Nowa Kolchida

Wątłym a bezradnym w Ojczyźnie Rodakom poświęca

Autor

Zamiast wstępu od razu o Nowej Kolchidzie

Dwie są Ameryki na świecie.

Pierwsza z nich to połać wydłużonego, poszarpanego kontynentu, główna treść Zachodniej Półkuli.

Druga to część pierwszej zaledwie, ale część tworząca istotną, prawdziwą Amerykę, a więc Amerykę, która jako siła, energia, pomysłowość, wytrwałość, spryt, zachłanność, pewność siebie — lękiem, podziwem, szacunkiem czy zawiścią przejmować zwykła strupieszałe koliska mieszkańców starego świata.

Druga Ameryka, więc ziemia miodem i mlekiem płynąca, ziemia obiecana, ojczyzna wszechmocnego dolara, kraina miliarderów, ziszczenia szaleństw, kopalnia złota, Nowa Kolchida na stal przekuwająca wątłe mięśnie współczesnych Argonautów1.

Druga Ameryka... więc ten obszar, który zdołał zgromadzić w jednym państwie wszystkich Amerykanów...

W Europie każdy człek należy do jednej, wprawdzie bardzo kłótliwej i nieprzyjemnej w domowym pożyciu, ale tej samej europejskiej rodziny. Grek, Lapończyk, Hiszpan, Łotysz każdy ma prawo legitymować się... Europą, zwać się Europejczykiem.

Ten sam ład panuje w Azji, w Afryce i w Australii.

W Ameryce, tej geograficznej, dzieje się inaczej.

W Ameryce Amerykanie bytują tylko w granicach prawdziwej Ameryki, w granicach Stanów Zjednoczonych. Wszystkie inne ludy podziewające się na tym samym kontynencie muszą poprzestawać na swych terytorialnych nazwach. Są tylko Meksykanami, Peruwiańczykami, Brazylijczykami, słowem, tylko mieszkańcami Meksyku, Peru, Brazylii, Hondurasu — ale nigdy Ameryki.

Nikt zresztą nie waży się uchybić temu ładowi.

Nawet najbliższy sąsiad „Stanozjednoczeńca”, z tej samej krwi i kości zrodzony Kanadyjczyk nie śmie za Amerykanina się podawać, nie umie nawet wymówić wyrazu „Amerykanin”, zdobyć się na to zaciśnięcie zębów, rozszerzenie ust, doprowadzenie szczęk do prostokąta, na to warknięcie harde poprzez ogryzek cygara lub kłębek przeżuwanej gumy: „I am Amerrrrrican”...

Niezwykły ten obyczaj ma swe uzasadnienie...

Stany Zjednoczone były pierwszymi koloniami europejskimi, które się wyzwoliły spod władzy metropolii i osiągnęły niepodległość.

Z tej niepodległości bodaj wywodzi się to legitymowanie się całą Ameryką, całą częścią świata jako przynależnością państwową, jako niemal narodowością.

Droga, wiodąca ubogie kolonie emigrantów od pierwszych zatargów o herbatę i tabakę z londyńską administracją2 do poczesnego miejsca śród największych mocarstw, nie była ani ciężka, ani trudna i do zdumienia krótka.

Od początkowych wątłych trzynastu stanów, które w roku 1790 utworzyły związek wolnych republik, do dzisiejszego olbrzyma potrzeba było zaledwie stu dwudziestu siedmiu lat.

Przestworu wolnego było zadość w pobliżu, czerwonoskórych tubylców do wytępienia stosunkowo niewielu, przybyszów zza oceanu na zawołanie, a co najważniejsze zapoczątkowany system pokojowych układów święcił jeden triumf za drugim.

Na imię temu systemowi było „dolar”.

Tradycja amerykańska powiada, że onego czasu cały półwysep Manhattan, stanowiący rdzeń dzisiejszego Nowego Jorku, został kupiony od Indianina za dwadzieścia i cztery dolary gotówką.

Nie był to zbyt świetny interes na owe czasy.

O wiele korzystniejsza była transakcja z Francją, zawarta w dniu 30 kwietnia 1803 roku. Oto za cenę piętnastu milionów dolarów Stany Zjednoczone powiększyły swoją ojczyznę prawie o 828 tysięcy mil3 kwadratowych... Kupiły od Napoleona I obszar pięć i pół raza większy od dzisiejszej Rzeczypospolitej Polskiej... prawie za bezcen...

Historia powiada, że na Ameryce słabo się rozumiał już i Ludwik XV, jeszcze mniejsze pojęcie miały o niej królewskie damy, wojna kolonialna z Anglią niewarta była zachodu. Napoleon lichym był politykiem. Zbył się kraju, na przestrzeni którego bytują dzisiaj stany Luizjana, Arkansas, Oklahoma, Kansas, Missouri, Nebraska, Iowa, dwie Dakoty, Montana i części Colorado, Minnesoty i Wyomingu — zbył bez żalu...

Wprawdzie do tych piętnastu milionów dolarów Stany Zjednoczone dopłaciły jeszcze w następstwie za wykup prywatnych własności, ale był to w każdym razie „business” bardzo korzystny.

W szesnaście lat po tym zakupie, w roku 1819, udało się nabyć od Hiszpanii po zniżonej cenie, bo tylko za pięć milionów dolarów i to wypłaconych na pokrycie pretensji obywateli amerykańskich do rządu hiszpańskiego — całą Florydę, większą o cztery tysiące mil kwadratowych od Czechosłowacji.

W roku 1845 została przyłączona do Stanów Zjednoczonych Rzeczpospolita Teksasu, więc znów poważny obiekt, liczący trzysta osiemdziesiąt dziewięć tysięcy mil kwadratowych ojczyzny...

Aż nareszcie na lata 1848–1853 przypadł znów poważny dorobek, bo wynoszący dokładnie pięćset pięćdziesiąt osiem tysięcy mil kwadratowych.

Piękny ten plon wojny z Meksykiem, zakończony szlachetnym traktatem „Guadelupe-Hidalgo”, kosztował gotówką około trzydziestu dwu milionów dolarów. Ale za te trzydzieści dwa miliony urosła Stanom Zjednoczonym Kalifornia, Nevada, Utah, Arizona, Nowy Meksyk i reszta Colorado.

W roku 1867, za siedem milionów dwieście tysięcy dolarów zakupiono od Rosji Alaskę, więc pięćset osiemdziesiąt sześć tysięcy mil kwadratowych — a śród nich kopalnie złota, które w ciągu dwu lat początkowej, niedołężnej eksploatacji wróciły całkowicie wyłożone pieniądze.

Po tych wielkich nabytkach przyrost terytorialny Stanów Zjednoczonych, począwszy od roku 1898, zaczął sięgać najbliższych mórz i oceanów.

Stany Zjednoczone zdobyły kolonie, wprawdzie trochę przy huku dział ciężkiego kalibru, jak w wojnie z Hiszpanią, ale stale i zawsze przy ostatecznym zapłaceniu gotóweczką siakiej takiej hurtowej ceny.

W tym porządku rzeczy Wyspy Hawajskie kosztowały cztery miliony dolarów — za Porto Rico i Wyspy Filipińskie na otarcie hiszpańskich łez wypłacono dwadzieścia milionów dolarów — za kawałek Panamy, potrzebny na wybudowanie kanału amerykańskiego, zapłacono dziesięć milionów dolarów Rzeczypospolitej Panamskiej, a dwadzieścia pięć milionów Rzeczypospolitej Kolumbijskiej... Wreszcie w roku 1917 sprawiono sobie parę duńskich wysepek, zezujących pod Zatoką Meksykańską, kosztowało to znów dwadzieścia pięć milionów... cena ziemi oczywiście mocno poszła w górę.

W czasach ostatnich zdołano położyć rękę Wuja Sama na Kubie i do większego posłuchu skłonić hiszpańskie republiczki, położone nad Morzem Karaibskim.

Stany Zjednoczone, a jak wymaga urzędowa nazwa, Zjednoczone Stany Północnej Ameryki, w ciągu stu dwudziestu siedmiu lat utworzyły sobie ojczyznę liczącą dokładnie trzy miliony siedemset trzydzieści osiem tysięcy mil kwadratowych... W tym tylko sto dwadzieścia sześć tysięcy mil kwadratowych wysepkami, a trzy miliony sześćset dwanaście tysięcy mil kwadratowych prawie w jednym kawale.

Poglądowo mówiąc, Stany Zjednoczone są większe od Brazylii blisko o pół miliona mil kwadratowych, niewiele są mniejsze od Europy i mogłyby jako szósta część świata iść przed Australią.

Olbrzymi ten kontynent, jak sobie łatwo wyobrazić, przedstawia niesłychanie skomplikowany splot warunków klimatycznych, geologicznych, różnorodność fauny i flory, a tym samym niełatwe do ogarnięcia kontrasty, wpływające na bytowanie poszczególnych osiedli ludzkich. Co więcej, przestrzeń daje rozpęd, daje każdemu zamierzeniu nieznany krajom europejskim rozmach, i ta przestrzeń amerykańska wszelkie porównania zamienia w żartobliwe prawienie o żelaznym wilku...

O Stanach Zjednoczonych mówi się jako o państwie podobnym do Niemiec, Francji, Szwajcarii, Szwecji czy Wielkiej Brytanii, a może do Rosji. Tymczasem Stany Zjednoczone stoją poza nawiasem wszelkich paraleli.

Szwajcarię można wziąć w dwa palce i wrzucić do jeziora Superior. Zniknie, pogrąży się bez śladu. Francja europejska może wygodnie schować się w jednym tylko Teksasie. Niemcy już nie tylko w Teksasie, ale choćby w dwu stanach, takich jak Nowy Meksyk i Missouri, dadzą się pogrzebać razem ze swymi pretensjami do cudzej własności. Wielka Brytania wobec prawdziwej Ameryki jest podupadłą ciotką, żyjącą na koszt swych kolonii, a Rosja zawsze niekulturalnym, dzikim i zdziczałym wielkoludem.

Dalej pamiętajmy, że najbardziej na północ wysunięte stany, jak Montana, Dakota Północna, Minnesota zaczynają się od szerokości geograficznej Paryża, że się zaczynają poniżej Zaleszczyk — że Nowy Jork leży na szerokości Neapolu, a Nowy Orlean poniżej Kairu w Egipcie, słynne zaś Miami na Florydzie to już bliskie sąsiedztwo z tropikiem, to afrykański brzeg Rio de Oro...

Przy tak bardzo południowej... sytuacji Ziemia Washingtona, dzięki... układowi korytarzowemu gór, idących od bieguna ku równikowi, posiada bardzo osobliwe zmiany atmosferyczne i wystawiona jest na ostre przeciągi...

Temperatura w Stanach Zjednoczonych nie da się ogarnąć byle termometrowi. Idzie od mchu, od porostu żałosnego, śniegiem wyhołubionego do „palmettos”, do palmowego chwastu, zarastającego niby paprocie podcienie florydzkich bagien.

W niektórych punktach Północnej Dakoty różnica idzie od 108 stopni Fahrenheita4 podczas lata sięga 45 stopni poniżej zera. W Alasce od 60 stopni poniżej zera skacze do 90° powyżej. Lecz w tej samej Alasce na południowym wybrzeżu w lecie bywa najwyżej 80°, a w zimie bardzo rzadko termometr do zera się stacza...

A dopieroż różnice temperatury zachodzące w ciągu jednego dnia, kilku czy kilkunastu godzin, dopieroż owe spazmy barometru, wstrząsy powietrzne, huragany upiorne, burze „elektryczne”, leje „tornedos”, cyklony, zamiecie, wichury, walące żarem Meksykańskiej Zatoki w zlodowaciałe puszcze Labradoru lub oddechem bieguna dudniące wprost do pieca, grzejącego wody Golfstreamu...

Dziwny kraj, ciągle przerażający świat czymś nadzwyczajnym, przeolbrzymim, czymś sprzecznym. Dziwny kraj smagany, przeorywany zgrzytami jeszcze biorących się za bary żywiołów...

Snop iskier trysnął śród pęczka leśnego chrustu. Las się pali, bór cały staje w płomieniach... tysiące mil kwadratowych ogarnia pożoga... Ogień trawi całe powiaty... idzie w perzynę więcej niż Belgia, więcej niż Grecja...

Jedna rzeka targnęła okowami, jedna jedyna tylko, a oto wydaje się jakby równocześnie zbuntowały się i Ren, i Dunaj, i Wisła, i Dniepr, i Sekwana, i Tamiza, i Po, i Guadalquivir, i Ebro.

Dziwny kraj, lecz nie kraj, ale kontynent i nie jedno państwo, lecz czterdzieści osiem republik.

Dziwny kraj, skarbnica niewyczerpana dla badacza, dla podróżnika, ale i dla kolorysty, choćby dla przeciętnego gapia, boć wszędy, co kroku, ciżba spragnionych wieści o tym innym, nieznanym, tym niezawodnie lepszym, bogatszym, szczęśliwszym, tym amerykańskim.

Stąd pole do popisów dla byle gadulstwa, dla byle czego, pochwyconego przelotem, przepisanego od kogoś, stąd o Ameryce, niby niegdyś o królewnie Banialuce byle długo, byle coś jeszcze...

Był w Pittsburghu, mówił po angielsku w Bostonie, przejechał się nad Wielkimi Jeziorami, sprawdził, że wodospad w Niagarze jeszcze nie wysechł i napisał księgę o Stanach Zjednoczonych.

Poza Nowym Jorkiem skrawka ziemi amerykańskiej nie oglądał, ćwierć wieku przeżył zamurowany we włoskim zaułku miasta Chicago — lecz za powrotem do Europy, uchodzi za autorytet w kwestiach dotyczących podziewania się ludzi o trzy tysiące mil na zachód lub o dwa tysiące mil angielskich na południe...

Dopieroż gdy w roli urzędowego komiwojażera musnął Ameryki, gdy zajrzał z wagonu w rozwartą szczelinę Gór Skalistych lub wjechał autobusem na Pike of Pike... Wówczas snują się historie, niby za poruszeniem korby aparatu kinematograficznego... Obraz wysnuwa się z obrazu, coraz niezwyklejszy, niby one niewyczerpane nigdy gawędy myśliwskie.

Porywczy sąd zieje sarkazmem, ironia chłoszcze, pobłażliwy uśmiech wykrzywia usta pochylonego wiekiem arystokraty, a tuż... pożądliwość rozpala wyobraźnię, wytwarza coraz zawziętszy pęd w dal, hen, za morza... Byle do niej, do tej Kolchidy, do tej jedynej, do Ameryki, tam ocknienie, tam nowe życie, tam odrodzenie energii, tam natężenie muskułów, tam pogrzebanie fałszywego wstydu, tam przystań tułaczów, ucieczka prześladowanych, królestwo wydziedziczonych — tam w Ameryce...


O tym, co jest prawem, a co jest lewem

Zjednoczone Stany Północnej Ameryki w dokładnym tego określenia znaczeniu są związkiem sfederowanych republik, zapartym o trzy władze naczelne: prawodawczą, sądowniczą i wykonawczą.

Jedynym źródłem, z którego te trzy władze czerpią swą energię, jest ciągle ta sama prastara Konstytucja z dnia 17 września, 1787 roku. Ona to scementowała niegdyś trzynaście początkowych republik i przetrwała po dziś dzień w całym lakonizmie swych siedmiu zaledwie artykułów, wysiliwszy się w ciągu stu czterdziestu czterech lat swego żywota tylko coś na dziewiętnaście poprawek i uzupełnień.

Konstytucja Stanów Zjednoczonych posiada wybitne cechy, wyróżniające ją w szeregu statutów nowoczesnego ludowładztwa. Najgłówniejszą z nich bodaj jest bardzo silne uniezależnienie wszystkich trzech władz naczelnych, przy poddaniu ich jednakże ciągłej i wzajemnej kontroli.

Jeżeli według konstytucji izba poselska stanowi żywioł ulegający bardzo łatwym odpływom i przypływom, gdyż tworzą ją posłowie, wybierani na dwa lata w stosunku jeden poseł na każde trzydzieści tysięcy obywateli uprawnionych (cenzus 1910 roku ustanowił jednego posła na każde dwieście jedenaście tysięcy obywateli), to jednak miarkuje ją w zapałach silny, a z natury swej raczej konserwatywny senat.

Senat amerykański składa się tylko z wybieranych przez każdy stan przedstawicieli na lat sześć z tym, że co dwa lata jedna trzecia część mandatów senatorskich podlega balotowaniu5.

Uprawnienia senatu amerykańskiego są potężne. Jest on kontrolerem izby niższej, jej ciałem apelacyjnym, ale nade wszystko senat jest kontrolerem władzy prezydenta Stanów Zjednoczonych i do pewnego stopnia jego mocodawcą.

Konserwatyzm jego wynika stąd, że każdy stan, bez względu na liczbę swoich mieszkańców, wybiera dwu senatorów. Więc, na przykład, stan nowojorski wybiera do izby poselskiej czterdziestu trzech reprezentantów, a tylko dwu senatorów — stan Montana zaś ma prawo jedynie do dwu reprezentantów, stan Rhode Island tylko do trzech, Południowa Dakota również tylko do trzech, ale każdy z tych stanów wyprawia do Waszyngtonu po dwu senatorów. Czyli stany mniej zaludnione, mniej uprzemysłowione, mniej ulegające prądowi nowoczesności, wpływowi neo-Amerykanów, dominują, rozstrzygają. Czyni to niewspółmierną różnicę pomiędzy wartością istotną mandatów, boć senator nowojorski reprezentuje sześć milionów mieszkańców, pensylwański niemal pięć milionów, senator z Missisipi jeden milion, a senator z Nevady tylko czterdzieści pięć tysięcy mieszkańców.

Prezydent Stanów Zjednoczonych wybierany jest przez elektorów powoływanych przez wyborców danego stanu spośród obywateli, niebędących członkami ani senatu, ani kongresu, ani też nie piastujących w ogóle żadnego urzędu. Każdy stan wybiera tylu elektorów, ilu posiada w kongresie posłów i senatorów. A więc w tym wypadku stany najbardziej zaludnione mają głos decydujący.

Prezydent wybierany jest tylko na cztery lata. Ma więc termin mandatu o dwa lata krótszy od senatorskiego. Ustępujący prezydent może być wybrany na następne czterolecie, prawo obyczajowe wszakże po ośmiu latach urzędowania nie dopuszcza do ponownego wyboru.

Prezydent Stanów Zjednoczonych posiada istotnie bardzo rozległą władzę. Jest wodzem sił zbrojnych, stoi na czele mianowanych przez siebie sekretarzy (ministrów), którzy urzędują z jego ramienia i są jedynie przed nim odpowiedzialni. On jest sternikiem nawy6 państwowej, kierownikiem polityki zagranicznej, wykonawcą prawa i jego strażnikiem.

Senat jednakże, jak było powiedziane, posiada w stosunku do prezydenta znaczne prerogatywy. A więc prezydent mianuje kandydatów na członków Najwyższego Trybunału, na ambasadorów, wyższych urzędników, ale zawsze za wskazówką senatu i przy zatwierdzeniu senatu. Prezydent zawiera lub zrywa traktaty, ale znów pod warunkiem zgody dwu trzecich izby senatorskiej.

I vice versa7, prezydent ma przywilej obsadzania wszelkich wakansów8 w czasie odroczenia posiedzeń senatu, ma prawo weta, a więc zawieszania powziętych przez obie izby uchwał i żądania powtórnego ich rozpatrzenia. Trzyma w rękach arkana wszystkich federalnych instytucji, jak skarb państwa, jak poczta, jak sekretariat stanu, jak sekretariat spraw wewnętrznych — władza jego sięga dalej aniżeli władza angielskiego króla.

Prezydent Stanów Zjednoczonych jest nie tylko przedstawicielem czy najjaśniejszym manekinem sfederowanych republik, lecz istotną głową rządu, jest nie samym symbolem majestatu, ale zasadniczym jego czynnikiem. Nie jest echem ukrytych sprężyn ministerialnych, nie jest uroczystym parawanem i nie jest owym dostojnikiem, którego głównym obowiązkiem jest przyjemny wyraz twarzy, kiwanie się do taktu hulających w parlamencie prądów, lecz jest przewodnikiem samodzielnym, narzucającym raczej swe poglądy, jest zawsze nie wykonawcą cudzych, lecz nade wszystko własnych poczynań.

I kiedy zdawałoby się niejednemu, że Mussolini9, że jakowyś Kemal Pasza10 winni zazdrościć prezydentowi Stanów Zjednoczonych tego dziesiątkami lat uświęconego dyktatorstwa, tam, w skąpanym w słońcu Białym Domu, strażuje podczas11 ostra, nieubłagana litera konstytucji amerykańskiej, tam czuwa zwarta, silna a solidarna masa dwu partii politycznych, dwu rządzących stronnictw.

I tam, co więcej, stoi warta czterdziestu ośmiu stanów, czterdziestu ośmiu wolnych, sfederowanych, równych sobie republik. One czuwają, one baczą, aby nikt nie śmiał tknąć bodaj jednego przecinka konstytucji Stanów Zjednoczonych... Konstytucja bowiem murem stoi. Na byle poprawkę, na byle drobiazg nie wystarcza uchwała kongresu, nie wystarcza zgoda prezydenta, nie wystarcza plebiscyt, trzeba jeszcze głosowania wszystkich poszczególnych „legislatur”, one dopiero władne są zatwierdzić lub odrzucić propozycję Waszyngtonu.

A nad wszystkimi kwestiami spornymi, międzystanowymi zatargami, poza kongresem, poza prezydentem trwa Najwyższy Trybunał złożony z sędziów nienaruszalnych, którzy często przez kilkadziesiąt lat ważą na szali najdonioślejsze zagadnienia, nie wahając się ani chwili potępić decyzji bodajby samego prezydenta.

Sfederowane republiki amerykańskie pomimo tej wspólnej konstytucji nie wyrzekły się swych prowincjonalnych autonomii, nie wyrzekły się swych własnych statutów. Uznały jedynie potrzebę zgodzenia się na pewne wspólne dla wszystkich instytucje, uznały potrzebę poddania się jednej i tej samej dyrektywie, nie zrezygnowały przecież z żadnego ze swych własnych atrybutów.

Wyraz „stan” (state) znaczy dokładnie państwo i jest popularnym skrótem oficjalnego tytułu każdej poszczególnej należącej do federacji republiki.

W języku potocznym mówi się i pisze „stan Pensylwania”, w języku urzędowym trzeba jednak zawsze pamiętać, że Pensylwania nigdy nie przestała być ani na sekundę hardą „Commonwealth of Pennsylvania” — Rzeczypospolitą Pensylwańską.

Stolicą Stanów Zjednoczonych jest Waszyngton, położony na skrawku neutralnej ziemi, skrawku zwanym Obwodem Columbia, „District of Columbia”. Skrawek ten pozostaje pod bezpośrednią władzą prezydenta i kongresu. Mieszkańcy jego nie biorą udziału w wyborach ani federalnych, ani miejskich.

Natomiast każdy stan posiada własną stolicę i we własnej stolicy ma również tak zwany „kapitol”, czyli siedzibę swego stanowego parlamentu, swej legislatury stanowej, złożonej ze stanowych senatorów i posłów stanowych, tak zwanych „assemblymanów” oraz z jakby swego własnego „prezydenta”, naczelnika stanowej władzy wykonawczej, zwanego „gubernatorem”.

Każdy ze stanów jest miniaturą ustroju konstytucyjnego całego państwa. Gubernator stanowy jest wybierany na dwa, trzy, lecz przeważnie na cztery lata, senatorzy i assemblymani miewają jednoroczne lub co najwyżej dwuletnie mandaty.

Stany rządzą się własnymi statutami. Te ich przecież własne statuty muszą być zgodne z duchem Stanów Zjednoczonych.

Wolno poszczególnym stanom wprowadzać te lub inne obostrzenia, wolno, na przykład, mieć odmienne prawo spadkowe, inne opodatkowanie na rzecz powiatów czy gmin, ale nie wolno żadnemu stanowi wprowadzać praw, które by gwałciły wolność prasy, które by uchybiały swobodzie zebrań, które by sprzeciwiały się zasadniczym artykułom konstytucji sfederowanych republik.

Każdy akt prawny dokonany w danym stanie, musi być uznany za prawomocny i w innym stanie. Każdy obywatel jednego stanu zażywa przywilejów w innych stanach na równi z obywatelami tych stanów. Każdy obywatel stanu Michigan może przenieść swe penaty12 do stanu Oregon i zostać obywatelem stanu Oregon i odwrotnie. Ta zamiana następuje automatycznie po roku czy już po kilku miesiącach stałego rezydowania w pewnej miejscowości.

W kwestiach ustawodawczych różnice między stanami pokrywają się za pomocą wzajemności...

Weźmy drobny przypadek, dotyczący przywileju samochodowego.

Dajmy na to, że stan Indiana uchwalił w swoich przepisach, że automobilista przybywający z innego stanu po dwumiesięcznym pobycie powinien wykupić tablicę stanu Indiana. Tymczasem stan Maryland jest liberalniejszy, orzekł bowiem, że przybysz z innego stanu może przez całe cztery miesiące podróżować po całym stanie z tablicą innego stanu. Owóż ten przepis stanu Maryland stosuje się tylko do tych stanów, które uchwaliły u siebie równie czteromiesięczny termin. Automobilista z Indiany będzie zaś podlegał prawu „wzajemności”, czyli że dla niego nawet w Maryland termin będzie ograniczony tylko do dwu miesięcy.

Sfederowane republiki strzegą zawistnie swej własnej niepodległości.

„Legislatury” nie mieszają się do spraw przekazanych Waszyngtonowi, w zatargach swych z innymi republikami poddają się kornie wyrokowi Najwyższego Trybunału, ale do wewnętrznej swej procedury, do własnego gospodarstwa nie pozwalają się mieszać nikomu.

Gorze13 jakiemuś policjantowi z Wisconsinu, który by śmiał naruszyć granice stanu Minnesota i na ziemi minnesockiej choćby podrzędnego draba za portczyny ucapić.

Toć gwałt, toć burza rozpętałaby się w kapitolu minnesockim, całe miasto St. Paul zatrzęsłoby się w posadach i gromami rzuciłoby w kapitol wiskonsiński i targnęłoby murami Madisonu.

Nie ma zmiłowania! Jeżeli władza wykonawcza stanu Wisconsin chce się rozprawić z przestępcą, który „wieje” do stanu Minnesota, w takim razie winna drogą dyplomatyczną... zażądać wydania przestępcy...

Poza całkowitym samorządem, jak najdalej sięgającą autonomią miast i powiatów, Stany Zjednoczone różnią się i tym jeszcze od innych republik, że nie posiadają centralizacji państwowej ani dla problematów oświatowych, ani dla zagadnień sprawiedliwości.

Stany Zjednoczone nie mają kodeksu, mają pewne normy podstawowe, a zresztą rządzą się prawem obyczajowym, a więc zbiorem wyroków zapadłych na ziemi amerykańskiej, a choćby na ziemi angielskiej, o ile by szło o interpretację sięgającą do zamierzchłych czasów.

