nie umiem odkrywać skarbów poezji. „Wyzwolenia” szukać już dawno przestałem u kobiet.

Müller rzucił się tylko na otomanie, ale nic nie odpo­wiedział.

— Gdzieżeś ty spał wczoraj?

— Na plein air’ze211.

Hertenstein wzruszył ramionami. Po chwili zaś, rzuciw­szy nań okiem:

— Pij!

I znowuż milczeli długo, uparcie. Pies zadrżał raz po raz we śnie, czasami łeb zadzierał, prężył swe długie, cienkie nogi i szyję jakby w bólu w tył odrzucał. Nagle zerwał się i przegięty w sobie, jakby garbaty, dreptał cicho po dywa­nie, snuł się jak cień po kątach.

— Cisza tu u was... Smutek, ale jakiś niespokojny. Za daleko od życia.

— Przywykłem. Potrzebuję.

Nagle, wstrzymując bieguny:

— Z Jelsky’m jest gorzej, znacznie gorzej!

— Niźli z kim?

— Z nami chociażby. — Roztargnionym ruchem zgar­nął włosy z czoła i rozkołysał gwałtownie bieguny.


Müller zerwał się nagle, wychylił duszkiem kubek wina, i nacisnął beret na głowę.

— Pójdę — krzyknął.

— Dokąd?

Wzruszył ramionami:

— Gdzie bądź, w jakiś najciemniejszy kąt, z dala od lu­dzi. Widzisz, i tu nawet nie mogę. Człowiek, stworzenie, sprzęt każdy ma dla mnie jakiś grymas niepewności i lęku, trwogi czy złej wróżby. Niepokoi mnie wszystko, na co spojrzę, i wydaje mi się, że wszystkiemu, na co popatrzę, ten niepokój udzielać się musi. Kunicki powiada, że to od picia. Ja przesycam wprost atmosferę tym przenerwieniem, w krótkim czasie potrafię zatruć nim każde miejsce, gdziekolwiek spokoju szukam. Po prostu wierzę, że to się nawet martwym przedmiotom udziela. Gdy sam w pokoju jestem, gotówem przysiąc212, że tak jest. Chociaż Kunicki powiada...

— Głupi jest ten twój Kunicki — wtrącił chmurnie Hertenstein. — Mów!

— Widzisz, to przychodzi w chwilach dusznego onie­mienia i bezwładu, kiedy myśl nawet staje, a instynkt krzy­czy: „ludzi! ludzi!” — ciepła ludzkiej dłoni, ciepła ludzkiego oddechu... Borowski to rozumiał, sam miewał; powiadał, że to ona jest: zmora życia. Ja myślę, że to jest jeszcze nie­uświadomiony paniczny lęk samego ciała przed pustką w sercu, w duszy: co wolisz. Horror vacui213 — wiesz? Na Borowskiego nieraz to przychodziło. Wówczas zrywał się, biegł do niej, tulił się, krył się twarzą w jej piersiach i krzyczał, że się śmierci boi.

— A ona przepłaszała nawet widmo śmierci?

— Tak — odparł Müller z jakąś ponurą powagą.

— Bagatela! — skrzywił się Hertenstein. — Czego te cudotwórczynie nie potrafią! I czego my od nich nie wyma­gamy! A one tak mało mają do rozdania od siebie, a tak wiele ze skarbca naszej wyobraźni. Wyobraźni! — powtó­rzył z naciskiem, patrząc Müllerowi twardo w oczy. — Bo nie chcesz chyba stać się śmiesznym i mówić poważnie o uczuciu. Podniecenie wyobraźni, jej pęd niepowstrzymany i szał wreszcie. W tym mieści się klucz do zagadki, dlaczego gęś stać się może przeznaczeniem dla takiego jak ty czło­wieka... „Przeznaczenie!” — „wyzwolenie!” — za dużo się tego dziś słyszy. Afrodyte214 z nas się śmieje.

— Mówisz jak Jelsky — żachnął się Müller. I wodząc dłonią po czole, z trudem jakby zmuszając się do mówie­nia: — Zbyt mało obchodzą mnie dziś twe porównania, ale jeśli chcesz koniecznie, to oprócz Afrodyty jest jeszcze Astarte215.

Hertenstein, głaszcząc długi łeb psa, spoczywający na jego kolanach, mówił spokojnie:

— Zlituj się, to była bogini tych na wpół gołych bestii o płaskich, lubieżnych twarzach, o hebanowych w kwa­drat ciętych brodach, w których tonęły usta i policzki, bestii o posągowych goleniach i czarnych kudłatych piersiach, potworów strojnych w szkarłat i złote obręcze. Przedstaw ich sobie tylko i przejrzyj się w lustrze: nie wskrzesisz. Przecież w tych czarnych, sytych, rozleniwionych w tropikalnym słońcu panterach fermentowało jak w podzwrotnikowych trzęsawiskach? Przecież w małych czaszkach tych brązowych kudłatych diabłów lęgła się tylko potworna, dzika, chaotyczna wyobraźnia? Przecież te ogniste ślepia, zmrużone pod wiechami brwi, nie dorosły pono216 jeszcze do błękitu? Baal217 miał za wielką paszczę, aby mógł mieć wystarczający dla boga mózg, Astarte za mało ducha jak na swe milionowe chucie. W walce bogów zgubiła ich gnuśność niższej rasy, zwyciężył intelekt... Poszukaj sobie innych bogów, mój drogi.

Müller słuchał w roztargnieniu. Podniósł się ciężko, i, ukrywszy się w okiennej niszy za firanką, kreślił coś pal­cem na szybie.

— Bardzo barwnie, nader uczenie mówisz o bogach... Mój drogi, ty jesteś taki mądry — powiedz... powiedz, tak tylko! — Co będzie po śmierci?

Hertenstein pokołysał się na biegunach, napił się wina i mówił:

— Pytała raz Maitrei męża, co będzie z nami po śmierci. Za wiele żądasz — odpowiedział jej — o tym i bo­gowie nie wiedzą.

— Kim była Maitrei?

— Wielką kobietą, jedyną w dziejach świata, której duch rwał się w absolutne głębie. Ustami Maitrei przema­wiają nieraz święte księgi wschodu. Prorokini. Jedyna!

— Ciekawe rzeczy opowiadasz. Każ przyrządzić nargile.

— Życzysz sobie?

— Poproszę. A tymczasem... mój drogi... (Ja ciągle czegoś się boję; — teraz tam za oknem!...) Mój drogi... o czymże ja? — Aha! — Co będzie po śmierci? — powtó­rzył kapryśnym głosem upartego dziecka.

Głos Hertensteina kołysał się wraz z nim i falował nie­znacznie.

— Wraz z tobą zginie treść i sens zagadki. „Gdy umrę, skona wraz ze mną nawet Bóg mój” — powiada Anioł Szlązak218. Wobec tego nicość jest wszechświatem.

Müller milczał przez długi czas.

— Przyjemnie tu u ciebie — rzekł wreszcie — pachnie miło, wino masz przednie, mówisz interesująco o bogach i o śmierci. — Ale ja...

— Co — ty?

— Jestem złym towarzyszem dzisiaj... Ja mam umrzeć za kilka miesięcy.

Hertenstein zatrzymał bieguny i zerwał się sprężyście, ale w tejże chwili stanął w zakłopotaniu, nie wiedząc, czy zbliżać się do niego i jak to uczynić. Wyprzedził go pies: poskoczył do Müllera, rzucił mu się łapami na piersi i wy­ciągał pysk.

— Jaka ta suka jest dobra, wrażli...

Zadrgało coś, złamało się w jego głosie; w jednej chwili poczerwieniał jak rak.

— Bój się Boga, wyrzuć tego psa, bo ja się rozbeczę!...

Hertenstein uderzył psa ręką.

— Poszła! — krzyknął gniewnie. — To już płeć ma to do siebie, ten sentyment — mówił w zakłopotaniu i wich­rzył włosy. — Ale! — krzyknął nagle i rzucił się do biurka. — Mam dla ciebie nadzwyczajne cygaro!... — (Przy biurku za­trzymał się jednak znowu w zakłopotaniu). — Nie chcesz może?... A gdyby tak rzeczywiście nargile — co?

— Widzisz, Henryk, ty może niesłusznie... może ja do tych jej dłoni o dar dobroci, spokoju... Tak, o spokój, o tę ludzką możność śmierci!... Potem w wyobraźni wyszło co innego... Ale my o tych pierwszych, najszczerszych drgnie­niach nigdy nic nie wiemy, my zwłaszcza.

Hertenstein potakiwał gwałtownie i pośpiesznie, potaki­wał wtedy jeszcze, gdy Müller przestał mówić i wyciągał z zanadrza garść białych, pomiętych kwiatów.

— Co to? — ośmielił się zapytać.

— Brud, kał, życie! — bąkał Müller.

I w nagłej, niepamiętnej pasji począł te kwiaty wci­skać, wcierać sobie w twarz. A potem odrzucił je precz ze wstrętem.

— Pyf! — krzyknął na psa.

Hertenstein energicznym ruchem powtórzył psu ten na­kaz i otarł sobie pot z czoła.

Chart skoczył, pośliznął się po podłodze, dopadł zę­bami do kwiatów i w jednej chwili roztargał je na strzępy.


Zdawało mu się, że leży w czerwonej grocie: to pło­nące za purpurowym abażurem światło przenikało wszędzie cichym, uroczystym spokojem bajki. Wzrok jego, odurzony tym równym zalewem czerwonego światła, błąkał się sennie, szukał jakby oparcia i wytchnienia dla myśli. Natrafił na głowę kobiety na portrecie: twarz białą, chmurną, o wyso­kim, jasnym czole w ciemnym mahoniu włosów.

„Aha!” — pomyślał i przeniósł oczy na Hertensteina. Jego spokojne, zgaszone prawie wejrzenie, mleczna, prze­świetlona bladością twarz, zastanowiły go na chwilę. Kilka­krotnie przenosił wzrok na portret i już chciał go o coś za­pytać, gdy Hertenstein powstał gwałtownie i odwrócił się tyłem do niego.

Po chwili wydało mu się, że słyszy, jak woda gdzieś cicho pluszcze; widzi, jak się przelewa z wolna i mąci na ka­mieniach lekką białą pianą. Jakieś dwa potężne granitowe złomy, ociekłe wodą, białe od śniegu, jakieś przytulone do siebie czarne cyprysy, jakieś małe, czarne wyłomy w masy­wie skały: oczy smutku spozierające tajną głębią grobów...

„Obraz” — oprzytamniał siebie w tym półśnie.

O, już tylko móc umrzeć, cicho, spokojnie, bez żalu i skargi, jak płomień, co zamiera... Zapomnieć, co było. Wziąć rozgrzeszenie z rąk najlepszego z bogów: niepamięci. I zgaśnie to wszystko wokół, jak lampa, co się wytliła. Raz i drugi świadomością wielkiego żalu błyśnie i... Zamknie się grota. A ta skała potworna zwali się głucho na piersi...

Rzucił się na kanapie i otworzył oczy.

— Henryk, co to?!...

— Koncert E-mol. To larghetto — wiesz?...

— Dosyć — nie to!... Nie mogę dziś.

Hertenstein urwał, po chwili jednak rzucił kilka taktów, szukał melodii.

— Pamiętasz?

— A?!... Podobno siostra twoja śpiewała na koncer­tach? Z twoją melodią poleciał ten mój Łabędź w dalekie strony... Ile to już lat?

I Hertenstein grał znowu. Rzucił kilka akordów, spró­bował melodię, znów ją pasażem zmącił i urwał. Potem od­chrząknął, z krzesłem bliżej się przysunął, dłońmi klawisze musnął i zaczął. W dźwięki fortepianu wplótł się niebawem głęboką nutą umyślnie tłumiony śpiew:

Obłoczną górą ciągnie ptak

W bezgwiezdną ciszę przyszłych burz,

Ponurą grozą krwawych zórz,

W daleki, chmurny zwątpień szlak.

Łabędziu mój, z tęsknoty mórz

Polotem twym daj boży znak,

Ty, białych marzeń błędny ptak,

O dolę, dolę moją wróż!

Łabędziu mój z marzenia wód,

We snach się iści bytu cud

I snuje piękno rojem mar!

Łabędziu mój z nadziei stron,

Ty życia złudy wieścisz skon

I przedmogilnej pieśni czar!

Hertenstein urwał. „Taki ty byłeś dawniej” — mówił, zamykając powoli fortepian. Müller leżał z twarzą zwróconą w czerwony blask lampy. Wspominał jakby. A spod przym­kniętych powiek trysnęły nagle łzy. Stał nad nim chart i przy­patrywał się podejrzliwie, niedowierzająco. Wreszcie zaniepo­koił się, a obejrzawszy się daremnie na swego pana, posta­nowił widocznie sam zaradzić. Przystąpił bliżej, powąchał i liznął Müllera po twarzy.

— Ty!...

Pies szczeknął radośnie, skoczył i przednimi łapami wraz z głową przypadł, przytulił mu się do piersi.


Hertenstein zerwał się gwałtownie sprzed fortepianu i sięgnąwszy po dzban wina, zapatrzył się chmurnie na Müllera.

— Czego ty właściwie żałujesz?

— Hm?...

— W życiu co żal ci za sobą zostawiać? Czego nie chcesz opuszczać?

— Tego, co i ciebie trzyma — brzmiała opryskliwa odpowiedź. Oczy Müllera zwróciły się leniwie w stronę portretu.

— To bardzo niewiele. — Hertenstein wychylił kieli­szek do dna.

— Ty powinieneś szukać innych teraz przyjaciół. Ja nie umiem być humanitarnym znachorem. A wreszcie — szar­pnął się nagle — wszystko to razem wzięte jest tylko tchó­rzostwem: wypowiedzieliśmy każdy ostatnie słowo życia, a nie stać nas na mężne dokończenie: „Amen”. Czekamy, aż się z nami załatwi natura. A ona skrzętnie umiata drogę życia rozmaitym struggle-liferom219... „Schodźcie z drogi, ciemięgi, bo kariera bardzo się dziś śpieszy, przeto się gniewa i oburza szlachetnie na was”. Z tymi słowy krząta się po gościńcu życia zahukana cnota. A wiesz, jak się ta cnota nazywa? Pożytek. „Bądźcie pożyteczni, to znaczy: żyjcie dla naszych żołądków i dla tych ciał, jakie nasza gnuśność obficie napłodzi”. Doprawdy, gdyby życie ten sens tylko miało, można by z dobrodusznym zaciekawieniem przyglądać się wyścigom sprytnych opryszków, umiejących pod hasłem patriotyzmu, interesów narodowych czy miejskich wprzęgać do swego rydwanu sturamienny egoizm tłumu i puszczać „mę­czenników idei” przodem jako swych laufrów. Widowisko jest tym ciekawsze, że za karierą wlecze się zawsze żebra­czym krokiem mała cząstka ogólnego pożytku, splatając wieńce zasługi na przyszły pogrzeb działacza. Jest to jeden z najpospolitszych paradoksów życia, że kariera jest matką społecznej energii, gdy tymczasem za oderwanymi od życia: myślą i marzeniem, następuje najczęściej...

Hertenstein zapalał powoli cygaro.

— No? — nalegał Müller.

— Nieurodzaj na kartofle — zaśmiał się z cygarem w ustach. A pochyliwszy się na fotelu, sięgnął po kieliszek. — Pij, proszę, i to zdrowie:...

— Było już raz — przerwał mu Müller, zanim toast zdążył wypowiedzieć. — Było wczoraj w kawiarni. Że też ty zawsze do jednego wracasz!... Ma się niemal wrażenie, że w tych ogólnikach opowiadasz coś ze swego życia.

Chwilowe podniecenie Hertensteina oddziałało i na niego.

— W czyje ręce zresztą? — pytał dalej. — Turkuła nie ma. — Ty — zwrócił się do charta — chcesz żyć?

Pies szczeknął, wyskoczył zza fortepianu i już się ła­sił, już merdał ogonem.

— Ona „potwierdza bytu chęć” — wygłosił Müller pa­tosem książkowym. — Niech żyje Venta!

Trącili się kubkami. Müller wypił duszkiem i w tejże chwili zamachnął się z pasją, aby rzucić misterną czarkę z całych sił o ziemię. W porę schwytano go za rękę.

— Jest i cham! — Hertenstein odstawił kubek ostro­żnie. — Rzeczy wykwintu są jak piękne kobiety: nie znoszą desperatów.

— Przypominasz w tej chwili Jelsky’ego — skrzywił się Müller. — Ale ty bodajże jesteś niebezpieczniejszy od niego.

— Jelsky... Jelsky... — Hertenstein wyrzucał kręgi dymu pod sufit. — Jelsky jest problemem (bo on lubi pro­blemy): odmówiła natura narkozy sztuki, morfinizuje się cy­nizmem, jakby w przeczuciu, że skutek będzie ten sam.

— Mianowicie?

— Pustka.

Müller aż się naprzód pochylił, zapatrzony podejrzliwie w Hertensteina.

— Dokąd ty zmierzasz?

— Ja już od dawna nigdzie nie zmierzam. — Machinal­nie, niemal automatycznie wodził dłonią w powietrzu, głaskał wciąż jeszcze nieobecnego już psa. (Chart w kłębek zwinięty drzemał już pod fortepianem).

— Czy ty przywiązałeś się w życiu tylko do psa?

— I do sztuki — zaśmiał się krótko w okłębie dymu, a ręka bez przestanku głaskała delikatnie powietrze.

— Henryk?

Milczał. Ramię wysunięte poza poręcz kołysało się uparcie, miarowo, jak wahadło.

— Henryk?! — nie wytrzymał Müller i targnął go sil­nie za ramię.

Podniósł na niego oczy i próbował się uśmiechnąć. A że uśmiech nie złożył się, więc, zagryzłszy wargi, zerwał się na nogi i schwycił za kubek. Wina w nim nie znalazł, zniecierpliwił go i ten drobiazg nawet. Sięgnął gniewnie po dzban.

— Słuchaj — mówił twardo, niecierpliwie — jeżeli to wszystko jest twoją prawdą wewnętrzną, jeżeli ty nie chcesz korzystać z tego głupiego urlopu kilku miesięcy, jakiego ci udziela natura... — Koniec końców, jeżeli dostatecznie prze­myślałeś te rzeczy, przyjdź do mnie: pomyślimy nad tym razem. Może się znajdzie lekarstwo dla nas obu.

Napił się wina, otarł starannie wąsy i wyjął z kieszeni od kamizelki małą szklaną rurkę zatopioną z obu końców.

— Co to?

— Nie krzycz... Upas Antiar220.

— Prędko?

— Nie o to idzie. Działa powoli, łagodnie, ale pewnie. Strzały tym zatruwano.

Müller ukrył twarz w dłoniach; gdy ją uniósł, był bar­dzo blady, wargi mu zmiękły, a oczy mrużyły się, jakby pod światło.

— Dobrze, że się tak stało, żeśmy się zmówili. Są my­śli, słowa nawet, które trzeba koniecznie głośno wypowie­dzieć, aby nas straszyć przestały. Przy twojej woli...

— Ja nigdy nie miałem woli — przerwał mu Herten­stein opryskliwie i niechętnie.

— Więc przy — rezygnacji... Rozumiem... — przerwał sobie nagle własne myśli. — Na ogół ja miałem wolę — ale wola jest narzędziem życia, jego chęcią właśnie... Potrzeba mi twojej większej mądrości. Może znajdę tę moc wewnętrzną, co da mi spokój nawet w takiej chwili.

— Więc już nie chcesz jej szukać u kobiety — skrzy­wił się Hertenstein — nawet u Zosi Borowskiej?

— Ach! — Müller machnął ręką. Wnet potem chciał coś powiedzieć: już mu się zaiskrzyły oczy, zadrgała ruchliwa twarz, nerwowe ręce gotowały się do gestów; gdy wtem błyskawica wspomnień skłóciła widocznie zamiary: opadł w sobie, głowę na piersi zwiesił.

W pokoju zapanowała ta przyczajona cisza godzin wyrocznych, chwil trwożnego oczekiwania, tajonego lęku, cisza, rzekłbyś, nierówna, jak owo, w podobnych godzinach, od czasu do czasu jawne, choć w rytmie skłócone cykanie kieszonkowego zegarka. Nocny ptak wpadł, zda się, do po­koju i w błyskawicznym, bezszelestnym locie rzuca się krzy­żowo w przestrzeni, nie dotykając ścian i sprzętów: odbija się bezgłośny o warstwy powietrza.

Hertenstein oglądał, wąchał i ćmił swe cygaro; oglą­dał, obracał w dłoni i podziwiał po tysiączny raz misterny kubek do wina; wreszcie zagłębił się nad słupem popiołu za­wisłym u cygara: badał z początku pilnie i ciekawie, potem uparcie; wreszcie z oczyma chmurnie utkwionymi w ten słup popiołu na cygarze, zastygł jakby i znieruchomiał. Pies, zwi­nięty pod fortepianem w biały futrzany kłębek, głowy wpraw­dzie nie unosił, ale miękkie uszy od czasu do czasu prężył, wyrzucał w górę, strzygł nimi i pomrukiwał coś z cicha. W tym półśnie zadumy swojej wzdychał kiedy niekiedy głę­boko i ciężko.

— Widzisz... przekonaj się... — zaczął Müller zgnębio­nym głosem prośby czy też skargi i podniósł twarz żółtą w tej chwili i lśniącą jak wosk, z nabiegłymi sznurkami si­nych żył na skroniach. — Widzisz... ta drobna, wątła, w dot­knięciu tak przedziwnie poczciwa, chłodna jej ręka, jak wonny płat kwietnego kielicha na rozpaloną skroń... Samo to przyszło, niewołane. I przez cały ten czas o tym tylko myśleć, to tylko czuć i widzieć musiałem... A to poczucie, silniejsze od wspomnienia, zostało mi do tej chwili wonią, miękkością, chłodem na lewej skroni... Od moich i twoich myśli tak mnie, poczciwa, uratować chciała. Bezradne są jej myśli wobec naszych...

— Tak? — ocknął się Hertenstein krótkim zapytaniem i strącił popiołowy słup z cygara. — Ha! — odezwał się od razu zerwanym i nieszczerym śmiechem. Wreszcie zapalił zga­słe cygaro i podniósł głowę. Spojrzawszy uważnie, zmarszczył brwi i zerwał się z krzesła. Rzucił niespokojne wejrzenie poza siebie; po chwili jednak rzekł cicho z twardym naciskiem:

— Ślad jest na skroni!

— Co!?

Müllera jakby prąd przebiegł: rzucił się jak szczupak w fotelu. W splecione dłonie przypadł czołem, a wargi za­drgały mu nagle kurczowo.

— Tutaj?... Teraz?... Widzisz: była! — Przyszła!...

Hertenstein ujął go mocno za bary.

— Zerwij nić tę! Słyszysz — zerwij! W pokoju nie ma nikogo. Rzuć myśl gdzie indziej.

Müller zaprzeczał tylko poruszeniem głowy, zaprzeczał długo ze smutnym uporem chorego dziecka.

„Była... Przyszła, cicha, swą lepszą, niezniszczalną cząstką i tą boską mocą łagodności bezmiernej”...


Zmuszony, napił się wreszcie wina i zapalił papierosa. Przemagał się: zbierał i skupiał myśli, wymykające się śla­dami uczuć z ogniska świadomości. Wreszcie zaczął na pozór spokojnie:

— Widzisz, Henryk, takie czucie to straszny krzyż w ży­ciu. Ono największą moc ducha w końcu przetrawi... We wszystkim tak! — Wszędzie i zawsze. I z ludźmi!... Pomyśl tylko, czy może żyć z ludźmi taki, co spod słów, spojrzeń, ruchów i milczenia wyławia — nie cudze myśli (te zawsze dla nas giną), ale to, co się przez skórę jedynie wyczuwać daje: te płomykowe, na wpół świadome, przelotne, błędne, dla większości zwykle nikłe odruchy prawdziwych wewnętrznych emocji, co kłócą się nie tylko ze słowem i czynem, ale wprost z uczuciem. Obcować z ludźmi na to, aby zawsze, wszędzie i nieubłaganie słyszeć ten przechodzący poprzez wszystkie ludzkie sprawy ostry zgrzyt rozpacznego egoizmu, co się sam sobą dławi. Gdy naokół wre i kipi życie, wsłuchiwać się w dziwnym naprężeniu w ocieranie się węży: widzieć, czuć i słyszeć, jak każde „ja” zżyma się wewnątrz, kurczy i jeży wobec każdego „nie ja”, a na zewnątrz garnie się rozpacznie do kobiety, do ludzi, do gromady, do tłumu. Być skazanym na to, aby w najserdeczniejszych ludzkich porywach: w mi­łości, w przyjaźni, w ofierze nawet, widzieć tylko stulone czujne pazury i odgadywać ten dziwnie im przeczący krzyk szczerego bólu:

„Pozwól się wżyć, wtopić, wświetlić w twoją ludzką duszę, abym wielki ciężar własnego egoizmu mógł choć na chwilę zrzucić i o mojej duszy, mojej odrębności zapomnieć. Chciałbym mieć jeden oddech, jedno pulsu bicie, jedną krew i jedno pragnienie z tobą! Z wami! Ze światem całym! Chciał­bym być tylko cząstką nikłą twoją! Waszą! Ziemi! Słońca! Chciałbym spłynąć w ciebie! W was! W słońce! We wszechistnienie jedno! I jedno serca bicie!”

Tak się modlą roztęsknione oczy, tak się przyczaiły na chwilę pazury zmęczonej sobą — bestii. Takim jest ten naj­głębszy, zawsze rozbolały nerw wszelkiej miłości.

I tak oto widzieć muszę, że wszelkie uczucie ludzkie jest rozpacznym zgrzytem beznadziejnego fałszu, jest kłamaną pokorą i pokutą drapieżcy, co pragnie bezsilnie pochłonąć w otchłań bezbrzeżnego egoizmu i ciebie! I was! I świat cały!

Dlatego modli się nawet.

— Wiesz! — krzyknął nagle, i cała twarz rozgorzała mu nagle jakimś fanatycznym ogniem. — Wiesz, gdy było już źle, bardzo źle, gdy tak krew z ust chlustała, a serce stawało w przerażeniu — wówczas pomyślałem sobie nagle, że... że to przez nią, dla niej!... I ogarnęło mnie nagle jakieś upojenie dziwne, szczyt rozkoszy niewypowiedzianej... Wraz z tą krwią... Myślałem, że to śmierć.

Zżymnął się Hertenstein.

— I twój egoizm wymarzył sobie ostatnią rozpustę — rozkosz całopalnej ofiary. Nie, nie! — Tyś beznadziejny. Wszystkie twoje i uczucia, i myśli stoją w nieświadomym może, ale smutnym pokrewieństwie.

— Z czym?

Wzruszył ramionami.

— Po prostu boję się powiedzieć, nie odważam się nawet pomyśleć... Mówiłeś coś o Astarte. Czy to wszystko nie jest czasami z jej mrocznego państwa?

Wsparł czoło na dłoniach i zamyślił się chmurnie.

— Kto wie — rzekł wreszcie — może to jest cały ciemny świat uczuć, w którym ponure dusze ludzkie w koła boleści dobrowolnie się wplatają?... Dziwny świat, gdzie ślepe pożądanie rozkoszy zapomnienia o samym sobie (rozkoszy z jakichkolwiek źródeł zaczerpniętej!) rodzi na szczycie ekstazy niepamiętną żądzę poświęcenia i ofiary. To mogą być krainy ducha, gdzie chucie nawet dostępu nie mają, a jednak... Albo te wszystkie mroczne tajniki duszy szatan po prostu w je­den węzeł nam zsupłał, ukazując nam wyłącznie i uparcie tylko najpospolitsze jego objawy: szały i ekstazy miłosne.

I są ludzie — krzywił się Hertenstein niedbale — co, zapatrzywszy się w te wybuchy chuci, sądzą, że stanęli przed tajnym ogniskiem życia. Przywdziewają tedy co prę­dzej szaty kapłańskie. A to są, kto wie, czy nie krótkie i marne wybłyski wielkiego morza podziemnych płomieni, światowego Agni, w którym wszelka chuć tak tonie, jak to­nie każdy brud życia w szerokim sercu... I ty byłeś mi jednym z takich...

— Jakich?

— Wspomniałeś pierwszy o Astarte... Takich oto brązowych kudłatych diabłów z płaskimi twarzami czarnych panter, co na szczycie ekstazy cielesnej druzgotali swe ciała pod triumfalnym wozem Astarty.

A po chwilowej zadumie:

— Tyś powinien był unikać kobiet, życia, ludzi; wiel­kich miast, bo tylko w rojnych tłumach przejawia się dru­zgocząca potęga tych ponurych bogów.

— Nie mogłem, Henryk, nie mogłem inaczej!... Ta trwoga, ten niepokój (wiesz? mówiłem!), ten paniczny lęk przed zmorą życia, rzucał mnie między ludzi, jak między wilki.

I teraz nawet, gdy pomyślę, czuję, że nie mogę, Bóg widzi, nie mogę!...

I Müller przysunął się nagle, cicho i potulnie, jak chart, i najniespodzianiej dla Hertensteina pocałował go w ramię. I wnet potem wsparł ciężką głowę na tymże ramieniu.

— Nie mogę, Henryk!... Coś łka, zrywa się jękiem w du­szy. Ludzi mi potrzeba! Życzliwości, dobra, ciepła mi potrzeba!

