Im cięższa praca, tym lichsza płaca
Gdy w Ameryce dwu ludzi spotyka się po dłuższym niewidzeniu, jednym z najpierwszych jest zapytanie:
— Czy masz dobry „dziab”? Jak tam twój „business”?
To zapytanie idzie z pokolenia na pokolenie jako najgłówniejszą, najbliższą symbolizujące troskę, troskę o byt, troskę o kawałek chleba.
Praca jest życia amerykańskiego treścią, sensem tej pracy jest zysk, rezultatem dolar.
W Ameryce nie ma pracy nikczemnej, podłej, nie ma takiej pracy, która by człowiekowi przynosiła ujmę, która by, jak w Europie, mogła zagradzać drogę do przyszłej kariery lub stanowić na tej karierze jakowąś plamę. Przeciwnie. Co największy dygnitarz im tęższą może się wylegitymować samopomocą, dziwniejszymi kolejami życia, bardziej zawrotnym odskokiem, tym większego zażywa miru, większej popularności.
Mały łobuziak, pędzący na bosaka z pakami gazet, wyrasta w Ameryce na gubernatora najbogatszego stanu, na kandydata partii demokratycznej do godności prezydenta republiki, przedzierzga się w szanowanego powszechnie, znakomitego pana Al. Smitha.
Inny andrusek, przyjęty niegdyś na usilne prośby wpływowej swej wujenki, szorującej co popołudnia kamienne płyty westybulu bankowego, na chłopca do posyłek, przeistacza się powoli w dostojnego prezesa banku, filara największej na świecie giełdy, genialnego żonglera górami złota.
Praca w Ameryce.
Miotła czy pilnik, nóż rzeźniczy czy maszyna do pisania, młot czy pióro, każde narzędzie dobre, każdy początek dobry, wszędy100 droga, stojąca otworem, byle głowa na karku.
W Ameryce nie ma systemu szufladek europejskich, w które ładuje się ludzi na całe niemal życie, bacząc pilnie, aby przypadkiem z jednej do drugiej nie dostali się przegródki...
W Europie, jeżeli ktoś życie swe rozpoczyna z małą w ręku szczotką, to po latach może co najwyżej dojść do większej szczotki.
W Europie trzeba pilnować swego zawodu, swego fachu, a nade wszystko trzymać się swego środowiska. W razach wyjątkowych zaś dowodzić swoich zdolności, swoich praw do wyższej szufladki za pomocą świstków papieru.
W Ameryce rozstrzyga zapał do pracy, zamiłowanie, decyduje nie rezultat egzaminu, nie patent, nie to, czego się człowiek był uczył101, lecz co człowiek umie, co w praktykę życia zakląć zdoła.
Cztery doktoraty posiada pan profesor, na sto zapytań gotów odpowiedzieć, a najprostszej kwestii nie umie drugiemu wytłumaczyć. Siedmioklawiaturowy fortepian w głowie, lecz bez zdolności wystukania jednym palcem „wlazł kotek na płotek”. Mózg wysuszony, jeden z wielu europejskich trupków.
W Ameryce na każdym szczeblu można znaleźć „chance”, można napotkać upragnioną sposobność do wydobycia się, do wypłynięcia na wierzch, do osiągnięcia zamierzonego celu.
Nigdzie zawór102, nigdzie przeszkód, ułatwień zawsze bez liku, byle chcieć, byle zęby zacisnąć i godziny swej doczekać.
O pracę w Stanach Zjednoczonych nigdy nie było łatwo, a zawsze trudno było w niej wytrwać, zastosować się do wymagań, starczyć energią, starczyć poczuciem obowiązku.
Wynagrodzenie nierównomierne, ale stosunek ze zwierzchnością więcej niż dobry, zażyły prawie.
Dygnitarz biurowy czy fabryczny chętnie stroi się w pozory swego własnego pionka, żadnych fanaberii, uścisk dłoni bodaj dla posługacza, uśmiech w odpowiedzi na poufałe okrzyki „hallo boss103” i żadnej urazy, gdy naczelnego inżyniera zamorusany „foreman104” poklepie po ramieniu.
Nie ma wyzwisk, pomstowania, lokajskich dygów, nie ma służalstwa, zimny rachunek rozstrzyga ciągle.
Czas na pracę przeznaczony należy tylko do pracy, do pracy wydatnej, do pracy obliczonej, nieznoszącej najniewinniejszej dystrakcji105.
Nieubłaganym poganiaczem i dozorcą każdego pracownika amerykańskiego jest niepewność jutra.
Nie ma żadnych praw ochronnych, gwarantujących, na przykład, choćby wytwornym urzędnikom bankowym, dostojnym pracownikom wielkich instytucji asekuracyjnych czy olbrzymich domów handlowych jakieś terminy zwolnienia, jakieś odszkodowania, jakieś ekwiwalenty.
Z tygodnia na tydzień każdy pracownik może być odprawiony bez żadnego wyjaśnienia, bez podania nawet powodu.
Prawo obyczajowe amerykańskie odznacza się w tym kierunku niesłychaną prostotą.
W sobotę najczęściej otrzymuje pracownik tygodniowe lub dwutygodniowe należne mu wynagrodzenie.
W poniedziałek rano, przyszedłszy do pracy, znajduje na swoim stoliku czy w swojej przegródce zaadresowaną kopertę, a w niej na karteczce wypisane lakoniczne wyrazy: „Od dziś pracy dla pana nie mamy”...
Tymi wyrazami kończą się w Ameryce relacje chlebodawcy z pracownikiem, nawet z pracownikiem, który ćwierć i więcej życia swego spędził przy tym samym warsztacie.
Zdarzają się przypadki jakiejś wspaniałomyślności względem odprawionego, jakiegoś daru, gratyfikacji, lecz są to wszystko wyjątki, akty dobrego serca.
Dla lepszego zilustrowania stosunku chlebodawcy do pracownika przyjrzyjmy się warunkom obowiązującym nie biedne, bezsilne, bezbronne mrowie foreignerskich106 wyrobników, lecz spójrzmy ku wyżynom, kędy107 zatrudniona jest elita społeczeństwa amerykańskiego.
Przed nami zakłady przemysłowe wszechświatowej firmy ogarniającej, przypuśćmy, wszystko to, co dotyczy siły i światła elektrycznego. Zajrzyjmy do tajemniczego działu tych zakładów zwanego „Research Bureau”, czyli działu poszukiwań, działu eksperymentów i działu wynalazków.
Czterystu inżynierów, elektrotechników i elektrochemików pracuje bez wytchnienia, mając pod ręką do dyspozycji olbrzymią fabrykę doświadczalną z elektromechanikami...
Wre tutaj praca twórcza, naukowa, idą naprzód dociekania, niemające dla laików żadnego praktycznego rezultatu. A przecież tutaj właśnie tkwi mózg instytucji targającej całą wszechświatową produkcją.
Łatwo sobie wyobrazić, że tu właśnie mieszczą się olbrzymie laboratoria, że tu dla nowej hipotezy buduje się nowe, jeszcze inaczej skonstruowane warsztaty, że równorzędnie pracują archiwa, biblioteki, że praktyka z teorią idą ciągle na wyścigi, że szef poszczególnego departamentu za pociśnięciem guzika elektrycznego może dowiedzieć się o wszystkim, co w tej chwili dzieje się w tajnym laboratorium u antypodów, że oczywiście równorzędnie z własną pomysłowością, z napięciem własnej wiedzy działa bez wytchnienia szpiegostwo naukowe, szpiegostwo przemysłowe, szpiegostwo handlowe.
Do „Research Bureau”, jak łatwo zrozumieć, ma dostęp jedynie elita. Między tę elitę łatwiej się jest dostać wprost z politechniki, wprost z wszechnicy, aniżeli po latach pracy w innych instytucjach. Zakłady przemysłowe czuwają same nawet nad rwącą się do nauki młodzieżą. Taki „General Electric” lub „Westinghouse” chwytają w lot nazwisko wyjątkowo zdolnego studenta docierającego do mety w Bostonie, w Pittsburghu czy Cornell i otwierają przed nim wrota do bajecznej kariery.
Nie po europejsku jednak ta kariera się układa.
Młody inżynier dostaje zazwyczaj pół pensji fabrycznego robotnika, ale w zamian cięższe, mizerniejsze do spełnienia obowiązki. Musi wykonywać początkowo zupełnie podłe czynności. Myć butle w laboratoriach, szorować marmurowe stoły, znosić starszym kolegom paki ksiąg z biblioteki, utrzymywać w porządku podłogi, słowem, ten orzeł przyszły musi odbyć pewnego rodzaju termin, zdać egzamin z karności, z poszanowania pracy, z mocnego postanowienia wytrwania w obranym zawodzie.
Za najmniejsze uchybienie, byle objaw niezadowolenia lub dąsu młody inżynier wylatuje jak z procy na bruk.
Skoro uznany został wreszcie za godnego przyjęcia do elity, musi podpisać szereg zobowiązań.
Pierwsze z nich to bezwzględne poddanie się fabrycznemu ładowi.
A więc wybijać na równi z każdym robotnikiem na zegarowym aparacie godziny przyjścia i wyjścia z fabryki. Prezentować się przy wychodzeniu z zakładów do rewizji osobistej, a nade wszystko przedstawiać do rewizji wynoszone pakunki. Wyrzec się z góry wszelkich pretensji do własności jakichkolwiek wynalazków czy prac wykonanych w zakresie elektrotechniki czy elektrochemii w czasie pozostawania na służbie zakładów. Zobowiązać się do zachowania w jak najściślejszej tajemnicy wszelkich prowadzonych robót i doświadczeń, nawet wobec własnych, sąsiadujących w innych oddziałach kolegów — zobowiązać się do nieogłaszania drukiem żadnych prac naukowych, do wyrzeczenia się wszelkich prelekcji i odczytów z zakresu swojej specjalności i w ogóle zobowiązać się do niewystępowania publicznie nigdy w żadnym przypadku bez specjalnego każdorazowego zezwolenia potężnego prezydium instytucji i na koniec zobowiązać się do utrzymania w sekrecie sumy pobieranego wynagrodzenia nawet przed najbliższym swym otoczeniem.
Ale i teraz jeszcze okres prób się nie kończy, a raczej pogłębia.
Młodemu inżynierowi dają „chance”, dają sposobność wykazania się, a więc jakowyś problemat do rozwiązania, wynalazek, ulepszenie do wykonania, dają mu pełną swobodę ruchu, wolno mu bodaj tydzień cały siedzieć z nogami założonymi na biurku. Po kilku takich próbach, o ile inwencja młodego inżyniera zawiodła, wykazując jednak niepoślednie zalety mrówcze, wówczas taki inżynier nie jest odprawiany. Idzie jeno między szeregi pionków, sił pomocniczych, a jego dobycie się ponad równię pozostawia się przypadkowi. Wynagrodzenie jego stopniowo się polepsza, lecz do chwili owego wybicia się nigdy nie przekroczy pensji dobrego fabrycznego majstra.
Jeżeli młody inżynier zdołał istotnie rozwiązać postawione mu zagadnienie, wówczas w nagrodę otrzymuje w zapieczętowanej kopercie jednego dolara. Ten dolar symbolizuje szewron108 zasługi, ten dolar jest znakiem dokonanej pracy naukowej i ten dolar w dalszym ciągu prowadzi go od etapu do etapu.
W tego rodzaju zakładach przemysłowych wypłata odbywa się w ten sposób, że w oznaczonym dniu, na dźwięk specjalnych dzwonków elektrycznych pracownicy muszą ruszać do kasy, tam podpisują martwy szemat109 pokwitowania bez oznaczenia sumy i w zamian otrzymują zapieczętowaną kopertę z pieniędzmi.
W takiej kopercie tych właśnie inżynierów zdobywających symboliczne dolary czekają częstokroć wielkie niespodzianki. Zamiast pięćdziesięciu dolarów znajdują sto pięćdziesiąt, dwieście, pięćset a bodaj i tysiąc. I nie z racji Nowego Roku lub podwyżkowego terminu. Wynagrodzenie skacze do góry z miesiąca na miesiąc, temperaturę wartości pracy reguluje jej rezultat. Skąpstwa nie ma, raczej dobrze pojęta hojność.
Zastanowiwszy się głębiej nad tymi warunkami, trzeba przyznać, że są one jednak bardzo niemiłe, dokuczliwe, drażniące godność osobistą, boć w dodatku zakłady przemysłowe amerykańskie tego pokroju są strzeżone przez detektywów, przez własną fabryczną policję, przez jakąś prywatną siłę zbrojną, która w każdym wolnym kraju byłaby poczytana za przemoc, za przywłaszczanie sobie władzy.
Fabrycznej policji trzeba się strzec, trzeba się z nią bardzo liczyć, jedno jej słowo gotowe jest zredagować lakoniczną notatkę i pozbawić pracy. Oko ma czujne, natrętne, sięgające do spraw często bardzo osobistych, z upodobań czy rozrywek czerpie materiał do personaliów, całe akta z nich układa.
Zresztą elitę pracowników obowiązują prawie zawsze i wszędzie obostrzenia dotyczące tłumu roboczego. Nie wolno się spóźniać, nie wolno bez poważnej bardzo przyczyny opuszczać pracy. Urlop dwutygodniowy raz do roku, w ciągu dnia kilkanaście minut na spożycie dorywczej przekąski, zresztą ani pary z ust, a już w zetknięciu z klientem rygor nieubłagany.