W przypadkach nowych powikłań rozstrzyga osobiste przeświadczenie sędziego, zresztą bardzo dowolne ferujące wyroki.

Najwyżsi jedynie dygnitarze sądownictwa amerykańskiego podlegają nominacji prezydenta lub gubernatora i zatwierdzeniu przez senat federalny lub stanowy. Wszyscy inni są wybierani przez powszechne wybory na pewną określoną liczbę lat.

W ten sam sposób tworzą się władze edukacyjne z tą przecież różnicą, iż rząd federalny żadnego już udziału w tych sprawach nie bierze, poprzestając na prowadzeniu statystycznych wykazów w departamencie spraw wewnętrznych.

Różnice zachodzące pomiędzy poszczególnymi stanami, odmienne zapatrywania na takie zagadnienia jak kara śmierci, odpowiedzialność nieletnich, ustrój więziennictwa i tym podobne wytwarzają tak silny zamęt, tworzą tak trudne do rozwiązania sploty, że działalność prawników jest ograniczona ramami tego stanu, w którym zamierzają praktykować, a z którego praw i statutów, po ukończeniu uniwersytetu, dodatkowe złożyli egzaminy.

Wszelkie zresztą niedomówienia konstytucyjne czy statutowe reguluje wieloprzymiotnikowe prawo wyborcze, które obywatelowi Stanów Zjednoczonych pozwala każdą z najmniejszych komórek ustroju państwowego zmieniać, ulepszać czy konserwować.

Polityka wewnętrzna Stanów Zjednoczonych opiera się dotychczas na dwu dominujących ugrupowaniach. Na republikanach i na demokratach. Są to dwa stronnictwa rządzące, dokładniej odbierające sobie na zmianę berło władzy, jakby wzorowane na angielskich wigach14 i torysach15, bo równie jako niegdyś wigowie i torysi doprowadzone do walki nie o postulaty, nie o racje polityczne, lecz o zdobycie stanowisk dla swoich prowodyrów.

Rozłam początkowy, datujący od czasów prezydenta Jacksona, rozłam, a właściwie spór stanów północnych z południowymi, przemysłowo-handlowych z rolniczymi przeszedł przez cały szereg rozmaitych zagadnień, którymi legitymowali się republikanie lub którymi demokraci różnić się chcieli od republikanów.

Dojście onego czasu Abrahama Lincolna16 do władzy, Wojna Cywilna17, bratobójcza wojna południa z północą zaostrzyły różnice między współzawodniczącymi stronnictwami, czas je wreszcie stępił i sprowadził, jak było powiedziane, do walki o stanowiska, do walki o urzędy, do walki o władzę.

Zewnętrznie partia republikańska reprezentuje żywioł kapitalistyczno-konserwatywny, ulega wskazaniom protestantyzmu, opiera się nawet na zwartych grupach metodystów, prezbiterian i unitarian, zmierza do zamerykanizowania przybyszów za pomocą anglizacji, objawia dążenia centralistyczne, a więc takie, które dążą do większego scalenia sfederowanych republik, respective18 okiełzania autonomicznych wybryków.

Partia demokratyczna idzie w kierunku decentralizacji władzy, gra na sentymentach mas wielkomiejskich, głosi jak najdalej idącą tolerancję w stosunku do grup narodowych, nie ma żadnych uprzedzeń religijnych, ma całkowitą powolność dla katolików i dla Żydów, przebąkuje o sprawiedliwszym podziale bogactw, wypiera się wszelkiej ksenofobii wobec imigrantów.

Z dwu tych stronnictw partia republikańska, która, co więcej, wywodzi się z dawnych angielskich wigów, jest bardziej zwarta, bogatsza w środki materialne, zajadle popierana przez masonerię i jedynie w przypadkach ciężkich przesileń wewnętrznych ustępująca demokratom rezydencji w Białym Domu.

Na trzydziestu jeden prezydentów Stanów Zjednoczonych zaledwie dziewięciu było demokratami i z reguły każdy z nich wypływał w momencie silnego wrzenia wewnętrznego. Z chwilą powrotu równowagi republikanie dotychczas zawsze odzyskiwali utraconą władzę.

Od lat kilkunastu w Stanach Zjednoczonych kiełkują prądy socjalistyczne, liberalne, czy, jak je nazywają, postępowe. Mają nawet swych posłów, swych senatorów, lecz dotychczas nie zdołały wytworzyć stronnictwa, które by mogło stanąć w szrankach do walki z demokratami i republikanami.

Walka wyborcza w Stanach Zjednoczonych w środkach nie przebiera. Do walki tej idą periodycznie nie tylko hasła, programy, frazesy, lecz, co więcej, dolary, intrygi, oszczerstwa, w krytycznych chwilach pięści, a w ostatku rewolwery.

Jedne wybory następują za drugimi, walka wybucha co chwila, o prezydenta, o senatora lub kongresmana, o miejsce w senacie czy w sejmie stanowym, o gubernatora, o prezydenturę miasta, o miejsce ławnika, o krzesło sędziowskie, o stolik sekretarza hipotecznego, o miejsce członka rady szkolnej itd., bez końca. Idzie walka nawet o ten „job” miejski, który powołuje obywatela Stanów Zjednoczonych do zamiatania ulic w nieskazitelnie białym ubraniu...

Idzie w Ameryce walka o każdy urzędzik, o każdą byle posadkę.

Trzeba się brać za bary, trzeba iść na ostre za swym kandydatem, bo, jeżeli ten własny demokratyczny czy republikański kandydat nie przejdzie w wyborach, w takim razie te posadki, ten chlebuś powszedni dostanie się przeciwnikom. To szamotanie się bowiem republikańsko-demokratyczne ma swoje, latami uświęcone praktyki... Żadnego zmiłowania dla zwyciężonych, bo trzeba jak najwięcej miejsc dla zwycięzców.

W momencie, kiedy w podwoje Białego Domu po prezydencie demokratycznym wkracza prezydent republikański, w tym samym momencie niby ulęgłe owoce za podmuchem wiatru, spadają ze wszystkich urzędów, ze wszystkich bez wyjątku stanowisk wszyscy po kolei demokraci.

Kiedy republikański „mayor”, czyli prezydent miasta Chicago, sławetny Thompson został pobity na głowę przez demokratę Čermaka, w tym samym dniu Čermak otoczony stu detektywami, podpisał na pierwsze danie 2000 (dwa tysiące) dymisji republikańskich urzędników i funkcjonariuszy municypalności chicagowskiej... i bez prawa do emerytury!...

Z tym obyczajem partyjnym społeczeństwo amerykańskie od dawna się oswoiło.

Nikt się nie unosi czułostkowością, nikt się nie sroma19 tej maniery.

Stronnictwo zdobywające większość zagarnia urzędy wybieralne. Ci zaś, którzy je zdobywają, chcą mieć dokoła siebie swoich ludzi, ludzi swego stronnictwa. Co więcej, partyjnicy od swych triumfujących kandydatów żądają ekwiwalentu...

Z tej naturalnej może logiki rodzi się, nieznana gdzie indziej w brutalności swej, walka wyborcza. Tu nie idzie o żadne deklamacje poselskie, nikt sobie głowy nie suszy ideologią, jakimiś urojeniami czy obietnicami, tu krociom tysięcy idzie o byt, o utrzymanie, o jutro ich własnych rodzin.

Są w Ameryce ludzie trwający poza błędnym kołem tych tarć, patrzący dobra kraju, szukający podniosłych wskazań, nowych horyzontów, lecz wyborami trzęsą ci, dla których te wybory są upragnionym szczeblem, są omastą20 czy choćby tylko czerstwą kromką chleba.

Walka kosztuje, na walkę trzeba pieniędzy. Nawet stronnictwo trzymające w danej chwili władzę, a więc operujące posłusznym aparatem państwowym, nie śmie lekceważyć przeciwników, musi wykładać, musi łożyć na wybory.

Skądże czerpać pieniądze?

Partie mają składkowe fundusze, ale tego mało, tego zawsze za mało. A więc trzeba, żeby na wybory dawali ci, którzy na wyborach bezpośrednio skorzystają.

Jest pan dobrodziej członkiem Rady Szkolnej miasta Detroit — nie ma pan prawie żadnej pensji, otrzymuje pan co najwyżej diety za stracony czas na sesjach... Ale chciałby pan być tym członkiem Rady Szkolnej, bo członkowie Rady Szkolnej mają ładne dochody, bo panowie ławnicy miasta Chicago umieją robić majątki, bo byle „kapitan” policji w Cleveland opływa jak pączek w smalcu...

Któż tedy ma łożyć na wybory?

Chyba ten, który chciałby zyskać poparcie stronnictwa, który by chciał, aby przyszły wybraniec mianował go swoim kancelistą, zrobił go bodaj komisarzem zdrowia, lekarzem w szpitalu, nauczycielką w szkole publicznej.

Więc kandydat na ławnika (aldermana), na szefa policji czy na policyjnego pachołka musi się opodatkować, musi na wybory złożyć część swojej własnej pensji czy też cząsteczkę naciułanych przez siebie pieniędzy.

Wybory są kosztowne.

Trzeba opłacać naganiaczy, trzeba reklam, trzeba zgłodniałej prasie zapłacić za tyle i tyle artykułów z „portretami”, trzeba smarować, trzeba fundować głuptaskom, trzeba chytrym mizerakom wtykać wprost po piątce za głos, trzeba, niestety zdarza się to nazbyt często — fałszować głosy, do opieczętowanych skrzynek ładować podrobione „baloty”, trzeba strachem brać opozycję, trzeba drogą przestępstwa dojść do... praworządności.

Nawet w Ameryce zdumienie ogarnia społeczeństwo, ile taki kandydat musi, ile może wydać na swoje własne wybory swego faworyta...

Senat Stanów Zjednoczonych w swoim gronie usiłuje tępić zło w zarodku. Senat przy sprawdzaniu mandatów dociera, ile kosztowała kampania wyborcza danego senatora, czyli21 nie przebrał miary... W przypadku zbyt bezczelnego przekupstwa senat unieważnia mandaty.

W roku 1928 w stanie Pensylwania taki poszukiwacz senatorskiej godności wyłożył był okrągłe osiemset pięćdziesiąt tysięcy dolarów na agitację... Była to tak potworna suma, iż senat przepędził wybrańca, słusznie kalkulując, że ów jegomość musiał knować nie lada zamach, jeżeli w ciągu lat sześciu zamierzał był pokryć wyłożone przez drugich na jego kandydaturę kapitały.

Pani McCormick z Chicago przyznała się była w czasie podobnego dochodzenia, że ją wybory kosztowały około dwustu tysięcy i to wybory nieszczęśliwe, bo po zdobyciu nominacji przy ostatecznym głosowaniu poniosła klęskę.

Im potężniejszy mandat, im większa władza elekta, tym potężniejsze wchodzą w grę siły. Toć i wielkie kapitały czuwają, baczą magnaci, nie zasypiają sprawy rozmaici „królikowie” od poszczególnych działów produkcji, każdy chce mieć u steru swego człowieka; jednemu potrzebny jest do interesu skarbnik stanowy, drugiemu gubernator, trzeciemu drogowy komisarz.

W komisjach weryfikacyjnych zbierają się chmury, grom wisi w powietrzu, uderza jednak bardzo rzadko, przestępstwo wyślizguje się, na dwudziestu dwustu ma świadków w odwodzie.

Po każdych wyborach zalega cisza. Chwila uspokojenia.

Zwycięzcy gospodarzą, zwyciężeni hartują siły, gromadzą środki na najbliższe jutro.

Usposobienie panuje pogodne, nie ma szykan, nie ma wzajemnego dręczenia. Demokraci strzegą pilnie należnego poszanowania dla republikańskich dygnitarzy, republikanie nie ważą się uchybiać demokratycznemu prezydentowi.

Po wściekłym tarmoszeniu się, po nabiciu sobie bolesnych guzów, niby na pięściarskich zawodach, silniejszy uderzeniem w gębę rozciągnął przeciwnika na ziemi... i już po chwili troszczy się o jego zdrowie i pomaga wachlować go ręcznikiem...

Następuje teraz mniej lub więcej gwałtowne wycofywanie poniesionych kosztów, ekwiwalent za położone na rzecz zwycięzcy zasługi.

Dochody prawne nie zawsze wystarczają, trzeba szukać ubocznych zysków, trzeba szukać tak zwanego w Ameryce „graftu22”.

„Graft” jest w pewnym stopniu tolerowany. Niby dawna łapówka rosyjska, o ile nie przebiera miary, o ile trzyma się „rangi”, jest manipulacją nie tyle godziwą, ile powszednią. Nie na to się człek dorwał urzędu, aby biedą handlował.

Wielki „graft” pracuje w rękawiczkach. Operuje taryfami, cłami ochronnymi, koncesjami, pożyczkami, operuje milionami.

Opinia publiczna ma dla takich rękawiczek ironię zaledwie.

Prasa amerykańska umie z całą pogodą ducha zwiastować nowinę, że po takim a takim krachu na giełdzie czy po takim i takim „pushu” ten i ten sekretarz stanu, a więc minister, obudził się o całe trzysta milionów dolarów bogatszym... aniżeli był dnia poprzedniego — albo że imponujący prokurator stanu Illinois był osobistym przyjacielem poległego na stanowisku... naczelnika szajki bandyckiej...

Grafciarstwo, schodząc po szczeblach na dół, przybiera naturalnie coraz przykrzejsze formy. Łagodzi je przecież względna krótkotrwałość urzędów wybieralnych, częste zmiany u żłobów, pozbywanie się osobników zbyt chciwych czy też filozoficzne oczekiwanie swej własnej kolei...

Stany Zjednoczone są państwem tak możnym i zamożnym, że w ogólnym rachunku uszczerbku nie ponoszą. Parę milionów mniej lub więcej czy paręset tysięcy jeszcze wydanych na budowę pomnikowego gmachu, toć w gruncie rzecz mała. Niechże się żywią ci u wielkiego stojący ołtarza...

Smutny wpływ „grafciarstwa”, pchania się do urzędów ludzi przebiegłych, chciwych zaczyna się dopiero tam, kędy czuwać powinni strażnicy prawa i ładu publicznego.

Wymiar sądownictwa w Ameryce, zwłaszcza na niskich szczeblach sądownictwa, bywa przykry, opłakany. Na stolce sędziowskie dostają się często ludzie nie najlepsi, ludzie słabi, zniewoleni ulegać swym mandatariuszom, śród adwokatury plenią się chmyzy23.

W tym kierunku, być może, stosunki w Stanach Zjednoczonych nie są gorsze niż gdzie indziej. Kauzyperdstwo24 i pieniactwo są liszajami, które dręczą nawet względnie zdrowe organizmy społeczne.

W Ameryce przecież te liszaje znajdują bodaj podatniejszy grunt, bo, jak było powiedziane, brak kodeksów, elastyczność prawa obyczajowego, niesłychanie zawiła procedura i krocie ludzi albo niemających pojęcia o normach prawnych albo, jako cudzoziemcy, stojących poza przywilejami obywatelstwa.

Adwokatura w Ameryce jest prawie że sportem, jest zabawą w wykręty, w kruczki, w grę słów. Obrona zbrodniarza polega nie na chronieniu przestępcy przed bezwzględnością sądu, przed jednostronnością oskarżenia, lecz na przedzierzganiu łotra w aniołka, a w ostateczności w Bogu ducha winnego idiotę. Adwokat bez żadnych osłonek publicznie rozpowiada, że mordercy kazał stanąć na stanowisku „not guilty” — dowodzić swej niewinności, to znaczy, że kazał mu wyprzeć się początkowych zeznań, zaprzeć zbrodni...

Kiedy morderca czy rozbójnik nie przedstawia dla adwokata ani materialnego zysku, ani nie wróży listka sławy obrończej, kiedy idzie o jakowegoś banalnego, nieciekawego przestępcę wówczas swada adwokacka obojętnieje na prokuratorskie wywody... Mali nędznicy, ubodzy nędznicy płacą rachunki wielkich niegodziwców.

W sprawach kryminalnych jedynie kara śmierci, a obok niej upór gubernatora stanu — gubernatorzy posiadają przywilej ułaskawiania delikwentów — jest nieodwołalna... Wszystkie inne terminy więzienia aż do „dożywotniego więzienia” zależą od „dobrego sprawowania się skazańca”... i znów od łaski gubernatora... Gubernatorzy zmieniają się szybko, zależą znów od wyborców, od wpływów „politycznych”... W dobrze urządzonych, zdrowych więzieniach pokuta, ekspiacja skraca terminy w szybkim tempie.

Niektóre stany dochodzą w korupcji do krańca. Taki stan Illinois, a zwłaszcza sławetny powiat Cook, tworzący właściwie obwód miasta Chicago, od szeregu lat cierpi na wołającą o pomstę bezkarność dla wszelkiego bandytyzmu. Prokuratoria idzie o lepsze z sądownictwem i policją. Zakrawa chwilami na włoską Camorrę, na Mafię. Dobre duchy obywatelskie kruszą kopie, zrywają się do walki garstki zacnych sądowników, trąd szerzy się. Cynizm swój posuwa do tego, że pogrzeb bandyty zamienia w olbrzymi pochód wieńców, składanych przez dostojników sądownictwa, przez wybrańców ludu!...

Zwykłe oszustwo, szalbierstwo na większą skalę, nadużycie zaufania, te najczęściej przybierają beznadziejną formę procesów cywilnych, niosących pokrzywdzonym lata niepokoju i przyprawiających ich o znaczne koszty...

Procedura bowiem cywilna jest bodaj jeszcze zawilsza. Tu zysk wygrywa z reguły. Tu już za bary biorą się często tak zwane „firmy adwokackie”, olbrzymie instytucje prawnicze, tworzące spółkę dwu, trzech i dziesięciu naraz przedsiębiorców-adwokatów... Taka „firma” ma cały sztab urzędniczy, ma kohorty popychlów i naganiaczy, ma stosunki, ma wpływy, ma kumotrów i znajomków co najwpływowszych. Ona dopiero działa, porusza wszystkie sprężyny, wlecze terminy miesiącami, na lata je rozkłada, a w krytycznym momencie umie nawet za plecami klienta układać się z „firmą” adwokacką strony przeciwnej...

Gorze25 się procesować w Stanach Zjednoczonych, mocnych trzeba po temu nerwów, worków pieniędzy i matuzalowej26 cierpliwości.

Lepiej się pogodzić, załatać spór, wziąć centa za dolara, darować krzywdę, puścić w niepamięć obelgę, aniżeli narazić się na obelgi adwokackie strony przeciwnej...

Dowcip adwokacki opowiada, że gdy do jednego z wytrawnych prawników amerykańskich przybył po poradę zdesperowany urzędnik banku, który popełnił był27 nadużycie, a któremu groziło lada chwila uwięzienie... prawnik wypytał desperata o wszystkie szczegóły, a wreszcie kazał mu nazajutrz ukraść jeszcze całe sto tysięcy dolarów i dolary te przynieść doń natychmiast... Nazajutrz prawnik zameldował się do prezesa banku.

— Jeden z pańskich urzędników popełnił nadużycie, sięgające dwustu tysięcy dolarów. W tej chwili jest już w drodze... Jeżeli przecież bank zgodzi się podpisać zobowiązanie, że zaniecha względem niego kroków sądowych... w takim razie będzie można od przestępcy odebrać pięćdziesiąt tysięcy dolarów... to znaczy tyle, ile ze sprzeniewierzonych pieniędzy nie zdołał jeszcze roztrwonić...

Prezes banku sprawdził jedynie, iż nieuczciwy urzędnik nie był „pod bondem”, a więc nie był asekurowany... i wobec tego zgodził się natychmiast... Lepsze pięćdziesiąt tysięcy, aniżeli szukanie winowajcy po stanach i wątpliwa satysfakcja osadzenia go w chwilowej kozie....

Ten sam dowcip twierdzi, że obrotny „prawnik”, użalił się niedoli lekkomyślnika i machnął ręką na honorarium...

Jeżeli sprawa da się doprowadzić do Sądu Federalnego, do Najwyższego Trybunału, wówczas kruczki adwokackie ulegają okiełznaniu, a wymiar sprawiedliwości nie da się zabałamucić.

Niekiedy przecież nawet władze naczelne, nawet sam Waszyngton musi się uciekać do nie lada konceptów, aby chwycić notorycznego rzezimieszka...

Przykładem takiej komedii była ostatnio sprawa głośnego Al Capone, szefa handlarzy wódką i piwem, właściciela domów gry, domów nierządu, organizatora mordów i napadów bandyckich. Owóż ten Al Capone miliony „zarabiający” rozbójnik chicagowski zażywał całkowitej bezkarności... Nie było dlań ani prokuratora, ani sądu, ani świadka, ani winy... Dygnitarze stanu Illinois nie ważyliby się tknąć tak hojnego magnata... W ostatku władze federalne postanowiły skończyć z Al Caponem... Lecz jak? Udało się raz na Florydzie, kędy rozbójnik przebywał na wilegiaturze28, chwycić go na noszeniu „ukrytej” broni... Była to przyczepka oczywiście... Lecz wskutek tej przyczepki wezwano Al Capone’a do sądu w taki sposób, że się na wezwanie nie stawił... Wówczas wytoczono mu sprawę o „obrazę sądu”... A w dalszym ciągu załadowano go do więzienia pod zarzutem przestępstwa federalnego, bo ukrywania dochodów i płacenia o wiele niższych podatków... Chociaż, jak twierdzili niektórzy, Al Capone bardzo skrupulatnie wykazywał wszystkie dochody z kontrabandy, z kradzieży, z handlu żywym towarem i tajnych szulerek...

Przy takim dopiero podstępie władze federalne mogły zamknąć bandytę i mordercę... Mogły go pozbawić wolności za ukrycie dochodu z grabieży — zarobku na zabójstwie — zysku na morderstwie — ale nigdy ani za grabież, ani za zabójstwo, ani za mord — gdyż tego rodzaju sprawy mogą jedynie wszczynać władze stanowe...

Przy tych udrękach w Stanach Zjednoczonych podziewa się równocześnie jowialny typ sędziego dziwaka, rodzaj francuskiego „bon juge”, zażywający w najlepszej wierze pełni praw swego sędziowskiego mandatu i koncypujący wyroki, które, zakrawając na Salomonowy rozmach, odznaczają się swym zdrowym humorem.

Najprzykrzejszą bolączką ładu publicznego w Ameryce jest policja.

Policja amerykańska zasadniczo nie jest instytucją ogólnopaństwową ani nawet stanową.

Rząd federalny ma od lat dwunastu policję prohibicyjną, czuwającą nad przestrzeganiem abstynencji czy dokładniej zakazu wyrabiania i sprzedaży napoi alkoholowych, ma dalej policję celną, ma wreszcie służbę wywiadowczą, ale w całej swej rozciągłości policja, jako siła prewencyjna czy persekutywna29, jest głównie powiatowa lub miejska, i jako taka tworzy sieć organizacji samorządowych, niezależnych i ze sobą niepołączonych. Dalej jeszcze policja w Ameryce bywa prywatna — a dopiero w ostatku jest również i stanowa, lecz sięgająca w razach wyjątkowych już i milicji stanowej, a więc straży obywatelskiej.

Policja jest w ręku ludzi, piastujących urzędy z wyboru, automatycznie więc jest narzędziem gry politycznej, jest ciągle rezultatem wyborów i tym samym jest zarażona „graftem”.

Wczoraj był szlifibrukiem, komiwojażerem, przedsiębiorcą, dzisiaj z kancelisty w związku tramwajarzy wystrzela na komisarza bezpieczeństwa publicznego, na szefa policji miasta Omaha. Nominację swoją otrzymał wprost od nowo wybranego prezydenta miasta (mayora), dostał przy rozrachunku po zwycięskiej kampanii wyborczej... I ze swej strony otwiera drzwi na ścieżaj dla adherentów30 niższego pokroju.

A więc póki urzędu tego samego mayora, póki jego czteroletniej władzy, czy póki tego samego szefa, póty dany jegomość będzie zażywał prerogatyw strażnika bezpieczeństwa publicznego.

A jest się o co ubiegać. W takim Nowym Jorku uposażenie policjanta wynosi (nie licząc dochodów) dwieście dwadzieścia pięć dolarów miesięcznie, a więc daleko więcej aniżeli przeciętne uposażenie nauczyciela szkoły wyższej (po polsku średniej), niż urzędnika bankowego starszego autoramentu. W małych miastach i osadach policjant w tym samym stosunku jest zawsze dobrze płatnym funkcjonariuszem.

Sute wynagrodzenia, niezależność materialna nie wywierają spodziewanego wpływu, bo nie równoważą niepewności jutra.

Duch policji amerykańskiej przy gentlemańskich pozorach na „reprezentacyjnych” ulicach... jest chropowaty, szorstki i w poczuciu swej siły brutalny.

Wielki, apoplektyczny drab, uzbrojony w słynną pałkę drewnianą, zawieszoną na kiści, a zawsze gotową do grzmocenia, przy byle sposobności rozbija głowy, masakruje oblicza, przetrąca łopatki.

Mister officer”, jak obowiązek nakazuje tytułować zwykłego policjanta, posiada uprawnienia, o jakich się nikomu nie śniło. Każdy jego rozkaz musi być wypełniony natychmiast, za byle krnąbrność wolno mu puścić w ruch egzekutywę pałki bez żadnej za jej użycie odpowiedzialności.

Policjant kazał skręcić w lewo, gapeusz skręcił w prawo, padł jeden wyraz i oto leży powalony wściekłym uderzeniem. Trzy miesiące szpitala wystarczy.

Bal, wielki polski bal w Jersey City. Jedwabie szeleszczą, chwieją się wachlarze, muzyka łoskotem jakichś cudacznych rondli akompaniuje jękom saksofonu, pary suną rozbawione.

Pośrodku sali balowej dwu policjantów w czapach okręca figlarnie białe pałki. Naraz bystre oko jednego z nich dostrzegło jakiegoś mniej wytwornego tancerza, bardziej przylegającego do swej damy. Jeden skok, łysk białej pałki i tancerz pada jak długi u stóp swej wybranej. Policaje chwytają go za kark i wyrzucają dosłownie na bruk uliczny.

Nazajutrz miejscowa prasa zamieszcza pełne zachwytu notatki o pięknym balu, uświetnionym obecnością przedniego towarzystwa.

Z policjantem amerykańskim nie ma żartów, trzeba być dlań bardzo grzecznym, trzeba omastą łagodzić jego szorstkość i trzeba pamiętać na jego pałeczkę.

Już w Nowym Jorku przy wylądowaniu można zauważyć zaiste dziwny sposób zachowania się względem policji, można spotkać na piątej Avenue eleganckich dżentelmenów zamieniających uścisk dłoni na rogu ulicy z panem policjantem, wtykających mu do kieszeni cygara, niekiedy w dolarowe zawijane papierki.

Lecz jakże sobie poczynać inaczej.