Hertenstein skrzywił się w pierwszej chwili. Po kilka razy otwierał usta, aby coś powiedzieć, przemilczał jednak za każdym razem. Wreszcie nie wytrzymał.

— Czy i mnie masz za wilka? Mów szczerze!

— Tak, Henryk...

— Szukasz fałszu i kłamu w mych słowach? Brudu w mych myślach?

— Nie, Henryk — dziś nie. Jutro będę. Jutro pomyślę: Ten Henryk z wysokich koturnów na ziemię spaść musiał; sceptycyzm takich ludzi rodzi się tylko z niedołęstwa, cynizm przerasta ich siły. Zda się biały, czysty; przyjrzeć mu się bliżej: trupia biel do góry grzbietem przewróconego gadu. Jutro, jutro! — powtarzał bezradnie; już mu głos drgać po­czynał na dobre.

I nagle, jakby pożałowawszy swych słów i myśli, po­całował go dwukrotnie, raz po raz, w ramię.

Hertenstein zerwał się i, walcząc z uczuciami współczu­cia i niesmaku, odsunął go niechętnie od siebie.

On zaś machnął smętnie zmiękczałą jakby w stawach i niemocną ręką. Począł ocierać pot, co tłustymi kroplami rozsypał się po bladej i umęczonej twarzy.

— Widzisz — takie życie moje!... Szukałbym po świecie na klęczkach miłości, przyjaźni, przywiązania, a znajduję... Wracam za każdym razem od ludzi pełen goryczy i niena­wiści: w całe ciało setki cierni mi powbijano. A ja każdy cierń przypomnieniem wyciągam, rozjątrzam i rozkrwawiam rany. Setki, setki cierni!... I cały rozbolały, krwawiący, ta­rzam się w bólu i wyć chcę, wyć jak zwierzę, które z gro­mady wygryziono precz!

Westchnął ciężko i, splótłszy ramiona na stole, ukrył w nich twarz.

— Henryk, zlituj się! Pomóż mi zakończyć to wszystko. Po co mi te kilka miesięcy?! Widzisz przecie, że ja nie mam w sobie tej mocy wewnętrznej nawet na jeden dzień życia.

I zerwały się w nim ostatnie pęta: zapłakał jak dziecko, cicho, bezradnie i obrzydliwie miękko.

Pies podniósł łeb i mruknął, ale tym razem już nie podbiegł. Patrzał raczej z pewnym zniecierpliwieniem w stronę swojego pana.

Hertenstein powstał powoli i wyprostował się sztywno. Po czym, jakby szukając czegoś wokół, zagarnął wzrokiem po ścianach. Oczy zatrzymały się na portrecie i przylgnęły doń długo, uparcie. Oderwał je siłą i, spostrzegłszy psa pod for­tepianem, strzelił nań z palców.

— I cóż ty na to, Venta?... No, chodź, chodź!... I czego ty drżysz? — No, głupia? Przedelikacone, przenerwione, nad­wrażliwe psisko! — Histeryczka!... Patrz, śmieję się przecie... Och, jak to skacze! Jak to się przegina! Jak kokoszy się ra­dośnie! — Już rada? — Ujmujące stworzenie! Teraz łasisz się do mnie, nie do niego? — Oczywiście! — Ty szelmo nie­wierna!... Nie lizać — poszła precz!... No, no — skomlijże teraz, skomlij z radosnego wyczulenia... Och, ty wdzięku niewieści!...


Hertenstein przerwał sobie na samym wstępie. Powstał ciężko i, wydobywszy jakąś szkatułkę z biurka, począł roz­grzewać dwa metalowe cybuszki nad spirytusowym płomieniem.

— Ty się nie dziw — mówił flegmatycznie. — Przy­zwyczaiłem się — potrzebuję... Myśl mi staje, słowa więdną bezbarwne na ustach... Te półsny ducha na jawie to najgor­sze chwile życia... Nie mogę! I tobie przygotuję. Dodam zresztą więcej tytoniu. To cię prędzej uspokoi, zwróci wyo­braźnię w kierunku konkretności i ani się spostrzeżesz, jak w barwnych obrazach roztopi się twój lęk... Potrzeba mi twych zmysłów wszystkich, wyobraźni i uwagi całej: chcę, byś raz jeszcze przemyślał to życie dziwne, jakie sobie ścielemy... O sztuce będzie mowa — o tym grzechu naszym pierworodnym, za którym idzie kobieta, utracenie raju rzeczywistości, wreszcie zło wszelkie i gorycz życia aż po grobu próg... Grób na nas poczeka. Wspomnienie chce pożegnania, życie prosi o wspomnienie. Duch wzdryga się przed tym, że ma zakończyć na przypadku dnia — on chce objąć wszystko, co było, obtoczyć życie ostatecznie i rzec wtedy dopiero: niech się kończy... Masz fajkę. Ta ci postawi wnet barwne kulisy i zapali światła. Ja dam myślom swoim bieg swobo­dny. A ty pal... Na czym ja stanąłem?

— Przyjechałeś na zamek za późno — podchwycił czym prędzej Müller, zatulając się gorączkowo, febrycznie w miękki kąt kanapy.

— Taak... Pal, proszę!... No, i nastały zwykłe formal­ności, dotyczące pozostałego majątku, grubo zresztą nadwe­rężonego. Przy dłuższym życiu ojca pochłonęłyby prawdopo­dobnie całą fortunę te walące się w gruzy ruiny zamku, które upór fanatyka sprzęgał w żelazne obręcze, niemalże wraz ze skałą, na której stały; bo i skała kurczyła się i pę­kała. W papierach na biurku znalazłem list jego wprost do mnie adresowany. Zachowałem dotychczas — mogę ci go przeczytać:

„Skończyłem — pisał — ze sobą, dała mi smutne roz­grzeszenie rezygnacja: wszystko, co było, stać się musiało. Nie wyzbyłem się tylko żalu, że wielkich pragnień moc wytliła się we mnie bez tego śladu nawet, jaki pozostawiają wspomnienia. Skończyłem ze sobą: już bólu ciała nawet nie czuję. Myślę o Tobie, Tobą już jestem.

Uchwyć za ster życia za młodu: — kochaj! — To je­dyne, co moc czynu dać jeszcze potrafi. Nie ludzi — za­wiodą, nie kobietę — oszuka, nie pracę — ogłupia! Ukochaj dzieło i czyn swój, ukochaj je w pracy i w spoczynku, w radości i w smutku, w rozkoszy i w zniechęceniu.

Życia się nie bój: miecz do boku przypasz i roztwórz221 ramiona. Niech przyjdzie wraz ze swym złem i dobrem, z winą i cnotą, ze zbrodnią i pokutą. Kładź się w łoże wypoczynku i rozkoszy z uździenicą konia wokół dłoni i z mie­czem u wezgłowia. Tak przodkowie nasi na marchii czynili.

Życie jest dziś tłumem rojne. Ty się na czoło nie tłocz: nie naszej to godności rola i nie naszej dumy rzecz. Ty stań na uboczu, lecz stój twardo: kto w promień woli twej wej­dzie, od tego uległości hołd i daninę pracy weź.

Żyj! Czyń! Działaj! Walcz!

Drżyj tylko przed szatańskim zwierciadłem życia, co w barwach wspomnień, w blaskach marzeń, na wyżynach pragnień, w głębiach tęsknoty miraż bytu ukazywać ci bę­dzie: Strzeż się sztuki!

Bądź panem rzeczywistości. W obłocznych pałacach każą ci hołdować lirowym dziadom, co tłumu pochlebstwem żyją; każą ci być cudzych czynów echem, cudzej wielkości cieniem, własnych marzeń żywą ironią. Wzgardzone życie zemści się grzechem i staniesz się dla samego siebie krwa­wym wyrzutem.

Tych królów żebraczych z obłocznych zamków miej za swego smutku igraszkę: niech ci pobudkę do życia grają, niech twoim czynom laur plotą, niech ci kwiaty w weselne łoże rzucają. Bądź cudzej woli, cudzej myśli, cudzych natchnień panem!

Synu, ja chcę, byś w promieniu woli twojej królem był!

Posłuchaj, co jałowa ziemia dziś szepcze: ona, jako jurna kobieta, pana i władcy czeka: rodzić chce. Zapłodnij ziemię w promieniu woli twojej.

Żyj! Czyń! Działaj! Walcz!

Okiełznaj serca swego porywy, bezgranicznej woli sercu nie dawaj. Bacz czujnie na serce swoje i strzeż je od obo­jętności. A więc sztuki się bój!

Taką jest brama czyśćca, pod którą duch mój za życia już przeszedł. Wymódl mię stamtąd czynem życia twego.

U progu zamku cień starca, co życie w marzeniu stra­wił, cień ojca twego korny hołd młodości twej składa:

Ave vita! Morituri te salutant!”

Drugi raz listu czytać nie potrzebowałem, słowa jego wryły się w pamięć: słowa jak walenie miecza po hełmach rycerskich. Tak mógł pisać człowiek, co — jeśli marzył — marzył potężnie o potężnym życiu. Patrzałem na tę żółtą głowę na białych poduszkach, na tę wielką siwą brodę na czarnym tużurku. W kamienne formy dumnej i twardej siły zastygła po śmierci twarz marzyciela. I przyszła mi dziwna myśl do głowy: „A może on rzeczywiście gdzieś, w świecie jakimś tajemnym, przepadał: tam boje staczał, walczył, bu­rzył, zdobywał i, pełen cichej tajemnicy, powracał mię­dzy nas?”.

Musiałem walczyć prawie ze sobą, aby nie rozpiąć mu tużurka, nie rozerwać kamizelki i nie szukać blizn na jego piersiach.

„Więc tak cię szatan zwiódł — myślałem. — W zwierciadle swym ukazał ci całą potęgę i urok przeszłości, a nie dał mocy ducha, aby potęgę tę wskrzesić w słowie i w jej imię rozgrzeszyć świat z rzeczywistości”.

W drugim liście, pisanym widocznie przed samą śmier­cią, liście chaotycznym, pełnym miękkości i zaklęć serdecz­nych, wzywał mnie, abym porzucił służbę wojskową i wstą­pił do szkoły inżynierów. Chaotyczność tego listu, jego mięk­kie prośby i zaklęcia!... — Rzecz była jasna — ojciec zmu­szał się do czegoś wbrew wszystkim swoim instynktom, odczuwając ostatecznie potrzebę dodania do mocnego testa­mentu swej woli coś z konkretności, coś, coby go uczyniło radą, pouczeniem: wskazało mi rzeczywiście jakąś drogę życia...

„Dawniej — pisał — o tę skałę zamkową rozbijały się wszystkie wrogie fale barbarzyństwa, co przez nasz wąwóz kawał kraju zalać pragnęły. Dziś wróg stokroć gorszy z gór schodzi: rzeką głazów, żwiru i kamieni, ze wszystkich żlebów się sypie, korytem rzeki wali, aby całą dolinę kupą gruzów przysypać. Państwu, co nas przed wiekami wchłonęło, nie opłacamy się już dzisiaj. Na uboczu, w kącie świata zapomniani, pozostawieni jesteśmy własnemu losowi. Powinnością naszą odeprzeć teraz i tego wroga”.

Z rodziny pozostała przy życiu tylko starsza o lat kilka siostra. Wychowany z dala od domu, pamiętam ją tylko z najwcześniejszego dzieciństwa. Wiedziałem dalej, że źle żyli z ojcem. Potem nastąpiła jedna z tych głuchych tragedii w domu, o których nic pewnego dowiedzieć się potem nie można. Miała wtedy lat 18. Przymuszono ją w następ­stwie do małżeństwa z kimś kupionym za posag. Dalej, przypomniałem sobie wiadomość o jej nagłej ucieczce. Zatarto w zamku wszelkie ślady po niej, z sali portretowej znikł jej obraz. Nie wspominano o niej nigdy. Zapomniałbym może, gdyby nie gazety: została śpiewaczką, zdobyła imię i rozgłos po stolicach świata.

Nie pamiętam, czy ciekawość to była, czy te wspo­mnienia rodzinne, co odżyły tak nagle, czy też po prostu to, że na sędziego cnót pospolitych ja się nie rodziłem: posła­łem depeszę, dowiedziawszy się z gazet, gdzie przebywa.

Sam zaś spędzałem smutne dni oczekiwania na pogrzeb. W tych zapachem grzyba przesiąkniętych i ponurych ruinach, w towarzystwie trupa i niemych, czarno odzianych sług ja­wiły mi się w wyobraźni barwne obrazy rojnego przepychu w jaskrawych falach światła, kryształach i purpurze. Widzia­łem tysiączne tłumy, co, przed chwilą tak pstre i gwarne, tonęły nagle w ciszy, kamieniały w milczeniu. Słyszałem śpiew. I widziałem ją.

I jakieś inne, żywe tchnienie władzy, siły, potęgi przy­chodziło wraz z tymi obrazami.


Na olbrzymiej perzynie muru wspierała się zwisająca z najwyższego piętra zamku narożnica kamienna. Małe jej okienko w głębokiej nyży222 rzucało wzrok wprost na biel lodowca, wkrysztaloną jakby w rozwarty błękit nieba. Tu w narożnicy mieściła się biblioteka. I nic ze świata, nic z ży­cia myślom tu nie przeszkadzało. I te, co z ksiąg ożyły, i te, co się rodziły w skupieniu, strzelały wprost w błękit nieba jasny, na biel najczystszą, na szczyty najwyższe.

Oto tęsknot moich owoc boski, oto grób tajemnic wielkich, oto płomień i żar grzechu mego, oto stos mój kacerski!...

Te słowa dziwne wyryła czyjaś ręka w na pół zmur­szałym czarnym pulcie223 pod oknem.

W ciasnej izbie, ponad półkami starych ksiąg, tuż pod sklepieniem szedł wkrąg czerwony napis gotycki. Skupione, na siebie nałażące jego litery tworzyły jakby jednego słowa wstęgę. Odczytałem ją kiedyś z trudem:

Poucz! Rzuć rosę pewności na spragnioną ducha mego posuchę.

Ten trupi zapach starych ksiąg, te napisy dziwne, te lśniące w słońcu, jedwabiste szczyty w dali i to morze białe, zatopione w błękit niby wrota olbrzymie!...

I przypomniałem sobie nagle: „Albowiem taką jest brama czyśćca, pod którą duch mój za życia już przeszedł”.

Przykuwało mi bez końca wzrok to białe czyste pole jakby marzeń niebo wytęsknione. „Oto życia mego nieskoń­czoność, oto grób tajemnic wielkich!” — odczytywały uporczywie oczy na czarnym na wpół zmurszałym pulcie.

I oto przez to małe okno w narożnicy kamiennej uj­rzałem trzy drogi życia: na szczyty białe drogę marzeń bezpłodnych, wydeptany gościniec w dolinę szarej nędzy i daremnej, syzyfowej walki z kamieniami oraz ścieżkę krętą, co wierzchołkami gór i padołem przepaści wiedzie w czarne pa­łace, gdzie lirowe dziady królują i tłumu pochlebstwem żyją...

A tam — za oknem, wśród zadumanej kamiennej głu­szy, gadały tylko strumienie szeptem i pluskiem, z początku jakby skłóconym i dziwnie niespokojnym — potem, gdy ucho do tych głosów przywykło, szmerem dziwnie smutnym i mo­notonnym jak melancholia. Ukryte gdzieś źródła, potoczyw­szy nagle lżejszy żwir, ozwały się niekiedy głośniejszym czy­stym podźwiękiem i cichły wnet w gniewnym pomruku stru­mieni. Pod stopami nieogarnionych olbrzymów, w zakamieniałej grozie pustki, w granitowym chłodzie spiętrzonego pod chmury świata — wymrukiwały potoki swą nieskończoną opo­wieść o twardym pochodzie czasów.

Wzrok błąkał się niespokojnie po tym głuchym świecie, ślizgał się po tych lśniących garbach, zawisał na stro­mych przełęczach, zapadał jak kula w przepaście i jak orzeł wzbijał się na lśniące szczytów iglice. Wreszcie męczy się i zawisa jak ten zbłąkany strzęp chmury na pierwszym lep­szym szczycie, czepia się na nim — senny i znużenia pełen.

Jakieś pogranicze śmierci, grób życia pragnieniom, grób woli i wszelkim porywom.

I oto gasły blade zorze na szczytach, sine kadłuby skał lśnią w pomroku jak metal. Po dniu, zadrzemane gdzieś na dnie przepaści, urwisk i kniej, wyłażą teraz leniwie białe okłęby chmur. I noc wali się w dolinę.

Nagle gdzieś w głębi zagrała trąbka pocztowa. Ponio­sło echem. W odpowiedzi zawtórował jej skądciś róg; jesz­cze ten nie skończył, już zagrał inny. Z czarnych uroczysk, po upłazach, ze skalnych gardzieli, z głębi wąwozów, czelu­ści i jarów zahuczały rogi, zagrzmiały surmy. Szło granie pośpieszne i gwałtowne, biło echem, budziło wśród skał ło­skoty, jakiś tętent daleki, jakieś łomy ciężkie, jakieś surmy nagłe, zrywane ciszą, powtórzone jękiem, rozełkane w płaczu żałosnym. A w ślad za tym jękiem, płaczem i lamentem pę­dzi zemsta w cwał: huczą wraże głosy, toczy się grzmot po szczytach, huka pomsty okrzyk wojenny.

Grała ziemia, grały góry, grał mi świat ten cały!..

Ocknął się przecie po nocy: zbudził drzemiące po prze­paściach hufy, skowane na szczytach namiętności rozpętał i — puścił na dzikie łowy!

Stoczył się głaz i runął w żleb z grzechotem... I raz w raz padały w ciemnej głębi suche roztrzaski strzałów. Po­gonił znów tętent, znowuż gwar i łom; i gon, i bitwy żar, i konania jęk.

A ponad tym wszystkim gra trąbka: zrywa i znów rzuca, pęta i znów budzi; a kiedy wszystkie te odgłosy skupi, natęży i w wysoki ton zamknie, to we wszystkie knieje uderza jakby szeroki śmiech swawoli, potem buntu wołanie dumne, wreszcie gardłowy jakiś krzyk pożądania, co najwyż­szego szczytu sięgnął, tam się echem rozbił, w wołania rozprysnął, na dno przepaści padł i tam wciąż jeszcze wabi, jeszcze szuka, jeszcze nęci, wciąż jeszcze śpiewa...

Grała ziemia, grały góry, grał mi świat ten cały!

Zmartwychwstał! — Żył!

Po chwilowej ciszy obiecanego cudu uderzyły głucho kopyta po moście zamkowym...

Jadą!... Samosześć224 jadą!...

I serce mi w przerażeniu staje, i radość piersi zapiera... Brzęk łańcuchów?... — Słyszę! Ciężki skrzyp wrót?... — Nie łudzęż się225 przecie! — Pędem zbiegam na dół, pod łamane, ciężko zwisłe gotyckie sklepienia długiego korytarza.

Przez jedną krótką chwilę wydaje mi się, że tam — w jasny wylot tego lochu, gdzie tli się mętnie czerwona la­tarka, zstąpił rycerz od stóp do głowy w lśniącą stal zakuty. Przyłbicową maskę hełmu odchylił, żelazną rękawicę na krzy­żackim oparł mieczu, długą siwą brodę w żelaznym kułaku226 targa i wprost na mnie idzie.

„Patrz, jak duch mój pokutować musi... Synu, strzeż się szatańskiego zwierciadła życia: — drżyj przed sztuką!”

Ocknęły mnie parskania koni tam na podwórcu, skrzyp pojazdu na żwirze, brzęk uprzęży, głosy sług.

Naprzeciw mnie szła jak cień cicha i lekka wśród tych potężnych, niskich murów, smukła i giętka — ciemna syl­wetka kobiety przeświecona mętnym czerwonym blaskiem latarki niesionej tuż za nią. Podbiegła szybko, ciemny szal z głowy na szyję odrzuciła... — ujrzałem twarz poważną, białą, świeży błysk ciemnych oczu, jasne otwarte czoło w lśniącej ramie ciemnych mahoniowych włosów.

— Henryk?... — usłyszałem.

— Hilda — ty?!...

I poszliśmy wąskim korytarzem w głąb na kamienne schody, wąskie przejście, długi krużganek... Szliśmy milcząc, wśród głuchego echa naszych kroków na kamiennych płytach; za nami kołysała się latarka, przed nami dwa długie cienie w czerwonej otoczy227. Potem w głąb przez salę — do jego pokoju.

Uchyliłem drzwi i wskazałem na katafalk.

Uklękła tam w ciemnej zieleni, w gromnicznym żółtym blasku i długo tak pozostała w zadumie ciężkiej. Mnie, sto­jącemu z dala, pode drzwiami, zdawało się, że ta zieleń ciemna, te grube liście w złotawych połyskach gromnic w ramę jej głowę ujmują, że laury nad jej głową szumią...

A to z dala, po nocy, w dolinie ciemnej szemrały stru­mienie swą nieskończoną legendę o czasie.

Gdyśmy potem wracali, pytałem ją oczyma: „Znalazłaś szczęście, tam, gdzie zwyciężałaś rojny przepych tłumów?”. Uśmiechnęła się blado, jakby łaskawie i wyrozumiale. Podała mi rękę z męska, twardym, roztargnionym ruchem, i uści­snęła krótko. Było coś z nakazu milczenia, wiele dumy w tym pierwszym ruchu.

Cofała się już ku drzwiom przeznaczonego dla niej po­koju, gdy nagle:

— Papiery jego w bibliotece?

— Spalił wszystkie.

— A!?... — Spochmurniała twarz, zmarszczyło się czoło: wpodłuż, między czarnymi połyskami oczu.

— On miał bardzo smutne życie — rzekła.

Ja miałem łzy w oczach, może nie od tej chwili do­piero, ale teraz zaledwie poczułem je na rzęsach. I ona spo­strzegła: ściągnęły się jej brwi. Zwróciła się bokiem i podała mi rękę po raz drugi; tym razem, okrągłym, miękkim, ko­biecym ruchem. Pochyliłem się bezwiednie do tej dłoni.

— I ty — taki... — rzekła, musnąwszy dłonią po mych włosach.

Ujęła za klamkę.

— Pozwól!... Jakiż to ja jestem?

— Słaby, dobry — co wolisz.

Krew rzuciła mi się do głowy pod tym surowym badawczym spojrzeniem. Wyprostowałem się odruchowo i tymże odruchowym (tak świetnym w danej chwili) gestem uderzy­łem się dłonią w bok po rękojeści szabli.

— A mnie się zdawało — wycedziłem, siląc się na oschłość — mnie się zdawało, że to ja ciebie powinienem przede wszystkim zrozumieć, aby... aby móc niejedno — zapomnieć.

Ani jeden rys nie drgnął na jej białej twarzy.

— Każ chować jutro — rzekła szeptem. — I jeszcze jedno: nie pochowasz go chyba tak, jak tam leży: w tużurku? Niech nań wdzieją mundur dziada... Niech przysposo­bią stare instrumenty: z baszty każesz otrąbić pogrzeb. Niech ludzie dziś jeszcze wyruszą na najbliższe szczyty: jutro z za­chodem niech rozniecą tam ognie. Pochowamy go na podwieczerz.

Skłoniłem głowę.

Rozkazała i poszła.


Złożyliśmy ciało do podzamkowych grobów. Ci, co przybyli, rozjechali się, zanim noc zapadła. Pozostaliśmy sami na tarasie zamku pod basztą, zapatrzeni w dogasające na szczytach ognie, zasłuchani w szmery wody po dolinie.

W miarę, jak malały purpurowe plamy ogni na ciem­nych szczytach, masywy skały spływały wraz z podgórzem w jedną płaską masę, stając się jako czarne podniebne mury. Granat sklepienia unosił się ponad tym kamiennym grobem coraz wyżej, wpuklał się, gwiazdami tkał, złocił, mienił, dyszał...

Z padołów buchało wonią łąk, od skał wiało chłodem, od zamkowych murów szedł zapach mchu i pleśni. Woda zagadała głośniej, zaskrzypiały milionowe chóry świerszczy.

W tę gwarną noc wspomnień kładzie się spokój za­słuchania na duszę: oczy po gwiazdach błądzą, jakby bojąc się spojrzeć na to białe morze w ciemnych niebiosach — na lodowca pole, tak dziwnie o tej porze świetlane i jasne, że gwiazdy ponad nim bladły, żółkły, mrużyły się i gasły. — I ciągną wspomnień obrazy przed oczyma duszy jako blade, smutne, zadumane cienie: błądzą wśród oparów w dolinie, sięgają gwiazd ponownie i pod świerszczy gwar nieustanny rozpływają się i toną w dali granatu: głębiej, dalej i jeszcze dalej, tam, gdzie gwiazd świetlane chóry rozegrały się cichą harmonią sfer...

Wody to szept? Czy też świerszczy gwar nieustanny? Źródeł to szklane pobrzęki? Czy też gwiazd tak dziwna mu­zyka? — Smutek, niemoc i bezwola kołyszą myśl tajemną melodią nocy...

Grało niebo! Grała ziemia! Grał mi świat ten cały!

Uczułem na ramieniu jej dłoń. Nie uniosłem nawet głowy, zasłuchany w gwar wody, w jej oddech głęboki i wła­sne westchnienie. Potem dopiero, gdy rękę cofnęła, ująłem ją i uścisnąłem krótko.

— Henryk — szepnęła i próbowała się uśmiechnąć — jak jej na imię?

— Nie ma jeszcze imienia. Może kształty kobiece na­daje jej tylko uboga myśl moja.

Zagadnęła o moje zamiary, o przyszłość.

— Co ma być, stanie się — odparłem. — Idzie o to, aby tych życiowych potęg mus wypowiedział się jak najsil­niej, jak najgłębiej.

— Nawet w nieszczęściu? — pytała zdziwiona.

— Nie ma doli i niedoli dla tego, kto nie żyje przy­padkiem. Nieszczęście jest nieraz źródłem najgłębszej świa­domości.

Milczała. W półmroku widziałem tylko, jak te jej oczy czarne, o dziwnie świeżym, głębokim i mocnym blasku, roz­szerzały się w zdumieniu coraz bardziej. Nagle, splatając od­ruchowo dłonie:

— Jakie ty mary gonisz po świecie?...

Zaszumiały czarne lasy na podgórzach: to urwane tchnie­nie nocnego powiewu przeszło przez wąwóz i ścichło.

Przypomniała sobie nagle ojca i poczęła o nim mówić tym szeptem stłumionym, jaki nakazywała groza gór, wód szumiących kołysanka i niedawnej śmierci wciąż jeszcze jawne brzemię. Bieg moich niewypowiedzianych myśli i mil­czenia mego mowa musiały jej widocznie narzucać uczucia, w których się czuła obco, nieśmiało i chwiejnie.

— Gdzie on jest teraz? — pytała sama siebie. — Nie bierz tego za banalność: jego myśli, ducha, woli było tak pełno tu wszędzie, gdzie się zwrócić... To wszystko dało się niemal dotykać, jak bryła, jak ciało: mocny on taki był we wszystkim, co mówił, czynił!... To wszystko przecie tu stać powinno jak ta góra... Jakże można, żeby się to wszystko tak nagle obróciło w nicość?... Nie rozumiesz mnie pewno?... A w tym jest ból wielki... To nie jest zagadka śmierci, o czym myślę — to jest pytanie życia.

— Wiesz, jak się ta bolesna tajemnica życia nazywa? Niemoc twórcza, przy wielkiej pełni olbrzymiego ducha... Po tym człowieku góry pozostać były winny!

I znowuż widziałem tylko ten równy błysk głębokich, bacznych i niespokojnych oczu. I ta chmura troski na czole, wpodłuż między oczyma.

— Serce miał twarde jak diament — rzekła, przypom­niawszy sobie widocznie młodość swoją.

— Serce takich ludzi jest jak agatu migdał lub ame­tystu ziarno. Dla ludzi kamień tylko polny: odrzucą precz. A ono wartość swoją wtedy dopiero ukaże, gdy — pęknie...

— Henryku... — wytłumił się lęk z jej piersi.

— ...Wówczas serce takie osiąga cenę ozdoby — dla próżnych.

— Henryk! — powtórzyła trwożnie.

A mnie dopiero po kilku minutach zwrotne echo wra­żenia przyniosło ten jej głos.

— Mówisz?... — spytałem, zapatrzony na lodowiec.

— O tobie myślę. Gdy tak twej dziwnej mowy słu­cham: takich przemyślanych, przebolałych słów; gdy na te oczy zawsze gdzieś zapatrzone spojrzę... Ty już samym sobą żyć zaczynasz, samego siebie już przetrawiasz. Henryk, ty koronę męczeńską na czoło sobie wciskasz!

— Hilda, powiem ci tajemnicę moją.

— Mów!

— Szatan zwierciadło mi swoje od dawna już przed oczy postawił.

I tylko gwiazdy ponad nami drgały; zewsząd sączyły się wody z szmerem, pluskiem i dalekich gwarów skłóconym echem. I ten suchy skrzyp świerszczy, ta dziwnie kłótliwa muzyka po nocy. Chłód czy trwoga dreszczem po raz drugi ją przebiegły. Zwróciła się gwałtownie i poszła w stronę zamku.

Powlokłem się za nią jak cień.

Gdyśmy przechodzili przez salon, usiadłem przy forte­pianie, prosząc ją oczyma, aby się zatrzymała. Radosne, nie­spodziane zdziwienie rozjaśniło w jednej chwili jej czoło, rozpłomieniło twarz całą. Podbiegła, prędka i lekka jak dziew­czyna, i, gdym jedwabny poszum jej sukni uchem jeszcze łowił, otwierała z pośpiechem fortepian.