W czasie godzin przepisowych ciągłe, nieustanne natężenie i gorsze bodaj od niego memento o wiszącej w powietrzu konotatce odprawnej...
Bez trzymiesięcznego z góry wymówienia, bez trzymiesięcznej pensji, bez sześciomiesięcznej zapomogi, bez funduszu bezrobocia, tylko zawsze i ciągle zawzięte, nieubłagane współzawodnictwo.
Do dziwów amerykańskich, w pojęciu Europejczyka, należą owe sute wynagrodzenia, owe płace szczodrobliwe, owe bajeczne dobrodziejstwa i reklamiarskie deklamacje różnego rodzaju Fordów i Fordzików.
Człowiekowi spokojnemu w głowie się nie mieści, biorąc nawet pod uwagę wartość zakupną dolara, aby przeciętny wyrobnik pracujący w fabryce bodaj samochodów mógł zarabiać pięć i sześć dolarów dziennie, czyli sto dwadzieścia pięć i sto pięćdziesiąt franków francuskich, przy ośmiogodzinnym dniu pracy, a nawet dokładnie przy czterdziestu czterech godzinach pracy tygodniowo!
Dzieje się to, według europejskiego urojenia, dzięki właśnie filantropijnym konceptom możnych fabrykantów, dzięki czułej trosce o bytowanie maluczkich, dzięki tej trosce, która już tak daleko sięga, że tenże sam klasyczny Ford dobrowolnie i nieprzymuszenie podwyższył płacę o dolara dziennie, aby robotnikowi jeszcze i całą sobotę podarować i dać mu zamiast sześciu tylko pięć dni trudu powszedniego!
Z bliska wyglądają te kombinacje zupełnie inaczej.
Ford i jemu podobni są u szczytu tayloryzmu, to znaczy u szczytu zmechanizowania pracy, uproszczenia pracy, natężenia pracy, zaoszczędzenia każdego zbytecznego drgnięcia ludzkiego muskułu.
Praca w tego rodzaju zakładach przemysłowych opiera się na systemie łańcuchowym, na posuwaniu się, dajmy na to, budowanej maszyny od odlewu, od ramy żelaznej, od kadłuba wychodzącego z formy, a zamieniającego się w miarę przebywanej drogi w piękny, stylowy samochód.
Po obu stronach tego łańcucha twórczego stoją szeregi robotników, wykonujących jedne po drugich czynności z zawrotną szybkością. Ten w zbliżającym się doń kadłubie wierci zawsze ten sam otwór, ów przykręca ciągle jednakową śrubę, trzeci sztukuje przez całe lata jedną i tę samą cząstkę, czwarty zakłada ciągle te same pakuły.
Kadłub posuwa się. Chwili nie ma do stracenia. Na sekundy obliczony jest każdy ruch. Jedno opóźnienie powoduje dwieście innych opóźnień, jedna niezręczność burzy tempo, więc kryminał, bo przecież za pierwszym kadłubem idzie drugi, dziesiąty, setny, tysiączny. Łańcuch kończy się tam, kędy wypadają na próbny teren gotowe samochody.
Człowiek pracuje przy szalonym natężeniu nerwów. Jeżeli po narzędzie co pół minuty musi się schylić, to musi się schylać zawsze jednakowo, ani krócej, ani dłużej, ani nie sięgając za daleko, ani nie chwytając zbyt gwałtownie. Na moment przymusowego oddalenia trzeba dawać sygnał, trzeba czekać na zastępcę. Zbyt częste takie oddalanie kończy się odprawą do infirmerii, uwolnieniem oczywiście... chorego osobnika...
Tayloryzm, więc ruch za ruchem jak cykanie zegara, jak chód dobrze naoliwionego tłoka, tayloryzm więc bezmyślność, więc automatyzm, odrętwienie mózgu, praca w pocie ducha, wyciskanie z człowieka każdej kropli energii.
Za taką pracę w Stanach Zjednoczonych Fordowskie pokolenie płaci każdemu mizerakowi pięć i sześć dolarów dziennie.
I jak tenże sam Henryk Ford w swych enuncjacjach światu obwieścił, do takiej pracy jest mu potrzebny tylko pospolity wyrobnik. Im człek głupszy, im mniej rozumiejący się na mechanice, tym odpowiedniejszy!
Umysłem jest maszyna. Człek tymczasowym narzędziem jeno do wykonywania czynności jeszcze przez maszynę zaniedbanych.
Czujność atoli110 amerykańska spostrzegła, że przy tym udoskonalonym systemie w drugiej połowie tygodnia praca słabnie, ludzie przy łańcuchach drętwieją, wydajność pierwszych trzech dni przewyższa trzy ostatnie.
Jakże począć? Do tayloryzmu należy przykroić stary, ale dobry system, pouczający, że kto chce w szkapy dobrze orać, ten musi baczyć, aby zadość miały i obroku, i spocznienia.
Dokonane przerachowanie na dolary wykazało plusy.
Więcej się opłaca wyrobnik za sześć dolarów dziennie przez pięć dni w tygodniu, aniżeli ten sam wyrobnik sześć razy na tydzień po pięć dolarów.
Tu za trzydziestkę ma się wypoczętego, wyspanego, wynygusowanego draba, a tutaj człeka, który po przepracowanej sobocie ledwie czknął i znów zapyziały gwizdkowi fabrycznemu musiał stanąć na baczność.
W zakładach Fordowskiego pokroju panuje zawsze ten sam system bezwzględności, o jakim wyżej była mowa.
Jedno biuro przyjmuje pracowników, drugie ich automatycznie odprawia bez żadnych wyjaśnień czy morałów. Na takie drobiazgi nie ma czasu.
W ciągu roku z reguły większość podobnych zakładów zapada w całkowity bezruch. Kominy nagle gasną. Nazywa się to potrzebą sporządzenia inwentarza lub koniecznością przeprowadzenia reform. Z tych dwu ten drugi argument jest zawsze prawdziwy.
Zakłady przemysłowe amerykańskie nie stoją w miejscu.
Ciągle dążą do ulepszeń, a z tych ulepszeń najważniejszym jest oszczędność na materiale i oszczędność na robociźnie, a więc znów zwiększenie mechanizacji pracy.
Istnieje jeszcze i trzecia przyczyna nagłego unieruchomienia zakładów przemysłowych. Jest nią po prostu rachunkowo wyłożona kwestia dwutygodniowych płatnych urlopów, niby to należnych pracownikom, przebywającym w danych zakładach co najmniej jeden rok. Owóż, zawieszając pracę, a więc odprawiając równocześnie wszystkich robotników fabrycznych, fabryka niemal kosztem tych urlopów, których by musiała udzielić, przeprowadza sobie gruntowny remont, a dalej rozpoczyna przyjmowanie robotników od nowego terminu, wykluczając przy okazji zadzierżystszy materiał. Pracownicy wchodzą znów jako ludzie nowo przyjęci, bez żadnych do przeszłości praw.
Niektóre instytucje aplikują w stosunku do zwykłych wyrobników restrykcje, którym do niedawna podlegali jedynie pracownicy zajmujący wybitniejsze stanowiska.
Kontrolują na przykład wkłady bankowe swoich robotników i pozbywają się ludzi żyjących z dnia na dzień, ludzi nieoszczędzających, niedążących do posiadania własnego domku, własnego ogródka, ludzi nieosiedziałych111.
I odwrotnie, w pobliskiej Kanadzie są kompanie angielskie, które w polityce swej chlebodawczej idą daleko dalej, nie dopuszczają bowiem do zbogacenia się pracownika.
Jeżeli na przykład robotnik zdolny objawia zbyt wielki zapał do oszczędności, jeżeli, co się często zdarza, przy pomocy dorastającego potomstwa, dosięga już znacznego kapitaliku, w takim razie najniespodziewaniej otrzymuje odprawę, jest zniewolony nagle do próżnowania, które trwa, o ile z danego miejsca nie wyjedzie, aż do czasu skurczenia się kapitaliku. Zbiedniałego kompania angielska przyjmuje z powrotem...
Opieka społeczna, opieka państwowa jest w Ameryce nad pracownikami bardzo a bardzo maleńka. W niektórych stanach wprost śmieszna, we wszystkich niedostateczna, zakrawająca na filantropię, rzadziej na obowiązek.
Łatwiej jest gwieździe filmowej piątorzędnej świetności otrzymać pół miliona dolarów za wybite zęby podczas pijatyki, aniżeli biedakowi pracującemu w słynnych rzeźniach Armoura tysiąc dolarów za poszatkowaną przy wyrabianiu masy salcesonowej rękę. Nawet i tyle taki biedak nie zdobędzie ekwiwalentu, ile potężnej kompanii dzięki tej zmiażdżonej ręce przybyło funtów salcesonu.
Pomoc w chorobie, zaopatrzenie rodziny wszystko to należy do dobroczynności.
Jakiś potentat fabryczny zbudował szpital, piękny szpital, wspaniały szpital, ale za opłatą pięciu dolarów dziennie. Inny potentat otworzył dla swoich pracowników składy towarów, handel wiktuałów, dostarcza wszystkiego o dwadzieścia pięć i trzydzieści procent taniej i sam zarabia.
W razie wypadku cięższego, nawet tak fabryczny stan jak Pensylwania, kędy jeden Pittsburgh chwalił się czasu wojny, że produkuje więcej stali niż cały świat, zakład przemysłowy obowiązany jest zapłacić pracownikowi poszkodowanemu tylko za jeden miesiąc leczenia.
I to wszystko.
Po miesiącu wolno jest dowodzić temu pracownikowi nieuleczalności czy kalectwa, ale to już, razem ze śmiercią... należy do asekuracji stanowej, asekuracji bardzo oszczędnej, bardzo maleńkiej.
Młody inżynier wskutek wybuchu kwasów przy dokonywaniu doświadczeń traci wzrok. Jest synem wdowy i jedyną jej i rodzeństwa podporą.
Taki wypadek z tak wielkim stosunkowo dygnitarzem wart jest w Pensylwanii sto dolarów dożywocia.
Wyrobnik otrzymuje mniej. Skala trzyma się zasady „byle z głodu nie umarł”.
W wypadkach katastrof, w stanach wyjątkowo niezależnych od magnatów przemysłowych, rzecz załatwiają naganiacze asekuracyjni wyrastający niby spod ziemi i w krytycznej chwili wyłudzający od zrozpaczonej rodziny za byle grosze zrzeczenia się pretensji do odszkodowania.
O nieszczęśliwych wypadkach fabryczno-przemysłowych mówi się zresztą jak najmniej. W zakładach takich „General Electric” i takiego „Westinghousa” każdy dzień i każda godzina pracy okupywana jest haraczami życia i zdrowia ludzkiego.
Lecz jeżeli wypadek nie rozwali murów fabrycznych, ani o nim słychu, ani śladu. Prasa milczy pokornie w obliczu milionów, policja kurczy karki, nikt wyrazu nie piśnie, nawet statystyka.
Ale istnieje przecież w Ameryce tak zwana „Zorganizowana Praca112”, o której wpływach często gęsto się słyszy, która posiada nie byle jaki związek, tysiące adherentów, własne biura, własnych obrońców, reprezentantów, dygnitarzy, strażująca w samym Waszyngtonie, aby się krzywda człowiekowi pracującemu w Stanach Zjednoczonych nie stała. Jakoż do pewnego stopnia, kędy się działaczom udało ogarnąć bardziej zwartą lub bardziej uświadomioną gromadę pracowników, tam Federacja Pracy wywiera nacisk, tam nawet tak zwane „unie” robotnicze niemało zmartwień przyczyniają społeczeństwu.
Federacja Pracy obejmuje niby cały alfabet zawodów, od aktorów, muzyków i artystów filmowych począwszy, aż do górników, praczy, murarzy, białoskórników113, zdunów i nauczycieli.
W niektórych działach Federacja Pracy urosła nawet na potęgę, na organizację terroryzującą produkcję, terroryzującą kapitał, a szczególniej tam, kędy114 porozumienie jest łatwiejsze, materiał pracowników podatniejszy do przekucia na solidarną masę.
Takim słynnym produktem amerykańskim jest na przykład unia drukarzy, która w najbogatszych stanach przeistoczyła się w bardzo arbitralną władzę. Praca w drukarniach została zredukowana do sześciu i pół godzin, wydajność jej ograniczona z góry określoną normą, której nie wolno jest pracownikowi chętnemu przekroczyć. Cennik ustala wynagrodzenie, żąda podwójnej zapłaty za każdą godzinę poza normą wykonanej pracy, ale i zezwala na odmówienie dodatkowej pracy! W każdej drukarni unia ma wyznaczonego delegata, którego władza przewyższa władzę zarządcy drukarni czy jej właściciela. Wydalanie pracowników, przyjmowanie nowych nie może się odbyć bez zgody unii. Obsługa maszyn, względnie115 do swej wydajności, ma przepisowe liczby pracowników i musi ich utrzymywać, choćby się można bez nich obejść.
Unie drukarskie ograniczają liczbę uczniów, miarkują powiększanie nowych sił drukarskich, a zniewalając swych członków do względnie wysokich opłat, gwarantują bezrobotnym pięćdziesiąt procent wynagrodzenia.
W zasadzie tendencje dobre, tendencje uczciwe, lecz traktowane tak bardzo jednostronnie, że w Ameryce, a dokładniej w miastach, kędy unia drukarska zdołała narzucić swoją kontrolę, „linotyper” zarabia więcej aniżeli dobra siła redaktorska, składacz ogłoszeń jest nababem wobec reportera, a koszt prowadzenia samodzielnego warsztatu drukarskiego tak wielki, że jeno116 rozporządzające wielkimi środkami instytucje mogą wytrzymać warunki i cenniki narzucone im przez unię drukarską.