Ten oto pan na rogu ulicy zapisuje sobie, na przykład, najspokojniej numer przejeżdżającego samochodu... W ciągu czterdziestu ośmiu godzin właściciel tego automobilu jest wezwany do sędziego policyjnego, gdzie bez żadnych dochodzeń odczytują mu od razu pięćset numerów automobilów skazanych równocześnie na karę po dwadzieścia pięć dolarów każdy za naruszenie przepisów ruchu... Pośród tych numerów znajduje się i jego własny.

Tysiące zapytań ciśnie się właścicielowi samochodu. Za co mu każą płacić? Cóż takiego uczynił? Błąd oczywisty! Pomyłka w numerze!

Nie ma żadnej odpowiedzi, żadnego wytłumaczenia, nie ma czasu na żadne rozprawy, sędzia odczytuje już drugie pięćset numerów samochodów skazanych również na karę po dwadzieścia pięć dolarów, bo wyrok policjanta na rogu ulicy jest bezapelacyjny...

No, niezupełnie.

Wystarczy dotrzeć do pokojówki kucharki pana Walkera, prezydenta Nowego Jorku, aby kara została skasowana, a policjant zgłosił się z przeproszeniem.

Lecz ponieważ trudno jest za każdym razem docierać do wpływów domowych nowojorskich dygnitarzy, więc praktyczniej jest o wiele być w przyjaźni ze swoim policjantem.

A cóż dopiero w zapadłym miasteczku amerykańskim, gdzie policjant ma spółkę ze „squirem31” i gdzie wykraczającego automobilistę chwyta w lot i stawia natychmiast przed oczyma sprawiedliwości. Sprawiedliwość, juścić tańsza na prowincji, w pół minuty smaruje dziesięć dolarów kary za ten wiatr co wieje. Z tych dziesięciu dolarów połowa należy się władzom miejscowym a połowa przypada za fatygę „squirowi”. Ponieważ temu ostatniemu zależy na tych pięciodolarówkach, więc, w myśl zwiększenia obrotu, dzieli się z policjantem.

Spółka ze „squirem” ma tysiące pomysłów, aby, opartemu na dochodzie z kar, najniższemu organowi sądu policyjnego przyczynić korzyści.

Jednym z takich konceptów jest czyhanie na chwilę, kiedy w czasie litewskiego wesela odbywa się tradycyjne tłuczenie talerzy na cześć młodej pary, przy rzucaniu mniej lub więcej hojnych datków, i kiedy podczas zgiełku i ogólnego podniecenia udaje się wpuścić jednego lub dwu prowokatorów wywołujących awanturę... Na tę chwilę czai się policjant z pałką... Aresztuje całe wesele i prowadzi do „squira”... Kilkadziesiąt dolarów spółka dmucha sobie za jednym zamachem...

Gdy się zważy dobrze liczby imigrantów, tłumy niepożywające32 jeszcze z praw obywatelskich, tłumy nierozumiejące się na amerykańskich przepisach, niewładające językiem angielskim, a obok tego i bezsilność policji wobec swoich własnych mocodawców, przymus zamykania oczu na sprawki tych, którym zawdzięczają posady, wówczas dopiero można zrozumieć owe orgie bandytyzmu, pojąć, kędy mogą się podziewać największe łotrostwa...

Trzy tysiące trupów rocznie zbiera jeden Nowy Jork, trzy tysiące zbutwiałych resztek człowieczych wyciąga ze śmietnisk, kanałów, z rozsypisk, z nor, z dywanami wyściełanych apartamentów... Trzy tysiące trupów niezidentyfikowanych, nieznanych, niedocieczonych, szatkowanych w prosektoriach i koszami rzucanych do grzebieniami idących dołów.

Tyle w jednym Nowym Jorku. Lecz kto by się tym przejmował, kto by się tam troszczył. Ani sił, ani środków po temu.

Policja amerykańska ma w ogóle niektóre obowiązki bardzo uproszczone.

Oto spokojnemu człekowi jakiś oszust zagarnął kilka tysięcy dolarów i znikł z najbliższego horyzontu. Policja spisuje odpowiedni protokół i odsyła go do „zarekordowania” kancelarii prokuratora i na tym czynność swą kończy. O ile oszust zjawi się przed upływem terminu przedawnienia, w takim razie czeka go rozprawa sądowa, o ile słuch o nim zaginie, nikt go szukać nie będzie nawet w najbliższej okolicy.

Jeżeli przecież poszkodowany sobie tego życzy, jeżeli poszkodowany złoży na to fundusze, zgodzi się ponieść koszty... A!... W takim razie ruszą detektywi i bodaj pod ziemią winowajcę chwycą. Ale za to trzeba zapłacić, zapłacić grubo, do straconych tysięcy dołożyć tysiące... Więc lepiej złodzieja nie szukać.

Policja amerykańska jest przy tym, jak rzekliśmy, niejednolita.

Policjant miejski, zależny od byle ławnika, nie zgodzi się z policjantem powiatowym czy małomiasteczkowym, policjant miejski nie znosi, aby się doń wtrącał policjant stanowy, policjant stanowy zaś razem z wielkomiejskim policjantem nie cierpią pospołu policji federalnej, polującej na gwałcicieli prawa o wstrzemięźliwości...

A przecież w Ameryce istnieją jeszcze policje prywatne, policje fabryczne, policje kopalniane, policje przemysłowe, policje czuwające bezpośrednio i tylko nad jednym hotelem, policje śledzące tylu i tylu urzędników czy robociarzy, chodzące stadami za jednym jedynym nababem, za jednym potentatem.

A przecież Stany Zjednoczone mają swoją słynną „Secret Service”, mają swój własny wywiad nie tylko polityczny, nie tylko zewnętrzny, ale i wewnętrzny, i handlowy, i ekonomiczny. I posiadają nadto jedyną na świecie organizację państwową, niemającą sobie równej... mają pocztę...

Poczta amerykańska jest instytucją federalną, zależną od Prezydenta Stanów Zjednoczonych. Wszyscy naczelnicy poszczególnych urzędów pocztowych są dygnitarzami federalnymi mianowanymi bezpośrednio przez prezydenta i, o ile należą do przeciwnego stronnictwa, przez nowego prezydenta usuwanymi.

Ci dostojnicy federalni, tak zwani „pocztmistrze”, są mężami zaufania Waszyngtonu, a pośrednio mężami zaufania rządzącego stronnictwa.

Pocztmistrz jest osobą spoza zespołu pocztowców, jest to obywatel, który dostępuje zaszczytu, osiąga urząd bardzo wpływowy, gdyż reprezentuje władzę federalną, komunikuje się bezpośrednio z Waszyngtonem, od Waszyngtonu odbiera wskazania wraz z odpowiednio do zajmowanego posterunku sutym wynagrodzeniem.

Pocztmistrz jest szefem danego urzędu, zwierzchnikiem zastępu zawodowych pocztowców przez cały okres trwania na swym stanowisku.

Poczta w Ameryce przy wielkiej swej sprawności, przy najbardziej postępowych udogodnieniach i ułatwieniach jest, w razie potrzeby, urzędem informacyjnym.

Poczta przez swych listonoszów, przez oficjalistów, przez zwracanie uwagi na rodzaj i ilość odbieranej korespondencji, zna poszczególnych obywateli, ma zawsze zasób wiadomości, ile że nie jest i nie chce być bezdusznym mechanizmem służącym do wymiany posyłek.

Urząd pocztowy w Ameryce ma wpływ bezpośredni na godziwość wszelkich przez siebie załatwianych czynności, rozciąga pieczę rządu federalnego nad najmniejszymi nawet osiedlami w poszczególnych stanach.

Poczta amerykańska załatwia polecenia, ale i kontroluje, ale i tępi zło w zarodku.

Rozsierdził się Gaweł na Pawła, rozgniewała Agrypina na Bibiannę i kropnęła jej w liście cztery kartki duserów, napisała jej od takich i całą najszczerszą prawdę...

Bibisia amerykańska, otrzymawszy tego rodzaju „pasztet”, zdobi się w pogodny uśmiech... Zemsta bywa podobno radością bogów, ale i uciechą ziemskich świntuszków.

Amerykańska Bibisia nie szuka sądu, nie potrzebuje adwokata. Idzie sobie do pana pocztmistrza i przedkłada mu kopertę z listem Agrypinki... I oto rząd federalny wytacza proces piorunowy Agrypinie o... śmiertelną obrazę poczty, obrazę kosztującą dużo dolarów i wiele smętnych godzin za kratami...

Nie wolno bowiem nadużywać dobrej wiary poczty amerykańskiej, nie wolno, w zamkniętych choćby kopertach, używać wyrazów brudnych, nie wolno prowadzić ordynarnych kłótni, nie wolno lżyć, choćby nawet te obelgi należały się słusznie Bibisi.

Roi się w Stanach Zjednoczonych od szalbierzy handlujących cudownymi lekami. Stugębna reklama za małe centusie rozbija na miazgę co najsroższe mikroby, niszczy tuberkuły, zatłukuje każdego raka, starości strzyka młodością, porastają łyse głowy, ślepi widzą, głusi słyszą, cała mizeria ludzka wywija radosnego fokstrota.

W wolnym kraju wszystko wolno. W ostateczności władze stanu Nebraska patrzą przez palce na to, że ktoś za pomocą oszukańczych ogłoszeń nadużywa dobrej wiary obywatelskich dolarów.

Bezkarność zażywa swobody, gdy wtem poczta się... obraża za to, że ktoś urząd federalny śmie mieć za narzędzie do prowadzenia nieczystych interesów.

I oto sprawa karna pędzi z miejsca w sądzie federalnym, sprawa, do której rządowi federalnemu mieszać się nie wolno, bywa chwycona za kark przy pomocy poczty...

Za wiele strzelaniny przy lada sposobności, byle gamoń chodzi z rewolwerem, za byle pieniądz można śmiercionośny nabyć instrument.

Obywatelowi Stanów Zjednoczonych wolno chodzić z bronią, byle nie ukrytą. Wolno sobie zasadzić za pas pistoleta i straszyć jego widokiem serca trwożliwe. Coś jednak trzeba by uczynić. Zakazać handlu bronią palną? Na to by trzeba głosowania wszystkich poszczególnych stanów, wściekle kosztownego referendum z małą nadzieją na wygraną, boć w niej zamach na godność obywatelską, pogwałcenie prastarego nieobyczaju...

Na szczęście jest poczta!

I oto poczta amerykańska ogłasza sobie bez ceremonii nowy przepis. Broni palnej ani żadnych naboi czy materii wybuchowych za moim pośrednictwem przesyłać nie wolno.

I handel bronią w jednej chwili odbiera cios zabójczy. Ogłoszenia w pismach się nie opłacają. Dostępu do ludzi nie ma, bo nie można posłużyć się pośrednictwem poczty, bo nawet za list, proponujący zakupienie broni, można nabawić się federalnego kłopotu.

W Ameryce jest wolność prasy, cudeńka wolno drukować, ale tych cudeniek lepiej przez pocztę nie wysyłać...

Poczta amerykańska jest ciekawa, ona musi wiedzieć, z kim przyjemność. Wydawnictwu periodycznemu przyznaje zniżki nawet — ale to wydawnictwo musi poczcie przedkładać dokładne raporty, raporty zaprzysiężone, zalegalizowane o tym, kto jest wydawcą, kto redaktorem odpowiedzialnym, o ile wydawnictwo jest spółką, kto stanowi zarząd, ile czasopismo drukuje egzemplarzy, ile wynosi prawdziwa cyrkulacja i na koniec ile... wydawnictwo i jakich ma długów...

Poczta amerykańska tym wszystkim się interesuje, bo z hołyszami zadawać się nie chce... I poczta posiada zaprzysiężone dokumenty, które mogą posłużyć do wytoczenia federalnego, państwowego procesu o krzywoprzysięstwo, o fałsz, o... „obrazę poczty”...

Ale poczta amerykańska nie jest cenzurą! Bynajmniej, jednak baczy na treść, gotowa jest cofnąć obsługę, gdyby treść miała uchybiać jej powadze. Poczta nie lubi pewnych bajd, pewnych plotek politycznych, nie znosi alarmów burzących ciszę... miarowego zgrzytu maszyn i huku młotów parowych. I dlatego poczta amerykańska wymaga, aby wiadomości sięgające poza granice danego miasta podawały źródło i były zaopatrzone w datę.

Wolno nie stosować się do wymagań poczty, nie ma przymusu, ale w takim razie trzeba się bez poczty obejść...

Jak to było powiedziane, poczta amerykańska z natury swego ustroju jest poniekąd narzędziem władzy stronnictwa rządzącego — lecz należy przyznać, że zarówno republikanie, jak i demokraci w stosunku do poczty zachowują należyty umiar, strzegą powagi tego mocnego instrumentu państwowego, działającego bez liczenia się z władzami stanowymi, dyktującego raczej tym władzom swe prawa, swe przepisy.

Na tle tych rzutów wolność obywatelska, godność obywatelska w Ameryce zasnuwa się mgłami, rozpływa w kotłowisku chryj wyborczych, ściera na proszek pod razami pałek policyjnych, arbitralnych „urazów” pocztowych.

I niejednemu pamiętne orędzie Lincolna, wygłoszone niegdyś na polach Gettysburga, na kurhanach krwawej Wojny Cywilnej, wydawać się może pustą deklamacją.

I niejednemu pamiętne wyrazy tego orędzia, powtarzane po dziś dzień niby słowa modlitwy, zabrzmią jako poszept faryzejskich warg...

And that governement of the people, by the people, for the people shall not perish from the earth!”... wołał niegdyś Lincoln, bo pragnął, aby „Ta władza ludu, władza przez lud, władza dla ludu przetrwała na wieki”...

Jestże dzisiejszy ustrój wewnętrzny Stanów Zjednoczonych ziszczeniem modlitwy Lincolna? Jestże bodaj tego ziszczenia odblaskiem, jestże ideałem, ku któremu steruje nawa sfederowanych republik?

Odpowiedź trudna, bo jedno spojrzenie nie może objąć tak olbrzymiego kontynentu, bo jego rozwój trwa, bo wre ciągle ów potworny tygiel, w którym skwarzą się pomieszane ze sobą nacje, rasy, odmienne tradycje, różne cnoty i różne przywary.

Stanów Zjednoczonych niepodobna mierzyć skalą innych mocarstw.

Stany Zjednoczone zniewolone są do trzymania w ryzach obcych przybyszów, do mozolnego wychowywania potomków tych przybyszów wczorajszych i pozawczorajszych33.

Przy całym swym impecie do posuwania się naprzód, przy swej zawadiackiej energii, federacja amerykańskich republik zmuszona jest upierać się nawet przy przestarzałych formach królewsko-angielskiego ładu, powiaty nazywać „hrabstwami” (county), posługiwać się koronną instytucją „coronerów”, urzędników ustalających przyczyny nagłej śmierci, trzymać się gmatwaniny miar i wag angielskich i wbijać ją w mózgi pokoleń razem z łamigłówką termometru Fahrenheita, godząc się równocześnie, żeć34 to są przeżytki, zardzewiałe resztki.

Ale jakże sobie poczynać, jak radzić, kiedy oto przez sto lat płynęła fala obcego pogłowia, kiedy po dziś dzień całe pokłady tego pogłowia nie oswoiły się jeszcze z tym „przestarzałym”, z tym „niewłaściwym”, dokładniej mówiąc, i do tego jeszcze nie dorosły...

Czyż można bodaj ukrócić orgie tak zwanych w Ameryce „warrantów”, czyli nakazów sądowych pozbawiających wolności najspokojniejszego obywatela za byle oskarżeniem?

Każdy człowiek w Ameryce w każdej chwili może na drugiego człowieka dostać ów „warrant”, bez potrzeby przedkładania dowodu winy, bez powoływania się na świadków. Starczy jednostronne oświadczenie, że ten i ten skrzywdził go na honorze, na majątku, na ciele, aby kancelaria sądu wydała bezkrytycznie do rąk skarżącemu nakaz aresztowania rzekomego winowajcy.

Posiadacz „warrantu” zamienia się w pana wolności osobistej oskarżonego przez się człowieka. Może natychmiast doręczyć „warrant” pierwszemu z brzega pachołkowi policyjnemu i może „warrant” zachować u siebie, wyczekać chwili, uciec się doń w momencie najprzykrzejszym dla oskarżonego, który najczęściej pojęcia nie ma o grożącym mu uwięzieniu.

Wobec warrantu obywatel Stanów Zjednoczonych musi się poddać aresztowi, nie ma żadnych tłumaczeń, żadnych usprawiedliwień, żadnych dowodów niewinności. To należy do przyszłej rozprawy sądowej. Na razie jest to areszt prewencyjny, z którego można się wydobyć za złożeniem odpowiedniej kaucji. Jeżeli w następstwie wyrok sądowy uniewinni oskarżonego, temu wolno oczywiście dochodzić przykrości niewinnego osadzenia go w areszcie, lecz bez ekwiwalentu za poturbowanie przez pachołków policyjnych.

Kuso więc przedstawia się amerykański habeas corpus35. Bardzo niemile wygląda bytowanie człowieka, osobliwie w przeludnionych środowiskach, kędy zrywające się do władzy mrowie nie przebiera w środkach, kędy amerykańskie politykierstwo toczy walki u żłobów.

A jednak poczucie wolności w Ameryce jest potężniejsze niż gdziekolwiek. Hula ono jakby po dawnemu śród bezbrzeżnych prerii, tajemniczych puszcz, grzebieni i zapadów górskich, spogląda hardo od oceanu do oceanu, od tęczowych blasków zorzy północnej ku krwawej pościeli zachodzącego ponad równikiem słońca.

A jednak dobry duch ojców tej nowej ojczyzny ma jako niegdyś orle spojrzenie Indianina patrzącego w dal sponad kopuły waszyngtońskiego kapitolu.

Tygiel, w którym prażą się rasy i nacje

Ludność Stanów Zjednoczonych przedstawia bardzo osobliwą mieszaninę ras i narodów, mieszaninę, pomimo zewnętrznego, anglosaskiego pokostu, w treści swej niestopioną, podotąd36 grającą słojami różnorakich nawarstwień.

Podłożem tej ludności byli uczestnicy ekspedycji wojskowych angielskich, francuskich i hiszpańskich, którzy zakładali pierwsze sadyby, rabując i tępiąc czerwonoskórych autochtonów.

Za tym urzędowym awanturnictwem, poszło awanturnictwo prywatne, zwabione fantastycznymi opowieściami o rzekomych bogactwach nieznanego lądu. Dalej nadciągnęły gromady szukające nowych czy innych warunków bytowania, większego zacisza, życia z dala od fiskusa, od państwowej przemocy czy klasowych nierówności.

Za tymi dopiero gromadami ruszyła z Europy piana społeczna, wyrzucana zewsząd na nadbrzeżne pustkowia.

Przez długie lata władze francuskie, angielskie i hiszpańskie za pomocą deportacji do Ameryki opróżniały swe kaźnie, przez długie lata Ameryka była miejscem obranym przez Europę na ludzkie śmietnisko.

Dla szybszego rozkwitu kolonii chciwość angielsko-hiszpańska uciekła się do sprowadzania niewolników. Urządzano olbrzymie ekspedycje do Afryki na połów ludzkiego towaru. Zwieziono krocie tysięcy Murzynów. Krocie zakatowano batami, krocie zmarniały w dziewiczych puszczach. Dzięki jednak umiejętnej hodowli ludzkiego mięsa zdołano wyprodukować zarodek wielomilionowej murzyńskiej ludności.

Czasy wojny o niepodległość spowodowały bardzo znaczny napływ Anglików i Francuzów i, ściągniętych przez Anglików na zadławienie amerykańskiej rebelii, Hessów.

W onej już epoce niejednolitość ludności była tak wielka, iż żołnierze Washingtona musieli bardziej czuwać nad knowaniami spokojnych rzekomo mieszkańców, aniżeli lękać się brytyjskiej potęgi.

Słynna Pensylwania, legitymująca się dzisiaj swym kwakierstwem, czasów Franklina i Adamsa sięgającym, była niegdyś głównym siedliskiem zdradzieckich Niemców, sprzyjających Anglii, a mordujących bez litości zabłąkanych rebeliantów.

Szybkie powiększanie się obszaru Stanów Zjednoczonych przyczyniło znów nowych elementów, bo silne wzmożenie potomków rasy romańskiej.

Luizjana dała Stanom Zjednoczonym Francuzów — Teksas, Nowy Meksyk, Kalifornia dały Hiszpanów i sporą garść mieszańców, a z nimi razem, do dnia dzisiejszego poniewierające się, szczątki łacińskiej cywilizacji, łacińskich nazw i obyczajów.

Zresztą drzwi, wiodące do posiadłości zrzeszonych republik, stały przez długie dziesiątki lat otworem dla wszelkiego rodzaju przybyszów z całego świata.

Stany Zjednoczone potrzebowały rąk do pracy, potrzebowały ludzi, nie mogły nawet roić o możliwości zaprowadzenia siakiej takiej administracji tam, kędy na przestrzeni większej od Francji podziewało się raptem dwieście tysięcy ludzi, kędy w takiej Indianie, większej od Węgier, w roku 1810 mieszkało zaledwie dwadzieścia cztery tysiące ludzi lub w Nevadzie, równającej się europejskiej Italii, w roku 1860 podziewało się tylko jeszcze 6 857 mieszkańców.

Przez całe dziesiątki lat mógł jechać do Stanów Zjednoczonych każdy, komu wędrówka za ocean dogadzała. Ograniczeń nie było żadnych, formalności żadnych. Kto wylądował, temu wolno było bytować swobodnie, przeistoczyć się w syna nowej ojczyzny.

Stany Zjednoczone, jako władza, nikogo nie pytały ani o pobudki, ani o cel przyjazdu. Dawały schronisko każdemu prześladowanemu, nie odmawiały gościny żadnemu sekciarstwu, miały powolność37 całkowitą dla przestępców politycznych, ale, co więcej, całkowitą uprzejmość dla gwałcicieli prawa cywilnego, a nawet prawa karnego.

Stany Zjednoczone przez długi czas były upragnionym schroniskiem dla wszystkich europejskich szalbierzy, rzezimieszków, bandytów i morderców.

Starczyło łotrzykowi wydostać się z Europy, dotrzeć do Filadelfii, Nowego Jorku czy Bostonu. Wyjęty spod prawa zbrodniarz zamieniał się w osobę nietykalną.

Ameryka nie wydawała i nie chciała wydawać nawet osławionych rozbójników. Rozumowała pobłażliwie, że człek za ocean wyciągnął, aby nowe rozpocząć życie, że nie godzi się nikomu odmawiać drogi do poprawy i że, dopóki europejski zbrodniarz na amerykańskiej ziemi przestępstwa nie popełnił, jest człowiekiem zasługującym na opiekę.

Temu elementowi przestępczemu towarzyszyły, zwiększające się sporadycznie, fale różnorodnego biedactwa, krocie bezdomców, wydziedziczonych pariasów. A śród nich ludzi nieznajdujących na ojczystej ziemi zadość przestworu, zadość horyzontu do wyładowania swego temperamentu, swego zamiłowania do przygód, do walki z przeciwnościami.

Do roku 1860, więc do momentu, kiedy pada pierwsze hasło, wzywające do zniesienia handlu żywym, ludzkim mięsem, zaniechania na koniec jednej z najstraszniejszych na świecie nikczemności, emigracja do Stanów Zjednoczonych płynie równymi względnie grupami, osłabiana nieco w latach wojen europejskich lub w latach tychże wojen właśnie wzmagana.

Od roku więc 1860 zaczyna się powolne, stopniowe dążenie do ograniczenia emigracji. Dotyczy to z początku jedynie rasy czarnej. Ameryka zamyka wstęp Murzynom. Juści38 nie od razu, bo jeszcze musi przetrwać bratobójczą Wojnę Cywilną, bo jeszcze i po Wojnie Cywilnej na tych wielkich obszarach prawo jest nierychliwe.

Drugim etapem, zmierzającym do ograniczenia emigracji, niby ciąg dalszy „antykolorowej” polityki, była kwestia rasy żółtej, kwestia uchronienia białej rasy od niepożądanych skrzyżowań, a bardziej może kwestia niezmiernie potężnych, tajnych związków chińskich i japońskich, które wyrastały nad Pacyfikiem, a jeszcze bardziej kwestia powstrzymania żółtego zalewu.

Dopiero po nałożeniu kagańców na kolorowych przybyszów zjawia się problemat polepszenia rasy białej, niby chęć bardziej celowego, więcej zharmonizowanego doboru, myśl dopuszczania do Ziemi Washingtona jakby samego kwiatu ludzkości, owych bez mała na szczytach cywilizacji stojących nadludzi.

I zapadł oczywiście wyrok sprawiedliwy.

Anglosasi, trzęsący posadami Stanów Zjednoczonych, za takich nadludzi mogli i musieli poczytać jedynie Anglosasów...

A zresztą, rzucone w roku 1823 przez Monroego hasło „Ameryka dla Amerykanów”, hasło, wymierzone przeciwko zachłanności Świętego Przymierza wszecheuropejskich cesarzy, którzy na ziemiach amerykańskich zamierzali szukać folwarków dla europejskich królewiąt — zostało powoli przekute na broń przeciwko nowym przybyszom.

Ameryka dla Amerykanów.

Dla których Amerykanów, dla jakich i która mianowicie Ameryka?

Na te zapytania można by w odpowiedzi napisać całą księgę i jeszcze nie przekonać prawdziwego Amerykanina, że do zasady Monroego takie same prawa może rościć Murzyn, Metys, Portugalczyk brazylijski, meksykański Hiszpan, jak i obywatel Stanów Zjednoczonych.

Ameryka dla Amerykanów to znaczy dokładnie Ameryka dla tych, którzy pierwsi do ziemi amerykańskiej przybyli.

W roku 1907 imigracja do Stanów Zjednoczonych sięgnęła szczytu, doszła do 1 285 349 tułaczów płci obojga. Jeszcze w roku 1914 wylądowało 1 218 480 przybyszów, a dalej liczby kurczą się, próbują dźwigać sporadycznie, lecz aby spadać coraz gwałtowniej, zbliżać się do całkowitej równowagi wyjazdów z przyjazdami, wreszcie dojść do wyrzucania imigrantów siłą z granic tak niegdyś gościnnej ziemi.

Do roku 1820 Stany Zjednoczone liczyły dziewięć i pół miliona mieszkańców. Od tegoż roku 1820 do 1930 włącznie przyjechało do Stanów Zjednoczonych czterdzieści siedem i pół miliona imigrantów, nie licząc tych oczywiście, którzy ominęli kontrole portowe i dostali się przez Kanadę lub Meksyk.

Statystyka roku 1931 wykazuje, że Stany Zjednoczone posiadają sto dwadzieścia cztery miliony ludności, no i pośrednio ta statystyka kładzie kres dalszej imigracji, twierdząc, że te sto dwadzieścia cztery miliony wystarczają całkowicie na zaludnienie potężnej ojczyzny, że Amerykanie nie potrzebują i nie mogą się dzielić swoją własnością z zaoceanowym włóczęgostwem.