Potem przysiadła się do mnie, cicha, uległa, i splótłszy dłonie opuszczonych rąk, dumała nad czymś w skupieniu. Nagle przygarnęła się do mnie i objęła z całych sił za szyję.

— Henryku!... — (zdawało się, że zapłacze...) — Hen­ryku!... — (zaśmiała się gorączkowo) — Ty sam pewno nie wiesz, ile w tym jest z ojca, z tych gór, z tej doliny całej. Wi­dzisz, ten ustęp: ta skarga pod koniec!... — (i rzuciła dłonie na klawisze, aby ją odszukać.) — Te surmy początkowe, co się roz­kołysały w rytmie po wiolinowej stronie i zamieniły w pieśń, w legendę, w dumkę, w płacz!... Albo ta potęga tego mar­sza, te pobrzęki spiżowe i jęk ziemi pod stąpaniem ciężkim... A w miarę jak grasz, czuć, jak się to w górę hejnałem unosi i płynie w mgłach, w oparach: — Widma, widma! — chcia­łoby się zawołać... A poprzez wszystko, te szmery, pluski, wody gawędy!... Skąd w tobie to wszystko?

Przez jakiś czas odszukiwała tego wszystkiego po klawiszach. Po chwili odpadły jej ramiona — i znowu ta zaduma.

— Widzisz — mówiła jakby ze sobą — tak się utrwala wszystko, co ginie. To jego drugie, nieśmiertelne życie... A ty ślepiec jesteś szczęśliwy!

Przeszła w drugi koniec fortepianu przerzucać me nuty i notatki. Po czym, wsparłszy głowę na łokciach, zatopiła palce tych dużych białych rąk w mahoniową gąszcz włosów i zapatrzyła się we mnie przenikliwie.

— I czego ty się lękasz? Czego tobie jeszcze brak?

Poprosiłem ją oczyma, aby się zbliżyła, i pochwyciw­szy te jej ręce, z całych sił wciskałem je sobie w skronie.

— Mocy!... Mocy!...


I zwiększył się tylko niepokój mój w tym uświadamiającym się poczuciu własnej słabości. Tak somnambulik w pół­śnie swoim uświadamia sobie nagle, że wokół nigdzie opar­cia nie ma, że go teraz wola musi wywieść stamtąd, dokąd go tak bezpiecznie zawiódł sen.

Ukrywałem się przez dzień cały w bibliotece. Zacisznie i bezpiecznie czułem się w tym trupim zapachu starych ksiąg, pod czystym wejrzeniem zawisłego u błękitu lodowca.

Z rozkoszą pieściłem się starymi księgami. Cieszyły mnie naiwne rysunki miniatur, iluminowane z tak mozolnym przepychem w ciężkim złocie, głębokiej purpurze i w lazurze kryształowym. Bawiły grube, czarne gotyckie litery, ich mo­cne szeregi niby nieskończone przemarsze całej armii w stal zakutych rycerzy. I styl tych ksiąg, trafiający, w swej naiw­nie kłopotliwej ekspresji, jakby przypadkiem na najszczersze dźwięki, na jędrne, soczyste barwy.

Uderzyło mnie jakieś słowo — imię, ale, jak u mnie zawsze, wtedy dopiero, gdym już dawno te kartki przewró­cił. Szukałem długo. Znalazłem wreszcie i czytałem:

O księżniczce Bratumile, Witeziu Niezamyślu i świętym Jacławie rzecz prawdziwa.

Gładkie lice księżniczki Bratumiły w XIV wiośnie jej życia, prawie rzec można, z misternego kształtu jej ciała jako z pąku na świat wyglądało, na smukłej szyi wszędy cieka­wie się chyląc. Akuratnie jak on kwiat na szypułce. Coś z pąkowej opuszki na różowym licu jeszcze ostało, ona ciekawość pąka pod rzęsą, coś z pacierza i z miodowej rosy na wargach. Motylom w sadzie tylko ją pokaż! Pilno im było bardzo. Ćma po nocy wprost do niej jak w świecę. Bo też ćmy tylko, motyle i ptak, co śmielszy, oglądały gładkie lice księżniczki Bratumiły. Na Tyńcowej górze, za trzema murami, za dwoma zwodzonymi mosty kwitła księżniczka Bratumiła. Jednego rycerza pieściły jej oczy ciekawe, jeden rycerz płonął pod tym patrzeniem ciekawym: księżniczkowy brat, Witeź Niezamyśl. W gładkim licu i misternym kształcie księżniczki Bratumiły rozgorzał Niezamyśl miłością wielką. Witeź, brzy­dząc się imać lutniej pod alkierzem, z konia i przy zbroi (jako rycerzowi godnie) takowe minnesangi228, od bolesności w grzesznym kochaniu tęskne, wszędy składał i głosił, że gdzie przybył, dworski fraucymer229 łzami głośnymi go witał i miesiąc po nim płakał. Witeź Niezamyśl, wstydząc się pi­sać, mieczem na dębowej korze takie wiersze na jej cześć wycinał, że gdy je potem sobie odśpiewał, ptaki zbiegały się z gąszczy i obsiadały rojnie drzewa, osobliwie zięby i kosy, na śpiew najciekawsze. Święty Jacław, co był podonczas przeorem w klasztorze, myślał i ważył, zali230 nie za diabła przyczynieniem składają się pieśni takie? Poradziwszy się Du­cha świętego, nakazał święty Jacław Witeziowi zdziałać pieśń taką w kościele na uciechę Przenajświętszej Pannie. Leżał Witeź trzy dni krzyżem i, choć się szczerze modlił, nic mu do składu nie przychodziło. „Z konia tylko umiem!” — zerwie się w złości i tupnie w kamień posadzki, aż echo jękło gdzieś pod sklepieniem. „Dawaj go sam!” — krzyknie święty Jacław. — „Chwal Przenajświętszą z konia”. Gdy onego poda­wano, nawinął się grzecznie diabeł, strzemię dwornie trzyma i szepcze: „Przeor wiedzieć nie potrzebuje, o kim ty myślisz. Madonna nawet, jako jawnie w pismach stoi, inną być nie mogła, jako jest Bratumiła. Nawet lelii w dłoń nie trzeba: pięć onych paluszków w biały kształt lelii się złożą. — Co się zbudzi po nocy, popłakujeć z tęsknoty, szyjkę białą w pu­chy tuli i myśli: „Przecz231 chmurnie na mnie patrzy Niezamyśl? Zalimż232 go ukrzywdziła w sercu mojem?” — Rzecze Witeź: „W poręś mi!” Jakoż uczynił w myślach swoich i zaśpiewał pieśń taką, że mu z pustego kościoła pobożnym echem we­stchnęły organy. — (To prawdziwe wydarzenie uczyniło klasztor od cudów potem sławnym). — Wrócił Witeź do księżniczki, aliści233 oną niechętną sobie już nalazł, a owego, co mu strzemię podawał — w dziewosłębach234. „Tenże rycerz — rze­cze Bratumiła smutnie — wierność mi ślubował, jako ty da­mie swego serca”. — „Jakowejż?” — krzyknie i jużci mie­czem na onego sięga. „Marią zwą oblubienicę twoją. Niech cię Bóg z nią połączy!” I polały się łzy na to gładkie lica księżniczki Bratumiły jako pierwsza rosa na pąkowy kwiat. Wypadł miecz z ręki Witezia, jako że palec Boży w tym poczuł: od jawnego grzechu odwiedzenie. Nawrócił co rychło do klasztoru i, w otwarte ramiona św. Jacława padłszy, zapłakał gorzce z żalu do Przenajświętszej Panny, że pieśń i piękno diabłu na poniewierkę odstąpić raczyła i kusić niemi pozwala. Święty Jacław, w tkliwości ojcowskiej, własnym ku­łakiem twarz mu z łez utarłszy, w nowicjat (po staremu) przyjął. Jakoż Witeź skruchę, Matce Boskiej miłą, uczyniw­szy, oną pieśń sławną Oblubienico moja! na wieczną chwałę (klasztoru) zdziałał. Święty Franciszek nawet pieśń tę potem chwalił; a grzeszne dusze po dziś dzień w godzinę śmierci pieśnią takową zbawiać się rade. Między błogosławione pań­skie ojciec święty Witezia łaskawie zaliczyć nie raczył, ile że księżniczka ona, niezamyślonym śpiewaniem wielce w myślach swych roztęskniona, diabłu (na chucie) się oddała. Taka jest jedynie prawdziwa przypowieść o księżniczce Bratumile, Wi­teziu Niezamyślu i o świętym Jacławie. — Opowiedzieć do­kładnie zamierzył biegły w piśmie Sclavus Mariae235 i pod onej cudowną opieką, wbrew złości możnych i injuriom236 głupich, w uroczysty dzień cudownego jej rozwiązania A.D. MCCI szczęśliwie do końca doprowadził. Amen.

Ponad przepaście wieków przyniosło mi echo niespo­dzianie tę prostą bajkę. Uśmiechałem się z początku, czyta­jąc: bawiłem się nią, jak się bawi z dzieckiem. Przeczytałem po raz drugi, wciąż się jeszcze uśmiechałem, ale gdy oczy ciężko i uparcie przylgnęły do pergaminowej karty, myśl w dal odbiegła. Ruszyły mi przed oczyma te ciemne szeregi liter w nieskończonych marszach, wirach i koliskach. Myśli pra­cowały gorączkowo: biły pulsem na skroniach, prześlizgiwały się przez świadomość lękliwie, przebiegały przez nią w po­płochu i nikły, rozpraszały się, gasły.


A że dolinę i góry poza oknem zalewało miękkie świa­tło zachodu, więc i mnie przysłało słońce promień łagodnych myśli.

Zamarzyłem o klasztorze pokutnym w poszumie lasów jodłowych, o białych podwórcach w balsamicznej woni ce­drów, o kawek wokół wieży rojnych lamentach, o chórze mnichów głębokim, o organów kościelnych jęku psalmicznym i o sygnaturki wysokim tonie... I błądzę, ja mnich, w białym podwórcu, po złotych plamach słońca i sinych cieniach ga­łęzi, wchodzę w wilgotny chłód arkad i na starym rzymskim sarkofagu to słowo kreślę w zadumie bolesnej:

Hilda...

Drgnąłem. I spojrzawszy na tę jasną topiel łagodnego zachodu na szczytach, zrozumiałem, że mnie nieświadomego opływa już od wczoraj miękka atmosfera rodzącego się uczucia.

A jednak... Ta narożnica kamienna z oknem na lodo­wiec, te księgi stare, miniatury złote, ta opowieść naiwna, ten klasztor, wyczarowany z myśli, te kawek wokół wieży rojne lamenty, ta całego świata wokół mnie muzyka; owo światło złote i cień ponury: rozkosz pieściwa i ból trawiący w tym jednym imieniu — „Hilda” — przecież to wszystko, wszystko razem jest jakby niedopowiedzianą do końca bajką, jest bezpłodnym, zabójczym marzeniem!...

Szatanie, odwiedź zwierciadło swe ode mnie!...

I osunąłem się na kolana, tam przed pultem, u okna. Splotły się palce dłoni, wsparła na nich ciężka głowa...

...To jej czoło jasne, otwarte i dumne, te równe poły­ski na gładko zaczesanych mahoniowych włosach, jak smugi światła na fali — ta przezrocza głąb czarnych oczu... Oczy te są zanadto spokojne!...

Szatanie, odwiedź zwierciadło swe ode mnie!...

Poprzez małe okno w głębokiej nyży padły me oczy na to zatopione w błękicie śniegowe morze najczystszej, nie­pokalanej bieli. I w jednym mgnieniu oka, jakby pod mego spojrzenia nieczystą siłą, wielka fala płomiennej lawy zalała te bezmiary jasne. Skalne zręby, szczyty i iglice, białe mo­rze w głębi, lodowcowe złomy na przegubie i ten jego język wryty dołem we wnękę skały: wszystko to — w tej chwili takie jawne, widne, dotykalne — stanęło w purpuro­wym blasku oślepiającej pożogi... I przycichł gwar ziemi. Chmury zwinęły swe żagle, niemocne wiatry przyległy kor­nie na stokach.

Olbrzymia łuna ciche skrzydła rozpostarła nad światem.

W piekło świat się na szczytach rozpalił.

I tam także?!...

Kurczowo splatały się palce wyprężonych ku górze rąk...

O nieskalane, dumne, gorejące szczyty!

O zwiastowań tajemnych płomieniste zorze!

O krwawej wróżby ciche, rozognione morze!

Grobie życia królewski, w purpurę spowity!

Grzechu orla kolebko na podniebnej hali!

Raju wrota płomienne w zwierciedle szatana!

Choć sięgnie was myśl harda, choć wola spętana

Żarem tęsknot daremnych niebiosa zapali,

Choć na bieli dziewiczej żary piekła wznieci,

Choć, wszelkie życie depcząc, na szczytach zaświeci,

Piekło sobie zgotuje tuż pod tronem Boga!

O zorze! Zorze! Ciche, gorejące zorze!

W sto tęcz wokół świat spłonął: krwawi! Dymi! Gorze!

— Nieskalanych to szczytów złowieszcza pożoga.

Szatanie, odwiedź zwierciadło swe ode mnie!!...


...Już mroźne sine okłęby wyrzucać się poczęły spod tej ogniowej topieli. Porwał się wicher i zmiótł w jednej chwili pożogę.

Koniec! —

Gęste przedzmierzchowe mroki sinym kirem zaciągnęły świat.

Na podniebiu widać już było tylko dziwnie twarde, zimne i mroczne zwały granitu, pośród nich zastygał i krzepł siny lodowiec. Dołem legła ta cisza mroczna w godzinę oczekiwania, kiedy się dzień poza przełęcze zwala. Jeszcze tylko dwie długie taśmy czerwieni snuły się leniwie pośród chmur. — Cisza... Tam górą, po szczytach, mignęło coś: płynie... Cień! Cień!... Orłowych skrzydeł po lodowcu cień.

Minął — przeleciał!...

Teraz słyszę z dala jakiś skrzyp drewniany: uparte, nie­dołężne bujanie w starej dzwonnicy. Nagle dźwięków całe roje, jak stado cyranek, co się z wody poderwie, zakrąży i w zmierzchowej, wielkiej ciszy płynie wysoko, wysoko — hen w podniebną dal!

Kiedy Anioł zwiastował Marii...

A z łąk alpejskich, z lasów jodłowych, z hal podnieb­nych wionęło pod niewidzialne ołtarze kadzidłem mięty, anyżu i tymianu.

A na ziemi pokój ludziom dobrej woli i czystego serca...

I ten świat cały, ten mój, oczyma duszy widziany ten świat rozśpiewał się kornym, pokutnym modleniem. A kiedy oczy, uczuciom swym wierne, wciąż jeszcze na szczyty wra­cały, rósł, krzepł i potężniał śpiew ten: pastoralnym hymnem rozpsalmił mi się w duszy.

...I zda mi się, że leżę martwy tam na lodowcu, w pod­niebnej trumnie sinego granitu — i że poprzez ziemię całą przechodzi szumem wielkim zmartwychwstania godzina... I wi­dzę, po horyzoncie świata, wielką, rdzawą a dymną łunę od gromnicznych świec...

W tę oczekiwania godzinę najcięższą...

I zda mi się, że z bożych aniołów duchem najsilniejszy odwala głaz mego grobu: ciebie, Hilda, widzę w złotym blasku świec gromnicznych. A laury wokół ciebie lśnią i nad głową twą szumią.

I mówisz do mnie: „Wstań i ty, grzechem niemocy najgrzeszniejszy. Patrz, oto na wątłe piersi kładę ci złotą Chrystusową tarczę miłości: tworzyć będziesz!... I lęku zbądź! Chrystus Pan kamień nawet rozłamać każe, zali nie jest to agatu migdał lub ametystu ukryte ziarno: — aby żadnemu pię­knu krzywda się w niebie nie stała. Widzisz milionowych tęcz płonącą bramę i biały, szumny gościniec aniołów? Sły­szysz ziemskiego ptactwa świergot radosny? Łąkowych kwia­tów poszumy tajemne i małych, smutnych dzieci śmiech szczę­śliwy? — Patrz — oto po prawicy Boga Ojca zasiada Chry­stus Pan nasz miłościwy.

Urbi et orbi!... Urbi et orbi!...

Słyszysz trąb serafickich łoskotanie weselne na cztery świata strony? — Raduj się, grzeszniku, raduj z aniołami! „Hosanna królowi Dawidowemu, hosanna na wysokościach!!”...


Kiedym, po gorączkowej i pilnej nocy oraz po praco­witym dniu następnym, pod wieczór jej to odegrał i kiedy, po ostatniej modlitwy hejnale, ręce mi z klawiatury opadły drżące, usta wyszeptały niewolnie wraz z ostatnim pobrzękiem ostatniego tonu:

— Tobie to, Hilda, pod nogi.

Chciała coś odpowiedzieć: poruszyły się tylko wargi. Blada i poważna była na twarzy, myślała snadź237 nie o mnie, lecz o tym, co słyszała przed chwilą, rozumiejąc, że było to Requiem do wczorajszego pogrzebu.

Mówiłem jej potem, że się tak słaby i zmęczony czuję nie tyle nieprzespaną nocą, ile tą gorączką trawiącą, że chciał­bym o wszystkim móc zapomnieć i dzieckiem być...

— Już nim jesteś — rzekła. — Każdy z takich... — zaczęła i nie dokończywszy myśli swojej, zgarnęła tren su­kni z dywanu.

— Chodź — mówiła, wskazując mi miejsce na dywa­nie tuż przy fotelu.

I głaszcząc po chwili włosy moje:

— Zabieram cię ze sobą. Musisz dać koncert w stolicy.

— Nie, nie!

Roześmiała się.

— To podnieca, budzi, dodaje sił. My musimy mieć coś takiego, coby nas ciągle naprzód pchało; w przeciwnym razie cofamy się łatwo albo tracimy właściwe miary.

— O czym ty mówisz?

— O tłumie. — I jest w tym upojenie, krótkie, ale mo­cne: haszyszowe.

— W czym, Hilda?

— We władaniu tłumem... Ich dusza ma całą gamę uczuć. Te rozproszone oklaski, gdy wchodzisz, to naprężone milczenie, gdy zaczynasz, to westchnienie gromadne czasami, poszepty i te nagłe burze oklasków...

— Powiedz, Hilda — mówiłem, siedząc u jej nóg jak paź i ujmując ją za obie ręce — powiedz, Hilda — w tym musi być coś upokarzającego: być aktorką?

— Dzieciaku, jesteś niegrzeczny względem kobiety! — śmiała się, zgarniając mi włosy z czoła. — Mówi się: ar­tystka.

— Przepraszam.

— Przeproś!

Ucałowałem obie ręce.

— Wstań i pokaż się: lubię ten wasz mundur.

— Hilda!

— Wstań!... — przytupnęła nogą. — Że też tobie po­zwalają w pułku nosić takie długie włosy.

— Ale ja siądę z powrotem — kaprysiłem zawsty­dzony.

— Siądź... Ile ty masz lat? Poczekaj!...

— Dwadzieścia cztery — pomogłem jej pamięci.

— Śmieszny!

— Hilda! Nie mów tak!

— Nie, nie!

— Ty nie jesteś taka, jakem wczoraj myślał.

— Kobieta nigdy nie jest taka, jak ją sobie wyobraża dwudziestoczteroletni porucznik.

— Hilda! — szarpnąłem się gniewnie. — Czyżbym ja dla ciebie był rzeczywiście tylko...

— Prócz tego jesteś artystą, co z ciebie czyni jeszcze większe dziecko.

— Ty masz dziwną dojrzałość... artystki.

Podniosłem się i zacząłem chodzić po pokoju.

— Mały!

Żachnąłem się. A ona póty przytupywała nogą, póki nie zbliżyłem się do niej i nie pocałowałem w rękę.

— Nie osądzaj nigdy przedwcześnie — rzekła z na­ciskiem.

— Cóżem ja winien, że mi przed oczyma stoją upar­cie — kulisy.

Grymas: niedbałe, wzgardliwe wydęcie warg.

— Jutro wyjeżdżam.

— Hilda...

— No? W oczach łzy? Oo!...

— Jadę z tobą.

— Dokąd?

— Gdzie bądź. Dawać koncerty wraz z tobą.

Rzuciła bystre, uważne spojrzenie.

— A ja ciebie nie wezmę — rzekła niespodzianie i po­częła wiązać sobie krawat na szyi. (Nosiła się z angielska, w sukniach o surowej niemal prostocie, lecz w nieskazitel­nych, rysowanych liniach).

— Dlaczego nie weźmiesz?

— Daj pokój! — przerwała niechętnie i potrząsnęła nie­cierpliwie głową.

I poczęła się przechadzać po sali: wysmukła, bujna, mocna w chodzie i w wejrzeniu. Z góry spoglądały na nią sczerniałe i zrudziałe portrety w złoconych ramach, o zga­szonym przez czas połysku. Kołem pod ścianą płonęły, w ka­pryśnych rzutach refleksów od świec, ponure, trupie, sztywne szeregi zbroic. — Dywan głuszył nasze kroki, natomiast każde chrząknięcie i tłumione westchnienie rozlegało się piwnicznym echem po dalszych na wpół pustych komnatach.

— Z początku — rzekła — chciałam ci była podzię­kować.

— Bój się Boga, za co?

— Prawda! Ty nie żyjesz nakazami klubu, salonu, sza­blonów, lecz duszą własną.

— Nie mów...

— Boisz się wspomnienia kulis?

— Rozumiem, żeś postanowiła przed chwilą w myślach oczernić siebie przede mną.

Roześmiała się. „Jaki on czujny!” — zawołała do sie­bie. — To „on”, cała intonacja tego okrzyku nie poszła mi w smak. Toteż nie namyślając się, dodałem:

— Myślałaś: „To go przyprowadzi do rozsądku”.

Zatrzymała się gwałtownie:

— Proszę, aż tak dalece czujny!... Zresztą — mówiła wnet potem, jakby z pewnym politowaniem — zresztą, ten instynkt mają wszyscy, co, bez kierownictwa woli, omackiem przez życie idą. Wielki urok szarej godziny egzystuje tylko dla mocnych wolą: oni nie widzą, ponieważ mogą sobie na to pozwolić. A w tym jest wielka tajemnica szczęścia.

— W czym, Hilda?

Podbiegła do mnie i przysłoniwszy oburącz oczy:

— W tym — zaśmiała się krótko.

— Siądź — szeptałem — pozwól raz jeszcze złożyć głowę na twych kolanach, oczy mi przysłoń — i niech się upiję tą szarą godziną szczęścia!...


I znowuż przechadzała się w zadumie po sali: bujna, giętka i taka mocna w chodzie i w wejrzeniu.

— Hilda — szeptałem, stojąc z dala — gdy tak na cie­bie patrzę, gdy wspomnę, coś mówiła... (Ja każde słowo twe pamiętam!)... Przed twą wolą, rozumem, uczuciem...

Nie chciała słuchać, nie pozwoliła mi dokończyć.

Z góry, spoza ram wyblakłych, spoglądały na nią harde głowy przodków. A kołem, pod ścianą, płonęły w ka­pryśnych rzutach refleksów stalowe zbroje; z głowami wtulonymi w ramiona, stali sztywno, jakby cześć jej oddając, spiżowi rycerze: prężyli się ponuro, trupio, strasząc czarną otchłanią pod hełmem.

I jużem wzroku od niej oderwać nie mógł.

— Ty byś na barkach swoich udźwignąć mogła nawet brzemię!

Zwróciła się nagle ku mnie.

— Jakie?

— Majestatu, Hilda!

Rumieniec, pierwszy rumieniec trysnął na jej twarz.

— Dzieciaku ty! — rzekła surowo.

A ja przygiąłem się szybko do tej na czarnej sukni zwisłej białej dłoni i opowiadałem jej gorączkowo, bezładnie o tym, jak mi ona w ów wieczór przyszła z nieba i ziemi cudowną muzyką, jak świat mi się przez nią rozegrał, jak ona granitowy głaz z grobu mej niemocy podjęła, jak me wątłe piersi złotą tarczą miłości osłoniła.

Odpowiedziała spokojnym, prawie smutnym głosem, musnąwszy z lekka me włosy.

— Biedny ty — niewolnik wyobraźni!... Nie wierz ty swym wrażeniom, uczuciom, chęciom, samemu sobie nie wierz! Ty ani sobie, ani nikomu dać szczęścia już nie potrafisz. Ty możesz być tylko artystą.

Przegięła się, pochyliła w dół głowę ku moim ustom. I na te wargi me pragnące złożyła długi, cichy pocałunek. Przyjąłem go jak sakrament: cicho i kornie, bo, tą szarą godziną szczęścia wciąż jeszcze pijany, wyzbyłem w pamięci kobietę: marzyłem, że to ONA — sztuka, daje mi boskie swe pomazanie.

Z góry, spod pułapu, spoglądały potężne, harde, w mie­cze własne ufne oblicza dawnych ludzi czynu.

„Oto jest ta, co nas wskrzesi, na nowe boje, nowe zwy­cięstwa w nieśmiertelnym życiu powoła”.

Chłodem ponurej, skupionej ciszy wiało z dalszych komnat zamku. W sali, pod ścianą, prężyli się trupi rycerze. I zdawało mi się, że z tych martwych szeregów, z tych czar­nych jam pod pustymi hełmami, wyszedł pomruk basowy, niby głuche i mocne w bojowy bęben uderzenie:

Salve Regina238!


Minęło. Dziś nie wiem nawet, czy ta chwila snem była czy objawieniem, złudą czy jawnym cudem.

Hildę, kobietę widziałem już przed sobą.

Oto poprzez salę bezszelestnie stąpa — ramiona uniósł­szy, splotła dłonie na tyle głowy: na tym bogactwie i prze­pychu włosów lśniących. Rumieńce żywe ma na twarzy (białą była dotychczas!) — pierś jej faluje — słyszę oddech nierówny. Gdy przysiadła na chwilę, a spojrzenie me (nie odrywały się od niej oczy moje!) zatrzymało się przelotnie na jej stopach, zasłoniła je czym prędzej trenem sukni. A gdy się zerwała znowuż, tom słyszał już odtąd w jej chodzie je­dwabisty, sypki szelest sukien.

Poczęła nucić: zrazu cicho, potem śmielej. Wreszcie...

Słucham. Głos piersiowy, pełny: kryształ w brzmieniu duchowym, metal w dźwięku materialnym, we frazowaniu bogactwa twórcze. Lekki dreszcz rozkoszy przechodzi przez ciało, tak się ucho raduje. Na chwilę zapominam znów o ko­biecie: słyszę tylko głos sztuki i stroję chciwe ucho... Śpiewa!

I co mi w piersiach

Żary roznieca,

Co mi się do krwi

Płomieniem wświeca,

Jak pierwsze świty

W duszy mi dnieje,

Wolę rozgrzewa,

Dumą się śmieje...

Urwała. Umyślnie jakby: — nie wytrzymała nuty koń­cowej. Echa ją zmieszały: po sąsiednich komnatach tłuką się echa.

Zatrzymała się na drugim końcu sali. Tyłem do mnie zwrócona i zajęta jakby hełmem na złoconej zbroi, odezwała się nagle głębokim recitatiwem:

Marzanna chce:

„Niech będzie noc”

A z sąsiednich pokoi przyniosło nagle echo w głuchym pohuku:

Niech — będzie — nooc!

Zadrżałem mimo woli. A ona, jakby na przekór tym so­wim pohukom z pustego zamku, dobyła z piersi w całej sile namiętnego wybuchu:

Wschodzące życia słońce me!

A echo przyniosło wraz z głębokim przydechem orga­nowego hymnu to najwyżej wzięte słowo:

Życia!

Tam, poza drzwiami, skłóciły się na chwilę echa i po­gwary; a potem nagle, z obu stron, tam, w dalekich kom­natach, zadrgały, zda się, spazmem wiolonczelowe struny, zapłakał wysoko żałośliwy flet; — a wraz z nimi wpadł do nas i załopotał skrzydłami ranionego ptaka ten okrzyk dziwny:

Życia!... Życia!....


A gdy i te echa zamarły w westchnieniu, przytłoczyła nam serce taka ciężka i głucha zaduma, że, zasłuchani, czy echo czegoś więcej nie przyniesie, słyszeliśmy tylko głębokie oddechy wzajemne...

— Wstań! Na miłość Boską, wstań z kolan!

Te jej usta, zwykle surowe, prawie twarde w rysunku, stały się nagle takie łagodne w miękkim kolistym układzie: ogromnie dużo kobiety było w niej w tej chwili. Ręce, które starały się uparcie podnieść mnie z kolan, obwisły bezwładnie.

— Wstań, dziecko — szeptała tylko raz po raz — wstań!... — Po coś ty mnie wciągał w tę czarną otchłań twej wyobraźni!?... To gorsze jest od grzechu.

I zaśmiała się tak dziwnie, że z ciemnych pokoi przy­niosło echo jakiś okrzyk zranionej miłości własnej, co złamał się nagle w spazmatycznym łkaniu. Wyrwała świecę z lichta­rza i, szarpnąwszy drzwi, wybiegła w ciemne pokoje, na­przeciw tego echa.

— Hilda! — krzyknę za nią.