Te wielkie trudności na tym olbrzymim kontynencie juścić117 regulują warsztaty buntownicze, nie lękające się browningów i działające nawet tak, jakby w Ameryce nie istniało żadne prawo chroniące pracownika przed wyzyskiem...
Tu unijny sybaryta zgarniający, śpiewając, po sześćdziesiąt i siedemdziesiąt pięć dolarów tygodniowo, a tuż w pobliżu nędzarz zatruty wyziewami ołowiu, pobierający za trzy razy większą pracę dwadzieścia, a niekiedy i dwanaście dolarów na tydzień!
Zorganizowana Praca amerykańska zabiega usilnie o wzmożenie swych arkanów, niekiedy odgrywa imponującą rolę superarbitra między kapitałem a pracą, niekiedy powoduje strajki górnicze czy krawieckie, niekiedy stara się je łagodzić, stara się przychodzić z pomocą ogłodzonym rzeszom.
Gra to ciężka, niesłychanie skomplikowana.
Kapitał amerykański jest czujny, przebiegły i twardy.
Są strajki wybuchające pod wpływem nagromadzenia robotniczych dezyderatów lub krzywd, ale są strajki rozmyślnie wywoływane przez kapitalistów, przez fabrykantów. Na strajku robotnik amerykański zyskuje czasami, lecz pracodawca zarabia zawsze, no a ogół pracowników zawsze pokrywa koszty...
Strajki w Ameryce idą zazwyczaj w pewnym, z góry dającym się przewidzieć porządku. Kiedy cena węgla ulega zwyżce wskutek strajku górników, automatycznie ta zwyżka odbija się na artykułach najpierwszej potrzeby, zmusza innych do szukania polepszenia płacy.
Ponadto między prowodyrami tłumów robotniczych są ludzie uczciwi, ludzie ideowi, ale daleko więcej, niestety, śród tych prowodyrów bywa karierowiczów, niegodziwców, pnących się po niedoli do naczelnych stanowisk społecznych i politycznych, więcej jest sprzedawczyków czy może jeno ludzi słabych, lekkomyślnych...
Amerykańska Federacja Pracy jest silna, ale tam jedynie, kędy rzesza robotnicza sama przez się siłę wytwarza.
Jeżeli w pewnym określonym punkcie bytuje tyle i tyle tysięcy sfederowanych górników, kolejarzy, krawców, tam w krytycznym momencie łatwo jest i o pęd solidarności, i o należytą karność, tam można stanąć do walki z kapitałem, można kapitałowi warunki podyktować.
Wpływ atoli społeczny Amerykańskiej Federacji Pracy w szerszym rozumieniu tego słowa jest bardzo ograniczony, czego najwymowniejszym dokumentem kulawe ustawodawstwo amerykańskie i bezkarnie gwałcone przepisy ochronne.
Ciekawym rysem Amerykańskiej Federacji Pracy jest jej ksenofobia, jaskrawa inwidia118 w stosunku do elementu cudzoziemskiego, obojętność na udręki robotników-imigrantów.
Każdy przybysz poczytywany jest za intruza, za konkurenta, za szkodnika. Stąd wysiłki zmierzające do ograniczenia jego napływu, zabiegi w myśli uchwalania coraz większych obostrzeń, coraz większego bojkotowania nowo przyjeżdżających.
W tym kierunku Amerykańska Federacja Pracy umie nadawać ton anglosaskiemu szowinizmowi, dąży wytrwale do zmniejszenia podaży pracy, do zmonopolizowania pewnych działów pracy przez zawistne, złośliwe nawet związki, czyli unie, nie troszcząc się bodajby o tępienie karygodnego wyzysku...
Amerykańska Federacja Pracy rozbija się, huczy niekiedy bardzo mocno w Pensylwanii, w stanie nowojorskim, w Ohio lub w Illinois — ale co jej tam do dramatów rozgrywających się w Zachodniej Virginii, kędy robotnik-cudzoziemiec jest niemal więźniem kopalni, więźniem zmuszanym batem policyjnym do posłuchu, kędy robotnik nie może nawet roić o potulnym oddaleniu się, o znalezieniu sobie pracy innej, nie lepszej, lecz choćby znośniejszej... co jej do „obcych”...
Leży przed nami pismo błagalne robotnika-górnika (forejnera119) z kopalni Kinloch spod New Kensington, z tej nadymającej się już kulturą Pensylwanii. Nędzarz woła o ratunek... W ciągu lat trzech za dziesięciogodzinny dzień pracy w kopalni pobierając około dwu dolarów i czterdzieści centów dziennie... otrzymał od kopalni gotówką (przez całe trzy lala) dolarów czterdzieści!... Resztę kopalnia zagarnęła mu za komorne i za towar, wybierany musowo po dowolnych cenach w kopalnianym sklepie!...
Błagalne to pismo dostało się do prasy naturalnie tylko obcojęzycznej — nie angielskiej, więc nie amerykańskiej... I przebrzmiało bez następstw...
Imigrant-pojedynek, samotnik zdoła się jeszcze z rąk oprawców swoich wyrwać, uciec, przynająć gdziekolwiek i w ostatku, poznawszy warunki, lepszego kawałka chleba doczekać. Człek obarczony rodziną musi poddać kark pod jarzmo...
„Majnera120” z West Virginii, górnika-cudzoziemca żadna fabryka amerykańska nie przyjmie, bo „majner” powinien zbutwieć w „majnach”.
A Federacja Pracy?
Federacja Pracy nie wszędzie sięga, nie wszędzie może sięgnąć i nie wszędzie chce sięgać.
Rzemieślnik bez chleba? Więc musi nade wszystko wkupić się do unii. Za darmo nie może wszak korzystać z przywilejów!
Przywileje nie są zdobywane dla przybłędów.
Godziny pracy, ograniczenie czasu pracy, przepisy dotyczące zatrudniania kobiet i dzieci — są to niby te wspaniałe „reprezentacyjne” arterie chicagowskie, zdolne najbogatszym metropoliom europejskim zaimponować, są to bulwary nad Hudsonem, są to pomnikowe aleje Waszyngtonu klasycznymi strojne gmachami.
Godziny pracy, ograniczenie czasu pracy, przepisy dotyczące zatrudniania kobiet i dzieci mają niby miasto Chicago daleko więcej beznadziejnie monotonnych, brudnych, źle brukowanych, opuszczonych, nędznych ulic i uliczek, aniżeli owych miliony kosztujących bulwarów i spacerów nad Michiganem!
Są tysiące, którym zegary wydzwaniają systematycznie chwilę spoczynku i są krocie takich, dla których nie ma zmiłowania.
Dziesiątki tysięcy nieletnich, nawet w Pensylwanii, trwoni przedwcześnie niezmężniałe siły w fabrykach i warsztatach przy zachowaniu pozoru sfałszowanej daty urodzenia.
Nawet w Pensylwanii wyrobnik przybywający z Polski zniewolony bywa do pracy na farmie od świtu do zachodu w porze letniej, a w zimie od przedświtu do nocy. I wyrobnik taki świąt katolickich, jako w Ameryce nieobowiązujących i przez kościół do niedziel ograniczonych, obchodzić nie ma prawa, no i również nie obserwuje121 świąt cywilnych amerykańskich, bo nie ma o tym pojęcia, że świętym jest Dzień Lincolna czy też Dzień Zawieszenia Broni. Wynagrodzenie pobiera nędzne, boć jest nieświadomym swoich praw, niezdolnym do samoobrony przybyszem.
Są w Ameryce całe zastępy kobiet pracujących w odlewniach żelaza, są całe zastępy takich, które skulone na czworakach skrobią po nocach zabłocone posadzki i mozaiki wszelakich hal publicznych i są damy zasiadające we wspaniałych kancelariach w charakterze dostojnych naczelniczek i organizatorek, i są miliony dziewcząt tułających się po biurach, sklepach i warsztatach fabrycznych, i są tysiące marniejących beznadziejnie śród obojętnego gwaru ulicznego.
Podlegają one niby w zasadzie tym samym co i mężczyźni warunkom, z tą przecież różnicą, że praca ich jest zawsze, jak i na starym kontynencie, gorzej wynagradzana. Są one poza tym również skazane na automatyzm, na owo okrutne zmechanizowanie trudu powszedniego, które zmienia istotę ludzką w jakiegoś niezwykłego dziwoląga.
Wyobraźmy sobie człowieka, który przez lat kilkanaście z rzędu, dzień w dzień, w ciągu ośmiu godzin wybija w nożyczkach lewą dziurkę na pomieszczenie dużego palca u ręki... Wyobraźmy sobie osobę, która w ubraniach męskich wykonywa jedynie lewą górną kieszeń, osobę, która przez dziesiątki lat nic innego nie robi, która nazywa się krawcową, lecz która, poza do perfekcji doprowadzoną tą lewą górną kieszenią, pojęcia nie ma o krawiecczyźnie... No i wyobraźmy sobie, że ów specjalista niesłychany od lewej dziurki w nożyczkach traci pracę, że krawcowa od lewej górnej kieszeni została odprawiona...
Odprawa nadeszła, musiała nadejść... Pewnego dnia „foreman122” spostrzegł jakby przemęczenie owej specjalistki od lewej górnej kieszeni. W kancelarii rzucono okiem do kartoteki... Pięćdziesiąt lat? — Czas skończyć!... Młodszej sile trzeba dać „sposobność”... zmarnowania życia nad lewą górną kieszenią...
Wiek jest strasznym w Ameryce gnębicielem. Po czterdziestym piątym roku życia ciężko, trudno o kawałek chleba, nie ma dla takiego pracy ani u Forda, ani w lepszej fabryce, ani w urzędzie nie ma już zajęcia dla zbliżających się ku starości...
Czterdziestopięcioletniego nikt nie chce, każdy unika. Wykwalifikowany nauczyciel, profesor? — Cóż po takim? — Rozpędzić się nie zdoła i już szron go chwyci! — I jeszcze względy dla wieku? — Ani myśli! — Trudno, niech próbuje gdzie indziej. — Młodych sił potrzeba...
Pracował, tyle lat pracował, dostawał wynagrodzenie, teraz słabnie, więc słuszna123, aby go odprawić. Zakład przemysłowy nie może być schroniskiem dla starców, przytułkiem dla niedołęgów.
Więc dalej? — Dalej jeżeli brak zabezpieczenia, własnego naciułanego fundusiku, trzeba imać124 się za cokolwiek i to żwawo, bo na każdy pozór „dziabu” dziesięciu zawsze kandydatów.
Rzemiosła, w europejskim pojęciu tego wyrazu, należą w Ameryce do zabytków podziewających się jedynie między wczorajszymi przybyszami.
Rzemieślnikiem w Ameryce nie jest człowiek, lecz nade wszystko maszyna, mniej lub więcej skomplikowana, a więc potrzebująca obsługi.
Nieliczne bardzo zawody ocalały w Ameryce po dziś dzień. Niektóre z nich, jak kowalstwo, prawie zanikły, inne znów jak kapelusznictwo, strycharstwo125, tkactwo uległy całkowitemu zmechanizowaniu.
Kapelusznik amerykański kapeluszy nie wyrabia, dozoruje jedynie pewnej maszyny kapeluszniczej, która wykonuje jakąś cząstkę pracy. Więc jeden kapelusznik wycina ronda, drugi je obrębia, trzeci wytłacza głowy, czwarty zszywa skórki, piąty zakłada podszewki. Strycharz również nie miesi gliny ani nie bawi się ładowaniem jej w czworoboczne formy, znów jest tylko strażnikiem, towarzyszem mechanizmu. Rachmistrz zestawia liczby, maszyna przecież dokonywuje działań i wystukuje gotowe rezultaty. Za jednym pociągnięciem pióra prokurent bankowy podpisuje nie jeden, lecz pięćdziesiąt równocześnie czeków! Tysiące aparatów drukuje równocześnie w całej Ameryce zmiany kursów giełdowych, wypisywane przez jeden główny nowojorski aparat.
Rzemiosło w Stanach Zjednoczonych staje się coraz większym zbytkiem, boć w ogóle zbytkiem jest praca ręczna. Wszystko to, co nosi nadpis „hand made”, należy do osobliwości dostępnych jedynie dla ludzi zasobnych, osobliwości zresztą cenionych przez zeuropeizowanych smakoszów.
Wspaniały garnitur mebli, przebogatym jedwabnym pluszem kryty, każdy fotel zdolny rozmarzyć wyrafinowaniem puchowych swych falistości. Istne cacko, sympozjon linii, barwy, miękkości i bogactwa...
Lecz gorze126 uchylić rąbka pluszowego, gorze sielską manierą zajrzeć fotelowi od spodu... Brudnoszare, nieheblowane glony drzewa, zbite jakby z tarcic dobytymi gwoździami...
Na pracę ręczną nikt w Ameryce czasu nie ma. Chałupnictwo, stanowiące jedną z ukrytych sprężyn francuskiego dobytku, nie jest rozwinięte. Wszystko to, co wymaga naprawy, co potrzebuje doświadczonej ręki rzemieślnika, i to wszystko, co daje się w Europie do nieskończoności zmieniać, przerabiać, dopasowywać, odnawiać, to wszystko razem stanowi w Ameryce „jung”, czyli bezwartościowe graty, które, o ile nie dadzą się zreperować domowym sposobem, żadnej nie przedstawiają wartości.