I Stany Zjednoczone, zaprzęgając do działania antropologię, etnograficzne studia, fizjologię, higienę z całą medycyną pospołu, operując kolumnami cudactw statystycznych, walcząc księgami Hioba i Psalmami Dawida, otoczyły się nie tylko bastionami i zaworami, ale uciekają się do środków, które by rodowitych Amerykanów doprowadziły do furii, gdyby kraje europejskie chciały im płacić pięknym za nadobne.

Minęły bezpowrotnie czasy, gdy do Ameryki jechało się bez świstka papieru. Dzisiaj Stany Zjednoczone poszły na kraniec, którego nie sięgnęły nawet żandarmskie przepisy rosyjskich mocarzów.

Tak zwana kwota wyznaczana na każdy poszczególny kraj z góry i od razu ustanawia liczbę dozwolonych przyjazdów imigranckich. Ta kwota niby to odpowiada aliażowi ludności, niby procentowo stosuje się do pochodzenia współczesnych Amerykanów. Dokładnie jest to jeden więcej sposób załatwienia drażliwej kwestii. Ile że według widzimisię można brać przynależność państwową za narodowość albo odwrotnie. Polaka mieć za Niemca czy Austriaka lub Niemca, poddanego rosyjskiego, za Niemca tylko.

W roku 1930 na 241 700 dopuszczonych do Ameryki imigrantów Niemców przybyło 34 415 — Anglików 34 960, Irlandczyków 34 947, Szkotów 28 117, Walijczyków 2 043, Holendrów 4 713, Skandynawów 8 478 — Żydów 11 526 — czyli razem 159 199 imigrantów wyliczonych tutaj narodowości, pozostawiając 82 501 wszelkim innym ludom na świecie.

Jak wynika z tego zestawienia, Stany Zjednoczone zapewniły bezwzględną przewagę językowi angielskiemu i rasie anglo-germańskiej. Irlandczycy w tym wypadku, jako naród zanglizowany, obyczajowo i językowo wynarodowiony, pomimo odzyskanej niepodległości, korzystają z tych samych przywilejów co element niemiecki i żydowski, tak skwapliwie lgnące do zewnętrznej amerykanizacji.

Bardzo ciekawym szczegółem jest owo dzielenie mieszkańców wysp brytyjskich nie tylko na Anglików i Irlandczyków, ale i na Szkotów, i na Walijczyków, może dla lekkiego zamaskowania, że te cztery kategorie dają wyspiarzom angielskim prawo do 100 067 emigrantów rocznie.

Poza Anglo-germanami wszystkie inne narodowości zostały uznane za korzystną, a może nieodzowną domieszkę, w takich przecież ilościach, aby domieszka była z góry skazana na rozpłynięcie się w angielskiej zaprawie.

Do wszystkich zresztą kandydatów na emigrantów zastosowano regulaminy skrajne, mające rzekomo wyeliminować spośród nich wszelkie fizyczne i duchowe ułomności.

Władze konsularne amerykańskie starają się niejako obrzydzić emigrantowi Ziemię Washingtona, dręczą go wymaganymi dokumentami, świadectwami, brakują w gabinetach lekarskich, niby trzodę przed dobiciem targu, wreszcie poddają manipulacjom odkażania, odwłosiania, niszczenia europejskich zarazków i dopiero tak sprawiony kawałek ścierwa ludzkiego, niby to już przedniego gatunku, zaopatrzony nawet w rezultaty sławetnego „mental hability test”, wysyłają do Nowego Jorku, na Ellis Island, jako materiał na przyszłego obywatela.

Lecz nie tylko emigrantów, ale i zwykłych turystów, podróżujących w kabinach luksusowych, władze amerykańskie poddają ochronnym manipulacjom. Jej najwspanialszym wyrazem są tasiemcowe kwestionariusze doręczane podróżnym na dzień przed wylądowaniem. Kwestionariusze te wypełniają dziesiątki znaków zapytania dotyczących najdyskretniejszych szczegółów, niekiedy tak dziwne, tak z pozoru naiwne, że pobłażliwy uśmiech budzące.

Kwestionariusz amerykański zapytuje z powagą podróżnego:

— Czy ustrój Stanów Zjednoczonych uważa pan za dobry?

— Czy chciałby pan wpłynąć na zmianę tego ustroju?

— Czy brał pan udział w ruchach rewolucyjnych dążących do zmiany ustroju politycznego lub społecznego?

— Czy zamierza pan przestrzegać konstytucji amerykańskiej?

Takich pytań, rozmaicie skrzyżowanych, jest bez liku. Odpowiadać na nie trzeba bardzo uważnie, gdyż jedno „nie” lub jedno „tak” może skasować dwa inne „nie” lub uchybić trzem innym „tak”, bo najmniejsza nieścisłość nawet pasażera luksusowej kabiny może narazić na wiele przy lądowaniu utrudnień.

Służba okrętowa pomaga wypełniać deklaracje i dla podróżnych stąd raczej sposobność do ironicznych uwag i łatwych konceptów.

Władzom amerykańskim nie idzie zresztą o szczerość i dokładność odpowiedzi, lecz o fakt stwierdzenia ich własnoręcznym podpisem.

Wyobraźmy sobie, iż cudzoziemiec po pewnym czasie, wgryzłszy się w stosunki amerykańskie, zaczyna rozwijać działalność, która prawnie jest dozwoloną, ale która władzy się nie podoba. Wówczas takiemu ruchliwemu a niepożądanemu cudzoziemcowi wytacza się proces o krzywoprzysięstwo... Dobywa się z archiwum okrętowego jego własną deklarację i stawia mu się dowód przed oczy. Zeznał wszak dobrowolnie, że konstytucję Stanów Zjednoczonych uznaje za dobrą, że prawa amerykańskie poczytuje za nienaruszalne dla siebie, a oto wbrew przysiędze swej własnej agituje za ich zmianą, uchybia zobowiązaniu, na podstawie którego został wpuszczony do Ameryki.

Ale nawet kiedy ów cudzoziemiec po dłuższym pobycie uzyska obywatelstwo Stanów Zjednoczonych, to i wówczas jeszcze ta deklaracja wjazdowa jest tak potężna, że może posłużyć za powód do odebrania obywatelskich przywilejów.

Lecz krom39 tych wszystkich utrudnień wjazdowych, emigrant, nawet po osiedleniu się w Stanach Zjednoczonych, przekonywuje się niebawem, że w ogóle jest człowiekiem, któremu wolno bytować zaledwie na marginesie życia amerykańskiego, że jest „foreignerem”, skazanym na bardzo wiele dokuczliwych ograniczeń i zakazów.

Te ograniczenia i zakazy nie istnieją oczywiście w statutach rządu federalnego, ale w zamian podziewają się w prawach przeróżnych stanów i hulają tam od dziesiątków lat.

Ksenofobia w Ameryce sięga podobno nawet czasów Wojny o Niepodległość. Niechęć dawniej przybyłych do nowo przybyłych kwitła zawsze jako prastary sentyment stworzenia zaskoczonego przez inne stworzenie w chwili spokojnego ogryzania kości.

Gdy Amerykanin pełnej krwi legitymuje się z dumą w Europie pieczęciami Waszyngtonu, żądając dla siebie na podstawie traktatów całkowitej wzajemności jako dla obywatela zaprzyjaźnionego mocarstwa, to nawet na myśl mu nie przyjdzie, że gdyby, na przykład, Francja chciała mu się odwzajemnić, to na bolesne wystawiłaby go upokorzenie.

W Ameryce bowiem są stany, w których cudzoziemcowi nie wolno mieć broni, są stany, w których nie wolno mu polować, są stany, w których nie wolno mu łowić ryb, są stany, w których nie wolno mu trzymać psa, są stany, w których nie wolno mu być posiadaczem znaczniejszej własności ziemskiej, są stany, które ograniczają cudzoziemca w swobodzie handlu. Krom tych ograniczeń przeróżnych, tułających się nad brzegami Susquehenny, Missisipi czy Potomacu, już po wszystkich bez wyjątku stanach wałęsa się pasja ludzka, która cudzoziemca stawia poza prawem, która przy najlżejszym zatargu z władzami grozi mu brutalnym wyrzuceniem za ocean. A dopieroż kiedy idzie o zdobycie pracy, o kawałek chleba, toć są instytucje, są społeczne organizacje, są gminy całe, które nie dadzą pracy człekowi nieposiadającemu amerykańskiego obywatelstwa.

Dokoła wozu miejskiego zbierającego śmieci czterech biało ubranych gentlemanów z powagą i godnością operuje miotłami. Toć dygnitarze, miejscy urzędnicy, siedzący na „politycznych” stanowiskach, toć „city job40” tylko dla obywateli amerykańskich dostępny!

Jedyną ucieczką dla emigranta w Ameryce są jego narodowe getta, do nich stara się dotrzeć co prędzej, między nie zapaść, ukryć się niejako tam, kędy bytują jego rodacy. Gdy przecież z tych zapadlisk chce na szerszy świat wyjrzeć, tam już staje przed problematem przyjęcia obywatelstwa amerykańskiego.

Władze amerykańskie mają swój własny i odmienny pogląd na kwestię naturalizacji.

Same zabiegają o to, aby ją przyśpieszyć, aby skłonić cudzoziemców do przyjęcia obywatelstwa. W tym celu prowadzą bezpłatne kursy wieczorne języka angielskiego, amerykańskiego ustroju państwowego, agitują, wystawiają korzyści takiego kroku, zachęcają nagłą zniżką wymaganych opłat, a pośrednio straszą represjami.

Są w Ameryce poważne zrzeszenia, które sobie za punkt honoru uważają, aby co roku legitymować się zjednaniem tylu i tylu neofitów gwiaździstego sztandaru.

Podczas gdy w wielu krajach europejskich osiągnięcie obywatelstwa jest możliwe dopiero po wielu zabiegach, jest niejako zaszczytem, jest rezultatem bardzo długich starań — w Stanach Zjednoczonych pasowanie na obywatela zakrawa na przysięgę spędzonego z całego kraju rekruta.

Kilkudziesięciu, stu i więcej kandydatów święci ceremonię naturalizacji, niekiedy przy nie lada fecie, sprawianej przez jakowąś prywatną inicjatywę, zajmującą się napędzaniem Wujowi Samowi przybranej dziatwy.

Z tego masowego przyjmowania nowych obywateli w Stanach Zjednoczonych zrodziło się całe, i to olbrzymie, mrowie ludzi hołdujących zasadzie podwójnej przynależności państwowej.

W Ameryce każdy się legitymuje i musi legitymować równocześnie „starym krajem”. Nawet stuprocentowi Amerykanie, rzekomi potomkowie historycznych „pielgrzymów”, uważają za konieczne stwierdzanie co kroku swego szkockiego, angielskiego czy holenderskiego pochodzenia, które to pochodzenie bardzo często rozstrzyga całkowicie o stopniu amerykańskiego dostojeństwa.

Stany Zjednoczone hołdują w pewnej mierze szlachetnemu ideałowi równości, po dziś dzień jednak gwałcą brutalnie swe własne normy prawne i równość przekuwają na przywilej pewnych ograniczonych warstw.

Amerykanin Amerykaninowi nierówny. Nie dlatego, że jeden bogaty, a drugi ubogi, jeden pracowity, a drugi leniwy, jeden światły, drugi nieuk, jeden silny, drugi wątły, jeden zdrowy, drugi chorowity, lecz Amerykanin Amerykaninowi nierówny dlatego, że jeden wyprowadza się41 z panującej, trzymającej w garści władzę sfery, a drugi z cichego, bezwładnego społeczeństwa.

Amerykanin Amerykaninowi nierówny, gdyż ten jest potomkiem europejskiego włóczęgi, który się tu zjawił przed stu pięćdziesięciu laty, a drugi jest sam włóczęgą może, który był tu zjechał42 przed laty trzydziestu zaledwie.

Amerykanin Amerykaninowi nierówny, bo oto Angliczek, który zaledwie trzeci rok przestał być poddanym jego królewskiej mości — ale przecież jego na wierzchu wobec afrykańskiego bydła poniewierającego się na Ziemi Washingtona od lat czterystu.

Amerykanin Amerykaninowi nierówny, boć nie tylko odmienne wartości „starych krajów”, odmienne religie, tradycje, ale i różnice koloru skóry, bodaj różnice kości policzkowych, kierunku orbit ocznych, linii czaszek, no i różnice wynikające z prastarych europejskich krzywd, odziedziczonych europejskich złości i nienawiści.

Ta nierówność obywatelska, mówiąc bez ogródek, wynika z trzech zasadniczych przyczyn. A mianowicie, że Ameryka chce być tylko... białą, chce być anglosaską i chce być angielską.

Kwestia koloru pośród tych trzech jest najboleśniejszym problematem.

Pewna dobrotliwa łaskawość otacza szczątki czerwonoskórych, owych niezaprzeczonych dziedziców Ameryki, uwięzionych w tak zwanych rezerwatach, czy połaciach ziemi, kędy Indianie mogą się podziewać, nie posiadając jednak praw obywatelskich.

Na ziemiach do Stanów Zjednoczonych należących w roku 1885, czyli czterdzieści sześć lat temu, liczba czerwonoskórych, według oficjalnej statystyki, miała sięgać 344 000 ludzi. W roku 1931, po czterdziestu sześciu latach troskliwej opieki nad plemionami ojców ojczyzny, po rozmaitych fluktuacjach, liczba czerwonoskórej ludności doszła do 340 000 ludzi...

Żadne więc niebezpieczeństwo nie grozi stąd „Bladym Twarzom”.

Jak było powiedziane, Indianie cieszą się dzisiaj pewnego rodzaju powolnością43. Domieszka krwi czerwonej nie jest uważana w Ameryce za przekleństwo. Ma nawet względny urok. Powiadają, że ten urok właśnie przyczynił się do wybrania pana Curtisa na wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych.

Ten urok, niezależnie od zanikania czerwonej kwestii, pochodzi bodaj z tej dziwnej, osobliwej hardości rasowej, z tej wrodzonej uczciwości, jaką potomkowie czerwonoskórych wojowników po dziś dzień się odznaczają.

Indianin jest z takiej ulepiony gliny, która umie zaimponować nawet amerykańskiej praktyczności.

Indianina nie można przekupić, nie można go skłonić do żadnych lokajskich obowiązków, woli najnędzniejszy żywot, a na służalstwo się nie zgodzi. Tysiące razy oszukany, okradany przez białego człowieka, jeszcze gotów zaufać nowemu złodziejowi. Cudzej własności nie pożąda nigdy, Waszyngtonowi niemało sprawia kłopotu odwoływaniem się do amerykańskich statutów, jeno w bardzo maleńkim, zdegenerowanym swym odłamie da się zamieniać w wystrojone jak na maskaradę garstki popisujące się w Yellowstone parku, niby nasi górale w modnych uzdrowiskach...

Kolorowa kwestia w stosunku do Indian i z tych jeszcze względów nie przedstawia niebezpieczeństwa, że liczba Metysów, a więc mieszańców czerwono-białych, jest w Stanach Zjednoczonych znikoma. Szczepy indyjskie unikają węzłów z „Blademi Twarzami”. Stoją daleko wyżej od swych meksykańskich i peruwiańskich pobratymców, liczących dziesiątki tysięcy nie tylko Metysów, ale i poważne liczby Zambosów, potomków negro-indyjskich małżeństw.

Kolorowe zagadnienia amerykańskie zaczynają się dopiero od rasy żółtej, a przyprawiają o istną pasję szczerego Amerykanina, gdy dotykają rasy czarnej, murzyńskiej.

Chińczyk, Japończyk są w Ameryce widmami grozy, są zmorami przywodzącymi na myśl memento żółtego niebezpieczeństwa, tej wzbierającej na krańcu Pacyfiku fali złowróżebnej. Najpodlejsze dla nich zajęcia, najnikczemniejsze zarobki.

Stu rocznie Chińczyków można wpuścić do Stanów Zjednoczonych i ani jednego więcej Japończyka.

Boć i tak są to ludzie bytujący na krawędzi amerykańskiej cierpliwości, znoszeni jako popychle, jako sztukmistrze, jako zawodowi zbrodniarze w pokazach kinematograficznych lub przerażającej nikczemności szpiedzy, ginący oczywiście w stalowym uścisku dorodnego amerykańskiego boysa. Żółtej ludności jest niewiele, a i ta kryje się po nocnych spelunkach, trzyma zaułków, handluje osobliwościami, skazana na życie pariasów, z pariasami się zadaje.

Dopiero kwestia murzyńska jest w Stanach Zjednoczonych tym najprzykrzejszym i najbardziej palącym kolorowym zagadnieniem.

Liczba Murzynów w Ameryce dawno przeszła dziesięć procent ogółu ludności, liczba ta rośnie, potężnieje. Murzyni się mnożą, zarastają chwastem jałowiejące plantacje jankesów. Zagrażają już pochłonięciem całym miastom. Harda stolica Ameryki, wspaniały Waszyngton, ma już czterdzieści pięć procent czarnych mieszkańców. W Baltimore Murzyni tworzą czterdzieści procent ludności, w pięknym, starym Savannah na stu ludzi sześćdziesięciu jest czarnych!

I ta masa Afrykanów posuwa się z wolna z południa ku północy, aklimatyzuje się stopniowo i zdobywa coraz większe przestrzenie, chociaż jest ciągle i zawsze, wbrew rzekomym uchwałom i deklamacjom, maltretowana, pozbawiana najprymitywniejszych praw, wyzyskiwana i pogardzana.

Amerykanie nienawidzą Murzynów. Sami ich tu niegdyś ściągnęli, sami sprowadzili, sami przymuszali, sami rozmnożyli, a nawet, w poważnej części, sami ich zanieczyścili domieszką nie najlepszej swej białej krwi.

Nie kto inny jeno Amerykanie wytworzyli tę osobliwą gamę szaro-brunatno-czarnych typów murzyńskich, idących od czarnego jak węgiel Negra sponad Zatoki Meksykańskiej aż do sino-żółtawego Mulata czy Mulatki, będących już jakimiś kwarteronami czy kwinteronami występnego dwu ras zbliżenia.

Lecz stąd żadnych względów nawet dla prawie zbielałego potomka.

Murzyn amerykański — więc nie człowiek, bydlę groźne, pociągowe stworzenie, według opinii anglo-niemieckiej cuchnące, zwierzę o pozorach ludzkich, gatunek małpy antropoidalnej, niegodnej spojrzenia białego człowieka.

Z uprzedzeniem rasowym niepodobna dyskutować. Ludzie jedni do drugich żywią częstokroć jakowąś dziedziczną niechęć czy odrazę i tak silną nawet, że najbardziej akademickie, najpodnioślejsze hasła nie mogą tej odrazy ukrócić ani jej umniejszyć.

I można byłoby zgodzić się na to nieuleczalne zło, można by przyjąć bodaj argumentację anglosaskiego fizjologicznego wstrętu do czarnej rasy...

Niestety! Po sumiennym zbadaniu kwestii murzyńskiej w Stanach Zjednoczonych, trzeba dojść do wniosku, że nienawiść rasowa amerykańska do Murzynów jest tylko nienawiścią aligatora do pożeranego barana...

Wszystko to, co się mówi o zapachu odrażającym, o jakichś fizjologicznych wstrętach, ginie w praktyce życia amerykańskiego.

Ten sam bodaj Amerykanin i Amerykanka tego właśnie cuchnącego Murzyna i Murzynkę, na przekór własnym argumentom, używają ciągle do najbardziej osobistych posług.

Kędy44 jeno w Stanach Zjednoczonych rasa czarna zdołała przezwyciężyć ostrość klimatu, tam z reguły służba domowa jest murzyńska, niańki i kucharki rekrutują się z Murzynek, kucharzami w restauracjach są Murzyni (ci wstrętni, ci odrażający). I w ogóle służba w jadłodajniach, w hotelach, na dworcach kolejowych, w wagonach sypialnych, w szpitalach i wszędy45 tam, kędy idzie o utrzymanie czystości, o przygotowanie posiłku, tam wszędzie zatrudnieni są nade wszystko Murzyni i ciągle Murzyni.

A nareszcie te dziesiątki tysięcy Negrów mniej lub więcej już „zbielałych”!

Gdzież więc zaczyna się ów wstręt, owa niedająca się wytłumaczyć rasowa odraza amerykańska?

Południowe stany roją się od Murzynów, w środkowych jest ich zatrzęsienie, w północnych podziewają się ich liczne zastępy, zahartowane niekiedy dzięki domieszce białej krwi — ale wszędzie zastępy zarówno znienawidzone przez rządzący element anglo-germański, a w najlepszym razie ledwo tolerowane.

Obywatelstwo amerykańskie Murzyna jest jedną wielką farsą, drwinami, świadomym nadużywaniem i gwałceniem prawa.

Jeżeli gromadzie politycznej w danej chwili dogadza, w takim razie gromada polityczna napędza sobie Murzynów do urn i każe im głosować. W normalnych przecież warunkach czarny człek musi się z dala trzymać od wyborów, grozi mu tam utrata nie tylko zdrowia, ale bodaj i życia. Murzyn stoi poza nawiasem, nie ma dla niego urzędu, drzwi wspaniałych gmachów parlamentarnych są dla niego zawarte46.

Choćby był nababem, choćby posiadał piętnaście dyplomów uniwersyteckich, nie będzie wpuszczony za próg restauracji, kędy zasiadają choćby wyrzutki białego społeczeństwa, nie może wejść do wagonu sypialnego, kędy przebywają biali, w tramwaju ma klatkę przeznaczoną dla czarnej hołoty. W teatrze wolno mu palta zdejmować białym gościom, wolno mu podtrzymywać ramiona białych dam wychodzących z pojazdów, wolno się kłaniać białemu człekowi, ale nie wolno obok niego usiąść. Dla Murzyna murzyńskie jest przedstawienie, nawet Boga nie ma dlań z białym obliczem.

Wara podlecowi od progu świątyni chrześcijańskiej. Bóg jego jest równie czarny, czarnych więc musi patrzeć zborów, czarnych szukać „pryczerów47”. Chodzić do szkół przeznaczonych dla czarnych, uczęszczać do wszechnic murzyńskich i, sięgnąwszy choćby szczytów cywilizacji, być ciągle i zawsze własnej ojczyzny bękartem.

Wielka jest krzywda czarnej rasy na wolnej Ziemi Washingtona, krzywda okrutna i taka, że amerykański humanitaryzm, lubiący imponować filantropią, a opiekę roztaczać nad Ormianami, troszczyć się o byle niedolę w zapadłych kątach świata, zakrawa na bolesną ironię.

Rasa czarna na ziemi Stanów Zjednoczonych mnoży się szybciej od białej, tak szybko nawet, że statystyka unika popularyzowania niemiłych liczb. W niedalekiej przyszłości Murzyni dosięgną piętnastu i dwudziestu procent ogółu mieszkańców, dosięgną jako upośledzona, pokrzywdzona masa obywateli.

Praca społeczno-oświatowa śród Murzynów wlecze się ociężale, pchana wielkim wysiłkiem czarnych budzicielów i pionierów. Amerykanin, chełpiący się z dumą, że liczba analfabetów śród rodowitych obywateli spadła do dwu procent (co nie jest ścisłe), nie troszczy się, że rodowici Amerykanie rasy murzyńskiej liczą ciągle 23 procent analfabetów.

Wykazy roku szkolnego 1927/1928 pouczają, że czarne szkolnictwo miało 45 666 czarnych nauczycieli, że w kolegiach murzyńskich kształciło się 13 680 studentów i studentek, a w szkołach publicznych murzyńskich uczyło się 2 141 000 dziatwy.

Pomimo trudnych warunków oświatowych, pomimo braku pola do pracy dla murzyńskich stopni naukowych, ruch umysłowy śród czarnych znaczne czyni postępy.

Dzienników murzyńskich wychodzi około sześćdziesięciu, tygodników sto dziesięć i dwa poważne miesięczniki. Najwpływowszym organem murzyńskim jest słynny „Defender”, wychodzący w Chicago pod redakcją znanego działacza murzyńskiego, Roberta Segenstake Abbotta48.

Duch publicystyki murzyńskiej, pomimo zachowania pozorów, jest opozycyjny i rewolucyjny, przyczynia się do jeszcze głębszego odczucia anglo-germańskiej nienawiści, stanowi palny materiał dla wszelkich wywrotowych prądów, materiał brany podobno bardzo mocno pod uwagę przez sowieckich podżegaczy.

W pobliżu prastarego miasta Savannah znajdują się szczątki wielkopańskiej posiadłości dawnego kształtu, kwitnącej niegdyś Murzynami. Śród tych szczątków dochowały się słynne chaty niewolników „slew huts”, czyli małe, niskie czterometrowe czworoboki z cegły, zakończone na niskim szczycie małym, pękatym kominem ogniska. Wąskie drewniane drzwi, zamykane na zatyczkę i otwór okienny zasłonięty deską stanowią jedyną ozdobę tego prymitywu z cegieł.

Owóż, kiedy ciekawy turysta zacznie bliżej owym zabytkom się przyglądać, drzwi chat rozwierają się, a z mrocznej, zatęchłej ich czeluści wysypują się czeredy wynędzniałych, obdartych Murzynów i Murzyniątek.

Nie na pokaz, nie dla ożywienia zabytków sięgających czasów niewolnictwa, lecz dla prastarej niedoli, która po dziś dzień nie przestała gnębić pokolenia wyrwanych przemocą puszczom afrykańskim biedaków.

Lecz krom49 czarnych Stany Zjednoczone posiadają całe zastępy białych Murzynów.

Biali Murzyni rekrutują się z wszelkiego rodzaju emigrantów, nieskoligaconych z anglo-germanami.

Grek, Węgier, Polak, Rusin, Włoch, Litwin, Rumun, Hiszpan, Serb, Czech — wszystko to tworzy tak zwanych „honky”, człowieczeństwo niemówiące po ludzku, od którego należy się odgradzać i którego nie godzi się traktować na równi z anglo-germańskimi autochtonami czy bodaj angielskimi przybyszami.

Wszystko tutaj, co dotyczy tych mas obywateli drugiej klasy, pomimo rozmaitych politycznych deklamacji jest zaledwie cierpiane.

W życiu powszednim słowiańskie czy romańskie nazwisko jest przeszkodą w handlu, w interesie, w uzyskaniu posady, w osiągnięciu równych z Anglo-germanem przywilejów.

Są dzielnice miast amerykańskich, kędy50 Murzyna na mieszkanie nikt nie wpuści, kędy osiedlenie się rodziny murzyńskiej w jednej chwili obniża wartość sąsiednich nieruchomości... Cena gruntów spada, cena domów niszczeje w oczach... Żaden możny człek, żaden prawdziwy Amerykanin domu już tutaj nie zakupi.