I tak, poprzez te ciemne gmachy, w słabym połysku świecy, wśród głuchych uderzeń naszych pośpiesznych kro­ków w płyty kamienne. A w ślad za nami, ze wszystkich, zda się, komnat, wnęk, nyż i korytarzy tych murów niemych wypadła, zda się, nagle dzika sfora faunów: biła kopytami w posadzki, goniła wołaniem, szczuła dzikimi świsty, sowim pohukiem i śmiechem szalonym.

Nagle wydało mi się, że tuż ponad naszymi głowami zarywa się z łoskotem sklepienie całe. Porwał się huk tak przeraźliwy, że oboje stanęliśmy na miejscu. Ona tam da­lej, pod kolumną: biała, dysząca, nieżywa prawie, drżącą ręką zagarniająca ten ciemny płaszcz rozplecionych w biegu włosów.

Oprzytomniałem nagle.

— Lawina! — rzekłem, kiedy ten huk, zamiast słabnąć, w wichurę huraganu się przeradzał i już jakieś gromy pod­ziemne ze sobą toczył.

— Lawina — powtórzyłem. A potem już w myślach tylko swoich: „A tamto grzmot głazów po skałach i grze­chot kamieni w żlebie. Pędzą, sypią się, walą na łąki nasze”.

— Hilda — ojciec nakazywał, ojciec zaklinał!... Patrz, tak dolina nasza tonie w gruzach, powoli, z dnia na dzień: kona beznadziejnie... I nie ma, kto by ją ratował. Bo mnie bez­wola pajęczyną marzeń omotała i przez matnię sztuki w zło wszelkie wpędza.

A tamten piorunowy łom i grzechot piekielny nie chciał ucichnąć. „Boże, Boże, jakąż to lawą dziś się sypie!” Zła­mała się wytrzymałość moja: ciało nie miało sił wysłuchać do końca.

Osunąłem się cicho i powoli na chłodne płyty kamienne.


Ocknąłem się w tejże portretowej sali.

Miękkie, pieczołowite dłonie chłodziły mi czoło, skro­nie, twarz. Od czasu do czasu tylko, łzy kropliste parzyły mi ręce, policzki, skroń. Ciepłe tchnienie pocałunków zwil­żało mi co chwila suche wargi i sztywne, chłodne ręce.

I znowuż straciłem świadomość.

Gdym się ocknął po raz drugi, uczułem, że coś jak noże kraje i kłuje mi czoło oraz ręce. Ponad oczy zwieszała mi się gałązka ciemnych, grubych liści. Poruszyłem ręką: miałem tego pełno na piersiach, ponad głową, na nogach. To ona, Hilda, nałamała laurowych gałęzi z doniczek owych krzewów — laurowych gałęz spod katafalku.

A gdym je łamał w rozpaczy na tym posłaniu śmierci, tam z podwórza słychać było brzęk uprzęży, parskanie koni, szczęk łańcuchów, głuche bicie podków o most zwodzony nad urwiskiem.

Daremniem czekał na odezwanie się trąbki, na grę tę czarowną po echowych kniejach i uroczyskach górskich: na zmartwychwstanie świata mego. Tej nocy zaciążyła na doli­nie pochmurna, głucha groza kamiennej pustki wśród olbrzy­mich gór. Świerszcze zamilkły, przycichły potoki... Huczała tylko wezbrana rzeka, tocząc w ciężkich westchnieniach swe głazy wielkie.

Czekam!...

Czekam smutny i wiary pełen, że w tę czarną noc grzechu niebosiężne olbrzymy skał przełamią się u podnóży, zachwieją i zamkną grób ten...


Ledwie dosłyszał Müller końca opowieści. Ostatnie słowa utkwiły wraz z westchnieniem w piersiach Hertensteina. Się­gnął machinalnie po wino, ale bezwładne ramię opadło, zanim dłoń kubka dotknęła. Powstał z zamiarem otworzenia okna, lecz w tejże chwili wszystko zawirowało mu przed oczyma, podwinęły się bezwładne nogi i opadł z powrotem na kanapę. Już rozproszone swe myśli skupiał, chwytał, już chciał coś powiedzieć, zawołać, krzyknąć — gdy w jakiejś dziwnej per­spektywie długiego czarnego lochu ujrzał zamek w ruinach, niby ciemną kępę potwornych grzybów na popielatej skale. Patrzał, uśmiechał się błędnie, nagle pochylił się do Herten­steina i objął go wpół.

— Bój się Boga, Henryk, po coś ty mi opium dawał!

— Grałeś na fortepianie? — pytał wnet potem, chło­dząc dłońmi rozpalone policzki. — Czy też opowiadałeś?... Bo toż to nie ludzie przecie — ci twoi tam! Koturnowe, senne cienie, poruszane rytmem, taktem i melodią twej muzyki... Jej nie ma wcale! — zaśmiał się nagle, idąc gorączkowo za biegiem podnieconej wyobraźni. Cień kobiety, cień sztuki!...

Powalił się na otomanę, wyprężył jak długi i wetknął w zęby papierosa. Ledwo się jednak położył, zerwał się znowuż gorączkowo.

— Upiłeś mnie opiumowym jadem twych marzeń.

Hertenstein nie drgnął, nie uniósł nawet ciężko zwisłej głowy.

— Literat! — syknął tylko przez zęby.

Ale Müller uwagą i wyobraźnią był już gdzie indziej: spoglądał w ponurym skupieniu na portret, który już przed­tem przykuwał mu niejednokrotnie wzrok.

— Gdzie — ona jest teraz? — zagadnął nagle. Lecz choć pytanie swoje dwukrotnie powtórzył, nie otrzymał odpowiedzi.

Kilkakrotnie przenosił wzrok z tego portretu na Her­tensteina, chciał o coś zapytać, machnął jednak ręką: „A tyś osiadł wraz z twym marzeniem na bezpłodnej mieliźnie!”.

I przyszła mu na myśl Borowska. Zagryzł wargi jakby w bólu i targnął myśl w inną stronę. Wspomnienie przynio­sło mu niespodzianie słyszaną niejednokrotnie opowieść Borowskiego: ojca aktora, jego kochanki i jeszcze raz żonę jego; a potem ten mizerny świat szminki, w głodzie wrażeń na wpół dzikie, upiorowe namiętności, z których jak z kotła czarownic wynurzają się bohaterskie widma, zalane jaskrawym blaskiem teatralnych kinkietów. Opowieść Hertensteina biła mu jeszcze pulsem w skroniach. I te dwa biegunowe światy jęły mu się wikłać i plątać w obrazach. Widział w teatralnym blasku barw i świateł, pod pałającym spojrzeniem setek ludzi, w burzach oklasków, triumfy aktorów o szerokich, namiętnych wargach i twardych czołach byków. W mizernych ramach kulis, wśród malowanych murów starego zamczyska, gra oto Borowski z ojcem i aktorką o rudej peruce, tę samą opowieść, która wciąż jeszcze tętniła mu w skroniach... I oto wzywają na­tarczywie autora. Wychodzi on, Müller, i kłania się wraz z Bo­rowskim, jego starym ojcem i aktorką w rudej peruce. A na widowni wrzawa, oklaski, wiwaty, wrzask i tupanina wyro­stków po galeriach... Tam oto, w pierwszym rzędzie, siedzi Hertenstein; białymi dłońmi oplótł swe kolano i kiwa się nie­dbale. Patrzy, na wpół z politowaniem, na wpół z ciekawością, nieraz ziewnie, to znów się uśmiechnie, wreszcie zwraca się półgębkiem do siedzącego obok Jelsky’ego: „Dobre aktory; niezły literat. Zrób im, proszę, reklamkę; dam ci szampana...”. Zaś tam — na wielkomiejskich bulwarach, ogłuszona łosko­tem i wrzawą uliczną, przemyka się wśród tłumów w ciem­nej chustce na ramionach — ona: Zosia Borowska! — Szuka, goni kogoś czy też ucieka!!...

I nie mógł wzbić się myślą ponad te chaotyczne obrazy i niespodziane zestawienia. Coraz to pochmurniej, w coraz to większym skupieniu wpatrywał się w Hertensteina, jakby ocze­kując, aby mu pomógł z tych obrazów wyłuskać dręczącą, zaledwie nieświadomie odczutą zagadkę. A te węzły poplą­tanych wspomnień, te powikłane z dwóch światów obrazy, wciąż mu nie dawały spokoju. Dłonią czoło tarł, próbował napić się wina. Wreszcie wsparł zmęczoną głowę na łokciach i wyszeptał po raz drugi:

— Bój się Boga Henryku, po coś ty mi opium dawał!


Hertenstein tymczasem zbliżył się do okna. Głaskał ma­chinalnie charta i za każdym turkotem z ulicy nasłuchiwał niespokojnie wraz z nim. Wreszcie powrócił do stołu i sięgnął po wygasłą fajkę. Müller mrużył już oczy, wpatrując się coraz natarczywiej w jego białą, wygasłą twarz i oczy o smu­tnym w tej chwili, gorączkowym połysku. Wreszcie nie wy­trzymał i, rozłożywszy ramiona, krzyknął niemal:

— Czemuś ty do klasztoru lepiej nie wstąpił, jak tam­ten z bajki?

Hertenstein osunął się na fotel, rozkołysał bieguny i py­kał powoli ze swej cienkiej fajeczki. Na odpowiedź kazał cze­kać długo.

— Hm? — bąknął wreszcie. — Wstąpić do klasztoru, zostać rzemieślnikiem!... Wcale niezły ratunek dla Pawluka i jemu podobnych chłopców z kawiarni — tych od sztuk plastycznych. Samotność i rzetelność rzemiosła! — Jedno i drugie może z nich uczynić mistrzów, o ile nie stali się już beznadziejnymi „artystami”. W przeciwnym razie nie pozostaje nic innego, jak oddać się pod opiekę literatów. Mistrzami to ich nie uczyni, może wszakże zrobić sła­wnymi.

— No, dobrze! — niecierpliwił się Müller — ale cze­muś ty sobie tego nie poradził?

— Mistrzostwa? — pytał wraz z dymem fajkowym. Nie pragnę być rzemieślnikiem. Sławy? Fundowałem Jelsky’emu nieraz szampana, bo tylko pod tym warunkiem zobowiązywał się oszczędzić mi sławy... Zresztą — mój drogi jak ci się zdaje? — Czyż przy innym zbiegu życiowych okoliczności nie mógłbyś na przykład być dzisiaj zwykłym sobie Francem Mül­lerem, dependentem bodaj w policji, ojcem kilku sprytnych pauprów239 o brzydkich skłonnościach do zrobienia majątku?...

Zaperzył się Müller:

— Nazywam się...

— Bardzo legalnie. Ale nie oto idzie.

— Chcesz powiedzieć, że tylko baroni do sztuki się rodzą?

— Ach! — Hertenstein machnął niedbale ręką. — Baroni rodzą się zasadniczo tylko do kokot i salonów, oraz na to, by grzechem bezmyślnej pychy rozśmieszać nawet diabła. — Chcę spytać się tylko, czy w malströmach240 wielkomiejskich zysku, wyzysku, automatycznej i możliwie bezmyślnej pracy oraz wyrafinowanego, możliwie przemyślnego użycia zmęczo­nych zmysłów, czy w tym malströmie nie wypływają kapłani o bardzo wyraźnej fizjonomii?

— Co dalej? — syknął Müller. — Zaczynasz banalnie, skończysz, oczywiście, pobożnie.

— Dalej, że ponieważ zysk, wyzysk i możliwie bez­myślna praca są tematem dla sztuki dziś już tylko gdzieś na dalekim wschodzie — a więc...

— Kapłani najbardziej wyrafinowanego użycia znużo­nych zmysłów? Czy taka ma być definicja? — Jeżeli wszyst­kich pięciu zmysłów, to nie najgorzej. Zmysły są zawsze pierwszą instancją sztuki. Ostatnią jest dla niej kulturalny umysł, który dojrzewa dziś tylko w twoich „złych wirach” wielkomiejskich.

— Taak — Hertenstein pykał powoli z fajki. — O nic więcej mi nie idzie. Kulturalny umysł był zawsze arbitrem wyrafinowanych zmysłów. On to wymaga mistrzostwa i roz­daje sławę. — Poznałem aż nadto dobrze smutne i karłowate egzystencje tych, co bardzo pilnie malują, rzeźbią, piszą, tworzą, krytykują — ad usum241 kulturalnego umysłu. Oddy­chałem aż nadto długo tą duszną atmosferą ambicji, zawiści, oszczerstw, pochlebstw; dusiłem się zbytnio tym zaduchem pełzającej dumy... Daruj więc, że mistrzostwo pozostawiam ambitniejszym, a sławę tym, co — rzetelniej na nią pracowali.

Nie wytrzymał Müller: zerwał się z kanapy i, wczepiw­szy mu się w wyłogi od tużurka, szeptał mu w usta niemal:

— To wszystko jest tylko samoobłudą improduktywa. Idzie o to, żeś ty sobie za młodu wyciął ten właściwy, twór­czy nerw życia. I oto osiadłeś na mieliźnie wraz z cnotą swoją... Co wam szkodziło?... Tam, na zamku, w zapadłym kącie?... Zresztą, coby mnie ludzie obchodzili!

Dreszcz ohydy wstrząsnął, wykręcił niemal ciałem Hertensteina. Ale Müller wpił się w niego mocno rękoma.

— Czyś ty odgadł tajemną wolę natury? Czy ty wiesz, jakie źródła trysnąć by ci mogły z duszy pod jej ręką?... A może tylko wielkie namiętności rodzą wielkie czyny? A może temu ogniowi z ciała sądzono po całym duchu moim rozpłomie­nić się? A może grzech oto niesie mi złotą lirę? Czyś ty odgadł ciała wielką tajemnicę?... Człowiekiem tylko jestem, ciałem i grzechem — a więc ciałem i grzechem żyję, lecz nie dla ciała, nie dla winy, nie dla cnoty, lecz dla dzieła mego! Z nieba ognia sobie nie przyniosę, ale może go diabłu wykradnę. Ale na to trzeba w piekło zstąpić!

I nie szarp mi się!... Kto mnie, kto ciebie zapyta, skąd my swój ogień czerpiemy? I niech mnie nikt nie pyta, skąd ja mam tę moc, co światy wskrzesza, za serce bólem targa, upiory sumienia przed oczyma ci stawia. Ani cnoty, ani winy waszej nie znam, ja dusz waszych władca, światów wskrzesi­ciel, namiętności mag — ja, cudotwórca!...

Płomień zalał mu twarz, zaświecił w oczach. Długie i su­che ręce wczepiały się Hertensteinowi pod szyję jak ptasie szpony, a chuda, ostra twarz suchotnika czyhała niby ptasi dziób, aby mu wyrwać z ust odpowiedź. — Czekał długo.

Hertenstein patrzał nań spokojnie, zimno. „I ten czło­wiek myślał o śmierci? I ten człowiek chciał śmierci??”

— Kłamstwo! — krzyknął odruchowo i zerwał się z fotela.

Krzyknął przy tym i zerwał się tak gwałtownie, że chart zbudzony ze snu skoczył, warknął, a raczej zarzęził ochryple, i błysnął Müllerowi w twarz czerwonym wnętrzem pyska oraz białymi rzędami ostrych kłów.

Müller roztwierał szeroko oczy.

— Co takiego jest kłamstwem?...

„Ty!” — pomyślał Hertenstein. A na natarczywe nale­gania Müllera zamachał tylko niecierpliwie rękoma.


Odłożył fajkę. W chmurnym milczeniu począł chodzić po pokoju. Gdy na dworze ożywiło się nagle, znalazł się wraz z chartem u okna i nasłuchiwał czujnie. Gdy cisza zaległa znów na ulicy, zbliżył się do Müllera.

— Słuchaj no, przecież to jest ogromnie poważna rzecz.

— Co takiego?

Oparł mu ciężko dłonie na ramionach i, patrząc mu mocno w oczy, rzekł twardo:

— Śmierć.

Müller zbladł natychmiast; oczy przymrużyły mu się na chwilę, a potem niespokojne i przepłoszone szukały w rę­kach Hertensteina tej szklanej rurki z kieszeni od kamizelki. Opuszczone ramiona prężyły się mocno i kurczowo, a chłód nielitościwy przebiegł po całym ciele. Szarpnął się i, wetknąw­szy papierosa w zęby, rzekł z twardym grymasem:

— Jam bodaj dziś gotów.

— No, tak, tak! — potakiwał Hertenstein jak dziecku: pośpiesznie niechętnie i bez wiary. — Tym bardziej... Wobec tego warto pomyśleć szczerze. Warto nawet jeszcze nauczyć się szczerze myśleć. Z kłamstwem w sercu nie tylko żyć, ale i umrzeć nie można.

— Czego ty chcesz?

— Przekrocz tę granicę fałszu.

— Jaką?!

— Zapomnij „o sobie samym”.

Müller aż się na krześle uniósł, mierząc go od stóp do głowy podejrzliwym spojrzeniem.

— Między jakie jezuity tyś się wpisać zdążył?!

Ale Hertenstein spostrzegł się jakby, że nie w porę wy­stąpił, lub też pożałował może, że w ogóle rozpoczął o tym: wtłoczył ręce do kieszeni i powrócił do swej wędrówki po pokoju. Müller odprowadzał go z początku podejrzliwymi, badawczymi oczyma, ale niedbały półuśmiech rozwiał mu się wnet na wargach: zgasił go zimny i twardy spokój na twa­rzy Hertensteina. I znowuż ten dreszcz chłodu, co iskrą wskroś poprzez ciało przebiega. Kręcił się niespokojnie w swym ką­cie na kanapie, chwytał raz po raz papierosa. Zaśmiał się nie­szczerze jedną, drugą ironią, chcąc jakby wywołać w nim odruch jakichkolwiek namiętności. Ten twardy, ponury, zawzięty spokój... fanatyka! (kończył Müller w myślach). I co­raz to chwiejniej, coraz lękliwiej czuł się w atmosferze tego spokoju. I teraz dopiero, w miarę jak patrzał na Hertensteina, począł sobie uświadamiać w całej jawie i obrazowości to, co wykonać zamierzyli. A to równe stąpanie jego po pokoju wydało mu się nieubłagalnym krokiem chwili, która się zbliża... Więc tak się zbliży ona: tak lodowo zimnie i bezdusznie? Bez żalu, bez rozpaczy, bez buntu nawet?... Nie! — szarpnął się i poczuł, że omiękłe wargi dygocą mu jak w febrze.

Rozumiał, że jeśli ten paroksyzm trwogi nie minie, gotów zerwać się i uciec. Dokąd? Przyszło mu równocześnie na myśl. Wszak nigdzie właściwie nie jest u siebie, nigdzie nie mieszka, nikt go się nie spodziewa i nikt nań nie czeka. Pod most? Do parku na ławkę? Do Jelsky’ego? — (po tym, co było?...) I na co ucieknie? Po co? Z jaką myślą? Bo przecież każdy w takim położeniu musi mieć tę jedną upartą myśl, która mu umożliwia przespanie się pod mostem lub w parku na ławce? Tamci wszyscy mają tę jedną: „Chcę jeść, jutro będę jadł”.

A więc na to uciekać od Hertensteina?... A potem? Każdy z takich, o ile o trzy dni myślą wybiec naprzód po­trafi, musi mieć to, co ludzie nazywają nadzieją. Tamci wszyscy mają tę jedną: „Będę co dzień spał pod dachem, będę dużo, dużo jadł!”.

A więc na to uciekać stąd od Hertensteina?... Jakaż moja nadzieja? — Trzy miesiące lub chociażby pół roku...

I stanęła mu nagle przed oczyma zimna, nudna biel szpitalnej sali. I te szeregi wąskich łóżek, te żółte, wyschłe, bezmyślne głowy na poduszkach, ten zapach ckliwy, woń kalectwa i śmierci: to całe piekło cierpienia, powleczone bia­łym powietrznym kirem, i czarny jak otchłań, wielki znak Chrystusa — zda się nie ludzką powieszony ręką, lecz usta­wiczną trwogą tylu przygasających oczu rozkrzyżowany na ścianie. Gdzieś, na jednym z tych łóżek, leżeć zapomniany, miesiące całe tonąc w tej zimnej bieli. I myśleć tylko o tym, że tam, poza szpitalnymi murami, w żywym jeszcze świecie, nie pozostało z nas nic! Nic!... Podczas gdy ci wszyscy, mierni, przyziemni, już za młodu nikczemnie wyrachowani, którym się kiedyś ledwie rękę podawało — oni dopełzali się w życiu nawet do szacunku ludzkiego, ba! nawet do działal­ności owocnej. A myśmy zaczęli lotem, pozostawili po sobie tyle śladu, co przelotne ptaki, i tyle praw do ludzkiej uwagi, ile daje dobroczynność! Ich dobroczynność — tych miernych, przyziemnych, już za młodu nikczemnie wyrachowanych, tych solidnych i czcigodnych dziś obywateli, którym się ręki nie podawało — kiedyś! — Gdy się jeszcze dumne w piersiach miało serce...

I zdawało się Müllerowi, że oto zrywa się z szpital­nego łóżka i ucieka z tej chłodnej toni ludzkiego miłosier­dzia — aby prędzej — tam poprzez okno: na bruki! I oto uderza głową i krwawi o dobroczynne kraty...

Ocknął się i krzyknął niecierpliwie na Hertensteina:

— Daj tamto... Po co zwlekać?

— Jeszcze nie czas.

„Nie, ten jego spokój! — myślał. — Ten bezduszny, zimny spokój. Ten człowiek wyzuł się ze wszystkich namię­tności, z uczuć wszelkich. On tam chce dojść wyrozumowa­niem. Taki musi się własnymi myślami wpędzić wprzódy w jakiś beznadziejny trójkąt, zamurować sobie wprzódy wszelką drogę logicznego odwrotu, chce jakby zaorać ze sobą całą świadomość wzgardy dla życia”.

— Jeśli ja chcę swego życia treść usprawiedliwić — krzyknął wreszcie — ty szukasz logiki w śmierci. Tej po­dwójnej gry nie rozegramy dzisiaj. Skończ! Upij się, to po­winno ułatwić ten krok. Albo nie, to przypomnij sobie wszy­stkie krzywdy życia, wszystkie jego zawody, wszystkie triumfy małych, niskich, miernych i wszystkie własne upokorzenia. (Szkoda wielka, żeś ty i nędzy nie zaznał!...) O, to wszystko upije cię stokroć większym szałem, da ci siłę po­stanowienia stokroć większą — da ci nienawiść!

Ostro zarysowane pąsowe rumieńce wytrysnęły mu na twarz: pod nawałem wspomnień chłostały go, zda się, w tej chwili wszystkie doznane w mizernym życiu upoko­rzenia i nędze.

— Pić daj! — dopominał się. — Widzisz, to są najża­łośniejsze twory ci Prometeusze...

I śmiał się. Tym razem bezdźwięcznie, cicho: pierś mu się tylko trzęsła, łkała; krzywiła się twarz.

— ...którym nie przyszło nawet walczyć z bogami, bo ich mizerne przykuło życie. I nie orły pierś im szarpią, lecz robactwo ich obsiadło, to najmizerniejsze robactwo ludzkie... Wiesz, co taki uczyni, gdy, utraciwszy wiarę w świat, w ludzi, w siebie, zachowa jeszcze tylko siłę woli? Wiesz, co taki donkiszot uczyni?...

Długimi, kleszczowymi palcami swej suchej ręki wpił się w ramię Hertensteina.

— Pamiętasz — w Chicago? — Wczoraj na bulwarach okrzykiwano. Właśnie tam — w rój ludzki: gdzie radość bezmyślnej uciechy, gdzie głupstwo życia triumfuje.

Urwał. Odurzał go, otumaniał wprost ten potworny obraz, jaki mu zawsze czujna wyobraźnia wnet podsunęła. Po chwili dokończył szeptem cichym i miękkim, jakby w zaufaniu serdecznym:

— Nienawiść, to jest wielkie, święte uczucie!...

— I zemsta — dodał po chwili jakby dla siebie.

— Na kim?

— Na wszystkich! — odparł, rozrzuciwszy ramiona jak skrzydła.

— Za kogo?!

— Za siebie! — kończył, uderzając się w piersi.

Hertenstein dobył z bocznej kieszeni chustkę: chrząknął, splunął i, chowając ją z powrotem, pytał zimno:

— Więc ty dlatego tylko myślisz o swej śmierci?

Wtulony w kąt kanapy, głowy nawet tym razem nie uniósł, tylko swe długie i kościste palce wyciągał, aby Her­tensteina za ramię ująć, do siebie widocznie pochylić i na ucho coś szepnąć. Lecz w tejże chwili zakaszlał głucho i ciężko. Ściskał oburącz czoło, pasował się z ciałem. Uspo­koił się wreszcie i z zaciętym uporem zapatrzył się gdzieś hardo przed siebie. Nagle łzy trysnęły mu nawałem do oczu i w szybkim biegu potoczyły się jedna za drugą po zapa­dłych policzkach.

— Daj mi pokój! — żachnął się wnet potem w rę­kach Hertensteina. — Daj pokój — słyszysz!... Czułości!... Niech mnie piekło pochłonie, że ta moja nienawiść jest taka niedołężna, taka mizerna, że nie znajduje innej broni prócz... prócz samobójczych myśli!


Hertenstein przysiadł się do niego. Milczał długo, rzu­cając nań ukośne spojrzenia; wreszcie odważył się ująć go za rękę.

— Skorpiony zawiedzionej pychy tak cię wychłostały i takim strasznym zatruły jadem... Tak daleko zanoszą „złe wiry” wielkomiejskie... Do tego wszystkiego dochodzi się, żyjąc wyłącznie myślą o „samym sobie”, dzięki szatańskiemu zwierciadłu życia.

Müller odmachnął się słabo i niechętnie.

— Tobie ćwiekiem to zwierciadło w głowie utkwiło. Bój się Boga, przecież te twoje romantyczne kategorie nie mogą mieć dla mnie wartości — teraz, w takiej chwili!

— Widzisz, po pięciu latach byłem tak daleko niemal jak i ty. Wtedy czując, że wszystkie podstawy życia chwieją się pode mną, uciekłem ze „złych wirów” wielkomiejskich tam na zamek.

— Tęsknotę swą sycić wspomnieniem — przerwał mu kategorycznie Müller.

— Twoja myśl po ziemi pełza i zewnętrzności tylko się czepia — odparł Hertenstein niedbale. I wnet potem w nagłym podnieceniu: — Czy ty wiesz, gdzie kres i gra­nica tęsknocie? Dokąd ona ludzką myśl doprowadzić może? Ze wszystkiego, czym kobieta obdarza, tęsknota jest jedynie czystym jej darem.

— Nie widywałeś jej przez ten czas? — zagadnął Müller mimo wszystko.

— Raz jeden. Teraz.

— Jak to teraz?!

Ale Hertenstein nie chciał widocznie odpowiedzieć.

— Powróciłem, tam, na zamek — powtórzył. — W do­linie mojej kamień przy kamieniu. Wszystko to błyszczy się, iskrzy, żarzy w słońcu. W rozpalonej atmosferze czuć wprost ten mdły zapach natartych krzemieni. A gdzie kamień się rozpęknie, gdzie żwir się rozsunie, stamtąd źródło tryska. Woda plącze się, pluska wszędzie: czuć tu jej robotę żwawą, złośliwą, szkodną. I tak w cmentarz kamienny zmieniał się kraj mój... Olbrzymi gzyms skalny, co wisiał ponad lasem lat tysiące, jakby na mój los i dolę czekając, teraz zarwać się musiał! Zmiótł las na upłazie, przeskoczył rzekę i długim usypiskiem głazów wklinił się w tę resztę łąk po drugiej stronie... Co dzień spotykam jakichś obcych ludzi: to delegaci z akademii. Ten gzyms skalny przyniósł spod szczy­tów ciekawe skamieliny. Konający świat zwierza się ze swych tajemnic, zwierza obcym ciekawym i natrętnym oczom. Był w tym dla mnie głuchy, trawiący wyrzut i bezlitosne upoko­rzenie... I co te wielbłądy znajdą? — myślałem niechętnie. — Ułamkowych kształtów liche skamieliny. Ponumerują to, po­znaczą i będzie im się zdawało, że dawnemu światu tajemnice życia wydarli. — A ja chciałem wszak ten świat cały poza wieków krańce, poprzez czasów zawrotne dale ożywić, taje­mnicę jego ducha z mroków epok wydrzeć, moim duchem natchnąć i wskrzesić! Sztuką moją!... A teraz oto jestem mniej wart od każdego kamienia, co się spod szczytów stoczył.

Poszukując resztek żyjącego dziś jeszcze świata, ucie­kałem z zamku w jodłowe lasy po przeciwnej stronie i na te łąki na stokach i podnóżach... I wiesz, com czynił242? Oto, w drobiazgach zewnętrzności cały tonąc, czepiałem się ich wtedy jeszcze. Gdziekolwiek myśl się zwróciła, wszędzie na ból zawodu natrafiała, a ja ją koiłem, kołysałem pierwszym lepszym drobiazgiem. Oto, chodząc po łąkach, zbierałem ja­kieś kwiaty: wątłe, delikatne kielichy wysilonego pod jesień fioletu... Zimowit! — Lubiłem ten kwiat!... Spojrzyj — tu pod sufitem fryz taki wymalować sobie dawniej jeszcze ka­załem... Zresztą modną stała się nawet potem ta jego wątła barwa, to tchnienie fioletu na kielich kwiatu. I ta smukłość jego! I ta prostota w liniach! I to, że bez liści, bez łodygi wprost z ziemi jako grzyb! Lubiłem kwiat ten: — na chmur­nej jesieni wspomnienie wiosny ostatnie... Jest coś z pięknej suchotnicy w tym kwiecie... Mówią, że woni nie posiada; dla mnie miał on wysubtelnioną woń świeżego śniegu.