W zaułkach amerykańskich poniewiera się jeszcze i dzisiaj tuberkuliczne biedaczysko pracujące w brudnej norce zaopatrzonej osobliwym nadpisem „shoe hospital” (szpital dla butów), ale i to biedaczysko zaczyna już podeszwy przylepiać cementem za pomocą specjalnie skonstruowanej maszynki.
Ale kto by tam znów po takich zaułkach się włóczył. Zdarła się podeszew, pękł naskórek, był trzewik — nie ma trzewika.
To samo dzieje się ze stłuczonym garnuszkiem, z rozdartą częścią ubrania, ze złamanym krzesłem lub uszkodzoną lampą.
Albo należy sobie radzić samemu klajstrem, gwoździem, nitką, albo po długim szukaniu upragnionego majsterka opłacić każdy jego zabieg na wagę platyny.
Schematyzm amerykański stara się zastąpić brak rzemieślników. Produkuje z reguły zapasowe części do każdego ze swych wyrobów. Z łatwością można dobrać taką samą listewkę, tych samych rozmiarów ramę okienną, taką samą klamkę, zatrzask, skuwkę, takie same drzwi. Lecz gdyby na tych drzwiach zapragnął ktoś mieć pośrodku wydłubany kwadracik, innego kształtu wgłębienie, z największym trudem będzie mógł znaleźć desperata, który by się podjął zadowolić tego rodzaju fantazję.
I dlatego amerykański człek od dzieciństwa prawie uczy się dawać sobie samemu radę.
Oto piękna rezydencja położona w zaciszu równie zamożnych sąsiadek.
W rezydencji tej mieszka inteligent, przypuśćmy, nadinteligent, bo profesor uniwersytetu.
Jeżeli mu się przyjrzeć uważnie, jeżeliby zrachować czynności pana profesora w ciągu pierwszego lepszego tygodnia w roku, to zaiste można się szczerze zadziwić wszechstronnością jego wiedzy, sięgającej poza ramy popularnego w Ameryce „pi-ejcz-di” (Ph.D.) tworzącego monogram doktora filozofii.
Pan profesor uniwersytetu myje regularnie swój własny samochodzik, smaruje go, wsuwa się pod jego podwozie na własnych plecach, opatruje każdą jego śrubeczkę. Do tych czynności posiada, jak każdy przyzwoity amerykański gentleman, odpowiedni pokrowiec „over alls”, przypominający konstrukcją majteczki dziecinne, tworzące razem z kurteczką ubranko, do którego się wchodzi przez tylny rozporek. Pan profesor ścina co drugi dzień za pomocą maszynki trawniki przed swoją rezydencją i, o ile posiada ogródek, jest jego jedynym pracownikiem. Pan profesor co trzy lata maluje osobiście swój dom olejną farbą. Pan profesor zamiata co dzień chodnik przed swoim domem. W zimie pan profesor odgarnia szuflą zawały śniegu. Pan profesor opiekuje się centralnym ogrzewaniem, jest westalką paleniska w piwnicy, wynosi popiół, a po drodze wynosi śmieci na godziny i dni przejazdów śmieciarzy. Pan profesor albo pani profesorowa tapetuje pokoje, pan profesor poleruje specjalnymi heblami lub elektrycznymi skrobaczkami podniszczone posadzki, pan profesor zakłada gumowe lub skórzane podkładki do kranów, umie załatać cieknącą rurę ołowianą, wyśmienicie zmaga się z przewodami gazowymi, a drutami elektrycznymi operuje jak urodzony elektrotechnik.
Pan profesor, jak rzekliśmy, jest nadinteligentem, ma stanowisko, które mu przynosi co najmniej trzy tysiące dolarów rocznie, ale przynosi za mało na opłacanie doraźnych posług. W ostateczności, jeżeli w danym osiedlu znajdzie się majsterek chętny do wystąpienia w roli tapicera lub tylko tapeciarza, to jest to zazwyczaj nieco sprytniejszy od pana profesora „tausendkünstler”, który gotów jest podjąć się każdej czynności i każdą po dyletancku wykonać.
Posługa osobista uważana jest w Stanach Zjednoczonych za pracę niewolniczą. Amerykanin nierad zarabiać zginaniem karku. „Tip” (napiwek) nie pociąga go, woli bluzę robotniczą niż jedwabną czarno-żółtą kamizelkę kamerdynerską. Za doraźną pomoc woli cygaro, woli uścisk dłoni aniżeli datek. Dziewczyna amerykańska zawsze woli warsztat, maszynę tkacką aniżeli maszynkę do kawy lub cudzy odkurzacz, woli rygor fabryczny aniżeli pozór zależności od pani domu.
Praca nie hańbi, żadna praca nie poniża, służąca jednak nie będzie czyściła trzewików, w hotelu nikt nie śmie wystawiać butów na korytarz... choć w Ameryce nie ma żebraków podsuwających na rogach ulic stołeczki zabłoconemu obuwiu.
Czyszczenie butów?
Więc zakład odpowiednio urządzony z siedzeniami na wysokości człowieka, z metalowymi formami na ludzkie stopy, z obywatelem mającym pod ręką cały arsenał rozmaitego rodzaju szczotek, płynów i smarowideł, zdolnych byle końską skórę doprowadzić do połysku nieskazitelnej giemzy.
Czyszczenie butów, więc jedna z czynności załatwianych przez fryzjerskie zakłady, więc zawód lukratywny, w uczelniach, w uniwersytetach, w pensjonatach pożądany przez ubogą młodzież zarobek.
Czyszczenie butów toć świetny początek, wiodący nierównie pewniej do milionów niż gra na cytrze, przepisywanie u adwokata, niż zmywanie naczyń w restauracjach...
I stąd Europejczyk wyrzucony na bruk nowojorski, i stąd pół czy też cały inteligent ateńskiego pokroju za tragedię życia poczytuje sobie to, przez co Amerykanin zwykł przechodzić z pogodnym uśmiechem. Imigrant w Ameryce musi od razu wyrzec się przesądów, nie pomogą mu rekomendacje, nie pomogą listy polecające, a w zamian głód ten pospolity, najordynarniejszy głód zmusi powoli do dźwigania worków przy ładowaniu okrętu, do obdzierania cieląt ze skóry, do posuwania się naprzód od zmywacza wagonów do urzędnika wytwornej instytucji. Musi przejść przez te próbne ognie albo spłonąć, zmarnieć, ugrzęznąć w mizeractwie. I, co więcej, musi być przygotowanym na zapadanie się, na ponowne wdzieranie się ze szczebla na szczebel.
I ten sam inteligent europejski, który w Budapeszcie, w Stutgarcie czy Krakowie wolałby raczej za rewolwer chwycić aniżeli za kociubę, jałmużny patrzeć, grosze wyłudzać aniżeli za łopatę ująć, za ścierkę, aniżeli zhańbić się pospolitym wyrobkiem — ten sam inteligent w Ameryce zbywa się fałszywego wstydu, zapomina o przesądach i toczy odważnie walkę o byt, zostaje Amerykaninem.
I ten sam inteligent europejski nie zdaje sobie w ostatku sprawy, że gdyby był w swym ojczystym kraju z równym samozaparciem, z równym impetem wziął się był za bary z przeciwnościami, może daleko świetniejszych doczekałby rezultatów, może by i na ojczystym pustkowiu sięgnął skarbów Kolchidy.
Małe kaganki i wielkie pochodnie
Podstawą nauczania powszechnego w Ameryce jest szkoła publiczna, ośmioklasowa, o bardzo szczupłym programie. Język angielski, arytmetyka i gimnastyka i jeszcze jakaś reszta przedmiotów dodawanych lub usuwanych względnie do środków i widzimisię poszczególnych republik, a dokładniej poszczególnych miast i poszczególnych gmin.
Stany Zjednoczone nie posiadają ani jednolitego systemu nauczania, ani uzgodnienia bodaj zasad przymusu szkolnego.
Są więc stany, a właściwie gminy, które by rade mieć szkołę publiczną za pierwszy stopień, wiodący do średniego wykształcenia i są gminy, które tę samą szkołę uważają za kres potrzebnych mizernemu człekowi wiadomości. Są gminy, które przymus szkolny warunkują nie tylko ukończeniem ośmioletniego kursu, ale mierzą granicą wieku. W niektórych stanach uczęszczanie do szkoły obowiązuje bezwzględnie do lat szesnastu, z czego wynika, że śledziennik kwakierski udziela ślubu piętnastoletniej dziewczynie, zmusza przecież młodą mężatkę do dalszego trwania na ławie szkolnej.
Jeżeli się usunie poza nawias wielkomiejskie wspaniałości, siedziby możnych osiedli, to przeciętnym typem amerykańskiej szkoły elementarnej będzie mały, drewniany domeczek, składający się z jednej izby szkolnej i półtoraizbowego pomieszczenia dla tępiciela analfabetyzmu.
Ten domeczek niewymyślny, licho zaopatrzony, to pustkowie, na którym jełczeje przedwcześnie młoda siła nauczycielska, to jest jedyna niesfałszowana norma elementarnego szkolnictwa w Ameryce. Wszystko inne toć albo zbytek, albo dorobek wyjątkowo czujnych gromad ludzkich.
Przewodnia publicznej szkoły elementarnej jest wszędy jednakowo nastawiona.
Nie ma wykładu religii, nie ma rzekomo żadnej predylekcji dla poszczególnego wyznania, ale w zamian duch protestantyzmu, duch nieustępliwy, zawzięty.
Obok niego tuż amerykanizacja, ta anglosaska, propagująca zawzięcie najwyższość rasy, najwyższość anglosaskiej kultury i usiłująca sprowadzić do jednego mianownika umysły różnonarodowego pochodzenia.
Słabe rezultaty, bo za wątłe siły przeciętnego wychowańca seminarium nauczycielskiego na pokonanie w jednej i tej samej klasie kilku, a nawet kilkunastu odmiennych sposobów wymawiania, czucia, myślenia.
Ostatnie liczby statystyki amerykańskiej przyznają się w okrągłych cyfrach coś do pięciu milionów analfabetów, a śród nich do czterech milionów trzystu tysięcy dorosłych. Lecz całe odium za tyle nieuctwa ta sama statystyka zwala na urodzonych poza granicami Ameryki, a więc na imigrantów, a dalej i na Murzynów, choć od lat pod sztandarem gwiaździstym bytujących. Mniej oficjalne dokumenty stwierdzają jednak analfabetyzm, którego się wcale nie oblicza, a mianowicie analfabetyzm powrotny, jakiemu, na przykład, w bardzo silnym stopniu ulegają Szkoci w stanie Kentucky.
Ilość szkół publicznych w Stanach Zjednoczonych jest olbrzymia (dokładnie szkoły publiczne, nie licząc prywatnych, posiadają 257 521 budynków), rozrzucona wszakże na tak przepastnym kontynencie, że znów w sumie nikła, niedostateczna. Są bowiem szkółki w zapadliskach, niemogące się doliczyć kilkanaściorga dziatwy i są w miastach szkoły publiczne działające na dwie zmiany i jeszcze niezdolne podołać napływowi kandydatów.
Więc niedostateczna ilość elementarnych szkół publicznych, lecz, co więcej, niedostateczna ich wartość.
Najlepszym argumentem jest tutaj niezwykły rozwój szkół parafialnych i w ogóle początkowych szkół prywatnych, nauczających miliony dziatwy.
Gradacja kształcenia w Ameryce chadza w odmiennej szacie nomenklatury.
A więc, po szkole elementarnej następuje „high school”, szkoła „wyższa”, a dokładniej średnia, a zupełnie ściśle mówiąc, szkoła stojąca o wiele niżej od odpowiednich uczelni europejskich.
Po „high school” idzie tak zwane „college”, które jest albo oddzielną instytucją, albo stanowi młodszy oddział uniwersytetu. „College” udziela pierwszych stopni naukowych i jest przejściem do specjalnych kursów uniwersyteckich.
Amerykańska szkoła średnia, jako ciąg dalszy szkoły elementarnej, przypomina niemiecką „Volksschule” i na podobieństwo szkoły elementarnej we właściwym swym typie jest jak gdyby drugim kresem nauki, niestarającym się otwierać bram kolegialnych.
„High school” ma kurs czteroletni, cztery lata nauki i obowiązek pobierania tylko czterech przedmiotów rocznie. A ponieważ jednym z tych czterech przedmiotów musi być język angielski i może być gimnastyka, więc słabe stąd dla podstaw wiedzy wyniki.
W stosunku do europejskiego gimnazjum amerykańska szkoła wyższa dosięga klasy szóstej, lecz nie dorównuje jej ani zakresem przedmiotów, ani ich pogłębieniem.
Co więcej, o ile świadectwo z ukończenia elementarnej szkoły publicznej jest uważane za bilet wstępu do „high school”, to przeciwnie dyplom z ukończenia tejże „high school” jest skrawkiem zadrukowanego papieru niedającym żadnych prerogatyw...
Uniwersytety bowiem amerykańskie mają swe własne wymagania, i to niejednakowe. Żądają od kandydata znajomości pewnych przedmiotów i żądają przedkładania im wykazów całokształtu jego nauki w szkole wyższej, z dokładnym wymienieniem wszystkich stopni, począwszy od klasy pierwszej. Jeżeli przeciętna tych stopni (skala oblicza się w stosunku stuprocentowym, przyjmując zazwyczaj siedemdziesiąt procent za stopień dostateczny) wynosi mniej niż osiemdziesiąt procent, w takim razie każde „szanujące” się kolegium odrzuca dyplomowanego kandydata, respective127 wymaga egzaminów ze wszystkich przedmiotów.