Aleć są również dzielnice, kędy na mieszkanie nie wpuszczą lokatora, który jest z pochodzenia „honky”, są dzielnice, gdzie kontraktem jest zastrzeżone, że nabywca działki nie sprzeda jej nigdy Włochowi, Polakowi, Rumunowi, Litwinowi, Żydowi, choćby nawet w trzecim pokoleniu Amerykaninowi.

O tych „przykrościach” głośno się nie mówi. Prawa stanowe i prawa federalne w tego rodzaju sprawy nie wchodzą.

Mrowie więc emigranckie tworzy getta, tworzy w miastach różnonarodowe miasteczka, a jeżeli wypływa na szersze wody, to po większej części w przebraniu zmienionych nazwisk i w maskaradzie angielskiej obyczajowości.

Nazwisko polskie, węgierskie, włoskie nawet bywa klęską w Ameryce, kłopotem, okazją do drwin. Wówczas człek spod Kalisza, nazywający się nieco dziwacznie, bo, przypuśćmy, „Ogórek”, bije na łeb każdego z prostej linii Chrobrowicza... Ponieważ imci pan Ogórek oddziela sobie pierwsze „O” apostrofem i robi się czystej krwi Irlandczykiem panem O’Gorek. W tym samym stylu jakiś poczciwy Krzysztofowicz spod Wilna zaczyna tracić przekonanie do swych antenatów i przekuwa się w ostatku na jakiegoś Mayera czy Neumanna.

Jeżeli wszakże dawniej przybyli do Stanów Zjednoczonych mogą mieć poważną słuszność do chełpienia się swą wyższością w stosunku do różnojęzycznych fal, które tutaj wysypywały element często najuboższy, najmniej kulturalny, szukający najprymitywniejszych zarobków, o tyle taki sam stosunek wobec ludów, które Stanom Zjednoczonym oddały olbrzymie usługi i przyczyniły się do rozkwitu Ziemi Washingtona, jest godnym potępienia.

Weźmy dla przykładu choćby tylko Włochów.

Włosi dali Ameryce gromady pierwszorzędnych artystów, dźwignęli monumentalne budowle, ozdobili większość gmachów publicznych, byli krzewicielami murarstwa, cemenciarstwa, robienia mozaik, inkrustacji; byli tymi, którzy w Ameryce rozpoczęli hodowlę drzew pomarańczowych, uprawę winogron, byli organizatorami handlu owocami i warzywem. Do dnia dzisiejszego są tego handlu ostoją w każdym najmniejszym miasteczku amerykańskim. Włosi stanowili zawsze w Stanach Zjednoczonych element bardzo oszczędny, element doskonale orientujący się w amerykańskich finansach, element, który był zdołał51 wytworzyć w Ameryce sieć bardzo potężnych i uczciwych banków włoskich.

Owóż ten element zaliczony jest z urzędu do obywatelstwa drugiej klasy, a nawet do tych, którzy na szarym końcu tej drugiej klasy chodzą, bo tylko do „Italianów”, tylko do rodaków Krzysztofa Kolumba i Amerigo Vespucciego...

Dążeniem ideologii amerykańskiej jest wytworzenie z mieszaniny emigranckiej jakiegoś niezmiernie silnego aliażu52, chęć stopienia w onym, wypominanym ciągle „tyglu” wszelkich zbyt jaskrawych indywidualności i zaprawienia owego stopu tęgim, zawiesistym sosem amerykańskim.

Zamiar słuszny, lecz w praktyce amerykanizację utożsamiający z anglizacją.

Wielka Brytania od dłuższego czasu coraz pieściwiej, coraz rzewniej spogląda ku dawnym swym koloniom, ku owym buntownikom, którzy dostojeństwo poddaństwa królewskiego, sztandar „starego Dżaka” zamienili na „upstrzony w jednym rogu gwiazdami, pasiasty, czerwony pokrowiec siennika”... I Wielka Brytania rozwinęła szaloną propagandę, aby „kraju tego samego języka” spod swego wpływu nie wypuścić, aby ten wpływ na wieki wieków ugruntować.

Amerykanin zamienia się powoli w zmodernizowanego czy zdemokratyzowanego Anglika.

Z Anglii wywodzi swój ród, swoje upodobania, swoje sekciarstwo, swoje tradycje, prawodawstwo czerpie z praw obyczajowych angielskich, umysł urabia na angielskich klasykach, naukę, sztukę angielską poczytuje niemal za własną. Amerykaninowi imponuje angielski styl, angielski sznyt i angielski król. Marzeniem zbogaconego53 Amerykanina jest wyjazd do Londynu i prezentacja u dworu.

Anglia czuwa nad amerykanizacją od podręcznika szkolnego, który w sposób niekiedy uwłaczający cieniom wielkiego Washingtona stara się dzisiaj łagodzić, osładzać gorycze wojny o niepodległość, wojny z Anglią, przekuwać prastary a sprawiedliwy antagonizm na, w krwi skąpane, braterstwo. Od podręcznika szkolnego aż do szczegółów dotyczących guziczków z perłowej masy, opinających zwiotczałą powłokę sławnego księcia Welschów, wszystko ciągle i co dnia szczepi anglizację nawet wówczas, gdy ku amerykanizacji zmierza.

Stany Zjednoczone pragną jednolitości, jednolitości, opartej na żywiole anglosaskim, czego im za złe poczytywać się nie godzi.

Lecz to pragnienie ma jeszcze bardzo wiele przeszkód do zwalczenia.

A jedną z tych głównych przeszkód jest bodaj ten dobry, szczery duch, podziewający się w Stanach Zjednoczonych, a będący upostaciowaniem tego, co Europa wyobraziła sobie pod mianem „prawdziwego” Amerykanina, syna wolnej ziemi, człeka o dalekim, a dobrym spojrzeniu, stanowiącego54 obowiązek ponad własną korzyść, a sumienie ponad własny zysk.

Owóż ten dobry duch sroma55 się anglizacji, rozumie, że każdy przybysz może z tworzywa swego własnego narodu złożyć Ameryce daninę, że z tej daniny ludów wszelakich narodzi się rasa niezmiernie silna, obdarzona wyjątkowymi zdolnościami, o niezwykłym napięciu energii.

Jakoż, rozglądając się w potędze życia organizacyjnego Ameryki, można się dzisiaj już zgodzić, że Stany Zjednoczone dźwignęły się jedynie dzięki tej różnorodności ludów, dzięki temu awanturniczemu napięciu mózgów i mięśni, dzięki zapamiętałości tych zgłodniałych, szukających chleba nawarstwień.

Nawarstwienia te przecież, jakżeśmy to wyżej nadmienili, zachowały bardzo silną indywidualność.

W Ameryce ludy żyją własnymi osiedlami, pokrytymi lekkim pokostem zewnętrznej jednolitości.

Stan Rhode Island jest czysto angielskim, jak zresztą i wschodnia część Nowej Anglii, podczas gdy zachodnia i północna ulega sfrancuszczeniu przez napływ kanadyjski Francuzów. Pensylwania to stan nade wszystko niemiecki, niemniej jak po większej części Ohio, Indiana, Missouri, Illinois i Iowa. W Wisconsinie mieszkają Norwegowie, Szwedzi w Minnesocie, Irlandczycy z Włochami i Żydami dzielą się głównie Nowym Jorkiem, a Szkoci bytują w Kentucky i miejscami w takich warunkach, jakby nie sto lat temu, lecz wczoraj dopiero zjechali... z górskich przełęczy.

Są takie miasta amerykańskie jak Jamestown, w których, kiedy zdenerwowany automobilista wjedzie samochodem w okno sklepowe, to wystarczy, aby do nadbiegającego policjanta odezwał się... po szwedzku, żeby sprawa bez protokołu została załatwiona polubownie, aby winowajcą została bodaj sklepowa wystawa...

Są również miasta, niemające duszy, bo wypełnione tak wielkim zbiegowiskiem różnojęzycznym, że niepodobna go zniewolić do jednomyślnego wyładowania swych sentymentów.

Miasto co chwila przystraja się w chorągwie, transparenty, emblematy i śród tych świątecznych dekoracji pulsuje zwykłym dniem powszednim.

Ulicami maszerują jakoweś pstre, rozśpiewane pochody. Łomoczą orkiestry. Jakaś feta osobliwa się odprawia, a miasto pogląda56 obojętne, znudzone, drwiące.

Bo co komu do tego, że Włosi sprawiają paradę św. Januaremu lub co Włochom do niemieckich „vereinów57” śpiewackich lub co Grekowi do zjazdu polskich Sokołów, niechodzących nawet w ewzońskich spódniczkach.

I są znów miasta tak bardzo jednolite, iż chwilami przybierające charakter europejskich, nie amerykańskich środowisk.

Nawet potężny Nowy Jork ulega dwa razy do roku takiemu przeistoczeniu.

A więc w dzień św. Patryka, dnia 17 marca, olbrzymia metropolia amerykańska zamienia się w irlandzkie miasto, odprawia pochody i parady na cześć patrona Irlandii, jakich Dublin nigdy i przenigdy nie oglądał i oglądać nie może.

W dzień św. Patryka kosmopolityczny potwór ściąga dla większej uroczystości wojska stanowe i federalne, zastępy policji, mobilizuje korporacje, wypędza krocie dziatwy i młodzieży, przystraja się w chorągwie i dywany, obchodzi święto nad świętami!

Drugim równie, choć odmiennie, ciekawym dniem w Nowym Jorku jest obchodzony uroczyście Sądny Dzień żydowski.

W dniu tym życie nowojorskie zamiera całkowicie. Siedmiomilionowe miasto czyni gest w stronę dwu milionów Żydów, pogrąża się w kontemplacyjnym milczeniu...

Antagonizmy narodowe czy rasowe, pomimo zewnętrznego ich przytłumienia, w istocie tleją, kryją się chytrze lub pozorują swe złośliwe czynności.

Antysemityzm w Stanach Zjednoczonych, pomimo nowojorskiego gestu, jest bardzo silny. Wzmaga się z roku na rok niemal równolegle ze wzrostem wpływów i zasobów ludności izraelickiej, lecz zawsze bez nawoływań i bez głoszenia krucjaty.

Pod tym względem Ameryka jest bardzo osobliwym krajem. Przejęta protestanckim zaczytywaniem się w Biblii, raczej zbliża się mocno do społeczeństwa żydowskiego. Nowy Testament jest przecież dla nich niewielkim na liczbę kartek uzupełnieniem Starego Testamentu. Ameryka do ostatnich czasów kochała się w biblijnych imionach i nazwach. Rozsypała na swym obszarze wszelakie Bethleemy, Nazarety i Hebrony. Genealogię swych obywateli przepełniła Abrahamami, Beniaminami, Samuelami i Dawidami. Te upodobania przeto czyniły napływ ludności izraelickiej mniej widocznym, trudniejszym do ujęcia, zdawały się raczej wykluczać możność uprzedzenia jednego Mojżesza do drugiego Mojżesza lub Sary do Sary.

Stało się inaczej. Antysemityzm się krzewi, chociaż nikt nie waży się głośno o nim mówić, wspominając sobie może niemiłą przygodę sławetnego Henryka Forda58.

Ford podjął był walkę z Żydami, a dla wzmożenia antysemityzmu rozpoczął był wydawanie w Dearborn tygodnika, który był rozsyłał59 darmo w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy po całych Stanach Zjednoczonych.

Trwała ta propaganda kilka lat, gdy nagle Żydzi amerykańscy tak mocno się zwarli przeciwko Fordowi, iż multimilioner uląkł się i odszczekał publicznie własne „zasady”, spędzając winę na owych, wynajętych przez siebie, dziennikarzy, którym zresztą za to oszczerstwo wypłacił odszkodowanie.

Amerykanin unika Izraelity, stroni odeń, nie chce z nim utrzymywać towarzyskich stosunków. Ale zachowuje się zawsze poprawnie, nawet kiedy antysemityzm swój zamienia w bojkot.

Wytworny hotel amerykański z najpowabniejszym uśmiechem odprawia rozpoznanego Izraelitę, ubolewając, że w pustym olbrzymie nie ma ani jednego wolnego pokoju, lub też z widocznym żalem informując wpuszczonego przypadkiem Żyda, że pokój przezeń zajmowany musi być opróżniony na przyjęcie od dawna zapowiedzianych gości.

W ten sam sposób majster niemiecki odprawia polskiego czeladnika, gdyż nadarzyła się sposobność zastąpienia Polaka Niemcem. W równie grzeczny sposób Irlandczyk pozbędzie się Szkota, Włoch — Serba, Węgier zgnębi Rumuna.

Minęły wprawdzie czasy, kiedy gromadki polskich emigrantów witane były na każdym zakręcie ulicy grudami błota, gradem kamieni! Obelgi „dirty” Polak nie słychać dziś tak często jak dawniej, chociaż w zamian śród najwspanialszej oprawy bogatej auli uniwersyteckiej można wyczuć czające się w naukowych wywodach krzyżackie pasje.

Problematy narodowe, starokrajskie hasła wybuchają sporadycznie, rozpalają do białości uśpione amerykanizacją sentymenty, decydują w walkach społecznych i politycznych. Niekiedy, zdawałoby się całkowicie stępione, tną niby brzytwą, niekiedy prawie rozpuszczone, krystalizują się, powracają do utraconej indywidualności.

Żywą ilustracją tego zjawiska mogą być amerykańscy Niemcy. Wielka wojna zaskoczyła ich niejako, pogrążyła w bezwładnej potulności. Progermańska agitacja nie zdołała ich ocknąć. Sterroryzowani energią Wuja Sama poszli kornie nawet do szeregów amerykańskich, nawet na francuski front.

Zawieszenie broni jednak było dla gromad Niemców amerykańskich pierwszym hasłem. Niemcy nagle jakby odżyli, jakby się zbudzili. Propaganda ruszyła całą siłą. Umiała dotrzeć do kongresu, do senatu, w najsztuczniejsze wystroić się formy, doprowadzić Stany Zjednoczone do wyparcia się własnego prezydenta! Boć kiedy Wilson powrócił z Paryża z paktem w ręku, z takim paktem, jakiego chciał, jakiego się napierał, do jakiego zmusił mocarstwa grozą potęgi amerykańskiej — senat odmówił swego podpisu... Bo, orzekł chytrze... prezydent Wilson podpisał był akt, który się był nie rozpoczynał od słów „w Imię Boga jedynego”...

Od zawieszenia broni po wielkiej wojnie60 nastąpiła nowa konsolidacja żywiołu niemieckiego w Ameryce.

Niemcy, nauczeni doświadczeniem, zabrali się do wytworzenia w Stanach Zjednoczonych jednolitej organizacji, która by poza rozproszonymi vereinami była węzłem, była ogniskiem zdolnym do podsycania płomieni starokrajskich.

W tym celu została założona tak zwana „Steuben Society of America”, która pod imieniem niemieckiego generała, zabłąkanego w szeregach Washingtona, zaczęła w roku 1919 gromadzić Niemców amerykańskich.

Owóż ta „Steuben Society of America” w ciągu lat jedenastu niespełna (statystyka rządowa z roku 1930) zdołała dosięgnąć zupełnie ścisłej liczby 3 675 000 członków, wyraźnie trzy miliony sześćset siedemdziesiąt pięć tysięcy Niemców, zorganizowanych w Stanach Zjednoczonych w jednej tylko korporacji!...

Lecz krom różnic zasadniczych, rasowych czy narodowych, na olbrzymim kontynencie musiały powoli narodzić się inne jeszcze wyodrębnienia. Nawet język angielski nie ostał się w Stanach Zjednoczonych wpływowi wszelakich dziwolągów. Inaczej przekręca mowę Szekspira rodowity „ajrysz61”, siedzący pod „Niuj-jojkiem”; inaczej szwargocze ją Meklemburczyk znad rzeki Ohio, inaczej mieszkaniec „Czykogo”, a inaczej obywatel, którego zrodził „Pytsbujh”, lub dziedzic romańskich tradycji z Teksasu, Kalifornii czy Luizjany. A cóż dopiero mówić o tych wszystkich, którzy bezkrytycznie przyswoili sobie naleciałości sięgające Irokezów, Siuksów, Apaszów albo, co boleśniejsze, szczątki bełkotu sponad Zambezi, z Wybrzeża Kości Słoniowej lub z Angoli...

Na koniec jakże może iść w paragon62 bodaj nawet ten dawnego autoramentu yankee z tym prawdziwym gentlemanem południowych stanów, z tym prastarym dziedzicem siedzącym na rozległych włościach, a legitymującym się istotnie potężną sumą obywatelskiej godności?

Gdzież tu porównanie!

Z jednej strony człowiek zachłanny, zmaterializowany często, o ile religijny, to zawsze po sekciarsku, raczej mściwy, raczej w pysze własnej czerpiący wspaniałomyślność — a z drugiej strony człowiek miłujący tradycję, miłujący przeszłość, mniej przedsiębiorczy, mniej zabiegliwy, zawziętszy w poglądach, ale kto wie czy nie bardziej chrześcijański, czy nie szlachetniejszy.

Wojna Cywilna czasów Lincolna, czasów walki północnych stanów z południowymi, walki, podjętej w imię zniesienia niewolnictwa, niezatarte pozostawiła szczerby.

W południowych stanach już onego czasu bytowali autochtoni, potomkowie angielskich, hiszpańskich i francuskich osadników, potomkowie najgorętszych bojowników o wolność.

Stany północne poza następcami pielgrzymów wypełniała już ciżba różnorodnych przybyszów z całego świata.

Owóż tę ciżbę nade wszystko rzucono na ujarzmienie południa, na pokaranie go, na zmuszenie do posłuszeństwa.

Abraham Lincoln wielbiony jest w stanach północnych i środkowych — w południowych imienia Lincolna się nie wymawia.

Na północy Lincoln jest ideałem ludowładztwa, na południu wypomnieniem rabunków, pożogi, wyniszczenia okrutnego, mlekiem i miodem płynącego niegdyś, kraju.

Jako dawniej czerwonoskóry człowiek z pogardliwym ust skrzywieniem, wymawiał przezwisko „yankee” — tako i po dziś dzień w południowej Karolinie, w Alabama, Georgia, w Missisipi, a nawet w Virginii, ten sam wyraz zachował całkowite swe pierwotne indyjskie znaczenie.

Pomimo tych przeszkód ideologia amerykanizmu pali ile sił pod owym „tyglem”, w którym kotłują się stłoczone nacje i rasy. Spław ślimaczy się63 jednak ociężale.

Każdy poszczególny naród, niby kruszec odmienny, innych potrzebuje warunków, innej temperatury. Jeden już w lotne gotów przeistoczyć się gazy, podczas gdy drugi zdołał pozbyć się zaledwie zaostrzonych kantów.

W „tyglu” przecież już pierwsza niezawodna pociecha, że nie opuszczą go ci, którzy się doń dostali, że choć każdy po swojemu, każdy inaczej, lecz wszyscy amerykańskie wyznają sentymenty.


O wolności sumienia i o nietolerancji

Stany Zjednoczone bytują pod berłem tolerancji, prawem zastrzeżonej wolności sumienia.

Tolerancja amerykańska, jak każda tolerancja religijna na świecie, poczęła się z zatargów, z prześladowań i walk.

Amerykanie z dumą wypominają, jako to ojcami ich ojczyzny byli owi słynni pielgrzymi, którzy w liczbie kilkuset na okręcie Mayflower64 przybili do wybrzeży Nowej Anglii, uciekając przed gnębicielstwem, zabraniającym im chwalenia Wszechpana według własnego pojęcia.

Ów historyczny Mayflower, symbolizujący niejako idealną stronę wędrówki za ocean pierwszych kolonistów, jest zarazem potężnym drzewem genealogicznym. Z tego drzewa radzi wywodzić się arystokraci Ziemi Washingtona, dyskretnie zapominając o tym, że owi męczennicy za wiarę rozpoczęli gospodarkę na nowych osiedlach pod hasłami terroru religijnego, pogardy dla wszelkiego innowierstwa i krwawych z nim porachunków.

Jako niegdyś reformacja na Ziemi Szwajcarskiej umiała własne zapalać stosy i znów ogniem karać odszczepieństwo od reformy, takoż i na wolnym lądzie Ameryki w imię Chrystusa mordowano i tępiono Inkasów meksykańskich i peruwiańskich i, w imię Chrystusa, na pustkowiach Nowej Anglii śmiercią karano herezję od herezji.

Po latach dopiero, w miarę powiększania się liczby stanów, wzmagania napływu ludności, początkowy purytanizm zaczął skłaniać się ku tolerancji, jednakże w rdzeniu swoim ciągle i zawsze protestanckiej, ku czemu niemało przyczyniła się imigracja znaczniejszych grup sekciarskich, jako niegdyś, na przykład, hugonotów, morawian lub w nowszych czasach mormonów.

Po latach narosło w Stanach Zjednoczonych bez liku różnorodnych wyznań, które, aczkolwiek działając pod znakiem protestantyzmu czy pod hasłem walki z kościołem rzymskokatolickim, przyczyniły się w rezultacie do osłabienia tegoż protestantyzmu, do jego rozdrobnienia.

A gdy się uwzględni nadto owe różnorakie grupy dążące do zachowania wybitnie narodowych cech wyznawanych przez się religii, toć już bez trudu można nabrać pojęcia o tym niesłychanym chaosie, jaki przedstawiają wystrzelające ponad domostwami wieżyce i kopuły świątyń.

Nie dość bowiem, że jedni bodaj menonici tworzą aż szesnaście różnorodnych odcieni, że wpływowi prezbiterianie liczą dziewięć niezależnych od siebie związków, że krzewi się bez liku wszelakich cudactw, urojeń, teozoficznych zrzeszeń, spirytystycznych zgromadzeń, a nawet, ludzką naiwność czy głupotę wyzyskujących, bud szalbierskich — ale ponadto wszystkie wyznania posiadają inne przybytki dla szwedzkich luteranów, inne dla luteranów norweskich, inne dla Niemców, boć i schizma rumuńska nie chce się zadawać ze schizmą grecką, rosyjska różni się od serbskiej, a serbska od bułgarskiej.

Z tego wynika, iż w roku 1926 Stany Zjednoczone miały dokładnie (proszę uważać!) 232 154 świątyń65...

Jest to liczba bajeczna, przechodząca najśmielszą wyobraźnię, zakrawającą na humbug, na jeden więcej „joke66”.

Przeciętne miasto amerykańskie, liczące dwieście tysięcy mieszkańców, ma z reguły więcej świątyń, aniżeli Warszawa razem z Krakowem i Poznaniem.

Miasteczko farmerskie w stanach centralnych, przy 1573 mieszkańcach płci obojga, potrafi zdobyć się na cztery kościoły i jedną bożnicę67. Tych 1573 mieszkańców pensylwańskiego zakątka dzieli się na metodystów, baptystów, prezbiterianów, żydów i katolików, no i luteranów, lecz ci ostatni muszą wędrować półtora kilometra do stojącego w pobliskiej osadzie zboru luterańskiego.

W Stanach Zjednoczonych na jedną świątynię wypada przeciętnie 530 ludzi. Jeżeli wszakże zastanowić się nad dokumentem amerykańskim stwierdzającym, że zaledwie 60% ludności zapisanych jest w kontrolach parafialnych, że 4% bądź trwa w jeszcze nieznanych, niewykrytych herezjach czy po prostu należy do masy obojętniaków lub bezwyznaniowców, to liczba 530 parafian na świątynię skurczy się, w ciężkie zamieni się gospodarstwo dla komórki wyznaniowej.

Stany Zjednoczone jako rząd federalny czy jako rządy poszczególnych republik ex officio68 nie mieszają się do kwestii religijnych i żadnych kosztów na potrzeby kultu nie ponoszą.

Jedynym przywilejem, z jakiego korzystają związki wyznaniowe, jest uwolnienie własności kościelnej od podatków oraz prawo zezwalające na odliczanie przy obrachunku podatku dochodowego sum ofiarowanych na rzecz kościołów, jak i w ogóle sum ofiarowanych na rzecz dobra publicznego.

Duchowieństwo nie otrzymuje od rządu żadnych świadczeń, żadnych zapomóg na budowę kościołów, żadnych dotacji.

Władza amerykańska do religii się nie wtrąca. Idzie daleko dalej aniżeli nowoczesne prawo francuskie o rozdziale kościoła z państwem.

We Francji istnieje opieka rządowa nad świątynią jako gmachem użyteczności publicznej, jako zabytkiem sztuki, jako miejscem zabytki przechowującym. We Francji władza czuwa, aby dana świątynia pozostawała zawsze w rękach tych, którzy ją ku chwale swoich dogmatów dźwignęli.

W Ameryce nikogo te szczegóły nie obchodzą. Świątynia jest własnością tej lub innej kongregacji i tej kongregacji wolno robić, co jej się żywnie podoba. Władza się do wewnętrznej gospodarki parafii nie miesza, chyba gdyby nastręczała przymus rozpoczęcia postępowania karnego.

Wyznania w Ameryce żyją jedynie ze składek, z ofiar dobrowolnych czy z opłat za korzystanie z posług religijnych.

Lecz ponieważ mnogość wyznań religijnych, mówiąc bez ogródek, konkurencja tych wyznań, musi dążyć do zdobywania nowych adeptów, musi walczyć o zachowanie posiadanych już parafian, przeto owa walka o byt wytwarza niezrozumiałe dla Europejczyka dziwolągi, a obocześnie69 pcha rzesze ku coraz silniejszemu indyferentyzmowi religijnemu.

Świątynie amerykańskie, i to już bez różnicy wyznania, choć rzadziej mają charakter europejskich pomników architektury, w zamian imponują czystością wnętrz, dogodnym, higienicznym ich urządzeniem. Tworzą one nade wszystko widne, miłe audytoria, posiadające dla każdego wiernego wygodne miejsce w dostatniej, lśniącej ławce. Amerykanin na siedzący zwykł się z Panem Bogiem rozmawiać.

Świątynia każda jest ogrzewana; nie kataru, nie grypy człek pobożny przyszedł szukać, lecz duchowego pokarmu. Czasu zimowej pluchy nawet w świątyni panuje cisza, nie ma europejskiego akompaniamentu rozmaicie rozpętanych kaszlów i dychawic. Każdy siedzi, nikt nie klęczy. W świątyni katolickiej, bodaj czasu70 podniesienia71, wystarczy zeprzeć się na pulpicie ławki, aby napotkać wygodny na odpowiedniej wysokości podnóżek dla lekkiego zgięcia drażliwego kolana.

Zresztą panuje w świątyniach troska, aby nie znużyć słuchaczów, aby rozpraszać monotonię, aby ich zająć bądź jakimś wyjątkowo ciekawym tematem aktualnym, bądź popisem muzycznym, bądź schlebieniem domorosłemu talentowi przez zaprodukowanie go parafianom.

O ile niektóre wyznania jak najsurowiej trzymają się dawnych formuł i obyczajów, o tyle drugie znów prześcigają się w nowatorstwie, w krzewieniu jakowychś nauk opartych na czystym rozumie, na chrześcijańskiej etyce, na nazbyt mglistych pojęciach o Bogu.