I patrz — takim ja byłem niewolnikiem zewnętrzności! Takem się pieścił każdą błahostką, w każdą bańkę mydlaną tylem z ducha swego kładł. I każda bańka więcej tęcz dla mnie miała, a każda tęcza więcej barw. I tak mi się świat cały z barw, z blasków, z woni i z tęcz uplatał, a pod każdym tchnieniem głębszej tęsknoty jak bańka mydlana prys­kał. Byłem jako wy wszyscy jesteście: niewolnikiem niewol­ników moich, kaprysem kaprysów mych, ofiarą ofiar moich i bańką tęczową!

Gdym raz te kwiaty po upłazach zbierał, nawinął się jeden z tych chudych, suchych starców górskich, o których śmierć w tych kątach zapomina zupełnie. Mruczał coś, wreszcie ostrym głosem wygwizdał mi z wygasłego cybucha fajki, że to zielsko jest ich klęską ostatnią: czego woda nie za­bierze, czego kamień nie nakryje, żwir nie przysypie — zabiera to zielsko. Niby nie kwiat, bo to na wiosnę owocuje, wówczas ma i liście. Od tego pada im dobytek.

Jużem kwiatów tych więcej nie zbierał, jużem na świat nawet nie wyglądał. Przepędzałem dnie całe tam w bibliotece, w narożnicy kamiennej, pod wiecznie białym i spokojnym wejrzeniem lodowca wkrysztalonego w dziwnie jasny jesienny lazur nieba.

— Siedziałem tam w narożnicy, gdzie czas się na go­dziny nie liczy, i skubałem niewolnie w rękach te wysilone, jesienne kwiaty wiosennych trucizn... I to pytanie miałem na ustach: „Za com ja życie oddał?”.

I to drugie w piersiach: „Czy daremna syzyfowa praca zbierania kamieni z doliny ginącej, nie warta życia motyla na trujących kwiatach?”.

I tak oto miary wszelkich wartości pokruszyły mi się w dłoniach.

A tam, poprzez okno w nyży243, widziałem, jak wówczas, trzy drogi ducha: na szczyty najbielsze drogę marzeń bez­płodnych, wydeptany gościniec w dolinę szarego życia na daremną walkę z kamieniami i krętą ścieżkę, co wierzchoł­kami gór i padołem przepaści wiedzie w czarne pałace, gdzie lirowe dziady królują i tłumu pochlebstwem żyją.

Zaś u góry, ponad głową moją, te dwa śnieżne szczyty po bokach lodowca, białym puchem przedziwnie osrebrzone, w jaskrawym słońcu lekkie i dyszące, niby tęskniącej ziemi pierś dziewicza... Te szczyty, lodowiec ten!... — Są przecie jakieś stałe, niezmienne wartości?

W na pół zmurszałym, czarnym pulcie u okna czytałem znowuż te słowa: „Oto tęsknot moich owoc boski, oto grób tajemnic wielkich, oto żar i płomień grzechu mego, oto stos mój kacerski!...”.

Zaś u sufitu wił się czerwoną wstęgą ten napis gotycki:

„Poucz! Rzuć rosę pewności na spragnioną ducha mo­jego posuchę”.

W głębi, na zamykających murową wnękę dębowych odrzwiach, pod czarną pieczęcią, te słowa ostatnie:

„Ostrożnie z nauką moją! Niech znużenie i ciekawość po miecz ten ostry nie sięga. Porani-ć niedołężną dłoń244...”.


Müller, umęczony i zajęty swymi myślami, słuchał go w roztargnieniu i niechętnie.

— Szyję dam — przerwał wreszcie — żeś ty ostatni rok spędził tam w tej narożnicy kamiennej, szukając w chmu­rach tych stałych wartości, na jakie co krok mogłeś się natknąć w życiu?

A nie otrzymując odpowiedzi, dorzucił niecierpliwie:

— Zrozumże chociaż to. Myśmy przepadli, ale wszak świat pozostał; ocaleli inni i ich dzieła. Dzieła ludzkie są jedyną trwałą wartością na świecie. Pisał ci o tym i twój ojciec.

— Dzieła?... — Hertenstein kiwał smętnie głową. — I ja tak myślałem kiedyś.

— Zaczynasz mi się uśmiechać z tępym uporem fana­tyka. Tak jest, dzieła! — krzyknął niecierpliwie.

Lecz on ujął go spokojnie za rękę i pomilczawszy chwilę:

— Ojciec mój?... On posiadł stokroć głębsze warto­ści, a wraz z nimi i tę świadomość, że one szczęścia na ziemi nie dają. Na czarne pieczęcie zamknął mi je, życie wskazał: snadź targały nim jeszcze ostatnie, te najsilniejsze rozterki... Dziś wiem, czemu po nim góry pozostać nie mogły. On był zbyt pełen kultury ducha, zbyt szerokie widno­kręgi myśli ogarnął i opanował, zbyt potężny świat w nim żył i poezją swą zbyt go przeniknął. Może brakło mu tego uświadomienia tylko, że tu twórczości być nie może: snadź245 nie był ostatnim ogniwem swego rozwoju.

Zamilkł, a po chwili:

— Przypomnij sobie jej męża — Borowskiego.

— No? — Müller mimo woli ścisnął go za rękę.

— Widzisz, w nim, po części i w tobie, jest przerost nerwu twórczego, który zwie się aktorstwem. Aktorem każdy z nich jest, z tych twórców — w mizernym otoczeniu rzeczywistości swojej... W tamtym z zamku tego nerwu nie było i być nie mogło: Jeżeliby ta twarz dumna larwę246 znio­sła, larwa na niej przezroczą247 by się stała i zdradziła właściwe oblicze. On nie mógł stawać się „tym” i „owym”, bo czło­wiek i rzecz każda mogły być tylko lustrem jego ducha; świat zewnętrzny zbyt nikły był wobec tego, co on mu z sie­bie narzucać musiał... Taki nie mógł się nawet wypowiadać: zbyt głęboko sięgał; tam, gdzie jawną się staje cała mizerna nikczemność słowa, barwy dźwięku, kształtu. Taki mógł chyba przemawiać uśmiechem, spojrzeniem; już nawet nie gestem, który jest rzeczą trywialną.

Müller wsparł aż podbródek na splecionych dłoniach i zapatrzył się uważnie na niego.

— Mówisz?... — mruknął tylko.

A Hertenstein coraz to żarliwiej:

— Sztuka jest dla wszystkiego, czym targają namięt­ności; co się tworzy, przeradza, przetwarza; co kulturę wie­ków i pokoleń w jednym osobniku skupić, natężyć i prześwietlić w sobie musi. Taki to wszystko z trudem z chaosu wyłuskał i opanował, i odrzuca z siebie wraz z kawałami serca: drgające ciepłem, życiem, krwią! — Twórcą się na­zywa. Zaś potem... Jeśli go głód życia pokonał, wówczas zaczyna przeżuwać to, co przeżył w sercu, i staje się litera­tem, artystą malarzem, artystą rzeźbiarzem, artystą muzykiem — oby­watelem; czymś w rodzaju „voilà celui, qui va venir248”, jene­rałem dla ludzkich czapek. — Mistrzem się nazywa... Jeśli głód ducha przemógł głód życia, wówczas pogrąża się dalej w nową głąb ciemnych zagadek i w nowe otchłanie potężniejszych jeszcze namiętności. Tam też grzęźnie, tonie i — przepada. Nazywa się dekadentem (jeśli słówko w modzie). Jest zwyrodniałym, a więc przynętą dla kruków, czymś w ro­dzaju: „Biada społeczeństwu, w którym...!” — jest przed­wczesną mogiłą, na której powiewa zwycięski sztandar poprawnej mierności.

Hertenstein rzucił te słowa mocno i zerwał się w pod­nieceniu. Począł chodzić po pokoju, odprowadzany czujnym spojrzeniem Müllera.

— Ale przychodzi czas — mówił, zatrzymując się przed nim — i w rozwoju duchowej kultury czas taki przyjść musi — kiedy się ci twórcy, ci mistrze, ci wiecznie szuka­jący, na taką dal od nas odsuną, że dla naszych oczu ma­leje, obojętnieje i znika wzajemna ich odległość. Bo oto duch ujrzał ich wszystkich we właściwym świetle życiowych zabie­gów i daremnych wzlotów. Poprzez ciemnie zagadek, poprzez otchłanie namiętności i cierpień, poprzez bankructwa wszelkich wartości, poprzez zmierzchy bogów wszystkich, wydostaje się na świty wiecznych wartości. Oto się przerodził, przetworzył, kulturę czasów skupił, natężył, głodem własnej duszy prześwietlił i ponad nią się wzbił... Aż tam, na te najwyższe, najbielsze szczyty, na których nic rosnąć już nie może! — Taki wcale się nie nazywa: i to jest jego dumą.

— Czyś ty... — (Hertenstein stał tuż nad nim i mó­wił z wzrastającym wciąż żarem) — czyś ty głębią duszy nie wyczuwał czegoś brutalnego, czegoś z obłudy i aktor­stwa w sztuce każdej: ułamek, fragment, mierna cząstka stara się oto wielkie twe oczekiwania oszukać, ducha omotać i wśliznąć się w twe serce... Czyś ty nigdy nie czuł, że sztuka to nie jest rzecz dostojna? — A ci jej kapłani?... Żaden człowiek tyle poniżeń nie zniesie, ile ten, co triumfu ocze­kuje. Ta kręta ścieżka wierzchołkami gór i padołem prze­paści — to nie jest droga dla ludzi godnych!

Dzieła, mówisz? — Gdzie miara tych dzieł sztuki? W hałaśliwym młynie ludzkich gawęd? Na targowisku próż­ności? Na pstrym kiermaszu, gdzie lada poliszynel249 tłumy bawi, lada pierrot250 sentymentalny je wzrusza, gdzie narodowa cho­rągiewka już je dostatecznie podnosi? Gdzie zła wola, gnuśny nawyk ducha i tępy upór borykają się z każdą nową myślą?... Wreszcie, kto te dzieła tworzy? Najbogatsi, najsubtelniejsi duchem? Tych wnet duma lub serce zgubi; kruki roznoszą potem ich szczątki żabom na żer. Bo zawsze i wszędzie przetrwają tylko najbardziej dopasowujące się, ostrożnie zimne, żabie natury. To mi twórcy! Pokaż mi ich, przypomnij wszyst­kich, abym mógł doszczętnie wzgardzić...

— Sztuką?! — parsknął Müller, zaskoczony tym wnio­skiem.

— I samo słowo mi obmierzło!

— Dalekoś zaszedł.

— Chodź i ty! Znajdziesz ten spokój, jaki daje wzgarda. Pokonasz klęskę swego życia, gdy raz powiesz sobie...

Hertenstein urwał. Płomyk niepewności przemknął mu po twarzy, jakby raz jeszcze zawahał się, czy z tym czło­wiekiem warto mówić o tym: — te połyskujące oczy suchotnika czaiły się tak chytrze, wświdrowywały się w niego już gotową złośliwą ironią.

— Hm? — Müller wydymał wargi. — Taak?... No, to było do przewidzenia, że ciebie zahipnotyzują te górskie szczyty.

— Twoja myśl do grobu nawet chce tylko zapełzać.

Wyczerpała się cierpliwość Müllera.

— Ślepy ty! — wołał, zbliżając się do niego. — Czy ty nie rozumiesz, że jeśli w nas tkwiła jakaśkolwiek ludzka wartość, to jedynie ta, co zbudzona bodaj grzechem i roz­paczą rwie się do słowa, do barwy, do kształtu, do dźwięku? Że to są jedynie jasne chwile naszego życia, „które nasz byt usprawiedliwiają” (jakeś sam to kiedyś mówił), że wtedy wszystko, co lepsze w człowieku, woła najszczerszym bólem: „Grać chcę!” — „Pisać chcę!” — „Tworzyć chcę!...”.

Hertenstein potakiwał spokojnie i chłodno, z uśmiechem wyrozumienia, jakby z góry będąc pewnym, co mu w tej chwili powiedzą.

Po chwili otrząsł zadumę i, chodząc po pokoju, mówił jakby do siebie:

— To tajemne i bądź co bądź najczystsze płomię życia... — Ono spaliło was wszystkich, którzy byliście jeszcze cośkolwiek warci: Borowskiego, Jelsky’ego, ciebie...

I jakby unikając wzroku Müllera, odwrócił się nagle i cofnął ku oknu. Ten aż przechylał się na kanapie, wpijając się w niego spojrzeniem już tylko zdumionym. Niebawem wszakże odgarnął jakby swe podejrzenia na bok i, chcąc wy­badać ostatecznie, spytał.

— Więc tkwią przecie w tej pogardzonej przez ciebie sztuce jakieś szlachetniejsze, trwalsze pierwiastki, wartości wieczne...?

— Udzielające się na detal — wpadł mu twardo w sło­wa — za jarmarczne ceny powodzenia.

— Więc są jednak wieczne wartości?!

— Te nie udzielają się ani za jarmarczne, ani za żadne inne ceny. One, jeśli się w człowieku rodzą, w nim też i po­zostają. Dla nich nie ma wyrazu. One są milczeniem: jak Bóg, jak fatum!...

Müllerowi iskrzyły się już tylko oczy. O nic już nie pytał, na nic odpowiadać nie zamierzał. — „A więc taak?...” — pomyślał wreszcie i, zapaliwszy papierosa spoglądał ze swego kąta na kanapie, spoza obłocznego dymu chmurnie i po­nuro. — „A więc już tam? Oto na co ty mi czekać kazałeś!”

— Słuchaj, Henryk — zapytał nagle, jakby chcąc się utwierdzić w swych domysłach — te odrzwia dębowe pod czarną pieczęcią we wnęce muru — tam — w twojej biblio­tece?...

— Zerwałem pieczęcie! — dokończył Hertenstein w głę­bokim serdecznym przydechu.


Tym razem obaj nadsłuchiwać poczęli. Bo oto w cichą ulicę wpadł nagle prędki i donośny tętent, potoczył się lekko powóz za nim drugi: oba zatrzymały się tuż pod oknem.

Hertenstein przepłoszył się i, zapomniawszy nagle o wszystkim, zakrzątał się gorączkowo koło stołu.

— Zostań! — krzyknął. — Od dwóch dni ona tu jest — rzekł wreszcie z trudem... — Nie — zostań!... Po pięciu la­tach po raz pierwszy... przedwczoraj. Dlatego to wszystko tak żyje w myślach... Dlatego wczoraj między was uciekłem, dla­tego opowiadałem dziś... I dlatego to wszystko o koniec swój dopomina się natrętnie.

Po chwili unikając wzroku Müllera:

— Na koncerty swe przyjechała... Dotychczas omijała to miasto. W Ameryce przeważnie... Dziś tutaj śpiewała. Odwożą.

Jakoż, nagłym, prawie melodyjnym i lekkim truchtem, zadudniło znowuż na brukach. Jeszcze jeden, tuż za nim drugi powóz.

Müller z trudem przenosił uwagę w tamtą stronę. Tarł oczy dłońmi, spoglądał na portret na ścianie, to znów na bladą twarz Hertensteina. I gdy z ulicy dochodzić już poczęła wrzawa, jemu przyniósł przekorny zwrot myśli te słowa Leopardiego:

I być tylko cieniem,

Którego skrzydła anielskie unoszą

Między nicością i grobów marzeniem...

I kobieta, myśl o niej, wydała mu się w tej chwili czymś brutalnym.

— Może zechce zajść tutaj — mówił tymczasem Her­tenstein, odzyskując widocznie spokój. — Na pewno nawet... O mnie milcz... Zresztą, wszystko dawno już zapomniane: czas pogrzebał. Ci, co żywi z daleka od życia stoją, jadą naj­szybciej: umierają nawet w sercach najbliższych. Uczucia ludzkie podlegają nieczystym prawom ruchu. Wiedzą o tym ci, co pragną pozostać w serdecznej pamięci kobiety lub tłumu... Słuchaj! — jadą.

Z tych bezwładnych ogólników wnioskował Müller, że Hertensteinowi zapomniano tam więcej, niźli zapomnieć nale­żało, że pogrzebano nawet te wielkie pokładane w nim nadzieje i że stosunek obojga czas zmienić musiał znacznie.

Na dworze stało kilka karet i powozów. Konie parskały, bijąc niecierpliwie kopytami o bruki. Słychać było głośną rozmowę.

— Ona! — szepnął jeszcze Hertenstein.

Krzyk, wrzawa, jakiś rojny tumult wypełnił nagle ciemną ulicę, jakby cały gwar miasta buchnął nagle w te zaciszne strony.

— Konie wyprzęgli — tłumaczył Hertenstein — wiozą... Młodzież.

Jeszcze dwa, trzy powozy; — nagle cisza; — skrzyp otwieranej bramy i...

Z kilkudziesięciu piersi okrzyk jeden, co echem potężnym we wszystkie okna uderzył, zaszeleścił liśćmi na drzewach.

— Brawo!... Brawo!... Niech żyje!... Zostać u nas, nie wyjeżdżać... Zostać!... Wiwat!

Zaś im w pokoju rozjaśniały się bezwiednie chmurne twarze, krew jakby uderzała do głowy, rozchylały się nozdrza: wdychali to zawrotne tchnienie, co trupa nawet zgalwanizować potrafi. Müllerowi zadrgało coś nawet koło policzków, oczy poczęły mrugać migotliwie i łza drobną krętą strugą przewinęła się po twarzy.

I być tylko cieniem

................

Między nicością a grobów marzeniem??...

A tam za oknem bezładne klaskania w ręce, rojenie się tłumne, krzykliwe i uparte. Ponad tym to parskanie koni i granie podków na brukach.

Wreszcie jeszcze jedno, tym razem opętane już wprost zerwanie się krzyku, przecięte mocnym zatrzaśnięciem się wrót. Ruszyły konie, potoczyły się powozy. — A tłum się rozsypał.

Müller nie dobrze wiedział, co potem było. Za chwilę uchyliły się drzwi: jakiś człowiek wniósł olbrzymi ciemny wieniec, inni nieśli kosze, bukiety, kwietne liry, rzucali całe stosy luźnych wiązanek. I wraz z tą pełną, odurzającą wonią i barwnymi tęczami kwiatów weszła do pokoju jakaś jasność, blask, przepych oraz to duszne, zawrotne tchnienie władzy i triumfu.

Müller kłaniał się, głowę chylił. „ONA — sztuka!” — przynosiło mu wspomnienie.

Ave, Regina!” — szeptały niedosłyszalnie drżące wargi.


Rojna i gwarna, korna i władna — fama królewska!... Czuć ją było tu naokół. Wraz z przepychem kwietnych woni nasycała pokój wciąż jeszcze tym szalejowym upojeniem triumfu. Obaj widzieli niemal tę salę, w morzu świateł jaskrawą, od barwnych tłumów rojną, słyszeli przyśpieszone serc bicia, tłumione oddechy; czuli prawie te z setek serc ludzkich wy­darte uczucia, co rojem białych ptaków łopocą się po sali. I w tę wsłuchiwali się chwilę, kiedy ta cisza łamie się w na­głym okrzyku gromadnej duszy: w grzmocie, w huraganie oklasków... W oczach iskrzyły im się tylko tęcze kwiatów, co po brzegi wypełniły pokój: mieniły się purpurowe, żółte, białe plamy, wirowały, zda się, te wielkie ciemne koła laurowych wieńców, snuły się jak węże czerwone ich wstęgi. I zdawało się niemal, że te kwiaty niby barwne pychy sypią się i sy­pią bezszelestne; że te wstęgi biją się wichrowo i fale ich mącą się jako zwycięskie sztandary.

Wielkiej artystce!” — odczytywali złotymi zgłoskami na tych purpurowych wstęgach.

Ona tymczasem kazała bratu zdjąć sobie z ramion białą pelerynę i wyczerpana rzuciła się w głąb fotelu.

— Zlituj się, Henryk, wyjdź tam, do tych, którzy się jeszcze naprzykrzają. Podziękuj już zimno tylko i powiedz, że... że jestem nieżywa — zaśmiała się nagle. — Kwiatów tu nadsyłanych nie pozwól przyjmować. Dosyć tego! Basta!... Nie mogę.

Jej jasne suknie, o tym delikatnym tchnieniu zimowitowego fioletu, wchłonęły, zda się, w siebie połyskliwą jasność i blask koncertowej sali. Bujny biust, od martwej, sinej bieli pereł na szyi, zdawał się tym bielszy, tym jędrniejszy, tym większym pulsujący życiem. Głęboki ton mahoniowych wło­sów złocił się i mienił w błyskawicowych refleksach od bry­lantowego diademu. Promieniała jasnością.

I tak na wpół leżąc w niskim fotelu, uśmiechała się prze­lotnie do nich obu, ale tym uśmiechem z estrady: odrucho­wym i zimnym. Zmęczona była.

Pierś jej falowała jeszcze miękko, pulsowały nozdrza. W czarnych głębiach oczu iskry podniecenia wciąż jeszcze gasnąć nie chciały. Po twarzy przemykały się raz po raz błędne płomyki rozkosznego upojenia. Uśmiech igrał na ustach, gasł i znowuż się wysilał: raz wesoły i psotny, to znów smutny, wreszcie dziwnie rozmarzony. Wargi, tą pulsującą krwią nabiegłe i żywe, omiękły jakby i zwilgotniały: senne, znużone, upojenia pełne, oczekiwały, zda się, na pocałunek — pocałunek od tłumu.


Śnieżne ramię wyśliznęło się jak giętki wąż z długiej rękawiczki. Rękawiczka ta usunęła się niebawem na ziemię. Hertenstein schylił się po nią machinalnie i zatrzymał w swych dłoniach. Uśmiechnęła się doń znowuż tym błędnym, zdawko­wym uśmiechem z estrady.

— Zapomnij już! — rzekł jej niechętnie.

— O tym koncercie?... Ach, już bym sama pragnęła! Chciałabym już teraz o wszystkim zapomnieć, wtulić się gdzieś w kącik jak dziecko...

I przegiąwszy z lekka szyję, przylgnęła twarzą do mięk­kiego oparcia fotelu; przymrużyła nawet oczy.

— Ale! — ocknęła się wnet i rozpromieniała nagle. — Po pierwszej części rozkazano mi na górę — do loży.

— Był kto? — pytał Hertenstein niedbale.

— Sami! — dorzuciła z naciskiem.

— A?!...

Rozkołysała bieguny fotelu i, patrząc gdzieś w sufit, opowiadała śpiewnym, niedbałym, nieco drwiącym głosem:

— Zostałam miłościwie pochwalona za uczucie i inteligencję.

— Pa! — sarknął.

— Niby przez nią — mówiła przeciągle, patrząc wciąż gdzieś w sufit. — Słyszano już mnie gdzie indziej... W Tri­stanie i Izoldzie. Mam być nieporównaną: unattainable.

— A on?

— Znacznie wytworniej. Wplatał swe pochwały w roz­mowę. Prowadził ją przy tym tak, że nie potrzebowałam ani razu dygnąć... O, to dyganie jest rozpaczliwe! — zaśmiała się nagle głośno i dźwięcznie. — Życzył sobie, abym pozostała na stałe w tutejszym teatrze. Równa się to rozkazowi dla mnie i dla intendentury... Toteż intendent dziś jeszcze tutaj napa­stować mnie chciał...

Hertenstein powstał gwałtownie i odsunął energicznie krzesło.

— Henryk — szepnęła i uniosła cokolwiek rękę, jakby chcąc go po włosach musnąć, gdy się do tej dłoni pochyli. A że czekała daremnie:

— Nie bądź taki sztywny!... Widzisz, oni mnie tam swymi hołdami zawsze rozkapryszą. Boję się potem jak dzie­cko każdej surowej twarzy... A wiesz — uniosła się nieco, przytuliła na chwilę twarz do jego ramienia — mimo zakazu — (nie gniewaj się!) — mimo zakazu śpiewałam aż trzy wasze...

Rzucił ramionami.

— Po co?

— No, ludzie szaleli po prostu! Dziennikarze nagabywali mnie aż tutaj w bramie. On się nawet zainteresował: czyja melodia, czyje słowa.

— Powiedz to jemu — Hertenstein na wskazał Müllera.

Zdumienie radosne, uśmiech i uprzejme skinienie głową w jego stronę. Sięgnęła do najbliższego kosza kwiatów: wy­jąwszy jakąś białą różę, podała mu ją. — Za Łabędzia — rzekła. Müller spłonął w jednej chwili, bąknął coś, ukło­nił się i cofnął się czym prędzej na swoje miejsce, czując, że koło oczu znów mu coś drgać poczyna.

Ona zaś, kołysząc się dalej na fotelu, powróciła do swo­jej opowieści.

— Rozmawiał ze mną przez cały antrakt. Jest nadzwy­czaj ujmujący w swej na pół wojskowej manierze.

— Ach! Że też ty do takich rzeczy przywiązujesz tyle wagi!

Müller powiódł tymczasem okiem po stokach kwiatów naokół, po laurowych wieńcach i wstęgach czerwonych; — spojrzał na swój kwiat i głowę zwiesił. „Tyle tylko ze mnie, tyle z nas w tym wszystkim”.

— Kim jest tu u was baron Farnsberg? — usłyszał tymczasem.

— Bankierem — odparł, przypomniawszy sobie to na­zwisko.

— Nie wygląda... Bardzo dystyngowany. I wykwintny znawca sztuki... Ogromnie zachwycony pańskim Łabędziem... Łabędzia musiałam bisować dwukrotnie.

Müller skubał tylko w ręku swój blady kwiat.

— Ach, tak? — rzekł niedbale i poprawił swe roztargnie­nie natychmiast uprzejmym uśmiechem. A potem darł już tylko i prószył te blade różane płatki. „Tyle nas w tym wszyst­kim” — powtórzył w myślach.

Kołysała się przez chwilę na fotelu, a potem jakby zdzi­wiona ciszą lub może tym, że żaden wzrok na niej nie spo­czywał, zatrzymała bieguny i rzuciła na obu czujne wejrzenie.

— Wiesz, Henryk — rzekła mimochodem — taka dzi­wna, prawie niepokojąca jest ta cisza u ciebie. Dlaczego ty tak daleko od miasta mieszkasz?

— Dla ciszy — rzekł spokojnie.

Zastanowiły ją poważne, prawie zimne ich twarze. W jakimś przegięciu czy w zamiarze powstania zaskoczyła ją na­gle zaduma. Niecierpliwym ruchem dłoni strzepnęła ją sobie z czoła, skoczyła z fotela i zaszeleściła suknią.

— Zaśpiewam wam po prostu coś!... Nie słyszeliście prze­cie jeszcze, jak wasze rzeczy śpiewam. — To dziwne — za­myśliła się znowuż — jak wy wszyscy obojętni jesteście dla swoich... No, Henryk uważa, przypuśćmy, koncerty za rzecz szatańską, ale pan?

I już do fortepianu zasiadając, przerwała swe pytanie pasażem.

— Przepraszam cię? — przycichła natychmiast i po­chyliła ucho.

— Nic ważnego. Chciałem ci tylko powiedzieć, że kwiatów żal. Po owoc może sięgać każdy.

— Nawet ja — dokończyła ostro, jakby zadraśnięta tymi słowami. — Kwiatów — dodała wnet potem, oglądając się po pokoju. — Boże, jakie ich mnóstwo jednak!... Kwia­tów żal dlatego, że więdną; — że tak szybko nieraz więdną, Henryk. Im szlachetniejsze...

Dłonie jej, muskające klawisze, osunęły się z klawia­tury, poprzeczne zmarszczki ściągnęły nagle czoło. Po chwili ocknęła się niespokojnie:

— Co to jest?!

— Wiatr.

— Boże, jaka tu cisza! Jak w grobie.

I znowuż zamilkła.

— Henryk?

— Słucham.

— Zasługuję na pochwałę! Już zaczynam zapominać o koncercie i o tym wszystkim. Już idzie smutek, wracają wspomnienia, czuję jakby zawód... (Dziwna rzecz, że po tych triumfach czuje się zawsze jakby zawód). Idzie pustka...

— I?

— Pojutrze dam drugi koncert. Na złość tobie. Ja żyć chcę!

I rzuciwszy dłonie na klawisze, przebiegła po nich z brawurą. Urwała, spróbowała następnie melodię, zmąciła ją pasażem i poprzez ramię obejrzała się na Müllera. Jemu serce zabiło przy pierwszych taktach tej melodii, a gdy jej głos usłyszał, zbladł i mimo woli dłonią po czole powiódł, jakby niechętnie poddając się tamtym wspomnieniom.

Bo zdawało mu się, że to dalekie rozlewne echo mło­dych wspomnień przynosi mu hen z bezkresnej dali jesien­nych odlotów całą głębią serdecznego żalu to wezwanie ostatnie:

Łabędziu mój, z tęsknoty mórz

Polotem twym daj Boży znak,

Ty, białych marzeń błędny ptak,

O, dolę, dolę moją wróż!...

Obejrzała się na niego. I nie myliła się. Głębokie, jakby żółtym płomieniem świecące oczy suchotnika wpijały się w nią chciwie i zazdrośnie, ssąc jakby z niej siłę, zdrowie, radość i dumę życia. Przykuwała ją do siebie, wtapiała się w oczy, obezwładniała niemal ta smukła, dziwnie blada, jakby zielonawo fosforyzująca twarz, niby maska śmierci przeczutej i jeszcze nieświadomej, ten złoty błysk wielkich oczu pod płową czupryną obfitych włosów. Nagle skłóciło się coś w tym spojrzeniu: wzrok musnął jej włosy, ślizgał się po szyi, pieścił biust odkryty, głaskał ramiona i, przepłoszony jej zamiarem powstania, przylgnął kornie do rąk.