Ponadto uniwersytety i kolegia bardzo czujnie zważają, czyli stopnie danej szkoły określają sumiennie postępy naukowe wychowańców. O ile spostrzegą, że student nie posiada dobrego przygotowania w którymkolwiek przedmiocie, aczkolwiek szkoła wykazała dobre postępy w tymże przedmiocie, w takim razie szkoła otrzymuje pierwsze napomnienie od uniwersytetu, grożące na przyszłość odebraniem akredytywy, czyli grożące mu nieprzyjmowaniem wcale jej wychowańców bez egzaminów... Takie ostrzeżenie bywa dyskrecjonalnie komunikowane innym uniwersytetom i kolegiom. Stąd zarówno publiczne jak i prywatne szkoły muszą bardzo skrupulatnie oceniać wartość swych wychowańców, o ile w ogóle chcą prowadzić kursy przygotowujące do wyższego wykształcenia.
Dyplom z ukończenia szkoły wyższej nawet i poza kolegiami i uniwersytetami jest zaledwie symbolem. To znaczy, że, gdy zachodzi kwestia ukończenia przez kogoś „high school”, wówczas musi być przedkładany cały obrachunek szkolny. I nie dość na tym, ten obrachunek musi być przesyłany bezpośrednio przez szkołę, jako dokument natury dyskrecjonalnej.
Z tego wynika, że stosunek wychowańca do szkoły trwa przez długie lata, że gdy się nawet dobije stanowiska, to jeszcze chodzi za nim niby mara lichy stopień z algebry, wypomnienie drugiego roku w trzeciej klasie i widma wszystkich grzechów dzieciństwa, no i z tego wynika, że praktyczne Stany Zjednoczone uprawiają biurokratyzm szkolny, o jakim nawet prześwietna c. k.128 Austria nie miała wyobrażenia.
Kolegia i uniwersytety mierzą swe wymagania tak zwanymi „units”, czyli jednostkami, określającymi pobieranie danego przedmiotu przez ustanowioną ilość tygodni i godzin wykładowych.
Przeciętny taki kandydat do „dobrego” uniwersytetu powinien być posiadaczem piętnastu i pół „units”, to znaczy mieć za sobą cztery lata języka angielskiego, trzy lata matematyki, dwa lata francuskiego, dwa lata historii powszechnej (zaledwie dwie godziny na tydzień), rok historii Stanów Zjednoczonych, rok chemii, fizyki i czasami dwa lata łaciny...
Lecz pamiętajmy, że ta uboga lista stanowi wymagania kolegiów i uniwersytetów, ale nie „high school”... Publiczna szkoła wyższa najczęściej wybór przedmiotów, poza językiem angielskim i historią Stanów Zjednoczonych, pozostawia upodobaniu ucznia, niewiele się troszcząc, że upodobania te idą po linii najmniejszego wysiłku.
Koedukacja w szkołach publicznych dobrego wpływu nie wywiera, sporzy129 raczej różnego bałamuctwa.
Na pierwszych szczeblach szkoły elementarnej zadawanie się dziewczątek z chłopczykami łagodzi być może temperament drugich, hartuje miękkość pierwszych. Ale już w siódmej i ósmej klasie elementarnej, a więc od trzynastu lat wzwyż, koedukacja do postępu w naukach się nie przyczynia, moralności nie buduje. W najlepszych warunkach wytwarza pewnego rodzaju otrzaskanie się ze sobą dwu płci, narodziny pewnego cynicznego zobojętnienia dla siebie.
Z tą dzisiejszą publiczną szkołą najzapamiętalej walczy samo społeczeństwo amerykańskie.
Wielkie miasta starają się rozszerzać zakres nauki, a przynajmniej utrzymywać pewną liczbę szkół jednopłciowych, na poziomie wymagań uniwersyteckich lub tworzyć tak zwane „academy”, czyli szkoły przygotowujące już bezpośrednio młodzież do wyższych zakładów naukowych, a nawet prowadzić wzorowe szkoły elementarne, idące daleko poza ramy przyjętych norm.
Lecz te szlachetne wysiłki troszczą się głównie o przyszłość anglosaskiego pokolenia, baczą na anglosaskie dzielnice, unikają starannie przyjmowania młodzieży nienależącej do czołowej rasy „Nordyków”.
Potężniej jeszcze walczy o dobrą szkołę w Ameryce szkolnictwo prywatne, szkolnictwo olbrzymie, oparte na dobrowolnym składkowaniu, a nade wszystko rozpoczynające pracę od szkółki parafialnej, wyznaniowej, bardzo często narodowej, traktującej język angielski jako jeden z przedmiotów wykładowych, a dalej idące poprzez szkołę średnią ku najwyższym szczytom...
Szkoły prywatne amerykańskie stoją na względnie wysokim poziomie i są właściwie głównymi dostawcami kandydatów do wyższego wykształcenia. Posiadają daleko wybitniejsze siły nauczycielskie, roztaczają czujniejszą opiekę nad młodzieżą i są uzbrojone w bogatsze środki naukowe i urządzenia wychowawcze.
Prywatne szkoły amerykańskie tworzą niekiedy bardzo drogie i szczelnie zamknięte w sobie instytucje. Do wstępu do takiego zakładu nie wystarczają zdolności młodzieńca, nie wystarcza świetne przygotowanie panienki, ani niezależność materialna rodziców... Krom130 wysokiej opłaty potrzebne jest jeszcze świadectwo pochodzenia... i to świadectwo, które wystawia kandydatowi agent objazdowy szkoły... Taki agent dociera do najzapadlejszego kąta Ameryki i sprawdza, z jakiej to rodziny pochodzi kandydatka i jakiej zażywa opinii jej rodzina. Jeżeli są to „nuworysze” jacyś zbogaceni131 karczmarze, a broń Boże jacyś niesympatycznego pochodzenia świeżo upieczeni obywatele amerykańscy, to mowy nie ma, aby pisklę z takiego gniazda mogło być przyjęte do akademii w Mercersberg.
Tam przecież, w tej akademii, pobierają naukę synowie elity, tam bywają Roosevelty, Hughesy, Davisy, Taffty, Coolidge’e, Mellonowie i tym podobne poważnego autoramentu arbuzy. Godzi się więc, aby syn jakiegoś znaczniejszego urzędnika, poważniejszego obywatela, zawarł szkolne przyjacielstwo z potomkiem elity, ale nie godzi się, aby choćby najzdolniejszy „honky” zajeżdżał przed gmachy akademii niepoczesnym fordem, tam gdzie jest miejsce jedynie dla stylowych rolls royce’ów, a przynajmniej dla packardów lub stutzów.
Szkolnictwo prywatne w Ameryce żadnym nie podlega ograniczeniom.
Nie ma w europejskim znaczeniu szkół z prawami i szkół bez praw, bo jedynym prawem jest poczciwie naładowana mózgownica.
Dobra renoma prywatnej szkoły amerykańskiej wymaga, aby poddała się dobrowolnie pewnej kontroli ze strony swoich stanowych władz edukacyjnych. Ta kontrola polega na tym, że tym władzom dostarcza się pewnych danych statystycznych i że z roku na rok zaprasza się inspektora szkolnego na wizytację.
O ile takie zaproszenie nie jest ponowione co roku, inspektor szkolny nie przyjeżdża. Wizyta jego ma na celu dokonanie przeglądu zakładu naukowego albo w myśli poczerpnięcia zeń jakiegoś nowego doświadczenia, albo też udzielenia mu przyjacielskich wskazówek. O żadnych nakazach mowy nie ma. Szkoła prywatna może się w rezultacie obejść całkowicie bez wizytatora. W ogóle zresztą zadaniem władz edukacyjnych w poszczególnych stanach jest opracowywanie rozmaitych danych, mogących współdziałać szkołom. Starczy na przykład zwrócić się do Harrisburga, do departamentu oświaty Rzeczpospolitej Pensylwańskiej, aby otrzymać całą literaturę o szkolnictwie elementarnym lub średnim, aby uzyskać najświetniej opracowane plany nowoczesnych budynków szkolnych, wykresy statystyczne, higieniczne wskazówki, aby znaleźć zawsze chętną radę i najskrupulatniejszą a bezpłatną pomoc.
Szkolnictwo amerykańskie nie jest w ogóle krępowane przez organy władzy wykonawczej. Poszczególne stany mają swe ustalone schematy godzin wykładowych z zakresu obowiązujących przedmiotów, ale nie wglądają w automatyczne przestrzeganie jakichś reguł pedagogicznych. System nauczania, wybór podręczników, wybór przedmiotów drugorzędnych czy dodatkowych wszystko to jest pozostawione zarządowi szkoły.
Wolno nawet w Ameryce dalej iść, wolno choćby prowadzić szkoły nowatorskie w rodzaju szkoły bez wykładów... Nauczyciele urzędują w małych kancelariach i tam udzielają wyjaśnień indywidualnych zgłaszającym się do nich uczniom.... Uczniowie operują sami podręcznikami szkolnymi i uczniowie uczą się jak im się podoba, czego im się podoba i zdają egzaminy kiedy im się podoba.
Przy tak bardzo liberalnych stosunkach szkoły publiczne amerykańskie toczone są przez okrutnego raka, wydane na łaskę i niełaskę strasznego wprost obskurantyzmu132.
Szkoły publiczne w każdej miejscowości zależą od tak zwanej rady szkolnej, złożonej najczęściej z dziewięciu „politykierów”, czyli ludzi bądź wybranych w powszechnym głosowaniu, bądź mianowanych przez wybranych zwierzchników miasta czy powiatu.
Członkostwo w radzie szkolnej jest honorowe, wraca co najwyżej minimalny koszt straty czasu, ale to członkostwo w radzie szkolnej w istocie swej jest zupełnie niehonorowym „graftem”.
Małe miasteczko Dureya liczy dokładnie (1930 r.) osiem tysięcy pięciuset mieszkańców. Nadchodzą wybory. „Honorowy” członek rady szkolnej rzuca na szalę dziesięć tysięcy dolarów byle tylko się utrzymać, byle tylko „honorowego” mandatu nie utracić.
Pytanie, ile taki jegomość w małym miasteczku Dureya musi ukraść rocznie, żeby mu się te dziesięć tysięcy dolarów wróciły z należytym zyskiem.
Rady szkolne amerykańskie kradną. Kradną przy budowie gmachów szkolnych. Architekci, przedsiębiorcy budowlani, dostawcy materiałów muszą z góry gotówką uiszczać się z „należnych” członkom rady szkolnej procentów. Podręczniki szkolne, materiały pisemne, które szkoły publiczne dostarczają bezpłatnie młodzieży, muszą dać tyle i tyle procentu. Haracze odpowiednie płacą wszyscy, łaskawego skinienia rady szkolnej muszą patrzeć i setki tysięcy nauczycieli.
A idzie tu nie o lada budżet.
W roku 1928 koszt utrzymania szkół publicznych w Stanach Zjednoczonych wynosił w dokładnej liczbie 2 184 336 638 dolarów, czyli niemal dwadzieścia miliardów złotych polskich rocznie!
Jedno Chicago wydaje siedemdziesiąt milionów dolarów, jeden Nowy Jork sto osiemdziesiąt siedem milionów dolarów.
Tam gdzie idzie choćby o dostarczenie dla rady szkolnej miasta Chicago dwustu tysięcy egzemplarzy podręcznika do nauki arytmetyki, tam nie żal przecież wsunąć ciepłą ręką trzydziestu tysięcy dolarów gotówki, aby przekonać wysoką radę szkolną, że podręcznik firmy Allyn and Bacon bije na głowę wszystkie... mniej hojne wydawnictwa.
Wypada lojalnie wyłuszczyć, że nie wszyscy członkowie rad szkolnych są tymi bezczelnymi „grafciarzami”. Bynajmniej. Na dziewięciu członków jest zawsze czterech sprawiedliwych... Bo ponieważ pięciu stanowi większość, więc tych pięciu, zmówiwszy się ze sobą, ani myśli dzielić się z pozostałymi kolegami... Czyli że zawsze czterech stanowi uczciwą, bo ogłodzoną, opozycję...
W potężnych miastach, w znaczniejszych miasteczkach posiedzenia rady szkolnej odbywają się publicznie. Publiczne toczą się rozprawy nad tą lub inną kwestią, nad takim lub innym systemem, nad tym lub owym planem rozbudowy, nad takim lub takim pudełkiem cyrkli... A po świetnych przemówieniach, znakomitych wywodach, miażdżących referatach — bęc, bęc gałeczkami — ten zwycięża, kto dał więcej...
Smutne i przykre stosunki. Wydanie ciał pedagogicznych, ludzi pracy umysłowej na widzimisię chamstwa. Do rad szkolnych dostają się brutalni nieucy, zasiadają w nich niekiedy analfabeci i to nie w takim zapadłym kącie jak Oconomowoc lub Wauwatosa, choćby sobie w pięknym Detroit lub w siedzącym mu na żołądku Hamtramck. Zresztą jak wszędzie, tak i w Ameryce dla ludzi wrażliwych, ludzi uczciwych miejsca w polityce nie ma, a rady szkolne w Ameryce są tylko partyjno-politykierskimi żerowiskami.