Najpierwszym zagadnieniem każdego poszczególnego wyznania jest kwestia bytu, kwestia utrzymania parafii. Następstwem tego jest przymus uciekania się niekiedy do środków mniej poważnych, mniej zawodnych, ale i nie zawsze przystojnych72.

Gdy nie pomagają ogłoszenia stałe w czasopismach, niewiele skutkują wywieszane na świątyniach zapowiedzi, znaki świetlne, gdy koncert muzyki religijnej nie ściąga wiernych, nie zaciekawia zwykły kaznodzieja, szuka się wyjątkowych mówców, zaprasza się do wygłaszania odczytów w świątyniach ludzi świeckich, ludzi niezwykłych. Bodajby popularnego cudaka sprowadzić, bodaj gwiazdę filmową namówić, byle tym z przeciwka krzykaczom adwentystom, badaczom Pisma Świętego czy pokutnikom z jaskini Daniela nie dać się zakasować. Bodaj, na modłę Armii Zbawienia, bandę73 dobrać i ruszyć na plac, łomocząc wrzaskliwego marsza, a choćby jazza uciąć, byle co najwięcej gapiów zgromadzić i pociągnąć ich za sobą na wypełnienie pustkowia Domu Bożego.

Dzień niedzielny jest dniem największej walki. Świątynie chrześcijańskie przez cały tydzień pogrążone są w Ameryce w pogodnym far niente74, dopiero sabat75 przejmuje je rozgwarem, a dzień niedzielny prawie zgiełkiem.

Niedziela w Ameryce nie jest dniem wypoczynku, lecz jedynie dniem Boga, dniem świątyni protestanckiej, dniem strażowanym zawzięcie przez prastare kwakierskie zakazy, sięgające XVII i XVIII wieku.

W dni niedzielne w Ameryce czuwa tak zwane „blue law” (niebieskie prawo). To prawo koloru niebieskiego zabrania w dni niedzielne pracy, handlu, zabawy, rozrywki, swawoli, zakazuje nazbyt rozgłośnej muzyki nawet w domu prywatnym, zamyka na dziesięć spustów galerie obrazów, muzea, biblioteki, teatry, kinematografy i w ogóle dąży do całkowitego unieruchomienia życia powszedniego.

Bardzo nieliczne stany, jak Nowy Jork i Maryland zdołały w pewnej mierze złagodzić te surowe przepisy. Dziewięćdziesiąt procent stanów amerykańskich trzyma się jednak ślepo „niebieskich praw”, posuwa je nawet do zakazu sprzedawania na dworcach kolejowych tytoniu, zamyka wszystkie restauracje i pośrednio zmusza człeka do uznania świątyni za to jedyne miejsce, kędy w dzień niedzielny spodziewać się może jakowegoś zaprzątnięcia myśli, zbliżenia do ludzkich gromad, rozerwania się widokiem idących lub powracających z nabożeństw.

Dnia świątecznego w Stanach Zjednoczonych nie należy łączyć z niedzielą. W dni świąteczne nie ma zakazów. Pierwszy dzień Bożego Narodzenia, Nowy Rok, o ile nie na niedzielę przypadają, są oddane na łaskę i niełaskę próżniactwa, pilności lub handlarskiego zmysłu. Piątek, dzień męki Chrystusa, którego imieniem Ameryka tak mocno się legitymuje, jest dniem tradycyjnych zabaw, nawet bale parafialne i bankiety odbywają się w piątki, boć to dzień ulubiony, lepszy niż sobotni, który przeciągającą się zabawą mógłby niedzielnemu nabożeństwu umniejszyć gromady. „Niebieskie prawo” zresztą policyjnym przepisem o godzinie dwunastej w nocy w sobotę zniewala do przerwania wszelkich uciech... Zaczyna się niedziela.

Od czasu do czasu zrywają się w Stanach Zjednoczonych społecznicy, usiłujący wykazać złe strony „niebieskiego prawa”. Tłumaczą, że człek pracy w dzień niedzielny nie może ucieszyć się godziwą rozrywką, że pozbawiony jest możności korzystania z kulturalnych instytucji, że nie może pozwolić sobie nawet na tak niewinną zabawę jak gra w piłkę, jak wyścigi piechurów, że wystarczyłoby przestrzeganie godzin rannych nabożeństw. Legislatury stanowe, a więc parlamenty poszczególnych republik, milczą, boją się potężnych kongregacji protestanckich, nie ważą się narażać tym, którzy tak decydujący wywierają wpływ na wybory.

Protestantyzm zaś w „prawach niebieskich” widzi dla siebie ostoję, rozumuje cynicznie, że przynajmniej widowiska i uciechy w dni niedzielnie nie mogą stawać do współzawodnictwa ze świątyniami...

Natomiast te świątynie z wielkim zapałem psują interesy klubom, salom do tańca i dziwowiskom. I nie tylko przez samo zmuszanie ich do niedzielnego milczenia.

U baptystów na rogu, po pięknym wykładzie o aeroplanach, kawa z prawdziwymi, amerykańskimi „pajami” (ciasto przekładane paćką owocową). We środę, o dwie ulice, u metodystów obiad za jednego „kwodra”, jakby w Polsce za złotówkę. Obiad niesłychany: kurczęta, szparagi, lody, mizeria, świeże selery i słynny amerykański „grevy”, sos generalny, zdolny nawet zardzewiałego forda nasmarować, wszystko naznaczone przez uprzejme parafianki i przez też parafianki, przy odpowiedniej strawie duchowej, przy rozstawionych stołach podawane.

Prezbiterianie zapowiadają świetny kinematograf — ale bądźmy sprawiedliwi i bezstronni — prawdziwa parafia katolicka w suterenach pod kościołem urządza sobie loteryjkę i partię bridge’a! Chociaż nie wiadomo, czy się te zamierzenia powiodą, gdyż schizmatycy w pobliżu, w sali nad cerkwią wyprawiają bal, sprowadziwszy osławioną76 murzyńską orkiestrę.

Duchowieństwo w Ameryce nie ma żadnej łączności z aktami stanu cywilnego. Śmierć czy przyjście na świat nowego obywatela rejestruje automatycznie dany urząd gminny. Tenże urząd wydaje zezwolenia na ślub, ślubu udziela urzędnik cywilny respective77 spisuje odpowiedni akt, a dopiero na zasadzie tak zwanego „license’u” (pozwolenia), duchowny dokonywuje ceremoniału religijnego, o ile to zgadza się z życzeniem nowożeńców.

Ślub cywilny wystarcza zawsze. Ślub kościelny jest dobrowolnym uświęceniem pierwszego. Toż samo dotyczy prawa rozwodowego. Rozwód i separacja musi być przeprowadzona obowiązkowo przez sąd cywilny, a dalej może być równorzędnie zdecydowana przez odnośny konsystorz78, o ile rozwodzący się chce być w porządku już nie tylko z prawem amerykańskim, lecz i ze swą własną religią.

Duchowieństwo w Ameryce nie bierze oficjalnie żadnego udziału w uroczystościach państwowych. O ile ceremonię religijną, nabożeństwo solenne łączy z jakowymś obchodem, ma to zawsze charakter prywatny, ile że nie ma wyznania panującego. Wprawdzie na 130 milionów mieszkańców 85 milionów hołduje protestantyzmowi lub protestanckiej bezwyznaniowości, ta potężna jednak gromada, jak było powiedziane, jest w sobie podzielona, rozbita zarazkiem przeciwieństw sekciarskich.

Religia prezydenta jest jego własną tylko religią osobistą.

Prezydent Stanów Zjednoczonych jaśnieje przykładem dobrego parafianina. Wilson uczęszcza do kościoła prezbiteriańskiego, Grand do metodystów, Taft do unitarian, Harding do baptystów, Hoover do kwakrów, Roosevelt do luteranów holenderskich, a Washington do kościoła anglikańskiego. I nikomu nie przeszkadza nawet, że prezydent Coolidge jest kongregacjonalistą, a Garfield członkiem związku Uczniów Chrystusa.

Najsilniejszą grupą wyznaniową Stanów Zjednoczonych jest kościół rzymskokatolicki, liczący, według statystyki z roku 1930, przeszło dwadzieścia milionów wiernych i 26 925 (wyraźnie: dwadzieścia sześć tysięcy dziewięćset dwadzieścia pięć) kościołów i kaplic.

Dzięki dyktatorskiej hierarchii i wielkiej swej czujności, kościół rzymskokatolicki w Stanach Zjednoczonych, w stosunku do innych wyznań, wyrasta na nie lada potęgę.

Na Ziemi Washingtona działa na prawach misyjnych, to znaczy, że biskupi posiadają władzę autokratyczną w swych diecezjach, że kapituły są wobec nich bezwładne, że godność prałata jest tylko pustym honorem, że wszystkie kościoły, szkoły, zabudowania parafialne (za wyjątkiem zakonnych) muszą być hipotecznie przepisane na własność diecezji i oddane bezkontrolnemu zarządowi swego biskupa, że kwestia mianowania proboszczów nienaruszalnych jest zawsze biskupa fantazją, że biskupowi wolno jest dane gmachy kościelne obarczać pożyczkami i zmuszać tym samym parafian do ich płacenia, iż żadne kolatorstwo, żaden dozór kościelny, w europejskim tego słowa znaczeniu, w Ameryce nie istnieje, że na koniec nuncjusz papieski rezydujący w Waszyngtonie jest osobą prywatną, nie należy do korpusu dyplomatycznego Stanów Zjednoczonych, że w stosunku do biskupów amerykańskich jest bezsilny, jest zniewolony w kwestiach spornych do szukania kompromisów, no i że nareszcie duchowieństwo rzymskokatolickie, jako przebywające na ziemi misyjnej, w kraju heretyckim zwolnione jest z bardzo wielu przepisów i obostrzeń.

Dla łatwiejszego niezawodnie pełnienia swych obowiązków duchownych, kler katolicki jest zwolniony od noszenia sutanny poza murami kościoła. Na zewnątrz w chwilach uroczystych występuje w anglezach79, w dni powszednie w marynareczkach. Znamieniem pozakościelnym stanu duchownego jest kołnierzyk, zapinany z tyłu a nie z przodu, który daje się jednak zapiąć i z przodu. Ten kołnierzyk zastępuje nawet tonsurę80, która w kraju misyjnym mogłaby być uważana za niepotrzebną prowokację.

Brewiarz, bez którego ksiądz francuski nie waży się na ulicy pokazać, zastępuje w Ameryce wielkie cygaro, istny patyk, nieopuszczający oblicza poważniejszego autoramentu dygnitarza kościelnego.

Zakonne duchowieństwo, podlegające władzy absolutnej swych prowincjałów i generałów, w równej mierze korzysta z nieznanego w Europie liberalizmu, tłumaczonego misyjnym stanowiskiem kościoła. Reguły, klauzule są nadzwyczaj złagodzone. Wstąpienie do zakonu łatwe, opuszczenie również nietrudne. Zakonnicy najostrzejszych reguł w drodze, w podróży bywają dostojnie wyglądającymi gentlemanami, których niepodobna posądzić, że w sakwojażu wiozą habit, trepki i sznurki św. Franciszka.

Na tym przystosowaniu się do tłumu, być może, zyskuje większa ku kościołowi katolickiemu powolność81, lecz traci na tym bodaj czystość powołania.

Trzeba wiele czasu, aby się oswoić z typem księdza amerykańskiego, zakrojonego na miarę przeciętnego, zasobniejszego burżuja.

Od tych drobiazgów zewnętrznych, idąc w górę, należy stwierdzić, że kościół katolicki w Ameryce, przy niezawodnym swym wielkim rozwoju, ulega w rezultacie bardzo silnej protestantyzacji, łagodniej a dokładniej mówiąc, nazbyt akomoduje się do protestanckich obyczajów, na zbyt wielkie idzie kompromisy.

Na uboczach amerykańskich kościół katolicki dnia powszedniego milczy zamknięty. Mszy św. nie ogląda co dzień. W dni świąteczne ma ich w zamian kilka, odprawianych przez tego samego księdza. Czasu uroczystych nabożeństw posługuje się irlandzką stenografią, która sobie upraszcza i skraca ceremoniał, a przedłuża procedurę pieniężną.

Dolar, przeklęty dolar, ale potrzebny, bo jeszcze innym środkiem nie zastąpiony.

Protestantyzm amerykański ma odwieczne zapisy, darowizny, ma bogactwa, kapitały, kościół katolicki ma ich stosunkowo mniej, a potrzeb ma daleko więcej.

W zapadłym kącie, na przepastnych wertepach, siedzi sobie metodysta. Dwadzieścia drewnianych domków, dokoła zresztą bezludzie.

Jakże sobie radzi, jakże się podziewa pustelnik?

Dostaje regularnie pensję od głównego zarządu, może otrzymać podwyżkę, lepszą posadę, awans.

Rachunki parafii załatwia dozór kościelny. Ten dozór odsyła zbierane składki. Pastora niewiele to obchodzi. Pieniędzy mu nie zabraknie. Centrala operuje milionami.

W katolickim obejściu parafialnym bywa mniej bogato.

Jeżeli księżyna, na małej owczarni osiadły, nie ma wybitnych zdolności administracyjnych i gospodarczych, zmarnieje i dla siebie, i dla parafii, i dla swojej władzy duchownej.

Niewiele wart, oczywisty niedołęga.

Ten drugi, obok mego, z torbami był wysłany między ludzi i póty żebrał, póty jęczał, aż kościół zbudował.

Najpierw malutki, drewniany, potem sprzedał drewniaka z zarobkiem i zbudował w innym miejscu stylowego murowańca. I parafię sobie naciułał, pałac istny na plebanię dźwignął i dobytku znacznego przyczynił i sobie, i parafii, i całej diecezji.

W kościółku katolickim proboszcz sam musi starczyć, bo jeżeli nawet przyślą mu czasami kilkanaście mszy do odprawienia, to juści tych najbiedniejszych, najgorzej wynagradzanych.

Nade wszystko więc swoich parafian skłania do tradycyjnych opłat amerykańskich, tak zwanego ławkowego. Dalej ustanawia opłatę za wejście do kościoła. Przy wejściu do kościoła w Ameryce czuwa jakaś poczciwa dusza i bez odebrania „dajma” (dziesięć centów amerykańskich) żadnego baszybuzuka82 przed oblicze Pańskie nie puści. Poza godzinami nabożeństw kościół jest zamknięty na cztery spusty, bo jakżeby na darmochę byle kto miał zbocza podołtarzowe zanieczyszczać.

Poza ławkowym i wejściowym najskromniejsza parafia ma dochód z posług religijnych, lecz główną treścią dochodu są niedzielne „kolekty”.

Te kolekty poprzedzane napomnieniami, wezwaniami, przedkładaniem rozmaitych gwałtownych potrzeb, odbywają się przy solennym obchodzeniu wszystkich bez wyjątku zgromadzonych na nabożeństwie, a nawet przy zapisywaniu znaczniejszych datków i ogłaszaniu ich podczas sumy dla uhonorowania szczodrobliwości.

Przy takiej dopiero gospodarce parafia może szukać składek nadzwyczajnych na rozbudowę, na zakup aparatów czy opędzenie nadzwyczajnych potrzeb.

Należy bowiem pamiętać, że diecezja bardzo pilnie czuwa nad kolektami niedzielnymi, że te kolekty po większej części muszą być odsyłane do biskupstwa na przeróżne ogólnokatolickie cele i że stąd jedynym, niezawodnym dochodem probostwa są wspomniane opłaty za posługi religijne, opłaty pobierane w stosunku do zasobów parafianina.

Wszystkie, razem wziąwszy, dochody z reguły nie wystarczają w Ameryce ani na utrzymanie licznej parafii, ani malutkiej.

Parafie bogate, mające od pięciuset do trzech tysięcy rodzin i więcej, uginają się pod nakładanymi na nie lub dobrowolnie na się branymi ciężarami. Parafie takie utrzymują szkoły, mające bardzo często po dwa, trzy tysiące dziatwy, utrzymują całe kluby dla młodzieży z salami do zabaw i rozrywek, z pływalniami działającymi nawet w czasie trzaskających mrozów, utrzymują olbrzymie hale parafialne, no i mają ambicje, słuszne, dźwigania świątyń masywnych, wznoszenia niekiedy całych bazylik.

Małe parafijki nie mają wprawdzie tak kosztownych kłopotów, lecz również nie wystarczyłyby na najniezbędniejsze, gdyby nie zaprzęganie do zbierania gotówki amerykańskiej pomysłowości.

Urządza się więc, jak powiedzieliśmy, w suterynach pod kościołem loteryjkę, partię gry w karty, bale parafialne, a wreszcie organizuje się słynne na całą Amerykę wycieczkowe pikniki parafialne, coś w rodzaju polskich majówek, dorocznych wypraw na Bielany, z tą różnicą, że na terenie pikniku jedynym sprzedawcą jedzenia, napojów, słodyczy, dzierżawcą przygotowanych tam zabaw jest ciągle ta sama parafia.

Lecz i przy największej energii potrzeba nie lada zapału, aby poradzić, aby starczyć na wszystko.

Kościół katolicki w Ameryce rozwija potężną działalność, tak nawet potężną, iż należy raczej obawiać się, aby jej zbyt silne napięcie nie ściągnęło kataklizmu.

Przyjrzyjmy się oto dla lepszego zrozumienia tej sprawy następującym liczbom.

W roku 1895 w Stanach Zjednoczonych było ogółem 910 szkół wyznaniowych, prywatnych, średnich — to znaczy szkół nazywanych w Ameryce high schools and academies, przygotowujących młodzież do kursów kolegialnych i uniwersyteckich, a prowadzonych przez rozmaite gminy wyznaniowe.

Na te 910 szkół w roku 1895 było 280 rzymskokatolickich, a więc prawie jedna trzecia.

W tymże samym roku w tych wszystkich szkołach razem kształciło się 52 441 młodzieży płci obojga — a śród nich 12 777 w szkołach rzymskokatolickich, czyli młodzież rzymskokatolicka stanowiła mniej niż jedną czwartą część.

W roku 1928 liczba szkół średnich prowadzonych przez gminy wyznaniowe wzrosła w Ameryce do 1789, a w tym liczba szkół katolickich z 280 poszła na 1345!

Mówiąc innymi cyframi — w roku 1928 — w szkołach średnich prowadzonych przez gminy wyznaniowe kształciło się ogółem 204 787 młodzieży płci obojga, a z nich 158 612 w szkołach średnich rzymskokatolickich — czyli przeszło trzy czwarte katolików na jedną czwartą innych wyznań!

Podkreślmy, że liczby te nie dotyczą ani rzymskokatolickich uniwersytetów i kolegiów, ani dwu milionów trzechkroć stu tysięcy83 dziatwy uczącej się w szkołach parafialnych rzymskokatolickich!

Żadne z innych wyznań nie może się takim plonem wykazać. Przeciwnie nawet. Szkolnictwo wyznaniowe protestanckie w Ameryce upada, niknie w oczach, ustępuje miejsca szkolnictwu świeckiemu — rzymskokatolickie natomiast do coraz większego dochodzi wpływu, zdobywa nawet poważne szewrony84, jako szkolnictwo prowadzone nadzwyczaj starannie i dające w sumie lepsze rezultaty od innych.

Władze Stanów Zjednoczonych, pomimo zachowania pozorów tolerancji, niechętnie poglądają na rozwój rzymskokatolickiego kościoła i po swojemu, według starych anglosaskich recept, starają mu się przeciwdziałać, pamiętając, na przykład, przy wyznaczaniu liczb emigrantów z poszczególnych krajów, aby kraje katolickie poddać ograniczeniom.

Silniej od władzy zmagają się z katolicyzmem gminy protestanckie, protestanckie związki, protestanckie zrzeszenia, masońskie organizacje, a wreszcie terrorystyczne kluby słynnego w Ameryce Ku-Klux-Klanu.

W roku 1882 katolicy utworzyli rodzaj swej gwardii ochronnej pod postacią Rycerzy Kolumba i zdołali już doprowadzić ją do poważnego zastępu 637 000 członków w roku 1929, podzielonych na grupy rozproszone po całych Stanach Zjednoczonych.

Pomimo jednak tego silnego zwierania się katolików, pomimo rosnących ich wpływów w Ameryce, katolicyzm, zwłaszcza w tych najprzedniejszych sferach, jest uważany po dzień dzisiejszy za nie lada usterkę.

Na wolnej Ziemi Washingtona w stosunku do katolików wałęsają się gęsto równie przyjemne nastroje jak w Skandynawii, kraju złośliwego zacofania protestanckiego.

Uczciwość zmusza do stwierdzenia, że ku tej niechęci do katolików przyczynił się w Stanach Zjednoczonych żywioł irlandzki.

Irlandczycy, jako element zachłanny, podstępny, noszący na sobie piętno wielowiekowej niewoli, nie są lubiani. Owóż Irlandczycy zdołali opanować całkowicie hierarchię kościelną katolicką, dzieląc się nią jedynie z Niemcami, z którymi się wyjątkowo dobrze harmonizują i pośrednio wywierają silny wpływ na Watykan.

Ten wpływ pochodzi nade wszystko z tego właśnie cyfrowego rozwoju kościoła rzymskokatolickiego w Stanach Zjednoczonych, który Irlando-Niemcy własnej przypisują zasłudze — z podsycanych spodziewań bliskiego wzmożenia jeszcze tego rozwoju, a w ostatku wynika z darów słanych Rzymowi, darów tworzących dzisiaj jedną z najpoważniejszych rubryk budżetu Stolicy Apostolskiej.

Hierarchia irlandzko-niemiecka najwspanialej dotrzymuje obowiązków świętopietrza. Kiedy taki arcybiskup chicagowski, Niemiec, sławetny kardynał Mundelein, ponurego autoramentu dygnitarz, jedzie ad limina apostolorum85 do Rzymu, zawozi ze sobą mały skrawek papieru, a na nim czek opiewający na jeden cały milion dolarów.

Tego miliona dolarów nie potrzebował kardynał Mundelein daleko szukać. Samych polskich parafii w Chicago ma coś około pięćdziesięciu. Nawet tych parafii w ogóle nie potrzeba było molestować, starczyło zaciągnąć po prostu pożyczki na szkoły i kościoły... Przecież w Ameryce świątynia jest taką samą nieruchomością, jak pierwsza z brzegu kamieniczka! Zresztą w Ameryce skarbce kardynalskie mają swoją reputację nie gorszą od skarbców protestanckich. Kardynał O’Connell z Bostonu miał kuzynka, którego, wyjeżdżając do Europy, pozostawił na administrowaniu funduszami. Kuzynek przegrał okrągły milion na giełdzie... Ani stąd śladu, ani znaku nie zostało. Wszelki słuch w bostońskiej archidiecezji od dawna o tej bagatelce zaginął.

Wróćmy jeszcze do kardynała Mundeleina. Na jego przyjazd do Rzymu w świętym Kolegium nagromadzono całe stosy dokumentów żałosnych.

Utyskiwania, skargi na arbitralność, na forytowanie Irlandczyków i Niemców, na gnębienie parafii włoskich, polskich, francuskich, czeskich, na niechrześcijańskie mieszanie się do polityki, na dziesięć innych bolesnych zagadnień. Lecz oczywiście ta jedna maleńka karteczka przywieziona przez kardynała Mundeleina strąca w okamgnieniu między pyły archiwalne pliki skarg i znów dalej w Stanach Zjednoczonych dzieje się, jako irlandzko-niemiecka hierarchia zdecyduje.

Aleć i bez tej karteczki święte Kolegium musi się poważnie liczyć z tą zaoceaniczną gromadą i unikać wszystkiego, coby tę gromadę mogło zawieść na pokuszenie stawienia oporu. Trzeba więc folgować, zatwierdzać automatycznie przekładane promocje i raczej samemu o niejedno prosić, aniżeli nakazywać.

Irlandzko-niemiecka hierarchia na dwadzieścia milionów katolików ma aż czterech kardynałów, szesnastu arcybiskupów, sto dwu biskupów. Polacy, którzy stanowią jedną piątą wszystkich katolików w Stanach Zjednoczonych, mają tylko jednego biskupa, konsekrowanego w roku 1908 i może dlatego jedynie, że nosi nazwisko niemieckie „Rhode” i jednego sufragana nazwiskiem „Plagens”.

Seminariów jest 135, w nich 17 616 kleryków, 7 387 parafii ma własne szkoły początkowe, 329 sierocińców wychowuje 54 523 dziatwy, schronisk dla starców hierarchia katolicka utrzymuje 142, a szpitali 624!

W jednym tylko roku 1930 założono 62 nowe parafie rzymskokatolickie i zbudowano 6 sierocińców, 15 przytułków dla starców i 18 nowych szpitali rzymskokatolickich. Żaden bodaj kraj „czysto” katolicki nie zdolen jest86 poszczycić się takimi plonami pracy społecznej swego kleru!

Zbyt wielka modernizacja kościołów rzymskokatolickich, nazbyt wielka ich nowoczesność, brak pierwiastka archaicznego, owo prztykanie elektrycznymi dzwonkami podczas Mszy św., mruganie całymi rzędami lampek elektrycznych, cała ta praktyczność parafialna, operująca w przybytku Pańskim higieną i dezynfekcją, a może zbyt wielki nacisk na nią kładąca, w znacznej mierze przyczynia się do osłabienia mistycyzmu i, jak rzekliśmy, nalotem protestantyzmu okrywa amerykański katolicyzm.

Europejczyk potrzebuje wiele czasu, aby się oswoić z tą łatwością, z jaką w Ameryce kościół katolicki skasował wszystkie niemal święta uroczyste, poprzestał na jednym dniu świątecznym Wielkiejnocy i Bożego Narodzenia, jak wiele uprzejmości okazuje cywilnym świętom amerykańskim w rodzaju „Dnia Dziękczynienia” czy „Święta Umarłych”, obchodzonego solennie 30 maja lub jak w dni szczególniej uroczyste świątynia katolicka lubi ściągać protestanckich gapiów schodzących się na oglądanie niezwykłego widowiska.

Oczywiście i w Stanach Zjednoczonych można znaleźć zakątki, kędy prastary kult wyłamuje się spod dominującego wpływu wielbicieli św. Patryka i rodaków Marcina Lutra i wielbi Pana nad Pany takuteńko, jako hen, pod Sienną, pod Kielcami czy na bretońskich piaskach.

Lecz te wyjątki, choć częste, są potwierdzeniem irlandzko-niemieckiego prawidła. Stany Zjednoczone są dzisiaj krajem, w którym silniej aniżeli gdziekolwiek można stwierdzić wzrost indyferentyzmu religijnego, a w pewnej mierze i całkowitej bezwyznaniowości. Z górą połowa mieszkańców zbliża się do świątyń jedynie w momentach przekazanych nie tyle tradycją religijną, ile raczej obyczajową.

A jednak też same Stany Zjednoczone należy uważać za kraj najusilniej zabiegający o tępienie zobojętnienia religijnego, walczący zapamiętale z bezbożnikami, a manifestujący gorąco swą wiarę w Boga.

Żadnych w tym kierunku ustępstw, żadnej powolności87 bodajby dla filozoficznych dociekań, dla uniwersyteckich rozpraw.