Zerwał się i, chwytając gorączkowo kwiaty, rzucał je garściami pod jej nogi.

— Za to echo z młodości — szeptał. — Za tę se­kundę sztuki.

Uśmiech rozjaśnił jej twarz, zrazu otwarty i szczery, ale wnet smutkiem jakby owiany, na pół senny i rozmarzony, jak wówczas, gdy weszła do pokoju.

— Napisze pan co dla mnie?

— Tak! — krzyknął krótko.

Ale ten złoty połysk coraz to szerszych oczu zanie­pokoił ją bezwiednie. Powstała, zaszeleściła suknią i ten czarny prawie, pąsowy kwiat zerwała sobie spod biustu i rzuciła nań.

Nucąc jeszcze z cicha, przeginała się lekko w tył, gdy Müller zarzucał pelerynę na jej śnieżne ramiona.

A potem tuląc się pieściwie w te białe puchy koł­nierza:

— Dobranoc, Henryku — rzekła śpiewnie, a głos jej zafalował w podnieceniu.

Hertenstein stał w niszy okiennej i patrzał w noc cie­mną na dworze.

— Życzę ci snów tłumnych i gwarnych. Bądź szczę­śliwa nawet w snach.

Chart wybiegł za nią do dalszych pokojów, zawrócił jednak natychmiast i stanął na progu jakby zdumiony: oglą­dał się niespokojnie za odchodzącą, to znów na pana swego spozierał. Wreszcie szczeknął niecierpliwie, śmignął jak strzała w ciemne pokoje; tam się na posadzkach pośliznął i obalił w biegu, aby za chwilę znów się na progu ukazać. Spoglą­dając to na pana swego, to na Müllera, skamieniał w tym ruchu zdumienia; stał we drzwiach, na ciemnym tle wnętrza, jak biały posąg: wysmukły, giętki, czujny.


Zapatrzył się w ten kwiat. I zdawało mu się, że przy tej pąsowej, prawie czarnej, puszystej róży faluje jeszcze miękko jej pierś, to znów, że przy tym kwiecie bieleje jak śnieg ta biała duża dłoń, co mu tę różę w oczy rzuciła. Obejrzał się naokół i oczy wszędzie natrafiały na kwiaty. Czerwień, biel, fiolet i błękit snuły się i migotały mu w oczach jak barwne smugi. A na tle tej tęczowej przędzy wielkie, prawie czarne koła laurowych liści z czerwonymi szarfami. „Wielkiej artystce” — odczytywał po raz setny.

„ONA — sztuka” — myślał otumaniony duszną wonią tych kwiatów.

— Henryk! — zawołał nagle. — Jakeś ty mógł ją widzieć taką?...

Tamten powrócił powoli do stołu.

— Jakem ją mógł wówczas inaczej sobie przedstawiać niż ty teraz? Wówczas nie była igraszką życiowego wiru... Była na zamku, w ciszy i skupieniu tamtego świata. Zresztą każda rzecz kształt swój i imię, a więc i byt, zawdzięcza nam tylko. Każda rzecz jest wieloraką zależnie od chwili i od oczu, jakie na nią patrzą. Jak ją widziałem, taka być musiała; tym pewniej, im bardziej odmienna wydaje się to­bie teraz.

Müller miał ochotę wzruszyć ramionami. Ściągnął wszakże tylko brwi i spojrzał nań ciekawie. „Aha!” — pomyślał.

— Tu pozostaje! — zawołał nagle Hertestein i zaśmiał się niespodzianie po raz pierwszy tego wieczora. — Sły­szałeś?... Dwór, bankier, tłum... ONA — sztuka! Tak było zawsze na świecie! I tak pozostanie.

A tę pajęczynę z myśli zerwij — kończył, wyjmując mu z ręki kwiat.

I gestem dłoni uprzedzając jego protest, nakazywał milczenie czy też cierpliwość. Poszedł w głąb i powrócił niebawem ze starą księgą okutą w klamry stalowe.

— Słuchaj.

Müller spochmurniał nagle i cofnął się w swój kąt na kanapie: przypomniał sobie, co było przedtem, zanim ona tu weszła. Ujrzał we wspomnieniu tę białą szklaną rurkę, jaką pokazywał mu Hertenstein, i zdawało mu się, że te spłowiałe karty, te ponure szeregi czarnych liter przyciska śmierć kościstą dłonią.

— Łatwo przewidzieć, co tam będzie — wycedził mimo to ze złością i, akcentując lekceważenie, sięgnął nie­dbale po papierosa. — Żądze, grzechy, skrucha, serce... jak zwykle u proroków i u ich zbankrutowanych na kulturze apostołów.

— Nie skrucha, lecz myśl! — zapłonił się nagle Her­tenstein i uderzył dłonią w książkę, aż grzybniowa próchnia dymem uderzyła w górę. — I nie serce, lecz głowa! Sercem ciemnej drogi życia sobie nie oświecisz... Głosy serca to tylko bezradny spazm dławiącego się egoizmu; wola zna cenę tego spazmu i gardzi nim. Głos serca to tkliwy flet żądz, którym nawet namiętność dziś już gardzi. Głos serca to pokutny płaszcz trwogi — trwogi przed karą. Serce to skorupa fałszu, to obłudna broń poczciwej głupoty... Nic we mnie takiej odrazy nie wzbudza, jak „dobre serce”. Niedo­łężny i sobie nieufający egoizm czai się z pętami, a że włas­nym siłom nie ufa, wabi i roztkliwia ofiarę fletem serdecznym. Wszystkie małe i stare dzieci bez charakteru mają poczciwe serca. — Przenieś twą dobroć do głowy; spraw, by twoja i cudza wola ufać w nią mogła!

— Czytaj! — krzyknął wobec tego Müller.

— Serce zawlokło cię pod nogi kobiet, serce twą głowę pod stopy im kładło. Reszty dokonała nieczysta myśl kobiety: zrodziła niesyte żądze. I takeś ty zmarniał.

— Czytaj! — powtórzył Müller.

— Słuchaj — rzekł głucho.

I roztworzył księgę:

„Dzikiego tygrysa paszcza, kata topór ostry mniejsze zło mężczyźnie czyni, niźli ducha jego z kobietą obcowanie. Kobieta, czy gdy mówi, czy gdy milczy, gdy idzie, stoi, sie­dzi, leży, ponętą członków tylko nęci, wdziękiem ciała wabi, pięknem postaci póty w myśli się wpieszcza, póki w piersi nie sięgnie i mocnym sercem nie zatarga. Łez smutek, uśmie­chu powab, bioder niedbałe przegięcie, ramion lekkie ułoże­nie, włosów uplot kapryśny, pieściwy wdzięk miękkiego kon­turu i kształtów przepych bogaty: — z ogłupionym mężczy­zną gawędzi rozkosznie kobieta.

Gdy serce mężczyzny wdzięki kobiety rozgrzeją, gdy oczy piękno jej oślepi, zaciemnia się myśl jego. I oto je­szcze jeden duch wstąpił na mroczne drogi klęski.

Przeto brońcie się, którzy bronić się pragniecie. Myśli wasze niech tarcza chroni godności, po łuk sięgajcie dziel­ności odpornej, na czole prawego myślenia hełm, w dłoniach prawej mądrości ostre dzierżcie strzały. A dobrze mi łuku targajcie cięciwę! I, dumni, na pięć dróg zmysłów waszych dostępu jej brońcie!”.

Müller w pierwszej chwili wpijał się chciwie w tę czerń liter gotyckich na żółtym pergaminie. Teraz wydął wargi:

— Dalej! — dopominał się krótko. — Więc taką świę­tością stała się dla ciebie — książka?! Daruj, ale jest w tym pewien smętek w dzisiejszych czasach... Książka jest dziś jak prostytutka: — każdy, co ją kupi, rekomenduje ją przyjaciołom, gdy wszystkim jego wymaganiom dogodzi. W przeciwnym razie plwa na nią najbezkarniej w świecie... A więc książka jak świętość...?? — (wzruszył ramionami). — Zresztą, słucham.

— Widzisz — odparł Hertenstein wymijająco. — Kie­dyś byłem jak ty. W „złe wiry” wielkomiejskie rzuciła mnie gonitwa za tą sztuką waszą. Miotany nimi, szukałem sa­mego siebie w obcym życiu, w cudzych światach. Me uczucia, pragnienia, myśli, otoczenia mego tchnienie, powietrze, ja­kim oddychałem, wszystko to mówiło: czerp i chłoń z ży­cia jak najwięcej i przetrawiaj to w sobie jak najgłębiej, aby siebie zwielokrotnić. Wnikaj w siebie, nurzaj się myślą nawet w namiętnościach, rzucaj się w otchłań najciemniej­szych uczuć, ale dobądź z siebie wszystko. Wżywaj się, wmyślaj, wgłębiaj w samego siebie! Ródź się, przeradzaj, rzeźb, cyzeluj siebie! Współczucia zbądź, stań się sobą dla siebie, pokonaj człowieka w sobie — Bogiem bądź sobie!...

I patrz! — wyrzucił mnie przecie ten wir tam w naro­żnicę kamienną. I tam, pod białym wejrzeniem podniebnego lodowca — otwieram tę książkę... Cisza zasłuchania była wtedy naokół; tylko wody szemrały głucho swą odwieczną legendę o czasie.

„Zapomnij o samym sobie i o wszelkiej ku temu przyczynie!”

Nie pochodnią, błyskawicą jasną były mi te słowa.

„Duch widzi wszystko w wiecznej przemianie i bez trwa­nia. Myśli tej »ja sam« czepia się tylko ciemny. Mędrzec wi­dzi, że we wszechświecie ruchu nie ma przyczyny dla tego pojęcia”. I ty się dziwisz, że mi ta książka nowym zwiastowa­niem była? — Czytałem: „Nie dość stłumić zmysłów pożądania wszelkie. Zarodek twego ja stłum, zniewól i zabij go w sobie”...

— Co ty...?! — Müller zerwał się na równe nogi. — Oszalałeś?...

— „Twe »ja« zniszcz!” — przybił Hertenstein jak cięż­kim młotem. — „Oto jest iskra, co w popiele drzemie; oto w twej duszy płonące zarzewie, pożar utajony i wicher drze­miący. — Zabij twe ja w sobie!”

Müller wcisnął obie ręce w kieszenie i patrzał na niego osłupiałym wzrokiem.

— Pojąłem! Bo nie przez ciała zetknięcie, nie przez krwi burze zapanowała ona nad duchem moim. Drogą wyobraźni wkroczyła klęską w życie me. I splotła się z każdą mą myślą, pragnieniem, czuciem wszelkim, wsiąkła w najtajniejsze głę­bie, wchłonęła się w całość ciała i ducha, legła widnokręgiem wokół świata mego. Przetopiła „ja” moje, wsiąkła w nie, zro­sła się z nim. A ja, nieświadomy, lata całe pracowałem nad tym, aby siebie zwielokrotnić, rozszerzyć, pogłębić, by wszystko, co poza nim, usunąć precz, sobą stać się dla siebie, człowieka w sobie zmóc — Bogiem stać się dla siebie. — I tak oto rozszerzałem, pogłębiałem, zwielokrotniałem tęsknotę moją: żądz mych klęskę Bogiem sobie uczyniłem...

Müller parsknął już tylko złym śmiechem, zerwał się i, depcząc kwiaty, rozrzucając na wszystkie strony ogarki od papierosów, chodził wielkimi krokami po pokoju. Gdy przystąpił doń, aby mu przerwać, Hertenstein schwycił go kle­szczowo za ramię. „Słuchaj!” — krzyknął i drżącymi rękoma przerzucał pośpiesznie kartki. Wreszcie znalazł: przypadł, przyległ do książki.

— „Wyklnij z ducha twego wszelkie myśli o »samym sobie«. One cień rzucają na twe najwyższe wzloty, na śnie­żne wyniosłości najczystszych chwil życia twego; są jako chmur okłęby, co ci słońce przysłaniają. Obojętnością i dumą zaskorupią-ć251 serce, rozdmuchają do potworności każdy dro­biazg twych upodobań i niechęci, rozwielmożnią żądz twych chciwe ogromy, troską czoło zryją, najsilniejszą wolę podko­pią i zniszczą. Jako młody pąk chłonie chciwie z nieczystych soków ziemi ten jad, co rozkład chorób i więdnienie czyni, tako twój duch wzrasta, krzepnie i tężeje myślą o »samym sobie«. Rozkład chorób i więdnienie jest w tobie. Patrz, jak w twych oczach kurczy się ziemia: jak maleje zasługa, nik­czemnieje cnota, jak karleje czyn. To samoprzeceniania żało­sne owoce! W ciele tkwiący pąk ducha twego, samopoczucie twe, karmiłeś złudą o »samym sobie« i jadem samoprzece­niania. Rozkład chorób i więdnienie jest w tobie. A naokół ciebie ludzkiej woli śmierć!!...”.

Pojąłem!

Müller podniósł się ciężko i oburącz twarz wycierał, jakby ciężar otumanienia spędzając daremnie z myśli.

— I cóżeś ty pojął?!...

— Że nie dość stłumić zmysłów wszelkie pożądania. Tę kunsztowną czarę marzeń, pragnień, doświadczeń, drgnień najczulszych, całej odrębności czucia i myślenia mego — należy strzaskać o pierwszy kamień przydrożny!... Spaliłem wszystko, co się z ducha mego spalić dało: wszystkie me ułamkowe utwory i kompozycje...

Müller z drugiego końca pokoju rzucił się wprost ku niemu. „Co ty...!?” — Lecz Hertenstein dokończył z niezmą­conym spokojem.

— Wyjąłem struny z fortepianu mego...

Müller uderzył w stół kułakiem, aż czarki wina zachwiały się i potoczyły na ziemię. Ale widząc blady, ponury spokój na jego twarzy, zamachał tylko rozpacznie rękoma i, jakby na wszystko już przygotowany, rzucił się w głąb kanapy i wcisnął ręce w kieszenie.

— Mów! — wolał niecierpliwie.

— I widzisz: daremnie to wszystko uczyniłem. Daremnie koiła mnie cisza, daremnie wody o wieczności szemrały, da­remnie uśmiechał się do mnie lodowiec, bo — patrz! — oto uciekłem z zamku i puściłem się po Europie jej śladem, aby, unikając spotkania z nią, choć raz na scenie ją zobaczyć. A kiedy ją tam ujrzałem w brylantowych błyskach świateł jasną, w tęczach barw promienną, dumną, silną, tłumami wła­dającą; kiedy ta boska potęga jej głosu zagrała jak na tysiącostrunnej harfie na każdym włóknie ciała mego — to mi się wtedy duch z ciała wyzwalał i, bezwiedny, nieważki, swej pracy nieświadomy, snuł nieskończoną melodię smutku, tę przędzę mej sztuki cudowną!... A jam przez te lata całe tak niewiele z siebie dobyć potrafił; zaledwie w chwilach najcięż­szych wyrzutów za swą bezpłodność zdołałem wymozolić z siebie ułamkowy, blady fragment... I oto, czego nie mogła praca, to stawało się nagle igraszką ducha bezwiedną: wyklęte żądz moich tęsknotą tryskało nagle obfitym źródłem czarów...

I daremnie powróciłem na zamek. Daremnie koiła mnie cisza, daremnie wody o wieczności gadały, daremnie uśmie­chał się biały lodowiec; — bo oto świat cały zadyszał mi życiem, zaśpiewał pieśnią, rozegrał się w hejnał uroczysty, rozjęczał i rozdzwonił się w pogrzebowe Requiem... I dare­mnie wyjąłem struny; — bo oto, myśląc o niej — słuchaj, Müller! — myśląc o niej — grałem na niemych klawiszach!!...

Müller czuł, jak mu czoło chłodnie i krew spływa od głowy. Podniósł oczy: nad nim pochylała się twarz męczen­nika. Po śnieżnym, prześwietlonym obliczu Hertensteina ociekał strugami pot, niby spod cierniowej korony wąskie strugi krwi!


Po czym zasiadł nad książką i, wsparłszy głowę na łok­ciach, zapatrzył się błędnie w te żałobne szeregi grubych, go­tyckich liter; twarz jakby zaskrzepła, skamieniała w spokoju. Müller, siedząc naprzeciw, wciskał podbródek w splecione dłonie: czekał.

— Mów! — zaniepokoił się nagle i targnął go za ramię.

— Potem przyszło to, co przyjść musiało — zaczął, nie odrywając oczu od żółtych kart. — Zgasły zorze i siny chłód rozlał się po szczytach. Przycichła ta muzyka we mnie, opadł duch i zamarł świat cały. Tylko to rozbudzone tętno życia burzyło się gorączkowym pulsem, i tylko te poruszone trzęsawiska namiętności ziały trującym oddechem, warząc resztę myśli i pragnień innych. Tak oto po raz ostatni zwielo­krotniłem, pogłębiłem i rozszerzyłem żądz moich tęsknotę. I była pustka tylko i znużenie okropne — w sercu, w myślach: wielki, szary smutek głodnego ciała. Duch mój stał się wrzo­dem ciała, a myśli ropą jego krwi zburzonej.

Zważ i ty to sobie: te natchnienia z rąk kobiet zawsze tak się kończą.

— Widzisz — zaczął znów po chwili i, uniósłszy te­raz dopiero głowę, wskazywał gdzieś przed siebie ramieniem — tam po drugiej stronie zamku, w ocalałym jeszcze jodłowym lesie... Stoją tam drzewa dziwnie kurczowo powykręcane, pełne kłębiastych guzów, grubych narośli, na pół suche, spró­chniałe i brodate. Tam dnie całe spędzałem, stąpając po głę­bokim dywanie zielonego aksamitu: takim szczelnym kobier­cem pokrywał mech śliskie głazy podłoża. W tej cmentarnej głuszy drzemały tylko na gałęziach rude sowy, tak leniwe i harde, że gdym się zbliżał, puszyły tylko pióra na łbie i przewracały kołem te zielonawe, płonące białka na wpuklonej i w piersiach ukrytej twarzy. Węże oślizłymi pęczyskami oplatały wyważone z ziemi korzenie: po dwa, po sześć, w sie­bie lubieżnie wplątane i senne. Te płoszyły się za każdym moim krokiem i wszczynały naokół obrzydliwe gadzie szele­sty wilgotnych grobów. — Czasami droga wiodła przez wy­krot: w zawieruchę suchych konarów i gałęzi, w kłęby kur­czowo sterczących korzeni powplątywały się całe pęki i war­kocze rudych i siwych wiedźmowych włosów. Stąpiłeś nogą na pień: i wnet pień, konary i gałęzie prysły ci pod stopą, rzucając w górę dymne kłęby rudej, grzybiej kurzawy: — próchno!...

Takim był świat mój konający, takim duch mój młody.

I patrz! — Z tej piwnicznej ciemni wywiodła mnie myśl w bezkresną jasność śnieżnych szczytów. Wiedziałem drogę moją...

— I cóżeś ty wiedział? — pytał Müller czym prędzej, śledząc każde drgnienie na jego twarzy. A podbródek w sple­cione dłonie wciąż wtłaczał i chłodził nimi policzki.

— Wiedziałem, jak cierpienia wszystkie korzenie wy­plenić można...

— No? — zgrzytnął Müller podejrzliwie.

— Prawą i głęboką myślą, rozwagą nad czterema prawdami najwyższej nauki.

I Hertenstein, w szczególnym skupieniu, obliczał na palcach, jakby bojąc się zmylić lub opuścić cokolwiek. Mó­wił przy tym sucho, twardo, jak rzecz po tysiąc razy powta­rzaną w myślach:

— O bycie cierpienia,

o przyczynie jego trwania, to jest, o niemożebności zadowolenia swego „ja”,

o możliwości usunięcia cierpienia,

o drogach wiodących do tego.

Müller powstał powoli i prężył ramiona, chcąc tym fizycznym wysiłkiem spędzić jakieś odrętwienie z ciała i ducha.

— To jest gra na niemych klawiszach! — krzyknął wreszcie i sięgnął nerwowo po papierosa. — Tyś to wszystko wygrać był powinien: i twe wzloty, i twój upadek, i te namiętności, i ten bór wiedźmowy... To zresztą w muzyce tkwi: te ogromy nieogarniętych namiętności, ta bezdenna głąb tęsknot aż po istotę bólu, do absolutu duchowego życia... Tyś powinien był to wszystko wygrać, w dźwięk zamknąć, a nie w słowa, nie w myśli, bo się nimi jak w sieci uwi­kłasz... To jest gra na niemych klawiszach!

— Ty z boru nie wyjdziesz nigdy — mruknął Her­tenstein.

A na dalsze jego słowa uśmiechał się tylko blado: zda­wało się, że słyszy tylko dalekie echo jakiegoś wołania, o które nie dba. — Pochylał się miarowo, kołysał prawie i, mrużąc oczy, odliczał raz jeszcze na palcach, jakby na swój tylko użytek, sobie na powtórzenie:

— O bycie cierpienia,

o przyczynie jego trwania,

o możliwości usunięcia cierpienia,

o drogach wiodących do wyzwolenia się z jarzma cier­pień.

Rozważać te cztery prawdy najwyższej nauki, znaczy wstępować na szczyty wszelkiej wiedzy, znaczy istotę bólu poznawać, znaczy ostatnią przyczynę bytu znosić...


Przysiadł się do niego na kanapę i ściskał mocno jego ręce, w kostkach, powyżej dłoni, jakby w obawie, żeby mu się znów nie wymknął. Na rozpalonej wypiekami, kościstej twarzy suchotnika nie drgnął ani jeden mięsień: zasłuchał się, zapatrzył na niego. W oczach żarzyła się ciekawość, błysnęła chwilami zła ironia; to znów rodziła się w nich niepewność, podejrzenie, lęk.

A Hertenstein pouczał:

— ...Ta rozpaczliwa niemożność zadowolenia swego „ja” zawsze i wszędzie, w każdej chwili życia, ta roztwierająca się zawsze głodna i ponura pustka!... Jeśli w twym ciele resztki ducha się kołaczą, to przecież one muszą postawić ci przed oczyma cel życia w całej jego grozie! I im dalej w ży­cie, tym natrętniej. Bo nieprawdą jest, jakoby dogodzenie pożądaniu, dokończenie upragnionych zamierzeń, gasiło je; ono wzmaga tylko i syci nasze chęci. A w miarę jak się zwiększają nasze pragnienia i zamiary, zmniejszają się środki ku ich zadowoleniu. To jest najstraszniejsze, najbardziej bez­litosne prawo życia! Podlegają mu wszystkie żądze, pragnie­nia i chęci w świecie materialnym; — wszystkie bez wy­jątku!...

— Więc? — mruknął Müller ponuro.

— Więc nie ma szczęścia w wyżyciu samego siebie, w żądzach, pragnieniach, zamiarach, czynach, lecz na drodze celowego oddalania się od wszelkich żądz, pragnień i chęci wszelkich.

— Jak?! — wyrywał mu niecierpliwie z ust.

— Wyjdź poza chęci, ponad wolę. Zerwij kajdany realności!

— Jak?!...

A Hertenstein, ściskając coraz mocniej jego dłonie:

— Unikaj zetknięcia zmysłów z rzeczą wszelką, a nie powstanie w tobie poczucie i miara rozkoszy; — gdzie nie ma poczucia i miary rozkoszy, tam nie rodzi się chęć wraz z żą­dzą oraz to wszystko, co się pod nią kryje. Gdzie nie ma chęci, tam nie powstaje lgnienie do rzeczy zewnętrznych wraz z namiętnością, która się pod nim kryje; — gdzie nie ma lgnienia do rzeczy zewnętrznych, tam nie rodzi się twych czynów, zabiegów, przypadków i losów treść, indywidualnego na zewnątrz życia twego miąższ. Wyjdź poza twych zabiegów i losów treść łańcuchem przyczyn, wstecz, aż poza zetknięcie się zmysłów z rzeczą wszelką, a rozwieje się i wówczas świadomość, a wraz z nią i ciała twego indywidualność. A co najbardziej syci twych losów i zabiegów treść, indywidual­nego na zewnątrz życia twego miąższ — to jądro i ognisko świadomości, w którym się skupia, streszcza, jednoczy i kształci ducha twego wewnętrzna indywidualność: Bijnana twa. A ta się rozwiewa wraz ze świadomością. Gdy w duchu zbraknie Bijnany, nie zbudzą się w sercu tych wielkich tęsknot wzloty, co rwą się do słowa, do barwy, do kształtu, do dźwięku — co tworzyć chcą: w sercu takim nie zrodzi się Samskara!...

Patrz! — takim jest wszelkiego cierpienia łańcuch przy­czyn dwunastu i osiem dróg wyzwolenia...

Müller wydawał się już doszczętnie odurzonym: oczy mrużył, palce wyciągał, aż w stawach trzeszczało, wreszcie splecione dłonie cisnął z całej siły sobie w czoło, jęknął niemal.

— Chociażby nawet... Gdyby nawet... Czy da się po­myśleć nawet taka wola ludzka...?!

— Czemu człowiek nie podoła, dokonać muszą poko­lenia. Takimi są koleje ducha, co się póty przekształcać, przetwarzać, póty przeradzać musi i nowych ciał póty szu­kać, póki w sobie się nie prześwietli i nie wzbije się aż na te najbielsze szczyty, gdzie nic z ziemi dosięgnąć go nie może.

— Zlituj się, Henryk, i tyś w to wszystko uwierzył?!...

— Czy można nie uwierzyć? — uśmiechnął się łago­dnie do swych myśli. A gdy w tejże chwili powstał, wydał się Müllerowi wyższym, potężnym niemal w swym olbrzy­mim spokoju. — Przypomnij sobie tylko nas wszystkich i rozrzuć nas myślą w przestrzeni i czasie: Kunicki, Borow­ski, ty, Jelsky, ojciec mój i ja. Pomyśl, czy ten szereg lu­dzi nie mógłby być łańcuchem jednego cierpienia, dla którego karzącą Karmą była Samskara. Zdawałoby się: to najczystsze płomię życia. A ono zawlokło was wszyst­kich łańcuchem przyczyn wstecz, aż na dół chuci. W ży­ciu, chciej je mieć jak najczystszym, klęski zła tylko zbierzesz.

— I ty wierzysz, że tak jest w rzeczywistości?!... Te wędrówki dusz?... — Müller prężył bezradnie ramiona i prze­cierał twarz dłońmi, jakby budząc się ze snu ciężkiego.

— „Tak jest” — „tak nie jest” — wybuchnął nagle Hertenstein z szerokim gestem zniecierpliwienia — to jest waszych słów mądrość cała! Wszystko to rodzi tylko gorycz, zło i ciemnotę w życiu ludzi. Wnikaj w myśli spokojem ducha, a rozwieją się wnet zarówno twe pewności, jak i twe wątpienia.

Müller opędzał się już dłonią od tych mroków i tuma­nów mistycznych.

— Więc czymże jest prawda?! — krzyknął i rzucił się jak w sieci.

— Ona nie zależy od waszego „tak jest” ani „tak nie jest”, ona nie jest pewnością, ani wątpieniem; — ona jest objawieniem! Prawdzie w oczy spoglądają prorocy.

Müller w ponurym niepokoju zapatrzył się w oczy Hertensteina.

— I co... co osiąga twój stężały w bezczuciu ideał?

— Koniec swój. — Taki już się nie przeradza, bo zatrzymane jest koło bytu, bo duch objął i ogarnął wszystko, stał się wszystkim; — spłynął za życia z duchem wszech­świata — ani żywy, ani zmarły, bo poza nim zarówno byt jak i niebyt pomyślany być nie może... Posłuchaj! — Gdy prorok łańcuch przyczyn dwunastu i osiem dróg wyzwolenia światu odnalazł, przekwitła jego ekstaza. Sakija Muni252 po­wstał, uśmiechnął się do słońca i tak rzekł do wszechświata: „Oto wyrzekam się dalszych trwań żywota mego. Ległem jako połamany wóz. Stanęło życie me, już wstecz nie na­wróci, ani naprzód nie ruszy: śmierć mu nie grozi, w no­wych narodzinach już się nie powtórzy. Nie potoczy się pę­knięte koło żywota mego, bo w trzech światach nie masz jemu chęci i nie masz dlań okowy”...

— W trzech światach? — powtórzył Müller jak echo.

— I dla mnie w trzech światach. Z narożnicy kamien­nej zamku ujrzałem je już dawniej: bezpłodny świat białych marzeń, przyziemny świat szarego życia i chmurny świat sztuki.

Müller w odurzeniu dłonie na czole splatał i przysła­niał oczy, jakby chcąc przywołać przed nie te białe, zato­pione w błękit lodowcowe szczyty, które tylokrotnie obiły mu się o uszy.

— I co się stało z twym prorokiem? Nie umarł?

— Doskonały duch jego wystąpił z powłoki ciała jako kurczę z jaja, wświetlił się w słońce, rozpłynął się w nie­biosach, wpłonął w światowe Agni.

— Słuchaj, Henryk... — Müller czepiał się go obu­rącz. — Nie o proroka twego mi idzie... Powiedz, powiedz to tylko — bo ta myśl dziwnym szałem mnie upija! — Więc... więc nie ma śmierci?!