Ciało nauczycielskie szkół publicznych w Ameryce tworzy gromadę 831 934 desperatów, skazanych „na uczenie cudzych dzieci”. Wynagradzane jest w stosunku do innych zawodów bardzo liche, niekiedy płacone nieregularnie, niekiedy, nawet w takim Chicago, zniewolone do czekania po dwa i trzy miesiące na wypłatę pensji!...
Hojnym dla nauczycielstwa jest stan Nowy Jork, New Jersey, hojna nawet Kalifornia i Massachusetts, lecz im dalej od tych mecenasów, tym biedniej, tym głodniej. Zabezpieczenie na starość jedynie w niektórych stanach i to mizerne, nędzne, a cały przywilej nauczycielstwa amerykańskiego to gwarancja dziewięciomiesięcznej pracy, a dla „pryncypałów”, czyli dyrektorów szkół, kontrakt trzyletni. A poza tym zależność od aroganckich łapowników z rady szkolnej, od tej bandyckiej piątki, a w małych osiedlach, w małych szkołach bezpośrednia zależność od fumów rodzicielskich komitetów.
W małej szkole publicznej bez kryminalnego przestępstwa ani mowy o wydaleniu nieuka czy gorszyciela, co więcej, ani mowy o zatrzymaniu osła w tej samej klasie na drugi rok... Bo przecież powiększa to automatycznie koszt szkoły, bo przecież miłość rodzicielska może się ująć honorem i taką zrobić politykę, że fakultet razem z „pryncypałem” zostanie bez chleba.
Stąd szkoła publiczna amerykańska jest wątła, działa jedynie paliatywami, sama uprawia politykierskie sztuczki, a dla pewnej kategorii wychowańców kończy się zasługą odsiedzenia tylu i tylu lat różnej kategorii ławek.
I stąd nauczycielstwo szkół publicznych, zarówno elementarnych, jak i średnich, coraz bardziej się ukobieca. Mężczyźni stronią od tego niepewnego, niewdzięcznego chleba.
Przed laty pięćdziesięciu kobiety miały już przewagę w nauczycielstwie amerykańskim, już w roku 1880 przy stu dwudziestu trzech tysiącach mężczyzn nauczycieli, kobiety tworzyły masę stu sześćdziesięciu czterech tysięcy nauczycielek.
Była to przewaga zrozumiała. Szkolnictwo elementarne powinno być bodaj całkowitym kobiety monopolem. Natomiast szkolnictwo średnie owych czasów posiłkowało się nade wszystko siłami męskimi.
Po latach pięćdziesięciu początkowy ten stosunek uległ rewolucyjnej zmianie. Na 832 tysiące nauczycieli płci obojga — mężczyzn jest 138 tysięcy a kobiet 694 tysiące — czyli przeszło pięć razy więcej kobiet aniżeli mężczyzn.
Byłaby to okoliczność względnie obojętna dla szkół publicznych amerykańskich, które by mogły przyznać kobietom pierwszeństwo w nauczaniu, gdyby kobiety w znacznym procencie nie stanowiły żywiołu przelotnego.
Do nauczycielstwa garną się z reguły wszystkie jako tako z kolegiów dobyte panny. Należy to i do dobrego tonu, należy to bezwzględnie do pewnej społecznej ideowości amerykańskiej, aby młoda panienka, i to niezmuszona do zaprzęgnięcia się do twardej, powszedniej pracy, spróbowała zawodu nauczycielskiego. Toć plon doświadczenia na przyszłość, toć piękna legitymacja, no i zawsze upragniony własny grosz, owo amerykańskie „superfluous”, a więc to co jest ponad potrzebę, co jest już fantazją, co uchyla obowiązek tłumaczenia się, usprawiedliwiania wydatków.
Młoda panienka amerykańska lubi mieć własne pieniądze.
Szkoła publiczna na tym upodobaniu nie wychodzi dobrze.
Zamożne panny, rodziny których posiadają zazwyczaj wpływy, nie dopuszczają do zawodu nauczycielskiego dziewcząt ubogich, pragnących się poświęcić nauczaniu zawodowo, a przynajmniej utrudniają im drogę do posad. Ponadto krzywdzą szkoły swą, jak wyżej, „przelotnością”. Zamożna panienka po kilku latach bądź wstępuje w związki małżeńskie, bądź, uprzykrzywszy sobie nauczycielstwo, porzuca je i porzuca z reguły w momencie, kiedy po odbytej praktyce, po wyrządzeniu często nie lada jakich spustoszeń w młodych umysłach, nabrała w ostatku doświadczenia, zaczęła być jaką taką siłą pedagogiczną.
W niektórych stanach nauczycielka, wychodząca za mąż, traci automatycznie zajmowaną posadę. Więc i panny, które by i po zamążpójściu rade były w dalszym ciągu pracować, powiększają element przejściowy.
Na stanowiskach przeto trwają nieliczne szeregi kobiet, które fatalność skazała na osamotnienie, trwają osoby zgorzkniałe, cierpiące na brak pogody ducha.
Źle na tym wychodzi zespół amerykańskiego nauczycielstwa. Niewiele jeszcze pojęcia dla tej niezawodnej prawdy, że bardzo łatwo jest zostać dobrym profesorem uniwersytetu, lecz bardzo trudno budzicielem maluczkich.
Nieskończenie wyżej od amerykańskiej szkoły średniej stoi amerykańska szkoła zawodowa, bijąca na głowę swą europejską siostrzycę.
Przewagę fachowego amerykańskiego szkolnictwa stanowi jego mocno skoncentrowana celowość, a obok niej, niepojęta w europejskim rozumieniu, sprężystość i postępowość uczelni.
Rzemieślnicza szkoła zawodowa amerykańska jest z reguły bezpłatna, a po większej części dająca nawet zarobek swym wychowańcom, którzy uczą się, ale i pracują, i za wykonywane prace otrzymują wynagrodzenie.
Szkoły zawodowe w Ameryce tworzą jakby olbrzymie warsztaty fabryczne i to warsztaty wyposażone we wszystkie nowoczesne urządzenia. Każdy nowy pomysł techniczny, każdy mechaniczny eksperyment musi być przeniesiony na grunt szkolny, bez względu na koszty, na wydatki musi dotrzeć do tych, którym sądzono być pracy wytwórczej pionierami.
Prywatne szkolnictwo zawodowe amerykańskie jest w rękach fabryk i zakładów przemysłowych. One prowadzą szkoły fachowe, kursy wieczorne, zawodowe i w ogóle starają się o wykształcenie samym sobie potrzebnych niższych pracowników.
Spomiędzy tłumu roboczego, spomiędzy hałaśliwej ciżby wyrostków zaciąga do nauki, kształci ich i jeszcze płaci.
Jako w słynnej amerykańskiej szkole wojskowej w West Point, względnie do klasy każdy kadet pobiera żołd dzienny, żołd suty, pozwalający na zadowolenie bodajby pewnych fantazji, tak i setki szkół zawodowych amerykańskich rozumuje, że zdobycie dobrych fachowców jest tak wielkim zyskiem przemysłu, iż godzi się nie tylko szkołę bezpłatną utrzymywać, ale zdolnym a zmuszonym do zarobkowania jeszcze za ich ochotę do nauki płacić, a więc naukę im umożliwiać.
Szkolnictwo elementarne, szkolnictwo średnie amerykańskie może wypełnić samo przez się karty doniosłej rozprawy pedagogicznej, ale dopiero wyższe wykształcenie, dopiero kolegia i uniwersytety niezwykłością swych koncepcji zdolne są wyprowadzić z równowagi najbujniejszą wyobraźnię.
Nade wszystko szalone wprost bogactwo, niesłychana różnorodność wyższych zakładów, istne skarby naukowych środków, zatrzęsienie stopni naukowych i milion bez mała studentów płci obojga i w ostatku zamęt norm, gradacji, wyobrażeń o tym, co jest wiedzą ścisłą, co tej wiedzy abecadłem, co jej blichtrem.
Amerykański „college”, więc znów kurs czteroletni, zakres wiadomości, o ile nie specjalnych, równa się siódmej i ósmej klasie humanistyki czy filologii, plus jakoweś, mniej gruntowne, a uroczyście brzmiące, przedmioty z zakresu pierwszo- a niekiedy drugorocznego kursu europejskiego uniwersytetu. Po tych czterech latach już stopień naukowy bakałarza sztuk lub bakałarza nauk przyrodzonych!... W istocie zaledwie tylko niezła europejska matura. W Ameryce przecież po takim bakalaureacie albo już zawodowa kariera, bodajby w charakterze nauczyciela w szkole średniej, albo wjazd bez egzaminu na kursy uniwersyteckie.
O ile taki bakałarz pozostaje na rok piąty w kolegium, to już po roku zdobywa stopień magistra! A już dalej po dwu latach może się wystroić w błękitne wyłogi płaszcza doktora filozofii...
Lecz i ten porządek dotyczy jeno wysoko postawionych kolegiów i bardzo wymagających uniwersytetów. Normalnie dwa lata „college” wystarcza do przejścia całkowicie na kurs uniwersytecki, normalnie już w drugim roku nauki kolegialnej przyszły kandydat na lekarza bierze rozbrat całkowity z ogólnokształcącymi przedmiotami, już się zaczyna specjalizować...
Nie dość na tym. Kolegia amerykańskie znów trzymają się uporczywie kabalistycznej czwórki przedmiotów wykładowych, pośród których jednym z nich może być na przykład wychowanie fizyczne, po prostu sport, drugim „domestic science”, a więc sztuka słania łóżek, operowania odkurzaczem, zmywania naczyń, pieczenia „keyksów”. Rysunki mają toż samo prawo obywatelstwa, co ekonomia, nauka sztuki ogłoszeń i reklam jest znów częścią składową kursu ekonomii, dobrą grą na mandolinie można z łatwością potłuc w szrankach biologistę, ile że zakres nauk kolegialnych w Ameryce nie ma kresu i ma równy szacunek i równie dźwięczne stopcie naukowe i dla tego, który sięgnął absolutu względności, i dla tego, który pobił wszystkie rekordy skoków wzwyż.
Bezpośrednim następstwem tego systemu jest chorobliwa tytułomania naukowa, często nieucka, parady w maskaradowych togach, szafowanie bezwartościowymi kwitami na rzekomy rozum. Amerykanie silą się w tym kierunku o zakasowanie małomiasteczkowości germańskiej, wiedeńskie chcą jakby zaćmić tradycje. Trzeba gruntownego wniknięcia w istotę szkolnictwa amerykańskiego, aby zgłębić otchłań dzielącą doktora uniwersytetu w Valparaiso w stanie Indiana, uniwersytetu będącego zwykłym geszefciarskim przedsiębiorstwem, od tak zamkniętych, niedostępnych zakładów naukowych, jak Brown University lub Princeton, trzeba długiego czasu, aby nauczyć się sztuki oceniania wartości amerykańskich stopni naukowych.
Stany Zjednoczone posiadają wyższe uczelnie znakomicie zorganizowane, posiadają możne instytucje, zasobne, ale mają również zakłady naukowe początkujące, nieudolne, słabe, liczące po kilkuset zaledwie słuchaczy, jak choćby taki Santa Clara University lub jakiś ubogi Chattanooga University w Tennessee.
Następnie trzeba sobie uprzytomnić, że Stany Zjednoczone mają jeszcze do dnia dzisiejszego takich lekarzy, którzy nigdy lekarzami nie byli, mają duchownych, którzy żadnych nie kończyli szkół, mają sędziów, mają prawników, którzy ukończyli jeden rok prawa!
Przed laty pięćdziesięciu zjeżdżał do Stanów Zjednoczonych emigrant, wywieszał tabliczkę lekarza i praktykował spokojnie. Nikt się nie pytał o dyplom, o praktykę, nikt nie dociekał. Jeżeli były nawet dane po temu, że jest jedynie felczerem, że jest wyszkolonym sanitariuszem, nikt mu tytułu doktora nie zaprzeczał.
Tak było przed laty pięćdziesięciu, a nawet w niektórych stanach mniej niż przed pięćdziesięciu.
Na pustkowiach brakło ludzi, brakło specjalistów, brakło zawodowców. Bodaj pokątny doradca, bodaj kancelista starczył za mecenasa, byle mądrala za profesora, byle gadacz za kaznodzieję.
Dopiero w miarę kształcenia młodzieży zaczęto stawiać pewne wymagania, początkowo bardzo maleńkie, bardzo niewinne. Starano się brać na munsztuk133 owych uczonych emigrantów, lecz najprzód bardzo łagodnie. Na przykład godzono się na zdawanie egzaminów lekarskich w języku ojczystym kandydata. Tłumaczami byli „specjaliści” i tak znakomici, że te egzaminy szły jak z płatka, że „specjaliści” napychali sobie kieszenie.
Lecz i ten postęp szedł zresztą nierównomiernie i do dnia dzisiejszego wtóruje nierównomiernemu rozkwitowi poszczególnych stanów.
Do wytwarzania tych tak wielkich różnic przyczynia się w znacznym stopniu okoliczność, że wyższe wykształcenie w Stanach Zjednoczonych opiera się przede wszystkim na inicjatywie prywatnej, na prywatnych kolegiach i uniwersytetach.
Tradycja prywatnej wszechnicy w Ameryce zaczyna się od roku 1636, od Harwarda, od myśli utworzenia amerykańskiego Cambrigde.
Od tej chwili prawie inicjatywa prywatna nie przestała przodować urzędowym wysiłkom poszczególnych republik i doprowadziła do tego, że i dzisiaj uniwersytety prywatne amerykańskie, kolegia prywatne, biją na głowę uczelnie państwowe. One im torują drogę, one narzucają prawa i regulaminy, one, i całkowicie słusznie, są dumą amerykańskiej społeczności.