Taż sama Ameryka, która w głębi swych laboratoriów pulsuje zawzięcie obudzonymi do życia komórkami, taż sama Ameryka chwyta na munsztuk biologiczno-chemiczne hipotezy, usuwa z katedr heretyków ośmielających się sięgać poza ramy Pisma Świętego.

W Stanach Zjednoczonych, jako przed stu laty, tako i dzisiaj nie masz solenniejszego zebrania, obchodu, jubileuszu, akademii, bankietu, obrad parlamentarnych, klubowego festynu bez inwokacji, bez westchnienia do Boga, bez modlitwy.

Są to modlitwy Europie nieznane, dla Europy niezrozumiałe, żadnemu nieuchybiające kultowi, chylące głowy przed jednym, wspólnym, Wszechpanem. Te modlitwy wygłaszane są wszędzie i zawsze, przed zjazdami naukowymi, przed zabraniem miejsca za stołem biesiadnym i przed takim forum, gdzie nie ma ani jednego duchownego i przed takim forum, gdzie tuż w pobliżu sąsiadują ze sobą księża, pastorzy różnych zawołań, popi i rabini, i przed takim forum, na którym można natrafić na chwilę, kiedy w kolejnym porządku rabin odmawia głośno modlitwę, mając za sobą poczet duchownych wszelakich wyznań.

Szkoły początkowe, średnie, kolegia, uniwersytety, owe cywilne wskroś instytucje (w odróżnieniu od szkół utrzymywanych przez gminy wyznaniowe) nie mają wykładów religii, nie troszczą się rzekomo wcale o kwestię sumienia wychowywanej przez się młodzieży. Pozostawiają to zadanie duchowieństwu.

A przecież w najpotężniejszych nawet uniwersytetach amerykańskich, pnących się ku szczytom czystej wiedzy, dwa i trzy razy w tygodniu odbywają się tak zwane „chapele” (kaplice), rodzaj konwokacji, prowadzonych z urzędu przez pierwszego dygnitarza wszechnicy lub jego zastępcę.

Na tych „chapelach”, dokładniej konwokacjach, uniwersytecki dygnitarz odczytuje kilka wersetów z Biblii i wykłada je młodzieży.

Młodzież uniwersytecka, nie mówiąc już o szkołach niższego stopnia, bez względu na swoje wyznanie religijne, musi być obecna na tych konwokacjach.

Nie wolno karaimowi88 tłumaczyć się, że go nauka chrześcijańska nie obchodzi, nie wolno katolikowi usprawiedliwiać się, że jego religia zabrania mu takich dowolnych, cywilnych interpretacji Pisma Świętego.

Za trzykrotną nieobecność na „chapelu” uniwersyteckim, za wyjątkiem przyczyny ciężkiej, student zostaje wydalony, otrzymuje kartę zwolnienia, bez żadnych bliższych wyjaśnień. Takie ostateczności się nie zdarzają. Młodzież jest oswojona z tym ładem. Duchowieństwo nie odważyłoby się nawet czynić jakowychś zastrzeżeń przeciw uniwersytetowi Princeton, Yale lub Brown.

Najsilniejszym przecież wyrazem tego dążenia amerykańskiego do zachowania wiary w Boga jest bardzo wielka hojność prywatna na rzecz kościoła i kongregacji.

Na kościoły łożą nie tylko bogacze, nie tylko jednostki, ale i całe zrzeszenia. Świątynie fundują banki amerykańskie, fabryki, zakłady przemysłowe, kopalnie. Nikt się tutaj nie uchyla. Nawet bezwyznaniowiec, obojętniak nie zamyka kieszeni.

Protestancki kościół episkopalny dźwiga w Waszyngtonie gotyckiego kolosa z XIV wieku, wobec którego wszystkie mu podobne pierwowzory europejskie zejdą na karłów.

W Saint Louis wspaniała bazylika katolicka już od lat w przedziwne zdobi się mozaiki, staroweneckie, florentyńskie przechodzi cuda.

Żydzi nie dają się zakasować, miliony łożą na budowę swych synagog i domów modlitwy.

A nawet, kiedy już bezwyznaniowość zakradnie się do domowego ogniska, to i tam jeszcze bodaj utrzymuje się zamiast modlitwy przed posiłkiem chwila milczenia, pochylania się w skupieniu ducha, to i tam jeszcze nie wolno jest wymówić strasznego, przejmującego drżeniem oburzenia wyrazu „piekło”.

Amerykanin tego okrutnego memento89 nie znosi, boć wyraz „piekło” rumieńcami okrywa oblicza, które zatraciły zdolność rumienienia się, boć wyraz „piekło” jest tak obelżywym, jest tak plugawym, że wolej90 błotem człowieka obrzucić, aniżeli powiedzieć mu: „idź do piekła”, boć wyraz „piekło” jest tak brzydki, że, gdy go niepodobna ominąć, to wystarczy napisać pierwszą literę, resztę brzmienia zastępując kropkami...

Nie mniej groźną od piekła samego jest siła zrzeszeń wyznaniowych. Lepiej ich się strzec, być z nimi w komitywie, aniżeli je mieć przeciwko sobie. W wielkich miastach łatwiej się przed nimi skryć, łatwiej uprawiać obojętność — w mniejszych środowiskach nie ma ratunku. Gminy wyznaniowe działają, poczuwają się do solidarności. Metodysta w ostatku zgodzi się na katolika-lekarza, gdy zabraknie protestanta — ale gnębić będzie zapamiętale i zwalczać bezbożnika.

Biblia w Ameryce czuwa. Wygląda z każdego zakątka. Na stołach, w poczekalniach kolejowych umie poczesne zajmować miejsce, w skromnych mieszkankach jest zawsze najpierwszą między książkami, w bogatych domach miewa własną, uprzywilejowaną półeczkę, w hotelach leży tuż, przy każdym łóżku, u wezgłowia, razem ze spisem telefonów i miejscowym przewodnikiem...

Biblia zawsze i wszędzie w Ameryce wypomniana być musi.

Jeżeli otworzymy bodaj tak oschłego olbrzyma jak zestawienia coroczne Amerykańskiego Biura Statystycznego, jeżeli się wpatrzymy w te nieskończone kolumny cyfr, w te nowoczesne logarytmy życia, i tam nawet znajdziemy Biblię...

I tam jeszcze amerykańska skrupulatność musi wyliczyć, ile Biblia zawiera ksiąg, ile rozdziałów, ile wierszy, ile słów... Musi stwierdzić, że ma dokładnie 3 566 480 liter... (oczywiście angielskich), że w Biblii wyraz „and” (po polsku „i” lub „a”) powtarza się 46 227 razy, a wyraz „pan” 1 855 razy, podczas gdy wyraz „girl” (dziewczyna) tylko raz jeden...

Biblia w Ameryce jest ciągle świadectwem, dokumentem, autorytetem.

A ponieważ inwencja zacietrzewienia ludzkiego jest niewyczerpana, tedy bełcze91 na zawołanie Ewangelię ze Starym Testamentem, więc przebacza niewiedzącym, co czynią, rozgrzesza — albo rąbie oko za oko, ząb za ząb, w równie podniosły sposób daje upust małej, ziemskiej pomście.


Olbrzymie skupiska i większe od nich pustkowia

Olbrzymie skupiska i jeszcze większe od nich pustkowia, pasy ziemi wypełnione mrowiskiem ludzkim, stłoczone, duszne getta, a tuż w pobliżu przestrzenie jakby wiejące jeszcze oddechem dziewiczego kontynentu.

Pionierzy amerykańscy obsiadali brzegi oceanu, korytarzami rzek wdzierali się wgłąb lądu, w ich rozwidleniach, w zaciszu jezior i dolin rozbijali szałasy.

Dzisiejsze Stany Zjednoczone tych prastarych wędrówek pionierskich są podotąd92 żywym obrazem.

Wybrzeża Atlantyku, zagony w stronę Wielkich Jezior, kręte wstęgi wód, rwących do zlewiska Missisipi, wreszcie co najpospolitsze zatoki nad Pacyfikiem, toć główne, toć jedyne szlaki osiedli ludzkich.

Tu, przy ujściu Hudsonu, dziesięć milionów ludzi stłoczonych, dławiących się, na wagę złota liczących każdą piędź ziemi; tu na jednej mili kwadratowej niespełna osiem tysięcy mieszkańców, jak w obwodzie Columbii, a owdzie na takiej samej mili kwadratowej siedem dziesiątych człowieka podziewa się w Nevadzie, trzech całych ludzi w pięknej Arizonie lub w zaczarowanym Nowym Meksyku, a dwu tylko na milę kwadratową w Wyomingu. A jeżeli nawet bogata Kalifornia legitymuje się pięciu i pół milionami lub Teksas blisko sześciu milionami, to owe miliony ludzi zbliżają się w zwarte gromady w pewnych tylko punktach, pozostawiając trzy czwarte stanu odłogiem.

Nawet tak ludny i gęsto zamieszkały stan nowojorski ma powiaty liczące po sto pięćdziesiąt i dwieście tysięcy mieszkańców i ma powiaty (hrabstwa) sięgające kilkudziesięciu, a nawet kilkunastu tysięcy zaledwie.

Bardzo niewiele miast amerykańskich można by porównać z miastami europejskimi, a dostojeństwo ich mierzyć szczątkami prastarych murów, śladami początkowych rozsypisk.

Szanownym wyjątkiem jest niezawodnie leciwy Boston, tradycji pełna Savannah, wreszcie Charleston w Południowej Karolinie, bodaj najstarsze nad Atlantykiem St. Augustin, a dalej tu i ówdzie rozrzucone złomy hiszpańskich klasztorów, francuskich barykad czy niepozorne resztki jakichś prymitywnych obozowisk.

Przeciętne miasto amerykańskie rodowód swój zwykło wywodzić od fabrycznego komina.

Najpierw dźwignął się był komin, dokoła niego powstały bezkształtne łamańce pogmatwanych zabudowań, a do tych łamańców dopiero zaczęły przystawać, zrazu bardzo prymitywne, a dalej coraz to kształtniejsze, drewniaki ludzkich ognisk, żywiących się jakby tym jednym ogniskiem, buchającym ze środkowego komina.

Jako niegdyś w Europie, dokoła jakiegoś srogiego zamku, czyli93 rezydującego w tym zamku mocarza, tako w Stanach Zjednoczonych dokoła tego pierwszego komina, dokoła tych pierwszych szałasów, rozbitych ponad odkrywką przyszłej kopalni, jęły wyrastać inne, bezładna osada przedzierzgać się w tężejące w oczach miasto.

Teraz dopiero, śród labiryntu fabrycznych budowli, śród całego śmietniska odpadków, zrytych częstokroć kilofami obszarów, śród gmatwaniny bocznic kolejowych ruszała z miejsca ambitna, lecz zawsze chciwa zysków, urbanistyka.

Spójrzmy z lotu ptaka na jedno z przeciętnych wielkich miast północnoamerykańskich.

Jak okiem sięgnąć szachownica kwadratów, rozszczepionych tu i ówdzie przekątniami, a buchająca snopami ostrego, gryzącego dymu.

Tu gromada pośmigłych gmachów, jakby żywcem wyrwanych Rzymowi Trajana, jakby wprost z Aten sprowadzonych, a tuż obok brudne rumowisko, ponury warsztat ciężkiego trudu, a tuż obok ponad lampasem korynckich kapitelów potworny płomień stalowni wypalający łunę na podniebnej chmurze. Tu park nad parkami, wymuskany, pióropuszami najosobliwszych, zdobnych krzewów, tu wspaniałe kobierce zieleni rozpostarte kornie u podnóża hardych pomników, a tuż obok zapadlisko nędzy, życia wielkomiejskiego co najbrudniejsze oficyny, jeden targon odpadków, zwałów węgla, szyn, desek, nor ludzkich, pyłu i kłębów dymu.

Niekiedy, jak na przykład ze wzgórza ponad widłami Monangaheli i Allegheny, zlewającymi się w głębokie nurty Ohio, widok przepiękny, widok w zmrużeniu powiek budzący zachwyt liniami śród skalistych zrębów żłobionej doliny — widok grający po nocach snopami iskier, krociami światełek, włóczących się po górach, przeglądający się w trzech naraz wstęgach rzek, widok niby złuda rozpływający się w szarzyźnie i monotonii dnia powszedniego, widok na Pittsburgh.

Wolej94 poglądać z daleka, a nie wpatrywać się, wolej bryły ogarniać, niż linii dociekać.

Toć nie Monte Pincio, toć nie rzut spod bazyliki na Montmartrze na złomy murów współczesnej Lutecji.

Kędy okiem rzucić fabryczne kominy, fabryczne zabudowania, fabryczne szopy. Tam, gdzie kolos architektury, tam hotel albo bank, tam dworzec kolejowy, tam nowoczesny, amerykański karawan-seraj handlu, przemysłu, businessu. Niekiedy między gigantycznymi zrębami jakaś wysmukła strzałka, jakiś nikły czubeczek fontanny sięgający murowanemu olbrzymowi powyżej łydki — to wieżyca świątyni, niekiedy modlitwami ponad miasto ku niebu wystrzelająca, dzisiaj skarlały budyneczek dwudziestego nawet nie dogoni piętra.

Niby z góry Tibidabo pod Barceloną, ze zrębów Eagle Rock w pobliżu Orange w stanie New Jersey można jednym rzutem objąć nie siedem krajów, jak chce tradycja katalońska, lecz w zamian przyjrzeć się świetnej wypukłomapie siedmiu miast amerykańskich z Nowym Jorkiem na czele, rozrzuconych na poszarpanych oceanem płaszczyznach. Lecz z tego rzutu taż sama nużąca jednostajność rozplanowania, toż samo nagromadzenie reprezentacyjnych wspaniałości w pewnym punkcie i taż sama nieskończoność kwadratów, toż samo geometryczne pokratkowanie.

Bardzo niewiele miast amerykańskich, czy to dzięki wyjątkowemu swemu położeniu, czy jakimś niezwykłym warunkom, zdołało wyłamać się, zerwać z pętami monotonii, zdobyć się na jakiś własny rys, własny charakter. Nawet tam, gdzie natura sama zdawała się pracować na wyrobienie tego charakteru, tej odrębności, tej oryginalności, tam handel z przemysłem ruszył o lepsze, ażeby tę odrębność, tę oryginalność pokryć jak najstaranniej nalotem standaryzacji.

Boć jako każda ze sfederowanych republik ma swoją własną stolicę, a w stolicy tej musi mieć gmach swego własnego parlamentu, swój własny kapitol, wzorowany na kapitolu waszyngtońskim, a więc zdobny w olbrzymią kopułę, zaparty o podstawę kilkudziesięciu szerokich, marmurowych czy granitowych schodów, wydłużony mniej lub więcej klasycznymi skrzydłami — tako i każde miasto amerykańskie ma wszędzie i co kroku kubek w kubek takie same sklepy rzeźnickie, tak samo urządzone standardowe restauracje i restauracyjki, mleczarnie, owocarnie, składy apteczne i nawet benzynowe stacje.

Tam oczywiście, gdzie Chicago lub Filadelfia moszczą sobie spacerowe drogi, zdobywają się na monumentalne konstrukcje, gdzie wszystko chcą mieć jeszcze większe, jeszcze bogatsze, jeszcze wspanialsze niż gdziekolwiek, tam banalność ustępuje, tam na kilku placach czy ulicach bogaty gród wszystkie swe rozpościera precjoza.

Lecz dość zboczyć z Michigan Avenue, dość zanurzyć się wgłąb jednej z przecznic, aby wpaść niebawem w labirynt kwadratów, brudnoczerwonych, mrocznych ulic lub dostać się między pasy szarych, przylepionych szczelnie do siebie, jednakowych w każdym calu domków ciągnących się setkami metrów po obu stronach niechlujnych, wyboistych ulic.

Przeciętne wielkie miasto amerykańskie przygnębia swoją szarzyzną.

Równo uszeregowane ulice, o ile nie urozmaicają ich zabudowania jakichś warsztatów pracy, jakichś składów, jakichś zakładów szkolnych, są tak do siebie łudząco podobne, że nawet w Nowym Jorku bez sprawdzenia numeru ulicy niepodobna odróżnić Trzydziestej Siódmej od Trzydziestej Szóstej, Pięćdziesiątej od Pięćdziesiątej Pierwszej, nie można jednym rzutem rozeznać czasami domu, w którym się mieszka.

Przeciętny dom „apartamentowy” starszego nieco autoramentu jest zakrojony z reguły na jedną i tę samą modłę.

Cztero- lub trzypiętrowy czworogran cegły obrzucony wiśniową lub żółtą farbą, czworogran bez bramy wjazdowej, z wystającymi na zewnątrz, otwartymi schodami mającymi pod swym skosem wejście na parter, a idącymi wprost z ulicy na pierwsze piętro, gdzie znów z sieni idą już wewnętrzne schody do wyższych kondygnacji.

Front takiego domu, co więcej, jest zeszpecony dodatkowymi jeszcze, żelaznymi, pożarnymi schodami wiszącymi bezładnie, a ogarniającymi swą siecią wszystkie poszczególne mieszkania.

Drugi typ domów amerykańskich, aby uniknąć brzydoty schodów żelaznych na froncie, nie ma wspólnych ścian szczytowych z sąsiednimi domami, lecz jest odgrodzony od nich przejściami tak zwanymi „elami” (aisles). W takich domach schody żelazne wychodząc już na te „ele”, będące zarazem składami wszelkiego rodzaju odpadków i nieczystości.

Nowoczesny typ kamienic wielkomiejskich usilnie zabiega o większe zharmonizowanie zewnętrznych linii, lecz przy największych, przy najgorętszych usiłowaniach wpada w koszarową jednostajność. Tak wspaniała nawet, a siląca się na zalotność Commonwealth Avenue w Bostonie przy bardzo czujnym dozorze architektonicznym zdołała w rezultacie rozciągnąć po obu stronach przenudne kloce schematyzmu.

Dopiero idąc od centrum miasta amerykańskiego, uciekając przed piwnicznym oddechem arterii, zastawionych drapaczami nieba, [dostrzec można, jak] znika oszczędność w wyzyskaniu każdej stopy gruntu, budowle maleją, zyskując na kształcie, poszerzają się ulice, coraz odważniej, coraz śmielej przystrajają drewnianymi domami, zanurzają wreszcie w zielenią spowite dzielnice rezydencyjne.

Ameryka, wbrew europejskim wyobrażeniom, była i jest jeszcze po dziś dzień drewniana.

Drewno przez długie lata stanowiło główne miast amerykańskich tworzywo.

Drewno było pałacem Jerzego Washingtona, drewno było siedzibą pierwszego kongresu w Filadelfii, drewno starczyło i na świątynie, i na uczelnie, i na strażnice.

I dzisiaj jeszcze, pomimo bloków kamiennych, pomimo żelaza, pomimo dającego się wygniatać niemal w rękach cementu, drewno, choć wypychane przemocą z reprezentacyjnych dzielnic, ze śródmieść, jednak broni się, nie ustępuje tak łatwo, nie daje się wyżenąć95 całkowicie nawet z trzech największych metropolii. Drewno pospolite amerykańskie podziewa się jeszcze i w Nowym Jorku, i w Filadelfii, i w Chicago.

Zresztą cały szacunek dla tego niepożytego materiału, dla tego praojca architektury, rodziciela kolumn i pilastrów.

Drewno amerykańskie streszcza swoją moc nie tylko w chatach, w prymitywnych szopach, w farmerskich obejściach, nie tylko w ubogich schroniskach, lecz idzie na służbę na publiczne gmachy, bogaczom szlifuje salony, możnym piękne ściele gniazdka.

Drewno jest ozdobą Ameryki.

Żaden kraj chyba nie zdołał tyle pomysłów, tyle dobra wszelakiego z drewna wykrzesać, tylu imponujących gmachów wystrugać, na taką pomysłowość konstrukcji się zdobyć.

Spójrzcie na tego kolosa spoglądającego ze wzgórza. Gra z daleka czerwienią niby forteca. Mury zda się na schwał, mięsistą dachówką kryte, szacunek dla swej mocy wdrażające. I słusznie, boć w zamaszystym labiryncie schronisko dla sieroctwa, dla niedoli dziecięcej.

Schronisko? — Najzwyklejszy drewniak jedną cegłą zewnątrz obłożony, zbudowany na modłę bala bawełny, bo związany stalowymi linami i zasupłany nimi na poddaszu a, dla umocowania go na ziemi, ciężarem dachówki przyciśnięty.

Niebezpieczeństwo ognia? — Zapewne. — Czasu awantur z Murzynami w St. Louis czterysta domów poszło z dymem, jakby kto zapałką spalił. Czasu słynnego pożaru w Chicago drewniaków dwa tysiące zamieniło się w perzynę. I cóż stąd za nauka? — Kamienny Rzym niegdyś spopielał, wytliły się mury i marmury Kartaginy, najzawziętsze zamczyska bywają wypomnieniem pogorzeli, żużli żałosnym chaosem.

Czujność uchroni nawet prochownię, niedbalstwu nie pomoże żelazobeton.

Lecz drewno w Ameryce nie jest znamieniem ubóstwa.

Przeciwnie, tam, kędy nędza z niechlujstwem podają sobie ręce, tam w Ameryce, niby w Nowym Jorku na East-Side, brud i niedola w kamiennych gnieżdżą się domostwach, tam rudoczerwone bety, łachy i sienniki zdobią mroczne wąwozy cuchnących zaułków. Kogo stać na powietrze, na słońce, ten osiada w drewnianym domku umiejącym być równocześnie i szczytem wykwintu, i szczytem prostoty.

Ponadto drewno w Ameryce zawsze odgrywa rolę materiału przejściowego. Gdy brak środków na kamiennego potwora, gdy podźwignięcie muru zbyt wielkie pociąga koszty, Amerykanin zaczyna od drewna. Drewnem się dorabia, na drewnie wyrasta, woli mieć czytelnię publiczną w drewnianym domku, aniżeli czekając latami na cegłę, nie mieć czytelni.

Drewno amerykańskie jest budulcem tanim, świetnie spreparowanym, drwiącym sobie z „grzybów” i „kurczenia” i udostępnionym tak mocno, że można nim operować niby pudłem klocków, z których według wzorów da się ułożyć kilkanaście miniaturowych domków — a z których żwawszy chłopczyna wykombinuje sam kilkanaście innych...

Drewno amerykańskie zakasowało od dawna wszelką tradycję najsłynniejszych modrzewiowych siedzib, poematami opiewanych dworów i dworków.

Drugim rysem charakterystycznym miast i miasteczek amerykańskich, tym rysem, który mocniej, silniej uderza, aniżeli wszystkie razem wzięte spiętrzenia drapaczy chmur, aniżeli nawet te osobliwe piramidy, prowadzące ze sobą walkę o coraz większą liczbę pięter, jest niepojęty dla Europejczyka brak zawór96, brak ogrodzeń, brak płotów, brak krat.

Osobliwie człek przybywający z kraju, w którym byle płatek zieleńca obwiedziony jest drutem kolczastym, kędy97 byle ogródeczek podkościelny ujęty jest w sztachety, kędy z parków, żelazem otoczonych, wypędza się ludzi na rozpalony bruk uliczny w momencie, gdy te parki tchną pełnią ożywczego oddechu — osobliwie taki człek w miastach amerykańskich, w amerykańskich osiedlach wyznać się z początku nie może.

Dziwny, niezrozumiały kraj.

Toć i tutaj, jak i w Europie, włóczy się co kroku taż sama hołota, też same Maćki, Wojtki, Kaśki, Gastony, Luizy, Doroty i Giowanny — też same morusy przebiegłe a psotliwe.

A jednak nieogrodzone zieleńce lśnią swymi kobiercami, a przecież do każdego parku amerykańskiego można właściwie wejść z każdej piędzi otaczającej go ziemi, można weń wjechać o każdej porze dnia i nocy, można, o dziwo, rozpostrzeć się na trawie, można sobie wyprawić majówkę, można nawet naśmiecić.

A choćby sobie w takim Central Parku w Nowym Jorku! Podczas upałów można na całą noc rozłożyć się z poduchami i materacami, urządzić sobie pokój sypialny tuż w pobliżu jakiegoś bardzo artystycznego trytona, a buduar w sąsiedztwie marmurowych nimf, brązem świecących posągów.

Można...

W Ameryce bowiem, na przekór tradycjom ludów wywodzących się od króla Ćwieczka, panują odmienne zasady. Parki, ogrody, zieleńce publiczne są dla publiczności, są dla ludzi, są dla wszystkich, a nie dla wielkorządców, nie tylko dla policmajstrów.

Trawniki, nawet pod świątyniami, są również dla ludzi i nie wyłącznie dla radowania ich soczystością swego koloru, dzieciom wolno kulać się98 nie tylko na piasku, ale i na wymuskanych „gazonach”.

Ład panuje wzorowy, najdelikatniejsze rośliny się nie skarżą, bo w Ameryce zawsze jest zadość ludzi, którzy w pewnym wieku chętnie imają się miotły i grabi, bo w Ameryce ogrodnicy są również dla publiczności, a nie publiczność dla ogrodników.

O wiele ciekawszą jeszcze jest tajemnica ogrodzeń tam, kędy już prywatna zaczyna się własność.

Setki i tysiące mil angielskich drogi poprzez różnorodne stany i wszędzie własności prywatne stoją otworem... A jeżeli zdarzy się płot, to płot ruchomy z tarcic, niby z klocków we fryz układany w szczerym polu i wznoszony jedynie na pohamowanie żarłoczności żywego inwentarza.

Jeszcze gdzieniegdzie w Nowej Anglii można znaleźć przeżytek murowanej barykady zabezpieczającej milionera przed ciekawością natrętów. Lecz są to już szczątki. Najpiękniejsze rezydencje zdobywają się co najwyżej na symbol zamknięcia, symbol graniczny. Więc oto dwie urny oznaczają bramę wjazdową, ówdzie dwa słupy wskazują drogę przed zawsze otwarty podjazd, oddzielony od ulicy zieleńcami, niskopiennymi krzewami.

Do ogrodu poza domem równie łatwy o każdej porze dostęp. Jeżeli ostatecznie kratka, to na tenisową piłkę, na kojec dla psów, na drabinkę dla pnących latorośli.

Tym brakiem płotów, brakiem ogrodzeń Ameryka bije nawet Francję, zaćmiewa słynące urokiem wille podmiejskie.

We Francji nieskończone rzędy ciągnących się po obu stronach ulic zagród murowanych, gęstych sztachet, wysokich drucianych siatek podtrzymujących żywopłoty. We Francji najuboższy domek z pęczkiem zieleni zamyka się w samym sobie, chroni przed wzrokiem przechodnia swoje samolubne „chez soi”. Gdzieniegdzie spoza bukietu róż, poprzez wykrętasy żelaznych zawór, spoza ażurowej furtki, wygląda zręb pałacyku, łuską szyfrową opancerzona wieżyczka, niekiedy głąb cienistej alei, skrawek dywanowego kwietnika.