A Hertenstein, rozłożywszy ramiona:

— I cóż śmierć takiemu uczynić może, który sam w sobie pokonał to wszystko, co ona zniszczyć zdolna: — lgnienie do świata zewnętrznego, chęci, indywidualnego ży­cia treść i w łańcuchu przyczyn aż po świadomość?... Uła­manym jest kolec śmierci.

— Więc w co wierzyć?! — Co nas czeka? Mów!

— Spokój, spokój wieczny i świadomy. Błogie zapa­trzenie się ducha, który stał się już duchem wszechświata, w swą świadomą pełnię... I patrz! — Skoro spokój w sobie czujesz, ty już tam jesteś. I nic już grozić ci nie może.

— Henryk!... — Müller wsparł głowę na jego pier­siach i zamykał oczy. — Henryk, jeśliś ty szalony, zaszczep i mnie ten obłęd! — Ułam kolec bliskiej śmierci mojej!

A Hertenstein, obejmując go troskliwie:

— Kochałeś? — szeptał. — Kochasz jeszcze? Uczyń z miłości tęsknotę ducha wielką. Spojrzyj na szczyty! Bo...

jako garść ziarna w głąb ziemi zasiana

da z czasem cienie, owoc i kwietne wonności,

tak, gdy tęsknota w twym sercu zagości,

da ci cień swój i owoc, i wonność Nirwana!...

Müller wgarniał się, wtulał w jego ramiona.


U pułapu zawisły sine mgławice rozkołysanych dymów. Barwny klomb wokół dyszał wonią: kwiaty zamierając wy­rzucały z siebie niby wonne kadzidła chwały.

Chart nie mógł uleżeć, coraz to niespokojniej biegał po kątach, wylatywał gdzieś w ciemne wnętrza dalszych pokojów, wślizgiwał się z powrotem niewidocznie i tajemni­czo, kładł się na kwiatach i prężył chude ciało. To znów łeb czujnie podrzucał, zasłuchany w nierówne i ogromnie przyśpieszone bicia dwóch serc.

Zaledwie Müller w zamiarze powstania z krzesła zdą­żył pierwszy ruch uczynić, chart, jak sprężyną podrzucony, skoczył mu pod nogi, obwąchał, łeb ku niemu zadarł i za­patrzył się lękliwie. I tak patrzeli przez chwilę na siebie, zasłuchani w trwożne bicia trzech serc.

Zbliżył się do okna i roztworzył je na oścież. Zaszu­miały senne po nocy liście, wionął chłód i potoczył się gwar głuchy, przytłumiony. Tam na podole, w szerokiej ko­tlinie, pod zimną osłoną stalowych blasków, drzemał po­tworny, ciemny kadłub miasta. W tej czarnej masie, gdzieś na rozłogach, porozpraszały się smutnie blade, mgliste świa­tła tych, co czuwają.

I zdawało mu się po nocy, że patrzy na wielkie roztopy czarnego trzęsawiska, nad którym żadna nie świeci gwiazda, a natomiast rozproszone po błotach gdzieś, po czarnych wądołach, wróżbnych kryjówkach i na złych za­krętkach, pozapalały się błędne ogniki: zaświeciło próchno...

Tu i ówdzie zadrgała świetlana zorza, przygasała i usu­wała się niżej. Cisza wielka kładła się na miasto coraz to gęstszym kirem. Po ciemku, omackiem szedł miejski świt pracy. I była to godzina smutku, co czuwających ogarnia bezmiernym dla ludzi współczuciem. Jeszcze, jeszcze godzina wytchnienia, godzina snu, złudy i zapomnień! Tam oto w uścisku splotła się młodość: śni, marzy. Niech jeszcze minutę pomarzy!...

Zawyły po przedmieściach zbudzone ze snu potwory: rykiem długim, przeciągłym, żałosnym. Już białą pianą go­rącego oddechu zioną w ciemne powietrze. Za żerem ludzkich dusz wyją, stalowe członki prężą i w ruch je miarowy puszczają. Już syczą, świszczą, kołaczą, gromem podziem­nym się toczą i strzeliste smugi skłębionego dymu rzucają w rdzawe niebiosy. Ofiarnicy przy ołtarzu pracy już stoją; już ciągną szare, nieskończone szeregi tych, co giną.

W tej ciemni wyrastały w oczach powoli i zarysowały się ostro pojedyncze kontury najeżonych w kominy dachów. I wydało się Müllerowi po nocy, że z tego zwaliska tysiąca ciemnych plam o ostrym konturze wyciągają się cienie ty­siąca rąk. I wnet po całym tym ciemnym murowisku, gdzie oczy sięgnęły, widział tylko rozpacznie ku górze prężące się ramiona w zimną toń stalowego blasku.

I spojrzał ku górze. Ponad świetlaną łuną miasta wi­siała tylko rdzawa bezdeń; oczy daremnie szukały gwiazd. W tej otchłannej pustce zawisła tylko chmurna plama, nieco ciemniejsza i zwiewna: jakby przez to lustro miejskiej łuny rzucony gdzieś w przestrzeń złudny majak po nocy. Patrzał. A gdy oczy daremnie wymadlały gwiazd po niebie, ułożył się ten cień w kłąb potwornego kształtu: — z podwiniętymi pod siebie nogami zasiadło tam spłaszczone, olbrzymie ciel­sko bałwanu. Długie, cienkie dłonie tuż pod szyją na obojczykach płasko wtłacza; mrużą się małe jak u słonia i skośne oczy, a szerokie, aż po uszne konchy, ostre wargi skrzepły w dziwnym wyrazie błędnego uśmiechu.

To on! — Wielki Risi, Sakija Muni, co pokonał na zaw­sze klęski, cierpienia, choroby, wieku, śmierci i narodzin, co istotę bytu — ból poznał i jego przyczynę — ruch przezwyciężył. I oto, wświetliwszy się w słońce, wtopiwszy w nie­biosa, wchłonąwszy w światowe Agni, w niezmąconej ciszy i wiecznym spokoju Nirwany króluje uśmiechnięty nad wszel­kiego cierpienia łańcuchem przyczyn dwunastu.

A tam na padole, z głuchego zgiełku i nocnego mroku wyrastają bez końca i prężą się rozpacznie ku górze ramiona tych, co czują i myślą.

I zdawało się Müllerowi po nocy, że wszystkie te ręce wyciągają się w przestrzeń rdzawą i bezgwiezdną z modlitwą o jedną gwiazdę na niebie, o najdalszej gwiazdy najsłabszy bodaj promień... „Niech przyjdą klęski, cierpienia, choroby, wieku i śmierci, niech gromy namiętności życie nam burzą, niech pokuta daremnie wzywa niebiosa, ale w zamian jednej wiary, jednej nadziei cień! Najdalszej gwiazdy promień naj­bledszy!”...


Zawrócił w głąb pokoju. Drżąc od chłodu, otulił się w swą pelerynę i rzucił w swój kąt na kanapie. Spojrzał niedbale na Hertensteina. Twarz jego była prawie bez wy­razu, tylko jeszcze bledsza, zimna i jakby przezrocza253.

— Henryk?... — szepnął.

Hertenstein drgnął i podniósł oczy.

— Henryku, to jest straszna rzecz — bezwiednym ru­chem wyciągał ramię górą w kierunku okna — ten bezduszny bałwan twego bożka!

Hertenstein ocknął się jakby nagle i ożywił. Twarz zwarła się w twardym mocnym wyrazie. Dłonią odruchowo swą księgę przycisnął i spod nachmurzonych brwi patrzał ze współczuciem na Müllera.

— Nie wierzysz?

— Nie mogę.

Po krótkim namyśle ujął wszakże Hertensteina za obie ręce.

— Ja cię tego pozbawiać nie chcę. I to jest wielkie, skoro głęboko w sercu tkwi... Widzisz, ja ci nawet dziękuję, dziękuję ci za tę chwilę szczytnego otumanienia... I że się to stało. Widzisz, ja już niczego nie żałuję, już spokój we mnie.

— Proroka nauka wsiąkła w twą duszę.

— Ach!... Daj pokój!... Nie mogę! — Müller wciąż się dłonią opędzał. — Za to ci dziękuję, żem był twym spoko­jem, twą wiarą pijany, kiedy — się to stało... Widzisz, ja nie wiem nawet, kiedy i jak się stało. Mogłoby mi się wydawać, że ta trucizna wprost z twych słów w duszę mi wsiąkła i za­bije. I może ta woń kwiatów otumaniła mnie wprzódy: cudzej sztuki triumf... Słuchaj, Henryku — wszak i to twe zwy­cięstwo nade mną, to także tylko triumf wielkiej poezji w twej wierze, w twych szczytach podniebnych nad zamkiem i — w tak bezmiernie łagodnej śmierci. Przez wrota sztuki wprowadzasz mnie w grób. I za to ci dziękuję... Już jestem tylko bardzo zmęczony... I chciałbym, żeby to prędzej! Prędzej!... Dlaczegoś wybrał tak powolną... Długo jeszcze?

Hertenstein wyjął zegarek i położył go przed sobą na stole.

— Czujesz co?

— Nie... Tylko spokój bezwoli, jakby po długiej go­rączce... O coś ważnego, o coś najważniejszego chciałem cię jeszcze pytać... Słuchaj, czemu... — mimowolnym ruchem wy­ciągnął ramię ku oknu, dołem, w kierunku miasta — czemu tam ze mnie, z ciebie, nie zostanie nic, nic... Czemu z nas żaden?... Powiedz, kto i kiedy wypowie?...

— Co wypowie?

— Rozpacz tych, co dlatego tak strasznie grzeszą, że tak beznadziejnie szukają, co wpadli w „złe wiry” życia z tą jedną jedyną wiarą w piersiach...

— W „samych siebie” — dokończył Hertenstein.

— Kto i kiedy wypowie nas?... I tamtych? — (Müller wyciągnął mimo woli dłoń w kierunku okna, jakby przywołu­jąc obrazy widziane przed chwilą.) — I wszystkich? Całą głąb ludzkiego cierpienia?

— Nikt.

— Jego obraz złudny? Ułamkowy cień tego obrazu?!

— Kto granicę swego „ja” przekroczy, ten tylko zro­zumieć jest zdolen cudze cierpienie. Kto swe „ja” zniszczy, ten dopiero odczuć je potrafi.

Ruchem dłoni nakazał mu cierpliwość. Zwiesił głowę — milczał.

Po czym znów dłoń uniósł:

— Gdy się Samskara w Bijnamie zjednoczy i w sze­rokiej męskiej piersi o Agni rozpłomieni, wówczas niema rozpacz swe rany serdeczne obnaża i groby mówić poczynają.

— Ach! — Müller zwiesił ciężko głowę i milczał. Wresz­cie, nie poradziwszy widocznie ze sobą, zapytał głucho:

— Czym jest Agni?

— To się wypowiedzieć nie da. To się pomyśleć na­wet nie pozwala. Ból życia rodzi Agni bez końca, a nieubłagalność nieba bez końca je chłonie...

Müller odpędzał się oburącz od tych sieci pajęczych. Nagle na umęczonej twarzy, w na pół przymkniętych oczach zaświecił lęk.

— I ty się nie boisz?

— Czego?

— Tego, co nas czeka — kary!?

— Nie masz nade mną sędziego, bo we mnie sędzia mój mieszkał i wraz z wolą moją — umarł.


Oglądał się coraz to niespokojniej po pokoju, wsłu­chiwał, szmery łowił. Wreszcie, nie widząc jakby nigdzie ucieczki, przykląkł przed Hertensteinem i całował tę spoczy­wającą na kolanie białą, przezroczą dłoń.

Na bladej, jakby prześwietlonej twarzy Hertensteina, powieka nawet nie drgnęła.

— Henryku, to ostatnie!... Na miłość tego, coś kochał w życiu!...

— Nie znam żadnej...

— Powiedz, powiedz! — Więc nie czeka nas kara za... za mord na duchu?!

— Życie samo jest karą w beznadziejnym poszukiwa­niu, a wszystkie jego dary są nieczyste.

A gdy Müller zamachał rozpacznie rękoma:

— Przypomnij tylko... Przedwczoraj jeszcze. — Przy­pomnij. Przedwczoraj jeszcze, gdy ona przyjechała — jeden jej uśmiech... Stamtąd, z wyżyn moich — w wasz głód życia! I w wirze wielkomiejskim szukałem największego ruchu, bo­daj szału rozpusty, aby się zbudzić — aby tworzyć... I jeszcze raz zaimponował mi czyn. — Jeden uśmiech kobiety!... Nie­czysta myśl kobiety słońce nawet przyćmić potrafi... A wiesz, czemu ze swoich wyżyn tak nisko spaść mogłem?

— Mów mi o tym, że kary nie ma!

— Wiesz, czemu spaść mogłem? Bom po ostatni ko­rzeń zła nie sięgnął, siedem zaledwie dróg przebyłem. Pozo­stał jeszcze jeden stopień, z którego spaść już nie można. Pozostało to, co kształt i imię dla mnie tworzy: ciała mego indywidualność.

Müller zerwał się z kolan i ściskał rozpaczliwie czoło. Rozumiał, że ten człowiek sobą już być przestał, że myśl jego tego koła nie opuści, gotowa jakby wieczność w nim się obracać.

— I patrz, drogi — mówił Hertenstein łagodnie — oto usuwam lekko tę ostatnią zaporę: już nie będę igraszką przy­padku. Nigdzie duch mój nie pójdzie i nigdzie się nie prze­niesie. Pozostanie, gdzie był, zanim ona przyjechała — gdzie jest teraz, w tej chwili... Patrz, ja już tam jestem, już skoń­czyłem. I nic więcej spotkać mnie już nie może!...

Müller cofnął się w niszę okienną i stamtąd patrzał na niego czujnie.

Hertenstein siedział nieruchomy i coraz bielszy na twa­rzy. Otwarte oczy nie patrzały nigdzie, a równy spokojny uśmiech zwracał się jakby do tej ręki spoczywającej na kolanie.

— Henryk?! — krzyknął Müller bezwiednie i zrobił ruch, jakby mu do kolan chciał przypaść z powrotem. Lecz w tejże chwili odepchnęło go coś wewnętrzną odrazą.


Stał przy oknie i patrzał, jak powoli rozpływa się mrok. Już się rozjaśniały dachy i kominy, już perłowy świt opły­wał wieże kościelne i dzwonił w ciche sygnaturki. Modlitewne szepty przebiegły po mieście. Tu i ówdzie wychylały się z domów otulone w chusty, przygarbione sylwetki kobiet: zbierały się i skupiały zewsząd ciche gromadki tych, co wierzą.

Müllerowi zdawało się, że tuż przed jego oczyma prze­biegły w szalonym popłochu zmory nocne: łopot wielkich skrzydeł usłyszał i tchnienie pędu poczuł. Tuż poza oknem zaszeleściły w tak nagłym pośpiechu zbudzone liście: poru­szyło je pierwsze tchnienie rannego wiatru.

— Więc ta chwila, co się zbliża — myślał — najstraszniejsza ze wszystkiego, co stać się może — więc ona nie jest nawet końcem?!... Więc kiedyś jeszcze raz to samo?!...

Wpadł mu w ucho gwar przytłumiony, czujny, kłótliwy, po drzewach budziło się już ptactwo.

A ten świergot radosny, te ciche dreszcze strząsanej przez ptactwo rosy, zapach ziemi świeży i kojący oraz te złote pochodnie, co pozapalały się na szczytach wież i ko­minów — przyniosły mu na rozpalone czoło miękkiej dłoni współczujące dotknięcie.

I łzy trysnęły mu do oczu.

Ciężką głowę przechylił w tył i wsparł ją o kobiecą pierś...

— Przyszłaś? — pytał sennie. — Powiedz ty! — Więc to nie jest jeszcze końcem?

Zimna marmurowa pierś... A jednak bije wszak pulsem życia? Puls ten jak młot wali mu w skroń. A te dłonie na skroniach chłodzą jak lód, ściskają mocno, mocno...

— Utęsknienie moje!... Życia mego jedyny jasny pro­mieniu!... Powiedz — więc to jeszcze nie koniec?!

Głowę wciąż do tych piersi tulił i — rozchylił powieki, Grozy niemy krzyk przebiegł mu chłodem po krzyżach. „Ktoś ty?!” — pytały oczy. Na nim czaiła się jak pantera śniada, prawie brunatna twarz kobiety o nieludzkiej potędze zimnego wyrazu. Widzi na jej skroniach puszyste pęki przepaścistej czerni włosów; zielonawa głąb polipowych oczu wpija się w niego, wsysa mu się w krew. Chłodne lodowe dłonie oplo­tły mu czoło, skuły głowę w te kleszcze i cisną, wmiażdżają mu czaszkę w granitową pierś...

Ramiona przed się wyprężył, zachwiał się i zwisł na framudze okna.

Przyskoczył doń chart, obwąchał i najeżył sierść. Prężąc łapy i cofając się zadem, zbierał się w sobie, kurczył, wresz­cie skoczył w okno i wypadł jak strzała do ogrodu. — Hur­mem załopotało ptactwo, jakby wicher żaglem targnął. Chmurą ciemną zerwały się roje z drzew i rzuciły się w dół, ku mia­stu; w nagłym zwrocie szarpnęły na lewo i uderzyły w górę, zakrążyły kołem, kołem i jeszcze raz kołem, kąpać się i pławić w słonecznej roztoczy...


Jasny świt poranku rzucał rosę na więdnące kwiaty. W różowe i fioletowe plamy powoli je rozświetlał i rozta­piał, zwiewnym całunem sinej mgły nakrył i, ten klomb bar­wny jednym akordem chłodnego tonu tłumiąc, w iskrzeniu jakimś plamy rozkołysał, cały pokój osnuł, omotał, ukwiecił.

Koło laurowego wieńca, oparte o poręcz fotela, ujmowało Hertensteina po pas w ciemną ramę; purpurowe szarfy zwisłe po bokach tuliły go jak w ramiona. W perłowym rozbrzasku dnia i w błyskaniu kwietnych barw, twarz jego sta­wała się mleczna, przezrocza, tchnieniem błękitu jakby owiana i w półsennym zasłuchaniu w ranny świergot ptactwa po raz ostatni jakby uśmiechnięta. Nagle poruszyły się jego wargi i rozlały uśmiech na całą twarz.

— Chcesz wiedzieć?... — zaczął.

Zagłuszył go świergot na dworze. Promień słońca przedarł się przez liście i rojem złotych motyli rzucił się na kwiaty.

— Chcesz wiedzieć?...

Jeden z tych słonecznych motyli przysiadł mu na war­gach, jakby chcąc wypić z nich dziwną słodycz i woń tego uśmiechu.

— Chcesz wiedzieć, czym jest Agni?...

Złote motyle obsiadły mu głowę, twarz i ręce. A on, zapatrzony tam, gdzie chmara ptactwa iskrzyła się w kręgach na niebie:

— Co w miłości się znajduje, od miłości odmienne, czego miłość nie zna, a co miłością kieruje, co miłością jest miłości — oto jest Agni, kierownik życia wewnętrzny, oto wielkie, twórcze i zabójcze Om!...


Od autora. Nie mogąc robić odsyłaczy w samej po­wieści, pragnąłbym przypomnieć zawodnej pamięci czytel­nika źródła tych ułomków wierszowanych, jakie w toku opowieści podwinęły mi się pod pióro. A więc:

Str. 261 trójwiersz Leopardiego254; str. 192 dwuwiersz Goethego255; str. 144 i 120 trójwiersze Baudelaire’a256; str. 124 ustęp ze Słowackiego257, str. 55 fragment sonetu Miriama258; str. 22 Słowackiego (Lambro)259.

Inne fragmenty wierszowane są moimi próbami.

Przypisy:

1. wyszły — daw. forma imiesłowu przymiotnikowego, dziś zastępowana raczej zdaniem podrzędnym, np. które wyszły jakby spod jednego odlewu. [przypis edytorski]

2. otom jest —- konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika; inaczej: oto jestem. [przypis edytorski]

3. z flegmą — tu: flegmatycznie. [przypis edytorski]

4. ściągły — dziś raczej: ściągnięty. [przypis edytorski]

5. alles ist weg (niem.) — wszystko poszło precz. [przypis edytorski]

6. je m’en fiche (fr.) — nie obchodzi mnie to; nie dbam o to; mam to gdzieś. [przypis edytorski]

7. wmyślże się — konstrukcja z partykułą wzmacniającą -że. [przypis edytorski]

8. pobieżyć (daw.) — podążyć, pójść. [przypis edytorski]

9. amitié du cochon (fr.) — przyjaźń świni. [przypis edytorski]

10. takem (...) przepoił —- konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika; inaczej: tak przepoiłem. [przypis edytorski]

11. zapamiętywa — dziś: zapamiętuje. [przypis edytorski]

12. ave (łac.) — bądź pozdrowiony/pozdrowiona. [przypis edytorski]

13. koza (daw.) — tu: areszt. [przypis edytorski]

14. jakiegom zaznawał —- konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika; inaczej: jakiego zaznawałem. [przypis edytorski]

15. takem się po­cieszał —- konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika; inaczej: tak się pocieszałem. [przypis edytorski]

16. wpadniem (daw., gw.) — skrócona forma czasownika 1 os.lm; wpadniemy. [przypis edytorski]

17. wleźże — konstrukcja z partykułą wzmacniającą -że. [przypis edytorski]

18. C’est le peuple! Le peuple! (fr.) — To jest lud! Lud! [przypis edytorski]

19. błogosławiącymi ramiony — dziś popr. N.lm: (...) ramionami. [przypis edytorski]

20. matter of fact (ang.) — istota rzeczy. [przypis edytorski]

21. Carmagnola — nazwa pieśni rewolucyjnej i tańca z czasów Rewolucji Francuskiej. [przypis edytorski]

22. C’est la vie! La vie! (fr.) — To jest życie! Życie! [przypis edytorski]

23. znieruchomione — dziś raczej: znieruchomiałe. [przypis edytorski]

24. wywołańczy — tu: uchodźczy, emigrancki. [przypis edytorski]

25. kierz (daw.) — krzak. [przypis edytorski]

26. allons, petit bourgeois (fr.) — chodźmy, drobnomieszczanie. [przypis edytorski]

27. métier (fr.) — zawód, zajęcie. [przypis edytorski]

28. kazać — tu: wygłaszać kazanie. [przypis edytorski]

29. va banque (fr.) — formuła używana w karcianych grach hazardowych; (grać) na całość, o wszystko. [przypis edytorski]

30. Speisekarte (niem.) — karta dań; menu. [przypis edytorski]

31. prosit — na zdrowie (itp. formuła toastu przy piciu alkoholu). [przypis edytorski]

32. paneś mnie zaraził —- konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika; inaczej: pan mnie zaraziłeś. [przypis edytorski]

33. vapeurs (fr.) — uderzenie krwi; tu: histeryczny napad, wapory. [przypis edytorski]

34. mam zawód — właśc. doznałem zawodu; zawiodłem się. [przypis edytorski]

35. vous tombez dans la risée du monde (fr.) — dosł. popada pani między śmieszności świata; staje się pani pośmiewiskiem. [przypis edytorski]

36. Volksstück (niem.) — sztuka ludowa (tu: obyczajowa). [przypis edytorski]

37. familiendrama (z niem.) — dramat rodzinny (odmiana dramatu obyczajowego). [przypis edytorski]

38. spiritus flat ubi reporter vult (z łac.; żart.) — duch tam wieje (tchnie, wionie), gdzie reporter chce. [przypis edytorski]

39. non capisco (wł.) — nie rozumiem. [przypis edytorski]

40. na kogoś to coś (...) patrzy — tu: wygląda na kogoś; podobne jest do kogoś (o rodzaju zachowania). [przypis edytorski]

41. da ist er ja (niem.) — tutaj (on) jest; otóż i on. [przypis edytorski]

42. copcysko (gw.) — forma augmentatywna od gw.: copka; czapczysko, wielka czapka. [przypis edytorski]

43. etranżerek (z fr., zdrobn.) — cudzoziemiec; cudzoziemczyk. [przypis edytorski]

44. tegom nie przewidział —- konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika; inaczej: tego nie przewidziałem. [przypis edytorski]

45. jakeś (...) powiedział — konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika; inaczej: jak powiedziałeś. [przypis edytorski]

46. szansona (z fr.) — tu: szansonistka; aktorka kabaretowa, piosenkarka. [przypis edytorski]

47. tynglówka (daw.) — artystka-prostytutka pracująca w lokalu zw. tingel-tangel, tj. w podrzędnym lokalu rozrywkowym. [przypis edytorski]

48. cela veut dire quelque chose (fr.) — to powinno coś powiedzieć. [przypis edytorski]

49. le génie du sexe (fr.) — geniusz seksu. [przypis edytorski]

50. das kategorische Imperativ (niem.) — imperatyw kategoryczny (podst. pojęcie kantyzmu). [przypis edytorski]

51. horror vacui (łac.) — lęk przed próżnią (pustką). [przypis edytorski]

52. novissima gloria cupido (łac.) — najnowsza chwała pożądania. [przypis edytorski]

53. kamlot (z fr. camelot) — uliczny sprzedawca, sprzedający „z ręki” (niemający stoiska); tu: sprzedawca gazet. [przypis edytorski]

54. Exstrablatt (niem.) — dodatek nadzwyczajny (w gazecie). [przypis edytorski]

55. Coquelin, Alexandre (1848–1909) — od 1868 r. członek zespołu aktorskiego Théâtre Français w Paryżu; zwrócił na siebie uwagę zwł. w rolach komicznych; zw. „młodszym” (Coquelin cadet), dla odróżnienia od swego brata, Benoit Constanta Coquelin (1841–1909), występującego stale w Théâtre Français już od 1863 r., cenionego za werwę aktora znanego w Europie i Ameryce, autora dzieł teoretycznych na temat gry aktorskiej: L’art et le comédien (1880) oraz L’art de dire le monologue (1884). [przypis edytorski]

56. niepomału (daw.) — niemało; znacznie. [przypis edytorski]

57. wiliajut (z ros.) — powiewają, merdają (ogonem). [przypis edytorski]

58. berlinerblau (niem.) — błękit berliński; intensywnie niebieska barwa farby o odcieniu kobaltowym. [przypis edytorski]

59. izwoszczyk (z ros.) — dorożkarz, woźnica. [przypis edytorski]

60. coup de grace (fr.) — dosł. cios łaski, cios miłosierdzia; śmiertelny cios dobijający kogoś nadmiernie cierpiącego lub ciężko rannego; coups (lm. od coup): ciosy. [przypis edytorski]

61. coup de force (fr.) — nagły atak; gwałtowny akt przemocy. [przypis edytorski]

62. tyngiel a. tingel-tangel — podrzędny lokal gastronomiczno-rozrywkowy, oferujący swej publiczności wyszynk, przedstawienia estradowe, kabaretowo-rewiowe (z popisowym kankanem) i solistyczne (często silnie zabarwione erotyzmem), a niekiedy także usługi seksualne. [przypis edytorski]

63. Müllöcker a. Millöcker, Karl Joseph (1842–1899) — austr. kompozytor, autor operetek, m.in. Der Bettelstudent (Student żebrak, 1882), Gräfin Dubarry (1879), Gasparone (1884) i in. [przypis edytorski]

64. sądzi się być wolną (daw.) — uważa się za wolną. [przypis edytorski]

65. silentium (łac.) — cisza. [przypis edytorski]

66. zabijmyż — konstrukcja z partykułą wzmacniającą -że, skróconą do -ż. [przypis edytorski]

67. Siehst du, das ist ein Geschäft, / Das bringt noch was ein,/ Doch es muss verstanden sein (niem.) — widzisz, to jest interes, który jeszcze co przynosi, jednak musi być zrozumiany (ale pojąć trzeba, czym jest). [przypis edytorski]

68. vanity fair (ang.) — targ próżności. [przypis edytorski]

69. amitié de bohême (fr.) — przyjaźń bohemy (cyganerii artystycznej). [przypis edytorski]

70. silentium (łac.) — cisza. [przypis edytorski]

71. Nicht wähnen, Halunken! Ich sei einer von den ihrigen (niem.) — Bez urojeń, łotry! Jam jednym z nich. [przypis edytorski]

72. pereat mundus, fiat ars (łac.) — niech przepadnie świat, niech stanie się sztuka. [przypis edytorski]

73. won hań — ot, tam (stylizacja na ukraiński). [przypis edytorski]

74. Magdalena Ribeiry — może chodzić o obraz Jusepe (José) de Ribery (1591–1652), zw. Lo Spagnoletto, hiszp. malarza barokowego, działającego we Włoszech w XVII w.; specjalizował się w wizerunkach świętych i scenach mitologicznych, szczególnie ukazujących ekspresję ciała i twarzy w obliczu męczeństwa (np. Apollo obdziera Marsjasza ze skóry powst. 1637, obecnie w Musées des Beaux-Arts w Brukseli, czy Męczeństwo świętego Filipa, powst. 1639, obecnie w Museo Prado w Madrycie). Istnieje obraz jego autorstwa przedstawiający św. Magdalenę (Santa Maria Magdalena en oracion Museo del Prado; Magdalena w więzieniu (obraz znany też pod tytułem alternatywnym Vanitas, powst. między 1609 a 1611 r.) [przypis edytorski]

75. kaby miał hroszy (z ukr.) — gdybym miał pieniądze. [przypis edytorski]

76. na razpaszku (z ros.) — na oścież. [przypis edytorski]

77. da hört die Gemütlichkeit auf (niem.) — tam kończy się przyjemność (przytulność itp.). [przypis edytorski]