W umyśle Europejczyka to się w ogóle nie mieści.
Jak to? — Więc można dzisiaj jeszcze w Stanach Zjednoczonych założyć sobie prywatny uniwersytet i wydawać stopnie naukowe? — Juści134, że można. Przeszkód żadnych, ta jedna i główna klauzula, ażeby posiadać dostateczny fundusz, zabezpieczający trwanie instytucji, no i odpowiednią organizację. Poza tym wolno założyć uniwersytet z językiem wykładowym choćby portugalskim, można zmniejszyć lub powiększyć liczbę lat obowiązującej nauki, można iść drogą największego zacofania lub krańcowego postępu.
A prawa, a przywileje?
Prawem i przywilejem w Stanach Zjednoczonych jest ciągle i zawsze mózg ludzki, nie świstek papieru, nie świadectwo, lecz sama wiedza, ściślej, synteza, jaką ta wiedza wytwarza.
Więc niesłychane pole do nadużyć, fabrykowanie stopni naukowych, wprowadzanie w błąd, okazja do fałszowania nauki. Bywa i tak. Ten szeroki liberalizm miewa swoje złe strony, lecz w sumie dobro bierze górę.
Pomimo tych usterek rozwój wyższego wykształcenia w żadnym państwie na świecie nie może się pochlubić równym impetem. Ten impet nie dosięgnął może szczytów, ten impet niezdolen jeszcze iść o lepsze z prastarymi krynicami nauki, ale już zbliża się ku nim, już pośpiesza.
Prywatna inicjatywa, ofiarność prywatna, niekiedy zapomoga od miasta, rzadziej od władz stanowych, a zresztą wszystko na barkach własnej administracji, na barkach ludzi, którzy pracę dla uniwersytetu obrali sobie za cel życia.
Niektóre uniwersytety i kolegia opierają swój byt na kongregacjach, na wyznaniowych związkach. Statystyka, schwytana w momencie oddawania tej pracy do druku, stwierdza, że w stu sześćdziesięciu czterech katolickich kolegiach i uniwersytetach w Stanach Zjednoczonych w roku szkolnym 1930/31 było ściśle 104 023 studentów i studentek! Ale najczęściej te najbogatsze uczelnie opierają się jedynie na swych własnych wychowańcach, na swych abiturientach, na swych byłych słuchaczach. Oni tworzą związki opiekuńcze, oni czuwają nad swymi Alma Mater, oni prześcigają się w ofiarności, oni to sprawiają, że własność Harvardu wynosi 115 milionów dolarów, że Uniwersytet Columbia ma jej za 77 milionów, a Yale ma tej własności za 90 milionów.
Trudno sobie wystawić135, wyobrazić te pałace, te bajeczne urządzenia, te wspaniałe laboratoria doświadczalne, te bogactwa wyższych zakładów amerykańskich. Niczego tu nie brak, ani dość marnego drobiazgu, ani dość wielkiego nakładu, aby o nim zapomniała, aby nań się nie zdobyła wszechnica amerykańska.
Przeciętny tak zwany „campus” uniwersytecki, a więc obszar, który zajmuje, jest jednym labiryntem pięknych gmachów, wpadających niekiedy w styl starogreckich świątyń, wystrzelający łukami gotyku, nieskąpiący wydatku choćby na odtworzenie koronek sewilskiej Giraldy, choćby na zbudowanie jeszcze jednej Campanilli.
„Campus” amerykański, więc pęki zieleni, bukiety kwiatów, wolny przestwór, powietrze, słońce. Tak, brak, po tysiąc razy brak, brak Ameryce tych wielmożnych zakamarków, tej czcigodnej stęchlizny wieków, tego pyłu filozoficznego, który pamięta czasy Medycjuszów, Juliusza II miłościwą pieczę, pergaminowych twarzy oczy gorejące...
Tak, w tych pięknych gmachach amerykańskich brak jeszcze ducha nauki, za wiele radości życia, za wiele swawoli, za wiele szczebiotania, a za mało wiedzy, za mało takich, którzy by ją chcieli mieć za cel, a nie tylko za środek, za sposób do życia.
Schematyzm, standaryzacja i masowa produkcja i tutaj do zbytku się panoszą, zamieniają wyższe uczelnie w jakoweś młocarnie, młyny, sita, w kotłowiska, z których wylatują całe zawały plew, w istne fabryki stopni naukowych, naukowych banalności, naukowego ubóstwa. I tu wszędzie cyfry potworne, jakby obniżające powagę czystej wiedzy.
Wystawmy jeno sobie w jednym uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku czterdzieści tysięcy studentów, a tuż obok, na uniwersytecie New Jork jeszcze trzydzieści pięć tysięcy... Taki słynny uniwersytet Kalifornijski w Berkeley na dorocznej uroczystości feruje za jednym zamachem cztery tysiące stopni naukowych. Ówdzie w jednym roku uniwersytet rzuca na rynek tysiąc lekarzy, półtora tysiąca adwokatów, dwa tysiące dentystów... A ileż tysięcy wszelakich bakałarzy. Stany Zjednoczone mają 576 wyższych zakładów, wydających stopnie naukowe!!
Wprawdzie zapotrzebowanie stopni naukowych wzrasta z roku na rok.
Pamiętajmy, że już tak zwany „skład departamentowy”, czyli typowy amerykański bazar, często wspanialsze jeszcze odtworzenie magazynów paryskiego Luwru, że taki handel wymaga od starszego subiekta, a choćby od eleganckiego jegomości, którego całym obowiązkiem jest kłaniać się wchodzącym, wskazywać drogę, no i po trosze zerkać na kolegów, a po trosze czuwać nad smukłymi paluszkami pięknych dam, nurzającymi się w fatałaszkach — otóż taki handel od takich pracowników wymaga ukończenia pełnego „college”. Nie szkoły handlowej, nie kursów specjalnych, lecz ogólnie kształcącego zakładu naukowego.
Ale pomimo tego, że równocześnie nawet zakłady fabryczne zaczynają żądać przynajmniej dwu lat kolegialnych od kandydatów na majstrów warsztatowych, pomimo tego w Stanach Zjednoczonych daje się uczuwać już pewna nadprodukcja... stopni naukowych.
Stąd dążność wytrwała do polepszenia wartości tych stopni, do pogłębienia nauki, do podniesienia jej skali.
Jakoż w tym kierunku amerykańskie uniwersytety idą zwartym krokiem naprzód.
Taki na przykład rektor uniwersytetu Columbia, N. M. Butler, znakomity działacz i organizator, nie waha się nigdy rzucać gromami z mównicy publicznej w marność doktoratów, w nicość pychy naukowej, w głupotę tytułów, w brak naukowej skromności, w brak mrówczej pracy. Prezydent Calvin Cooligde w ostatnich czasach przedłożył opinii amerykańskiej dowody niskiego poziomu umysłowego prawników, którzy, przy całej znajomości procedury, są przeważnie typowymi nieukami, niezdolnymi do utrzymania etyki prawniczej na odpowiedniej wysokości.
Takich głosów jest mnóstwo.
Uniwersytety amerykańskie czuwają. Z roku na rok nowe stawia trudności, z roku na rok coraz silniej działa maszyna brakarska.
Wielkie uczelnie odgradzają się drutami kolczastymi.
Oto młodzieniec zdobył już wszystkie potrzebne dokumenty, które zwalniają go od składania egzaminów, pozostaje jedynie ceremonia słynnego „menthal hability test”, owa amerykańska łamigłówka, mająca stwierdzać giętkość, sprawność rozwoju umysłowego kandydatów.
Pięćdziesiąt pytań, jedna minuta czasu na odpowiedź na każde. Jedna minuta czasu na postawienie jednej lub dwu kreseczek na przygotowanym druku. Wszystko to dziecinne, śmieszne, bardzo często zdolne umysł mędrca doprowadzić do histerycznego bezruchu, ale w tym wszystkim sposób nad sposobami...
Kwakierska szkoła, znakomita szkoła prawa w Filadelfii powzięła naraz przeświadczenie, że za wielki procent Izraelitów chwyta się adwokackiego chleba...
Numerus clausus136? — Nigdy w świecie.
Liberalizm amerykański takim ograniczeniem nigdy by się nie splamił — lecz oto „menthal hability test”... Co? — Jak się stało? — Nie wiadomo. Próba tego osobliwego egzaminu wypada zawsze w ten sposób, aby uczynić zadość linii wytycznej kierownictwa szkoły.
Tylu i tylu bezspornych kandydatów, posiadających wszystkie dane do wejścia do szkoły prawa, przepadło na egzaminie „wypróbowania sprawności umysłowej”...
Wyjaśnienia, dochodzenia, toć rzeczy niemożliwe. Takie tłumy kandydatów, taki napływ zgłoszeń, że nie ma sposobu do wnikania w drobiazgi osobiste.
Zresztą w każdej wielkiej instytucji naukowej amerykańskiej pierwsze lata studiów upływają niby ów wstępny egzamin...
Młodzież studencka w Ameryce przy wszelkich pozorach zewnętrznego rozhulania, rozpuszczenia, braku pieczy, jest trzymana przez uniwersytety bardzo krótko.
Student ma swoje numerowane miejsce w auli. Na wykładach bywać musi regularnie, nie wolno mu się spóźniać, nie wolno mu odprawiać wagarów czy wczasów, musi odrabiać zadawane mu prace, składać je w oznaczonym terminie, musi odpowiadać z zadawanych niemal mu lekcji...
W ciągu pierwszych dwu miesięcy zazwyczaj każdy student musi napisać trzy większe kompozycje z zakresu języka angielskiego. Owóż te kompozycje są przeglądane i poprawiane przez specjalnie na to wyznaczonych „poprawiaczy”, gdyż, jak łatwo sobie wystawić137, profesor nie miałby czasu na przeczytanie uważne czterystu do pięciuset niekiedy elaboratów studenckich.
Tedy bezimienny poprawiacz mierzy kompozycje jakąś przepisową calówką i składa je w kartotece danego studenta. Po dwu miesiącach znów jacyś bezimienni pomocnicy profesora lub dziekana sprawdzają owe kartoteki i wątpliwe przedkładają kancelarii fakultetu.
Dziekan sam je rozpatruje i decyzję swoją wyraża jakimś umówionym, kolorowym „filutkiem”...
„Filutek” zamienia się od razu w małą, drukowaną karteczkę, opiewającą, że taki a taki student z dniem pierwszym listopada zostaje wykreślony z listy słuchaczy tego i tego zakładu naukowego...
Żadnych wyjaśnień, żadnych morałów, żadnych rozmów. Nikt o niczym nie wie, każdy przyjacielsko się uśmiecha i każdy jest bardzo „sorry”, że tak się stało, a nie inaczej.
Cyfrowo to się przedstawia w ten sposób, że jeden tylko Cornell University w Ithaca, liczący tylko sześć tysięcy studentów, wydala rok rocznie po pierwszych dwu miesiącach nauki około ośmiuset młodzieży płci obojga, nie zwracając wydalonym pobranych opłat, a więc i na materialny skazując ich uszczerbek.
Wydaleni oczywiście mogą od następnego roku szkolnego starać się o przyjęcie do innych zakładów, może do łagodniejszych, do mniej wymagających niż „Cornell”.
Dopiero po dwu latach nauki w uniwersytecie student nabiera jakby pewnych praw. Szeregi już się przerzedziły. Następuje większe zbliżenie do ciała profesorskiego, możność zwracania uwagi na indywidualne cechy słuchaczy.
Zewnętrzne życie uniwersyteckie w Ameryce cechuje niefrasobliwość, zapał do burszowskich psot, do figlów, do uciech wszelakich, no i nade wszystko do sportów, do sportów. Władze naukowe pobłażają temu zapałowi, może nie bez racji wolą ten nadmiar swawoli, nadmiar ochoty do balów, do zawodów, od „weltschmerzu138”, od przedwczesnego zatruwania młodych umysłów ponurymi problematami życia powszedniego.
Uniwersytet amerykański idzie za tradycjami angielskiego Cambrigde, angielskiego Oxfordu. Pojedynek dwu ekip piłki nożnej, pojedynek między uniwersytetami Harvard i Yale toć ewenement nad ewenementami, toć sto tysięcy publiczności na galeriach stadionu, zakłady, świetlne telegramy na ulicach, podniecenie, dla całych Stanów Zjednoczonych dzień pamiętny...
I uniwersytety amerykańskie hodują w tym celu jakby nowoczesnych gladiatorów, utrzymują drabów-studentów, których nie tylko uwalniają od opłat, ale którym płacą, bogate zapewniają oprawy, a którym w ostatku po latach pracy nad rozsławieniem sportowej dzielności danej gromady uniwersyteckiej, za rozbite nosy, połamane obojczyki i żebra wysupłują jakiś początkowy stopień bakałarza sztuki, będącej w gruncie jedynie sztuką podbijania piłki palantem lub czubkiem buta.
Nie przynosi to zaszczytu uniwersytetowi Harvard ani uniwersytetowi Yale, ale jest to już przymusowy nieobyczaj, jest to kwestia reklamy, przynęty. Dziecko skłania się do nauki niekiedy cukierkiem, a młodzieńca bierze się na sport.
Charakterystycznym rysem całego życia uniwersyteckiego w Ameryce, co jeszcze raz należy podkreślić, jest radość, jest szczęśliwość.