W Ameryce piękny szeroki gościniec pruje nawet skromniutkie osady. Boki tego gościńca obramowane są pasami cementowych chodników, do których przylegają głębokie, starannie wystrzyżone zieleńce, idące ku odsuniętym wgłąb domostwom, graniczącym ze sobą drożynami prowadzącymi do garażu na tyłach domów, do ogrodów, niekiedy nawet do całego poza domem farmerskiego obejścia.

Dopiero w punkcie, kędy zaczyna się handlowa część osady lub miasteczka, tam dopiero urywają się zieleńce, a domy, już zazwyczaj murowane, przysuwają się do chodników.

Za wyjątkiem bardzo nielicznych naśladowań staroangielszczyzny czy holenderszczyzny, która front domu chce mieć zawsze tuż przy ulicy, a ogródek i najmilsze pokoiki umieszcza na tyłach, ten ład panuje niemal na całej ziemi amerykańskiej.

Duże miasto amerykańskie pomimo swych wielkich wysiłków, pomimo bogatej swej zabiegliwości, jest jakby z reguły niechlujne i brudne. Nawet wspaniałe parki, nawet owe dzielnice reprezentacyjne nie łagodzą nieprzyjemnego wrażenia. Pył, dym i często dławiące wprost wyziewy zatruwają powietrze najwspanialszych metropolii.

Choćby kogoś olśnić milionami dolarów, rozrzuconymi hojnie na wybrzeżu jeziora Michigan, choćby się ktoś dał porwać istotnie pięknej linii drapaczy nieba, zdumieć chicagowskim kolosom, to przecież jak mu przy zwiedzaniu miasta dmuchnie raz od przesławnego „Armoura”, jak mu zawieje tym rzeźnickim kolosem, to na trzy dni starczy mu wypomnienia... A przecież tym Armourem w Chicago oddychają krocie tysięcy ludzi, a przecież tym okrutnym fetorem olbrzymich zakładów przemysłowych oddycha nie tylko dwadzieścia tysięcy pracowników, ale i pięć kilometrów najbliższego z tymi zakładami sąsiedztwa.

Choćby się więc jakiś technik z kretesem zachwycił takim Kansas City (Kanzas), które wydaje się jakby było miastem zbudowanym na czubkach głów cukru, ustawionych obok siebie a połączonych całą siecią mostów, to jednakże jak wpadnie na siostrzyczkę chicagowskiej rzezalni, to w pierwszej chwili gotów by skończyć samobójczą śmiercią.

Nie mniej przykre są wyziewy z fabryk chemicznych, rafinerii nafty, z wszelakich potworów ziejących zabójczymi kwasami, fermenty idące chmurą miazmatów od Manhattan Transfer, aż do samego Newarku.

Lecz istną klęską wielkich miast amerykańskich jest żrący, dławiący, pyłem węglowym nasączony dym.

Taki Pittsburgh, Cleveland, Youngstown, Bethlehem, Cincinnati, Atlanta i dziesiątki innych pławią się niemal w kłębach dymu. Dym i pył wciska się do mieszkań, przyćmiewa światło słoneczne, bluzga brudnym deszczem, szarym od razu sypie śniegiem, dosięga człowieka nawet na piętnastym piętrze hotelu, wytwarza w płucach osady węglowe, skazuje nawet gentlemanów na mniej wytworną, a jednakże konieczną czynność dłubania palcem w nosie.

Ale choćby nawet na takim Park Avenue w Nowym Jorku, kędy komina fabrycznego ani poświeć, biada ciekawemu, który by nazbyt śmiele ważył się głowę zadzierać, ścigając linie spiętrzonych brył...

Nie wszyscy od razu chwytają, że kamieniczka dwudziesto- czy czterdziestopięciopiętrowa musi być odpowiednio ogrzewana i że samo utrzymywanie maszynerii, operujących w podziemiach, wymaga mocnego paliwa, że pył węglowy leci zawałami sponad drapaczy nieba, że biada nieuzbrojonemu w szkła spojrzeć ku niebu bodajby na Park Avenue w Nowym Jorku.

Wielkie metropolie amerykańskie zdumiewają raczej szalonymi wprost nakładami pieniędzy, trudnym do pojęcia bogactwem dochodów, raczej swą rozrzutnością, aniżeli osiąganymi za cenę tej rozrzutności rezultatami.

Dość sobie uprzytomnić, że jedno jedyne miasto Nowy Jork ma budżet roczny o półtora raza większy niż największy dotychczas budżet Rzeczpospolitej Polskiej, że jeden jedyny Nowy Jork ma cztery razy więcej długów aniżeli Rzeczpospolita Polska, że Filadelfia więcej wydaje na swoje utrzymanie niż Rzeczpospolita Polska na swoją armię, a Baltimore pochłania więcej pieniędzy aniżeli polski budżet ministerium oświaty i wyznań religijnych — aby bardzo krytycznie spoglądać na całe urbanistyczne tworzywo amerykańskie i bez zdumienia patrzeć na wielkomiejskie osobliwości, inżyniersko-techniczne sztuczki i bodaj doznawać zawodu.

Duże miasta amerykańskie są ambitne, chciwe sławy, prześcigają się w pomysłach, idą w zawody o powiększanie obszaru, przyrost ludności, o jeszcze hojniejsze nakłady.

We wszystkich poczynaniach są nadzwyczaj śmiałe, energiczne, gotowe do chwytania w lot najzawrotniejszych planów. Żadnego zamiłowania do staroświecczyzny, żadnego fetyszyzmu dla tego, co wczoraj było pięknym, szanownym czy sławnym.

Choćby szło o te dwie sakramentalne arterie amerykańskich miast „Broadway” i „Main Street”, to w każdej chwili linia regulacyjna lub byle koncept inżynierski gotów jest ściągnąć wszystkie domy po jednej stronie drogi, rozbić dynamitem żelazobetony, zapłacić hojnie, ale zburzyć i banki, i pałace, i świątynie...

Miasto amerykańskie nie wdaje się w żadne korowody.

Ma, przypuśćmy, w swym łonie piękny zaczątek warszawskiego Krakowskiego Przedmieścia, które, od Karmelitów począwszy, zazębia się dwukrotnie i wpada w krzywy wąwóz mizernego Nowego Światu.

Jedno posiedzenie Rady Miejskiej i oto już linia jak strzelił idzie od Bernardynów i pozwala królowi Zygmuntowi poglądać wprost na Plac Trzech Krzyży...

Znikają w oczach skrzydła dawnego pałacu Radziwiłłowskiego, idzie na miazgę hotel Bristol, sypią się frontony gmachów, ginie Pałac Staszica.

Barbarzyństwo nie do darowania w Warszawie, w Ameryce świetnie zrealizowane odrodzenie miasta. Pomnikowa Avenue budzi zachwyt. Karmelici mają jeszcze większą banię, Kopernik jeszcze potężniejszego Staszica za plecami, to co narastało przez dziesiątki lat bez ładu i składu, zamienia się w celowo a nowocześnie przeprowadzoną arterię wielkomiejską.

Na Piątej Avenue w Nowym Jorku pałac Vanderbildtów. Miliony dolarów pochłonął, w co najdroższe freski, stiuki, brązy i marmury się przystroił. Tu, w tym pałacu, złota gwiazda słynnego machera kolejowego doszła do zenitu. Tu zaczęła się piękniejsza historia możnego rodu amerykańskiego.

Piękny pałac, skwapliwie wypominany przez nowojorskie przewodniki. Aliści metropolia żwawiej się posunęła w stronę Pięćdziesiątej ulicy. Pałac Vanderbildtów w jednej chwili wyrósł na idealne miejsce dla jeszcze wyższego od dotychczasowych drapacza nieba. Tyle było wahania, ile kwestii o wagę złota. I był pałac Vanderbildtów, był wczoraj jeszcze i jest dzisiaj, ale gdzie indziej, bo nowy sobie, jeszcze ładniejszy zbudowali.

Jeszcze mniej dla Europejczyka zrozumiałym przykładem są dzieje słynnego hotelu Waldorf-Astoria.

Nie było mu równego. Takich salonów, tak bogatych urządzeń, tak przepastnych sal koncertowych, bankietowych, sal na zebrania, na zjazdy, takich apartamentów w żadnym bodaj na świecie hotelu by nie znalazł.

Waldorf-Astoria był wyrazem ostatniego szyku, Waldorf-Astoria był postojem wszystkich potentatów, zatrzymujących się nad Hudsonem, Waldorf-Astoria był ciągle i przez całe swoje bytowanie miejscem najpocześniejszym. W Waldorf-Astoria zbierała się „cała” Ameryka, książęta rodów panujących, zarówno jak i prezydenci Stanów Zjednoczonych mogli się byli zatrzymywać tylko w Waldorf-Astoria.

I oto ten wszechświatowy, niezrównany, nowojorski Waldorf-Astoria pewnego dnia, przed trzema zaledwie coś laty, wydał był wspaniały bankiet nad bankietami, zebrał śmietankę wykwintu amerykańskiego, wprowadził w ekstazę pomysłowością fety i... nazajutrz zawarł brązowe podwoje... A w półtora roku niespełna na gruzach pięknego budynku dźwignął się ku niebu słynny nowojorski „Empajer”, więc sto cztery piętra w górę, sto cztery piętra bogactwa, zbytku, techniki, sto cztery piętra wszelkich w tym kierunku „naj” amerykańskich, czyli 60 000 ton stali, 6 400 okien, miejsca na 25 000 lokatorów!...

Połóżmy nacisk. Wspomniany Waldorf-Astoria mógł był przetrwać jeszcze całe lat pięćdziesiąt, mógł był okryć się patyną starości, mógł był jeszcze przez dwa pokolenia w arystokratycznej chadzać oprawie, mógł był zakosztować może mniej wytwornej, ale zawsze wielkiej popularności, mógł był niby podcienia Palais Royal w Paryżu, wiać czcigodną pustką dawnych czasów — jako Amerykanin wolał przecież odejść w pełni sił, bo tak mu nakazywał duch czasu, rozmach amerykańskich metropolii.

Wszystko, co w amerykańskim wielkim mieście chce trwać, chce żyć, musi się odradzać, musi w oczach rosnąć, musi się przeistaczać. Zatrzymać się, znaczy w Ameryce niknąć, znaczy zapadać się.

O ile wielkie miasta amerykańskie nastręczają bardzo wiele sposobności do krytyki, o tyle niewielkie osiedla największego sceptyka mogą przejąć zachwytem dla ładu, wzorowej czystości, niepojęcie zamożnych urządzeń.

Tu już nie ma milionerów ani setek tysięcy mieszkańców i nie ma na miliony wyciąganych budżetów, lecz co najważniejsze, nie ma również skarbu państwa, nie ma oglądania się na zwierzchność sypiącą pieniędzmi, nie ma skamłania o zapomogi, o inwestycje, o fundowanie jakichś zakładów dobra publicznego.

Dwadzieścia, piętnaście, siedem, cztery, dwa tysiące ludzi zaledwie w miasteczku.

Dwa tysiące ludzi, więc szkoła początkowa, więc szkoła wyższa, więc bocznica kolejowa, więc światło elektryczne, kanalizacja, wodociągi, telefony, czytelnia, straż ogniowa, izba handlowa, kluby, własne czasopismo, banki, starannie utrzymane jezdnie, bardzo porządne chodniki (nikomu nie wolno postawić domu bez wybudowania chodnika), miejsce spacerowe, kilka świątyń, szpital, teatrzyk... I to wszystko dźwignięte, zorganizowane i prowadzone staraniem tych dwu tysięcy ludzi!

Oni sami się zawzięli, oni sami się opodatkowali, oni sami między sobą zarządzili odpowiednie składki, aby się innym nie dać, aby się nie pozwolić uprzedzić, aby życie uczynić nie tylko znośnym, ale przyjemniejszym, lepszym, czyściejszym, zdrowszym.

Nic temu małemu miasteczku do starosty czy szefa jakiegoś departamentu, nic im do naczelnika powiatu. Sami sobie wybierają „mayora” z ławnikami, sami tworzą swego sędziego, swego dozorcę robót publicznych, swego własnego policjanta. Sami radzą, sami się rządzą i patrzą swojej własnej polityki.

Każdy idzie o lepsze, aby rodzonemu miastu dobra przysporzyć, aby historii tego miasta poczciwe imię przekazać, w złotej księdze ofiarności się zapisać.

Gdyby przyjąć za skalę porównawczą najstaranniej zagospodarowane miasta flamandzkie czy bawarskie, choćby szwajcarską wypolerowane drobiazgowością, to jeszcze amerykańskiemu osiedlu trzeba by przyznać pierwszeństwo.

Być może to pierwszeństwo dałoby się umniejszyć wyjątkowymi warunkami — istotnie swobodnym, nieskrępowanym żadnym biurokratyzmem rozwojem, brakiem klasowości, całkowitym brakiem chłopstwa i drobnomieszczaństwa, a raczej tym faktem, że w Ameryce każdy chłop jest rzemieślnikiem-mieszczaninem i każdy mieszczuch gotów jest zaciągnąć się na chłopa. Pomimo i tych jednak zastrzeżeń małe miasta amerykańskie biją na głowę wszystko to, co Europa najlepszego wyprodukować zdołała, biją na głowę dziesiątkami lat całe stulecia pracy.

Nie tylko sam rodowód wielkich miast amerykańskich, ale i siła ich rozkwitu jest godna zastanowienia.

Cóż bo w Europie rozstrzyga o rozroście danego miasta? Co stanowi o zamożności, o piękności nowoczesnego „city”?

Więc najpierw hierarchia, władza.

Im większa hierarchia rezyduje, tym gród dumniejszy, tym bardziej imponujący, tym wspanialsze gmachy, tym hałaśliwsze wszędy99 dygnitarstwo.

Poza hierarchią o rozwoju miasta decyduje nagromadzenie instytucji, scentralizowanie ich, sztuczne niejako zniewolenie mieszkańców dalszych obszarów do ściągania, zbierania się w jednym punkcie.

Stąd w Europie najpiękniejsze są miasta stołeczne, one bowiem są niejako kwintesencją całego kraju, one przodują, one reprezentują, kosztem miast prowincjonalnych stroją się na pokaz...

W Stanach Zjednoczonych przepotężna stolica czterdziestu ośmiu republik dosięga zaledwie pół miliona mieszkańców, z których czterdzieści pięć procent z górą stanowi ubogi, nieciekawy plebs murzyński... Stolica „Ameryki” jest ładna, znakomicie rozplanowana, wystrojona w federalne instytucje — ale gdzie tam równać się Waszyngtonowi z żywotnością, z pędem takiego Milwaukee, Detroitu, San Francisco w Kalifornii, nie mówiąc już o tak szerokiego życia ogniskach, jak Los Angeles!...

Wielka polityka sfederowanych rzeczpospolitych odprawia się więc raczej w zaciszu flegmatycznej pracy urzędniczej, śród parków i ogrodów, hardych pomników i mizernych domków, na wspaniałej perspektywie Penn Avenue, domów wąskich, dwupiętrowych, ochlapanych niedbale rozczynem wapna i pokratkowanych od frontu żelaznymi schodami. Nie ma w Waszyngtonie ani szkół wojskowych, ani jakichś nadzwyczajnych instytucji naukowych, ani owej pychy, która zwykła rozsiadać się w stolicach państwa.

Na wielką politykę Stanów Zjednoczonych nie wpływa przeto tłum wielkomiejski, nie miesza się do niej młodzież, nie reagują zastępy robotnicze. Waszyngton trwa na uboczu, jakby na neutralnym gruncie, ma ambicje Mekki, delfijskiej rad zażywać powagi, na co dzień jest tylko sympatycznym, o polorach wszechświatowych, miasteczkiem idącym pod względem liczby mieszkańców bardzo skromnie tuż za nowojorskim Buffalo.

Ale i te mniejsze, bo dotyczące jedynie poszczególnych republik, polityki odprawiają się w nie mniej niezwykłych warunkach.

Za wyjątkiem jednego jedynego stanu Massachusetts, który stolicę swoją prastarą zachował w potężnym Bostonie i za wyjątkiem Colorado i Virginii, które swe serca umieściły w dość ludnym Richmondzie i rozłożystym Denverze, wszystkie inne stany wyemigrowały ze swymi parlamentami do osiedli względnie maleńkich, do miast stojących poniżej ich własnych stanowych metropolii.

Siłą rzeczy władze stanowe łożą na zdobienie tych siedzib, nie żałują grosza publicznego. Te nakłady przecież nie są w stanie zaćmić miast idących, że tak powiemy, o własnych siłach. Nawet taka stolica jak Harrisburg dla Pensylwanii ze swoimi osiemdziesięcioma tysiącami mieszkańców jest drobiazgiem wobec Pittsburgha i Filadelfii. Nawet stolica Ohio, nawet Columbus z trzystu prawie tysiącami mieszkańców jest tylko trzecią częścią swego powiatowego miasteczka, trzecią częścią Clevelandu. A cóż dopiero mówić o stolicach maleńkich w rodzaju Jackson dla Missisipi, Augusta w Maine lub o stolicy potężnego Oregonu, o Salem liczącym dwadzieścia sześć tysięcy mieszkańców.

Miasta amerykańskie idą własnym pędem, ich bogactwem, ich drogą do rozwoju jest przemysł, wytwórczość, a dalej handel, a dalej punkt węzłowy, spław łatwy, bliskość materiałów podstawowych, wreszcie port zaciszny.

Stalownia osiada albo tuż na rudzie żelaznej albo na węglu, szuka rzeki, opiera się o własne linie kolejowe, a nie trwoni kapitału na wciskanie się między kadłuby domów mieszkalnych. Gdy te domy za blisko do niej podchodzą, przerzuca się na inne miejsce, miliony zarabia na opróżnionych terenach.

Fabryka mebli szuka lasów, szuka bodaj ich pobliża, aby nie trwonić pieniędzy raz na przywóz surowca, a drugi raz na transport tych mebli.

Garbarnie patrzą rzeźni, tkalnie uprawy bawełny, fabryki krawieckie ciżby ludzkiej, kinematograficzne zakłady słońca, naturalnych dziwów natury.

Miasta się specjalizują, starają ogarnąć pewien dział pracy i ławą idą w obranym kierunku. Żywym przykładem może być Detroit, które zdołało chwycić wszechświatową produkcję samochodów, uczynić ją niejako swoją własną i swego stanu Michigan specjalnością. Pięćdziesiąt cztery fabryki, skupione tuż przy sobie, lasy całe najwspanialszych składów i wystaw automobilowych. Zdawałoby się, że ta szalona konkurencja powinna by pogrążyć współzawodników, tymczasem oddaje im w zysku siedemdziesiąt pięć procent całej wszechświatowej produkcji.

Miasta amerykańskie idą naprzód z zawrotną szybkością. Sprzyja temu w znacznej mierze zwiększająca się stale wędrówka ludności farmerskiej w stronę liczniejszych osiedli. A bardziej jeszcze może, nieznana w innych krajach, ofiarność obywatelska.

Są miasta w Ameryce, które niemal wszystko mają do zawdzięczenia szczodrobliwości swoich własnych obywateli. Oni dobrowolnie i nieprzymuszenie dźwignęli biblioteki, zbudowali muzea i galerie, szpitale i przytułki, parki, uniwersytety, konserwatoria muzyczne, świątynie, pałace klubowe, stadiony, lecz oni nade wszystko zbogacili i zbogacają swych współobywateli rozkwitem założonych przez się instytucji.

Jeżeliby takiemu Pittsburghowi odebrać dzisiaj to wszystko, co Pittsburgh wziął od jednego tylko Carnegiego, jeżeliby takiemu miastu jak Bridgeport zabrać dowody rzewnego przywiązania okazywanego Bridgeportowi przez... Barnuma, jeżeliby bodaj takiemu miastu jak Rochester wyrwać dzisiaj jednego jedynego, a żyjącego podotąd, Eastmana, to jakżeby skarlały, jakżeby się zubożyły te piękne miasta.

Eastman? — Po polsku... „Kodak”, więc zakłady przemysłowe szalonego rozmachu, żywiące krocie tysięcy ludzi w samych Stanach Zjednoczonych, nie licząc Europy.

Eastman? — Więc dla Rochester nie tylko chlebodawca, nie tylko król aparatu fotograficznego, nie tylko arcy-milioner, ale wielki dobrodziej, wielki filantrop, niewyczerpany w swej hojności mecenas.

Rochester słynie jako miasto pięknych ogrodów, jako miasto kwiatów.

Owóż te kwiaty, owóż te ogrody, te możne uczelnie, te schroniska niedoli ludzkiej, te szerokie aleje, te pośmigłe wieżyce, ten niezwykły tak w Ameryce kult dla muzyki, temu wszystkiemu na imię jest Eastman.

Bardziej jeszcze od tych milionerskich hojności godną jest uwagi drobna ofiarność, zapał nie tylko do składkowania, nie tylko poczucie do obywatelskiej solidarności, ale i owe ciągłe i stałe zapisy i ofiary drobnych kapitalistów, którzy niewielkie sumy rzucają chętnie w otchłań bezimiennych milionów.

Bogaczowi można łatwo imputować ambicję kupienia sobie nieśmiertelności, ofiarność wyprowadzić z pychy, przed legionami amerykańskich małych dobroczyńców należy z uszanowaniem uchylić czoła.

Miasta w Ameryce wyrastają i rosną jako grzyby po deszczu, często rozrzucone, o setki mil oddalone od siebie, a niekiedy rozpryskane tak gęsto na mapie, jakby kto butlą atramentu w jednym miejscu bluznął.

Kędy okiem rzucić miasto tuż obok miasta, na jednej linii tuż kolos przy kolosie, osiedle przy osiedlu, nieraz ledwie o godzinę drogi koleją, a czasami o godzinę drogi na piechtę.

Często dwa miasta tuż obok siebie. Po jednej stronie Missouri — Kansas City w stanie Kansas, a naprzeciwko, po drugiej stronie mostu, Kansas City w stanie Missouri. Po jednej stronie zatoki Duluth, a po drugiej Superior — a niekiedy i bez logiki wodnego przedziału tuż pod St. Paul, tuż przy stolicy stanu Minnesota rośnie zamaszyste i bogate miasto Minneapolis. Niekiedy znów takie stłoczenie, że nie wiadomo, gdzie się kończy stan Indiana, gdzie zaczyna Illinois, a gdzie Illinois zamienia się na dzierżawy Wisconsinu.

Przy tym wszystkim nie lada zamęt z nomenklaturą.

Ameryka, ta prawdziwa, odziedziczyła znaczną liczbę nazw po czerwonoskórych autochtonach. Te nazwy przecież obejmowały raczej rzeki, góry, doliny, a w bardzo małym stopniu wpłynęły na nazwiska osiedli bladych twarzy. Te blade twarze miały ambicję albo przenoszenia na grunt amerykański nazw starokrajskich, albo unieśmiertelniania w tych nazwach swoich własnych rodaków czy samych siebie.

Lecz nawet przy tak uproszczonym systemie w Stanach Zjednoczonych powstał nie lada zamęt. Zabrakło jakby fantazji na tak olbrzymi kontynent. Wyczerpano bezkrytycznie nazwiska wszystkich wielkobrytyjskich miejscowości, przepisano bez mała całą europejską mapę i w ostatku nie zdołano nawet pohamować powtarzania jednych i tych samych ciągle nazwisk. Nafabrykowano tyle naraz Springfieldów, Frankfurtów, Greenvillów, Greenfieldów i różnorakich Warsaw, Kościuszko, Bismarck, Rom, Neapol, Paris, Richmond, Westfield, że w ostatku bez wymienienia stanu, w którym dane miasto się znajduje, niepodobna jest określić położenia miejscowości.

Praktyczność amerykańska wpadła tutaj na pomysł skrótów nazw poszczególnych stanów i stąd dla cudzoziemca powstaje niezrozumiały z początku galimatias monosylab, bez których niepodobna jest wymienić mniejszego nieco miasta. Na przykład taki Pittsburgh może być albo Pa. a może być Kan., czyli w Pensylwanii albo w Kansas — Columbus jest znów Ga., lecz może być również O., Neb, a nawet In. lub znów Kan., to znaczy, że Columbus jest w stanie Georgia, w stanie Ohio, w Nebraska, w Indiana i jeszcze w Kansas.

Nieco oryginalności w nazwach Ameryka ma do zawdzięczenia Hiszpanom, a po części Francuzom, oryginalności bardzo niekiedy niezwykłej, ile że impet anglosaski nazwę Des Moines wymawia sobie bez ceremonii jako „desmojnes”. Ale w ostateczności łatwiejsze to jest do zapamiętania, aniżeli wymawianie nazw, których, szczerze mówiąc, ani jedna blada twarz w Ameryce porządnie wymówić nie potrafi, a które są spadkiem po Irokezach, Apaszach, Siuksach, Komańczach i tym podobnych.

Olbrzymie skupiska i większe od nich pustkowia.

Dość się wyrwać z dygoczących południowym życiem ulic San Antonio, dość dwudziestu kilometrów na wschód czy na zachód, aby już wpaść między płaszczyzny, mizernym porastające krzewem, wystrzelające gdzieniegdzie suchymi ramionami kaktusów, aby już wydostać się między nietknięte ręką ludzką obszary. Parę kilometrów mostów na Missisipi i wiaduktów drewnianych ponad jej bagniskiem, aby dotrzeć do drogi wiodącej od strony Memphisu ku Little Rock, aby mieć przed sobą dwieście kilometrów bogatej, żyznej, a ledwie gdzieniegdzie uprawianej ziemi. Tak jest w Texasie, tak w Arkansas, jeszcze smutniej w Oklahoma, w Kansas, jeszcze puściej tam, kędy spiętrzyły się góry, kędy stwardniała czy bagnami rozmiękczona ziemia naturalne stawia człowiekowi przeszkody. Aleć gdzie i tych przeszkód nie ma, gdzie nawet najstarsza tradycja amerykańskiego podziewania, tam również pustkowie, tam również niekiedy jak okiem sięgnąć ani śladu życia ludzkiego.

Pusto, głucho jest za Richmondem w Virginii. Kiedy nawet jej czerwona glina przechodzi w słynny, śnieżny piasek Karoliny, to i tu dalej ziemi próżnującej bezliku. I więcej jeszcze takiej samej ziemi choć bogatej, choć soczystej w stanie Georgia. I jeszcze więcej w brodatym od lasów podniebnych Mainie, i jeszcze więcej, i coraz więcej w Alabamie, w Arizonie, w Dakotach, w bogatym Oregonie.

Tam, nad brzegami Sudersee, zdesperowany człowiek bierze się za bary z całym morzem, grodzi tamy, zabiega o każde ziarnko piasku, nie daruje byle mieliźnie, z dna morskiego rad by sobie przysporzyć gruntu pod nogami.

Tam, w Ameryce, nie tylko miejsca, ale i chleba, i bogactwa zadość jeszcze na całą choćby Europę, ale tam, w Ameryce Ameryka jest podobno tylko dla Amerykanów...