78. binokle — rodzaj okularów bez uchwytów na uszy, mocowanych na nosie z pomocą sprężynki; także z niem.: cwikier. [przypis edytorski]

79. bendziecie — będziecie (stylizacja gwarowa). [przypis edytorski]

80. jezdem ze Ślonska — jestem ze Śląska (stylizacja gwarowa). [przypis edytorski]

81. aus Oberschlesien nähmlich (fr.) — dokładnie z Górnego Śląska. [przypis edytorski]

82. Wasserpolacke (niem., żart., neol.) — rozwodnieni Polacy. [przypis edytorski]

83. was (niem.) — co. [przypis edytorski]

84. hochpolnisch (niem.) — ogólna (literacka, słownikowa) odmiana języka polskiego. [przypis edytorski]

85. oder wie sagt man denn (niem.) — czy jak to się tam mówi. [przypis edytorski]

86. cwikier (z niem.) — rodzaj okularów bez uchwytów na uszy, mocowanych na nosie z pomocą sprężynki; także: binokle. [przypis edytorski]

87. das Patschhändchen (niem.) — die Patschhändchen: dziecięce rączki; das Patschhändchen: (prawdopodobnie) nieporadna, dziecięca pieszczota; całe urwane zdanie: Das Patschhändchen her!... może oznaczać: „Co tu robią te niezgrabne rączki”, „co to za dziecięce pieszczoty” itp. [przypis edytorski]

88. Gott dies Kind (niem.) — Boże to dziecko (zdanie urwane). [przypis edytorski]

89. chodziki — tu: wędrowcy, wędrowni robotnicy. [przypis edytorski]

90. Sachsengänger (niem.) — najemni robotnicy rolni ze Śląska (przede wszystkim z Górnego Śląska), Poznania, Prus i Pomorza, którzy latem podejmowali pracę na zachodzie, głównie na polach buraczanych w Saksonii (niem. Sachsen). [przypis edytorski]

91. intellektuelle Sachsengängerei (niem.) — tu: intelektualni wędrowni pracownicy najemni (w nawiązaniu do zatrudniających się w Saksonii, „na saksach” sezonowych pracowników rolnych: Sachsengängerei). [przypis edytorski]

92. germanisierte Wasserintellekte (niem.) — zgermanizowane rozwodnione umysły. [przypis edytorski]

93. das überschaumend Temperament (niem.) — nadmiernie buzujący (wzburzony) temperament. [przypis edytorski]

94. das verflucht sentimentale: das Polakische — cholerna sentymentalność: Polactwo (neol. Polakische). [przypis edytorski]

95. Wasserintellekt (niem.) — wodnisty intelekt; rozwodniony umysł. [przypis edytorski]

96. en face (fr.) — na wprost; w twarz. [przypis edytorski]

97. ne mahu (z ukr.) — nie mogę. [przypis edytorski]

98. copcysko (gw.) — forma augmentatywna od gw.: copka; czapczysko, wielka czapka. [przypis edytorski]

99. sucysko (gw.) — suczysko (forma augmentatywna od: suka). [przypis edytorski]

100. tyngiel a. tingel-tangel — podrzędny lokal gastronomiczno-rozrywkowy, oferujący swej publiczności wyszynk, przedstawienia estradowe, kabaretowo-rewiowe (z popisowym kankanem) i solistyczne (często silnie zabarwione erotyzmem), a niekiedy także usługi seksualne. [przypis edytorski]

101. passe partout (fr.) — tu: klucz uniwersalny; stałą wejściówkę. [przypis edytorski]

102. café chantant (fr.) — kawiarnia z występami artystycznymi i śpiewem; kabaret. [przypis edytorski]

103. memento mo... moralitatem (łac.) — urwana sentencja „memento mori” (pamiętaj o śmierci) i przekształcona na: „pamiętaj o moralności”. [przypis edytorski]

104. żurnalista (daw., z fr.) — dziennikarz. [przypis edytorski]

105. Stimmung (niem.) — nastrój. [przypis edytorski]

106. skut — forma skrócona przym. r.m. od: skuty. [przypis edytorski]

107. Ich bin nicht von Prag, nicht von Wien, / Ich bin eine fesche Ungarin — nie jestem z Pragi ani z Wiednia, jestem szykowną Węgierką. [przypis edytorski]

108. the fashionables — wytworni, modni (w znaczeniu rzeczownikowym). [przypis edytorski]

109. Stimmung (niem.) — nastrój. [przypis edytorski]

110. delirium teatralicum — majaczenie teatralne, żart. termin od: delirium tremens, majaczenie drżenne (stan zaburzeń świadomości połączony z urojeniami oraz objawami somatycznymi towarzyszący chorobie alkoholowej). [przypis edytorski]

111. au fond (fr.) — u źródeł; u podstaw. [przypis edytorski]

112. c’est le public (fr.) — to jest publiczność. [przypis edytorski]

113. sub speciae aeternitatis (łac.) — z punktu widzenia wieczności. [przypis edytorski]

114. tiens (fr.) — ach tak; a więc; otóż. [przypis edytorski]

115. dolata — dolatuje (regionalizm a. stylizacja gwarowa). [przypis edytorski]

116. czuju — z ukr. słyszę (tzn. tak mówią) a. czuję (przez końcówkę stylizacja na rusycyzm). [przypis edytorski]

117. liustro — lustro; (przez zmiękczenie „l” stylizacja na rusycyzm). [przypis edytorski]

118. Spiegel zerschlagen (niem.) — rozbić lustro. [przypis edytorski]

119. hań (gw.) — tam. [przypis edytorski]

120. paszoł (z ros.) — poszedł, idź sobie. [przypis edytorski]

121. ta — tu: ale, tylko. [przypis edytorski]

122. wisz, hadiuka (z ukr.) — wiesz, gadzina. [przypis edytorski]

123. ciałoć ślini — konstrukcja z partykułą ci, skróconą do -ć; inaczej: ślini ci ciało. [przypis edytorski]

124. groom — tu: chłopiec hotelowy (z ang. groom: stajenny). [przypis edytorski]

125. bon (fr.) — dobrze. [przypis edytorski]

126. voyons (fr.) — zobaczmy; przyjrzyjmy się. [przypis edytorski]

127. cela veut dire (fr.) — to znaczy. [przypis edytorski]

128. genre’ek (z fr.) — rodzaik, odmianka (od fr. genre: rodzaj, gatunek itp.). [przypis edytorski]

129. ars triumphans (łac.) — sztuka triumfująca. [przypis edytorski]

130. trzy przemiany ducha: jako duch wielbłądem był, lwem się stał, w dziecko się zmienił — cytat z pierwszej mowy Zaratustry z Tako rzecze Zaratustra Friedricha Nietzschego w tłum. Wacława Berenta. [przypis edytorski]

131. et du fer pour travailler (fr.) — i żelaza, żeby pracować. [przypis edytorski]

132. ça ira, ira, ira (fr.) — jakoś to będzie. [przypis edytorski]

133. lilas de perse fleuri (fr.) — kwitnący bez. [przypis edytorski]

134. va via (wł.) — idź precz; wynoś się. [przypis edytorski]

135. ars longa, vita brevis (łac.) — sztuka trwa długo, życie krótko. [przypis edytorski]

136. Ave Maria, gratias plena — Zdrowaś Mario, łaskiś pełna; początkowe słowa katolickiej modlitwy maryjnej. [przypis edytorski]

137. ad personam (łac.) — do osoby; tu: do konkretnej osoby. [przypis edytorski]

138. une scène à faire (fr.) — scena do zrobienia (tu: do obrobienia literackiego). [przypis edytorski]

139. Der Fall Angelica’s, eine Familientragödie von Karl von Jelsky — „Upadek Andżeliki, Tragedia rodzinna” (autorstwa) Karla von Jelsky’ego. [przypis edytorski]

140. so, so (niem.) — tak, tak; a więc tak. [przypis edytorski]

141. Wienerluft (niem.) — wiedeńskie powietrze; tu: atmosfera Wiednia. [przypis edytorski]

142. jękły — dziś popr.: jęknęły. [przypis edytorski]

143. heteryzm (z gr. hetera: towarzyszka; kurtyzana) — tu: korzystanie z prostytucji. [przypis edytorski]

144. le moment approche (fr.) — zbliża się chwila. [przypis edytorski]

145. ça ne m’amuse plus (fr.) — to mnie już nie bawi. [przypis edytorski]

146. Maltus właśc. Malthus, Thomas Robert (1766–1834) — ang. ekonomista, pierwszy w Anglii prof. ekonomii politycznej (1805); zajmował się zagadnieniami socjologiczno-ekonomicznymi; w dziele Essay on the principles of population (Londyn 1798) wykazał, że przyrost ludności powoduje zagrożenie prowadzące nieuchronnie do klęski głodu oraz nędzy, ponieważ liczba ludności rośnie w postępie geometrycznym, a produkcja żywności w postępie arytmetycznym (jest to tzw. statyczna teoria zasobów, maltuzjanizm a. teoria przeludnienia); tzw. pułapka maltuzjańska to sytuacja, gdy wzrost produktywności i ilości dochodów skutkuje zwiększeniem populacji, ale nie prowadzi do wzrostu standardów życiowych i poziomu zamożności społeczeństwa; Malthus był przeciwnikiem egalitaryzmu, w nim również upatrując przyczyn wzrostu demograficznego i groźbę głodu. [przypis edytorski]

147. Darwin, Charles Robert (1809–1882) — ang. przyrodnik, twórca teorii ewolucji biologicznej, zwanej darwinizmem, która tłumaczy przemiany ewolucyjne regulowane doborem naturalnym i walką o byt; autor książek: Podróż na okręcie „Beagle” (1839), O powstawaniu gatunków (1859), O pochodzeniu człowieka i o doborze płciowym (1871). [przypis edytorski]

148. katzenjammer (z niem.) — kocie zawodzenie, biadanie. [przypis edytorski]

149. tête à tête (fr.) — twarzą w twarz; sam na sam. [przypis edytorski]

150. gotóweś — skrót od: gotów jesteś. [przypis edytorski]

151. décadence (fr.) — dekadencja, schyłek. [przypis edytorski]

152. nonumque prematur in annum (łac.) — pozostaw (to, co napisałeś) na dziewięć lat; cyt. z Ars Poetica Horacego. [przypis edytorski]

153. allons enfant de la patrie, / le jour de gloire est arrivé (fr.) — chodźmy, dzieci ojczyzny, (oto) nadszedł dzień chwały. [przypis edytorski]

154. życiam zbył (daw.) — konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika; inaczej: pozbyłem (się) życia; pozbawiłem się życia. [przypis edytorski]

155. la sacra visione di Te imploro, Beatrice mia (wł.) — świętą wizję Ciebie, Beatrycze moja, błagam; świętej wizji Ciebie, Beatrycze moja, żądam. [przypis edytorski]

156. Extrablatt (niem.) — dodatek nadzwyczajny. [przypis edytorski]

157. gędziebny — dotyczący opowieści, związany z opowieścią; por. gędźba: opowieść, legenda. [przypis edytorski]

158. Pieśń, co była już w grobie, już chłodna, krew poczuła, spod ziemi wygląda i jak upiór powstaje — jest to lekko przekształcony cytat z pieśni Konrada z Dziadów cz. III Mickiewicza. [przypis edytorski]

159. twejże to sukni szelest — konstrukcja z partykułą -że; znaczenie: czy to twej sukni szelest. [przypis edytorski]

160. Ave-Maria-gratias-plena (łac.) — Zdrowaś Mario, łaskiś pełna; początkowe słowa katolickiej modlitwy maryjnej. [przypis edytorski]

161. da capo (wł.) — od początku; znowu. [przypis edytorski]

162. sacré nom de nom (fr.) — uświęcone (a. przeklęte) imię imion. [przypis edytorski]

163. signum manu propria (łac.) — podpis własnoręczny. [przypis edytorski]

164. Habe die Sonne nicht zu lieb [und nicht die Sterne] / Komm, folge mir in das dunkle Reich hinab (niem.) — nie chciej ukochać [gwiazd i] słońca, chodź, pospiesz za mną w ponure królestwo (J. W. Goethe, Ifigenia w Taurydzie, Akt III, sc. 1, tłum. Jan Kasprowicz; dialog ściganego przez Erynie Orestesa z siostrą, Ifigenią). [przypis edytorski]

165. Katie King — tak wyznawcy spirytyzmu nazwali zjawę, która miała się ukazywać w latach 70. XIX w. podczas seansów przeprowadzanych przez nastoletnie medium Florence Cook (ok. 1856–1904) w Londynie w latach 1871–1874, a następnie w Nowym Jorku w latach 1874–1875 na seansach Jennie Holmes i jej męża Nelsona Holmesa; sprawa materializacji Katie King była szeroko dyskutowana na obu kontynentach, wzbudzając ogromne emocje i mobilizując opinię publiczną do deklaracji zarówno wiary, jak i sceptycyzmu wobec zjawiska spirytyzmu; ostatecznie jednak okazało się, że do roli zjawy była wynajmowana przez małżeństwo Holmesów niejaka Eliza White, która najpierw wymusiła na nich pieniądze, a następnie sprzedała całą historię prasie. [przypis edytorski]

166. puścić na miasto (...) w postaci arcydzikiej kaczki — chodzi tu o tzw. kaczkę dziennikarską, tj. plotkę, pogłoskę rozpowszechnianą przez prasę. [przypis edytorski]

167. steeple-chase (ang.) — bieg z przeszkodami. [przypis edytorski]

168. cand. med. (łac.) — skrót od: candidat medicinae; nazwa stopnia naukowego w zakresie medycyny. [przypis edytorski]

169. komm, folge mir in das dunkle Reich — chodź, pospiesz za mną w ponure królestwo. [przypis edytorski]

170. konfidencja (daw.) — poufałość, zażyłość. [przypis edytorski]

171. weltschmerz (z niem.) — ból świata; bolesna odczuwanie świata (istnienia itp.). [przypis edytorski]

172. Stimmung (niem.) — nastrój. [przypis edytorski]

173. doctor medicinae et chirurgiae (łac.) — doktor medycyny i chirurgii. [przypis edytorski]

174. ora et labora (łac.) — ucz się i pracuj. [przypis edytorski]

175. Mane Tekel Fares — słowa, które według opowieści biblijnej z Ks. Daniela (5,25) wypisała tajemnicza ręka na ścianie pałacu w Babilonie podczas uczty króla Baltazara. Znaczenie napisu: „policzono, zważono, rozproszono” (w jęz. hebr., aramejskim a. chaldejskim) zostało odczytane jako przepowiednia upadku państwa, który miał stanowić karę za grzechy Babilonu. [przypis edytorski]

176. Furor Aphrodisiaca (z łac.) — szał (pasja) na tle erotycznym; żart. termin utworzony na wzór takich nazw jak np. Turnera aphrodisiaca (tj. nazwy zioła stosowanego m.in. do leczenia potencji seksualnej). [przypis edytorski]

177. cwikier (z niem.) — rodzaj okularów bez uchwytów na uszy, mocowanych na nosie z pomocą sprężynki; także: binokle. [przypis edytorski]

178. cor ranae (łac.) — serce żaby. [przypis edytorski]

179. ecce vir (łac.) — oto mężczyzna. [przypis edytorski]

180. na lico (z ros.) — tu: na pierwszy rzut oka. [przypis edytorski]

181. drzwi wchodowe (daw.) — dziś: drzwi wejściowe. [przypis edytorski]

182. komm, folge mir in das dunkle Reich hinab — chodź, pospiesz za mną w ponure królestwo. [przypis edytorski]

183. tyngiel a. tingel-tangel — podrzędny lokal gastronomiczno-rozrywkowy, oferujący swej publiczności wyszynk, przedstawienia estradowe, kabaretowo-rewiowe (z popisowym kankanem) i solistyczne (często silnie zabarwione erotyzmem), a niekiedy także usługi seksualne. [przypis edytorski]

184. Wein, Weib und Gesang (niem.) — wino, kobieta i śpiew. [przypis edytorski]

185. iryzujący — rzucający tęczowy blask. [przypis edytorski]

186. fu­ror (łac.) — szał, mania. [przypis edytorski]

187. Eros (mit gr.) — bóg miłości, syn Afrodyty, przedstawiany jako chłopczyk z łukiem i strzałami; jego odpowiednikiem w mit. rzym. jest Amor; w kosmogoniach starogreckich Eros występuje jednak również jako pierwotna moc kosmiczna istniejąca od początku świata, rówieśnik Gai-Ziemi, niezbędny do zrodzenia się innych bogów. [przypis edytorski]

188. Merkury (mit. rzym.) — bóg handlu, zysku i kupiectwa; opiekun złodziei i celników, patron podróżnych, posłaniec bogów, utożsamiany z gr. Hermesem. [przypis edytorski]

189. La tua reclama imploro — o Jelsky potente (wł.) — twego potwierdzenia błagam (żądam), o możny Jelsky. [przypis edytorski]

190. noli me tangere (łac.) — nie dotykaj mnie; nie zatrzymuj mnie (wg Ewangelii Jana słowa wypowiedziane przez zmartwychwstałego Jezusa do Marii Magdaleny; J 20,17). [przypis edytorski]

191. probatum est (łac.) — jest wypróbowany, jest sprawdzony; pomaga. [przypis edytorski]

192. bon (fr.) — dobrze. [przypis edytorski]

193. kamlot (z fr. camelot) — uliczny sprzedawca, sprzedający „z ręki” (niemający stoiska); tu: sprzedawca gazet. [przypis edytorski]

194. ecrasez l’infâme (fr.) — zmiażdżcie hańbę. [przypis edytorski]

195. conspuez Zola (fr.) — plujcie na Zolę. [przypis edytorski]

196. Strike England, strike merciless (ang.) — uderz, Anglio, uderz bezlitośnie. [przypis edytorski]

197. Boulanger, Georges Ernest Jean-Marie (1837–1891) — generał i polityk fr., uczestnik wojny fr.-austr. w 1859 i wojny fr.-pruskiej w l. 1870–1871, brał udział w tłumieniu Komuny Paryskiej w 1871, za co dostał Komandorię Legii Honorowej; w 1884 dowodził wojskami fr. w Tunezji; w latach 1886–1887 minister wojny; popularny kręgach antyrepublikańskich i nacjonalistycznych, nawoływał do wprowadzenia dyktatury oraz odzyskania Alzacji i Lotaryngii; w 1889 r. jego zwolennicy podjęli nieudaną próbę zamachu stanu, po tych wydarzeniach Boulanger zbiegł do Belgii, gdzie zmarł śmiercią samobójczą; jego radykalne poglądy polityczne i ich społeczne powodzenie dały podstawę do stworzenia terminu bulanżyzm (fr. boulangisme) na określenie fr. nacjonalistycznego ruchu politycznego w końcu XIX w. [przypis edytorski]

198. A Berlin! Vive Boulanger! (fr.) — na Berlin, niech żyje Boulanger. [przypis edytorski]

199. nieder mit den Slaven (niem.) — precz (dosł. „w dół”) ze Słowianami. [przypis edytorski]

200. Preussen, Preussen über alles, über alles in der Welt — Prusy, Prusy ponad wszystko, ponad wszystko w świecie. [przypis edytorski]

201. L’amour sacré de la patrie (fr.) — święta miłości ojczyzny (zwrot w W.lp). [przypis edytorski]

202. komm, folge mir in das dunkle Reich hinab — chodź, pospiesz za mną w ponure królestwo. [przypis edytorski]

203. wytłumaczże — konstrukcja z partykułą wzmacniającą -że. [przypis edytorski]

204. czemum ja (...) nie widział — konstrukcja z przestawną końcówką czasownika; inaczej: czemu ja nie nie widziałem. [przypis edytorski]

205. paneś widział — konstrukcja z przestawną końcówką czasownika; inaczej: pan widziałeś. [przypis edytorski]

206. Zahlkelner (niem.) — kelner przyjmujący zapłatę za rachunek w kawiarni, restauracji itp. [przypis edytorski]

207. kabotyn — osoba zachowująca się w sposób obliczony na efekt; popr. forma lm.: kabotyni. [przypis edytorski]

208. ekspres — tu: posłaniec, kurier dostarczający przesyłki ekspresowo. [przypis edytorski]

209. naród (gw.) — tłum, ciżba. [przypis edytorski]

210. evviva l’arte (wł.) — niech żyje sztuka. [przypis edytorski]

211. plein air (fr.) — plener; wolne powietrze; na dworze. [przypis edytorski]

212. gotówem przysiąc — skrót od: gotów jestem przysiąc. [przypis edytorski]

213. horror vacui (łac.) — strach (lęk) przed pustką. [przypis edytorski]

214. Afrodyte a. Afrodyta (mit. gr.) — bogini miłości, kwiatów, pożądania i płodności. [przypis edytorski]

215. Astarte a. Asztarte (z hebr. Astoreth) — zachodniosemicka bogini miłości, płodności i wojny, królowa niebios, utożsamiana z mezopotamską boginią Isztar. [przypis edytorski]

216. pono (daw.) — ponoć, prawdopodobnie. [przypis edytorski]

217. Baal — bóstwo semickie, czczone w Kanaanie (Palestyna, Fenicja, Syria), bóg burzy, deszczu i płodności, władca świata; mit o Baalu opowiada o cyklicznym odrodzeniu: co roku ginął w walce bogiem śmierci i skwaru letniego, Motem, aby po zstąpieniu do świata podziemnego powstać z martwych na wiosnę. [przypis edytorski]

218. Anioł Ślązak (łac. Angelus Silesius, właśc. Johannes Scheffler (1624–1677) — barokowy śląski poeta religijny, żył i działał we Wrocławiu, tworzył po niem. aforyzmy, utwory apologetyczne i pieśni religijne; gł. tematem podejmowanym przez niego było mistyczne zjednoczenie człowieka z Bogiem (autor dzieła Heilige Seelenlust); wywarł znaczny wpływ na religijność Mickiewicza, a także wielu wyznawców zarówno protestantyzmu, jak i katolicyzmu. [przypis edytorski]

219. struggle-lifer (ang.) — walczący o życie; zmagający się z życiem; ktoś waleczny skazany na dożywocie. [przypis edytorski]

220. upas antiar — trucizna przyrządzana z drzewa upas (Antiaris toxicaria), należącego do rodziny morwowatych gatunku występującego w tropikalnej strefie międzyzwrotnikowej, w Azji Płd.-Wsch.; wysokie, wiecznie zielone drzewo o pojedynczych, eliptycznych, sercowatych u nasady liściach, którego mleczny sok zawiera glikozydy nasercowe (antiarynę i antiozydynę); tradycyjnie był stosowany do zatruwania grotów strzał i oszczepów. [przypis edytorski]

221. roztworzyć (daw.) — otworzyć. [przypis edytorski]

222. nyża (daw.) — nisza, wgłębienie. [przypis edytorski]

223. pult (z niem. das Pult) — tu: pulpit. [przypis edytorski]

224. samosześć (daw.) — w sześć osób (najczęściej: osoba mówiąca albo gł. bohater opowieści z pięcioma towarzyszami). [przypis edytorski]

225. nie łudzęż się — konstrukcja z partykułą wzmacniającą -że, skróconą do -ż. [przypis edytorski]

226. kułak (daw.) — pięść. [przypis edytorski]

227. otocza (neol.) — obwódka. [przypis edytorski]

228. minnesang — znana od XII w. niem. średniowieczna pieśń miłosna, gatunek liryki uprawianej jako wyraz wykwintu przez arystokrację, a nawet przez cesarza; pieśni w języku średnio-wysoko-niemieckim wykonywano z towarzyszeniem instrumentów, a także zachowywano w formie pisemnej. [przypis edytorski]

229. fraucymer — tu: damy dworu. [przypis edytorski]

230. zali (daw.) — czy. [przypis edytorski]

231. przecz (daw.) — przecież. [przypis edytorski]

232. zalimż go ukrzywdziła (daw.) — konstrukcja z przestawną końcówką czasownika i partykułą -że, skróconą do -ż; znaczenie: czy go ukrzywdziłam, czyż go ukrzywdziłam. [przypis edytorski]

233. aliści (daw.) — jednakże. [przypis edytorski]

234. dziewosłęb — osoba starająca się o rękę dziewczyny w czyimś imieniu; swat; tu: w dziwosłębach (zastać kogoś): podczas starań o rękę panny. [przypis edytorski]

235. sclavus Mariae (łac.) — sługa (dosł. niewolnik) Marii. [przypis edytorski]

236. iniuria a. injuria (łac.) — szkoda, krzywda, uszczerbek, ujma; obraza, zniewaga, obelga. [przypis edytorski]

237. snadź (daw.) — widocznie. [przypis edytorski]

238. salve Regina (łac.) — bądź pozdrowiona, królowo; także: tytuł maryjnej pieśni religijnej. [przypis edytorski]

239. pauper — biedak, żebrak; chłopiec, żak. [przypis edytorski]

240. malström — tu: zdradliwy prąd, wir; od: Malstrom (oryg. Malström): silny prąd morski, któremu towarzyszą wiry wodne, występujący na Morzu Norweskim u wejścia do fiordów i cieśnin, powstający wskutek przypływów i odpływów morskich. [przypis edytorski]

241. ad usum (łac.) — na użytek. [przypis edytorski]

242. com czynił — konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika; inaczej: co czyniłem. [przypis edytorski]

243. nyża (daw.) — nisza, wgłębienie. [przypis edytorski]

244. porani-ć (...) dłoń — skrócone od: porani ci dłoń. [przypis edytorski]

245. snadź (daw.) — widocznie, prawdopodobnie. [przypis edytorski]

246. larwa (daw.) — tu: maska. [przypis edytorski]

247. przezroczy — przezroczysty. [przypis edytorski]

248. voilà celui, qui va venir (fr.) — oto ten, który przyjdzie. [przypis edytorski]

249. poliszynel — tu: błazen, komik; pierwotnie: jedna z najbardziej charakterystycznych postaci z commedia dell’arte: gbur, prześmiewca, często przedstawiany jako garbus w stroju z kogucimi elementami (piórami, grzebieniem na czapce); jego rolą było podsumowanie poszczególnych części przedstawienia: w wielkiej tajemnicy opowiadał publiczności sekrety pozostałych postaci, nieświadomy tego, że widzowie i tak zdążyli się już o nich dowiedzieć, stąd powiedzenie „tajemnica poliszynela”. [przypis edytorski]

250. pierrot — postać z komedii dell’arte: smutny kochanek ze łzami wymalowanymi na pobielonej twarzy. [przypis edytorski]

251. zaskorupią-ć — skrócone od: zaskorupią ci. [przypis edytorski]

252. Sakija Muni a. Siakjamuni (ok. 563–483 p.n.e.) — Budda; mędrzec, którego nauki stały się podstawą buddyzmu; jego pierwotne imię brzmiało Siddhartha, pochodził z rodu Śakjów, nosił też przydomek Gautama. [przypis edytorski]

253. przezroczy — przezroczysty. [przypis edytorski]

254. str. 261 trójwiersz Leopardiego — chodzi o fragment: „(...) być tylko cieniem / Którego skrzydła anielskie unoszą / Między nicością i grobów marzeniem...”, pochodzący z wiersza Asnyka Endymion, mylnie przez autora Próchna przypisany wł. poecie romantycznemu, Giaco­mo Leopardiemu (1798–1837). [przypis edytorski]

255. str. 192 dwuwiersz Goethego — chodzi o fragment „Habe die Sonne nicht zu lieb... / Komm, folge mir In das dunkle Reich hinab” z dramatu wierszem Goethego Ifigania w Taurydzie (Iphigenie auf Tauris). [przypis edytorski]

256. str. 144 i 120 trójwiersze Baudelaire’a — chodzi o fragmenty z Kwiatów Zła Charlesa Baudelaire’a w tłum. Antoniego Langego i Zofii Trzeszczkowskiej (pseud. Adam M-ski): „Czyniąc sobie tron i łoże,/ Z upadłego mego ducha,/ Żem skut z tobą, podły tworze,/ Jak galernik do łańcucha” (wiersz Upiór) oraz „bo w sercu mym, choć je ukoję, / brzmieć będą drogie łkania twoje, / jak bęben, gdy gra do ataku” (wiersz Heautontimoroumenos, tj. „sam siebie karzący”). [przypis edytorski]

257. str. 124 ustęp ze Słowackiego — chodzi o fragment z pieśni I poematu Słowackiego Beniowski: „Jeżeli masz zostać młodą (...) ochrzczona tą piekielną wodą, / Której pies nie chce, wąż nawet nie pije” (w oryg. jest to zwrot skierowany do Polski, a przymiotnik „młodą” jest wyróżniony i stanowi aluzję do czasopisma „Młoda Polska” wyd. w Paryżu w l. 1818-1840 przez Eustachego Januszkiewicza i Stanisława Ropelewskiego). [przypis edytorski]

258. str. 55 fragment sonetu Miriama — chodzi o sonet Stimmung Miriama (Zenona Przesmyckiego), zaczynający się od słów „Samotnyś. Błądzisz. W wyobraźni chorej (...)”. [przypis edytorski]

259. str. 22 Słowackiego (Lambro) — chodzi o dwa fragmenty: „Oto mój żywioł, ta ciemność ponura (...) W sennych marzeniach” oraz „Dzisiaj ja nie chcę zabijać słowami (...) Stanie się długim i ciężkim konaniem!”, pochodzące z powieści poetyckiej Słowackiego Lambro, pieśń II, 12 oraz pieśń I, 8. [przypis edytorski]