Czasy uniwersyteckie toć najmilsze wspomnienia, toć prawdziwa wiosna, pogoda serc i umysłów, nawet przy walce o kawałek chleba. Może za wiele nawet dziecięcych dźwięków w kaskadach śmiechu rozbrzmiewających po „campusach”, ale kto wie, czyli139 dla społeczeństwa nie więcej stąd zdrowia, nie więcej energii, nie więcej siły.
Wykształcenie w Stanach Zjednoczonych jest rzeczą kosztowną. Kto się chce uczyć, musi albo mieć pieniądze, albo musi pracować na zdobycie tych pieniędzy.
Wykształcenie w Ameryce nie jest żadną filantropią, nie jest żadnym obowiązkiem obywatelskim w stosunku do młodzieży.
Stany Zjednoczone dają bezpłatnie szkołę elementarną, tę przeciętną, tę dla tłumu — dają bezpłatnie szkołę średnią, również tylko tę przeciętną, dają bezpłatnie szkoły rzemieślnicze, a nawet w tych szkołach płacą wychowańcom za fatygę uczenia się, ale poza tym na wszystkich wyższych szczeblach żądają pieniędzy, niekiedy bardzo wysokich, bardzo ciężkich.
Stypendiów uniwersytety amerykańskie mają liczbę znaczną, ale nie dla biednych studentów, nie dla ogłodzonych studentów, ale dla wyjątkowo zdolnych. Stypendium w Ameryce nie jest zapomogą dla ubogiego młodziana, lecz nagrodą dla zdolnego, dla pracowitego, choćby syna bogaczów.
Dla zdolnego, dla pracowitego studenta uniwersytet amerykański gotów jest na wszystko. Zwolni go od opłat, zapewni mu pensję, uczyni asystentem profesora, laborantem, wyśle go na swój koszt na wyprawę naukową, przed daniem mu stopnia naukowego już znajdzie mu stanowisko, już mu zapewni pole do pracy, jeszcze i dalej, i później tenże uniwersytet będzie czuwał nad swoim dobrym uczniem, będzie z nim utrzymywał jak najbliższe relacje, będzie go wspierał.
Ale to dotyczy jedynie bardzo zdolnych i bardzo pracowitych, którzy już na ławach uniwersyteckich zdołali dowieść tych dwu przymiotów.
Nikogo jednak w Stanach Zjednoczonych nie obchodzi szczegół, że, dajmy na to, jakaś pani Brownell ma syna, że ten syn chciałby się kształcić, że chciałby zostać całym dygnitarzem... no i że nie ma środków po temu. To nikogo nie obchodzi.
Mama młodzieńca czy sam młodzieniec ma aspiracje — niech pracuje, niech zarabia, niech ciuła pieniądze na naukę.
Jeżeli zaś na taki wysiłek go nie stać, niechże sobie zostanie zamiast doktorem filozofii, niech zostanie choćby tak zwanym w Ameryce „chimney doctor” alias dygnitarzem rozstrzygającym o cierpieniach kominów, a będącym jakby kwintesencją zduna z kominiarzem.
Tu i ówdzie jakaś grupa narodowa w Ameryce, trwająca u podnóża społecznego, wysila się na zapomogi dla swej młodzieży, aby dźwignąć się na wyższy szczebel.
Są to przykłady oderwane. Ogół amerykański jałmużnictwa na wyższe wykształcenie nie uprawia, na dziadowanie pod tym hasłem nie odpowiada, kosztów wykształcenia z roku na rok podnosić się nie waha.
Przeciętny wydatek roczny skromnego studenta lepszej, wyższej uczelni amerykańskiej wynosi co najmniej tysiąc dolarów rocznie. Jest to duża suma pieniędzy, to nie jest ani tysiąc złotych, ani nawet pięć tysięcy złotych, biorąc na miarę zdolność nabywczą dolara. A przeciętny koszt przeprowadzenia młodzieńca od szkoły elementarnej do zawodowego stopnia naukowego tworzy już znaczny mająteczek, bo około dwunastu tysięcy dolarów...
Jakże więc studenci mogą starczyć, jakże sobie radzą? Czyżby wyższe wykształcenie w Ameryce było przywilejem bogaczów?
Młodzieniec, dziewczyna w Stanach Zjednoczonych pracują, muszą pracować...
Nadeszły w szkole średniej amerykańskiej wakacje, wakacje prawie trzymiesięczne, w europejskim rozumieniu, upragniony, wyglądany okres wytchnienia...
Wakacje! — Więc letnie mieszkania, wycieczki, może włóczęga po jakimś Podkarpaciu, może trzymiesięczne próżniactwo, może wyjazd na wieś, na przyjemne kondycje, może dolce far niente140?
Nie. — Dla dziewięćdziesięciu dziewięciu procent młodzieży płci obojga te wielkie trzymiesięczne wakacje amerykańskie są tylko trzema miesiącami natężonej pracy zarobkowej.
Piętnastoletni chłopiec szuka zajęcia, musi zarobić. Ojciec ma zadość, lecz on chce mieć własne pieniądze. Idzie na posyłki, szuka zarobkowania w uzdrowiskach, w jakichś letnich restauracjach, szuka zastępstwa w biurze, idzie do kopalni na płuczkarza, ima141 się kilofa, zaprzęga się na palacza do stalowni. Najcięższej się pracy nie ulęknie.
Syn adwokata w małym miasteczku, osobistości, promieniującej na swe otoczenie, czasu wakacji wdziewa obrzędowe amerykańskie majteczki z przyszytą do nich kamizelką... Nie wstydzi się malować rudery choćby należącej do ostatniego z dryblasów. On, syn promieniującego na całe miasteczko, jaśnie wielmożnego pana mecenasa... Po „fajerancie” ubiera się w „toxido” (po polsku: smoking) i jedzie na spacer w rodzicowym cadillacu.
Czy pan mecenas odmawia synowi jakichś kieszonkowych pieniędzy, żałuje na ekspensy142? Bynajmniej. I młodzieniec, i panna chcą mieć własne pieniądze nawet wówczas, kiedy mogą je dostać od rodziców bez żadnego wysiłku. Mówi się tutaj dopiero o szkole średniej amerykańskiej, mówi się tutaj o młodzieży zasobnej, a cóż dopiero uniwersytet, cóż dopiero młodzież uboga.
Na udry trzeba iść z przeciwnościami.
System szkolny amerykański, choć dla Europejczyka tak niedalekonośny, tak praktycznie przecież zbudowany, że wyklucza nawet korepetytorstwo, że młodzież uniwersytecką zmusza do sięgania twardych zawodów, imania się gołymi rękoma najcięższych w walce o byt narzędzi.
Dolar łatwo młodzieży amerykańskiej nie przychodzi. Dolar nie pobłaża, nie romansuje.
Oto dom rezydencyjny. Centralne ogrzewanie, w zimie ciężkie z paleniskiem turbacje. Jak sobie poradzić? — Trzeba chłopa do pomocy. — Woła się więc studenta uniwersytetu i daje mu się dziesięć dolarów na miesiąc. Za te dziesięć dolarów student obowiązany jest stawić się co najmniej o szóstej rano przed paleniskiem, oczyścić je, wynieść popiół, ogień rozżarzyć, węgla nasypać i przejąć całe domostwo umiarkowaną temperaturą. I tenże sam student musi jeszcze opatrzeć palenisko dwa razy w ciągu dnia i raz jeszcze przed północą, czyli zrobić niekiedy dwadzieścia kilometrów dziennie od paleniska do paleniska i mieć za to dziesięć dolarów miesięcznie przez sześć miesięcy, a więc raptem dolarów sześćdziesiąt, które nie wystarczają w uniwersytecie nawet na zakupno143 potrzebnych książek.
A gdzie reszta? Student jest krom144 tego posługaczem w restauracji albo zmywaczem naczyń, za co otrzymuje bezpłatnie resztki z obiadu i kolacji, żywi się. W hotelu pobliskim ma nocną służbę przy telefonie. Jest niezłym skrzypkiem, gra w orkiestrze. Zamiata, szoruje, idzie do pralni za pracza, lata na reporterkę dla gazety, sprzedaje gazety, zbiera prenumeratę. Wreszcie ma zapasik z tych upragnionych wakacji trzymiesięcznych, wreszcie ma pomoc z domu.
Ciężki uniwersytet, ciężka szkoła życia, ale z tej szkoły amerykańska młodzież uniwersytecka wychodzi lepiej uzbrojona od europejskiej, lepiej zahartowana. Słabszą ma niezawodnie wyobraźnię. Mniej jest wrażliwa na psychologiczne skurcze, mniej ateńska, ale społecznie jest zdrowsza, pogodniejsza, może nie lepsza, lecz mniej skomplikowana, zaprawiona do karności, więc posiadająca wszystkie zalety do dobrego dowodzenia.
Przy tych wszystkich pozornych utrudnieniach, przy tych olbrzymich kosztach, Ameryka posiada i w tym kierunku, w małym stopniu gdzie indziej znane, cnoty.
Druty kolczaste, żądania, obostrzenia, wysokie opłaty, ale równocześnie drzwi stojące otworem. Ucz się, kształć się.
Kursów bezliku! Dla starych, dla młodych, dla głuptasków, dla magistrów, bodaj dla doktorów filozofii. Czy komuś się przywidziało kury hodować, czy tkackie zakładać warsztaty, czy ktoś dopiero w Chrystusowych latach145 uczuł głód wiedzy, dla tego otworem wszystko.
Oto kurs jedwabnictwa, kurs pszczelarstwa — poezja, artyzm, sztuka, pchnięta na szczyty — oto kursy korespondencyjne, idące do zabitych deskami kątów, listami otwierające mózgi. I ciągle ułatwienia, i zawsze ułatwienia, i w sumie taż sama wielkowartość naukowa.
A przy tej wielkowartości żadnych przesądów. Oto jeden z tysiąca przykładów, tym jedynie ważniejszy, że datujący z czerwca roku 1931.
A więc prezydent (rektor) uniwersytetu stanowego w Missouri, więc uniwersytetu nawet „rządowego”, znany dobrze uczony Walter Williams, przy rozdawaniu uroczystym ośmiuset trzydziestu dziewięciu stopni naukowych, przypomniał panom studentom, że on sam żadnego stopnia naukowego nie posiada, że jako trzynastoletni chłopiec opuścił był146 szkołę elementarną, zaciągnął się był do pracy w drukarni i doszedł powoli jako samouk do rektorskiego stolca. Walter Williams ma dzisiaj siedem tysięcy studentów, ma fakultet złożony z trzystu siedemdziesięciu pięciu profesorów i jest twórcą i organizatorem pierwszego na świecie fakultetu dziennikarskiego... Taki człowiek bez żadnych praw.
Jeżeli jutro zjawi się taki sam Walter Williams, to i jutro, choć bez praw, w amerykańską togę rektora uniwersytetu spowić się może.
Bardzo ciekawym przyczynkiem do dobrego zrozumienia rozwoju i bytowania wyższych zakładów naukowych w Stanach Zjednoczonych są wykazy źródeł, z jakich te zakłady czerpią swe fundusze.
Wszystkie dochody kolegiów i uniwersytetów amerykańskich (ostatni rok sprawozdawczy 1927–28) tworzą 547 milionów dolarów — około pięciu miliardów złotych rocznie!
Z tych 547 milionów opłaty studenckie wynoszą 178 milionów — kasy stanowe i kasy miejskie wykładają 115 milionów dolarów — rząd federalny wydatkuje 17 milionów dolarów — procenty od kapitałów przynoszą uczelniom 58 milionów — różne dochody 64 miliony — brakującą sumę 115 milionów dolarów otrzymują uniwersytety i kolegia amerykańskie w formie ofiar od poczciwych obywateli...
Sto piętnaście milionów dolarów rocznie, czyli przeszło jeden miliard złotych rocznie dobroczyńcy amerykańscy składają dobrowolnie na ołtarzu wyższego wykształcenia!...
I wyższe wykształcenie amerykańskie rwie naprzód z zawrotnym pędem.
Europejski sarkazm bez trudu wykrywa w olbrzymich bibliotekach uniwersytetów amerykańskich wyróżowane panienki czytające romansidła.
Europejski sarkazm podrwiwa sobie mocno z dziecinady amerykańskiej, z tego niewolenia młodzieży do pisania „short stories”, do pisania nowel przy wbijaniu jej w głowę znakomitych przepisów na tworzenie arcydzieł...
Europejski sarkazm zadość się rozpisuje o tych świątyniach bez bóstwa, o tych pałacach wiedzy rozbrzmiewających zawodzeniem „jazz bandu”, o tych przybytkach nauki, które są jeszcze tylko gmachami, murami czy marmurami, ale jeszcze nie kwiatem żywego ducha ludzkiego.
Aleć ten sarkazm europejski jest już sarkazmem zbiedniałego rycerza o rdzewiejącym herbie, toć jest może już i zawiścią, i uczuciem bezsilności tych zasłużonych zasługami wielkiej przeszłości, a dzisiaj przeważnie na chudopacholstwo wydanych, znakomitych europejskich uczelni.
Ameryka idzie naprzód, tak śmiało, tak zawrotnie, że bodaj niedalekie już czasy, kiedy jako dawniej imć pan Kochanowski do Padwy, do Sorbony paryskiej się napierał — tako młodzieniec ambitny, a gorący będzie roił o politechnice w Bostonie, o uniwersytecie w Kalifornii, o chemii w Columbus, Ohio, o medycynie u John Hopkinsa w Baltimore.
Niedalekie już czasy.