Twórczy rdzeń organizacyjnych szkieletów
Najpotężniejszą bodaj dźwignią bytowania amerykańskiego jest sztuka organizacji, jest niespotykana nigdzie zdolność do ujmowania byle odruchu życia w karby pewnego zmechanizowanego ładu. A znamieniem tej potężnej dźwigni jest sprawność, jest sprężystość i jest to, co obywatel Ziemi Washingtona nazywa „emergency”, a co jest jakby równoczesnym napięciem strun mózgowych i natężeniem muskułów.
Organizacja pracuje, dociera do najbłahszych, najdrobniejszych szczegółów — „emergency” działa w ukryciu, oka nie zmruży, na sekundę nie spocznie, szukając, kędy147 organizację ulepszyć, kędy ją wzmocnić, kędy uprościć.
Amerykanin szybciej ogarnął, że nie tylko struktura państwowa, nie tylko kontury społeczności muszą opierać się na organizacyjnych szkieletach, być niejako cieniem ładu i harmonii wszechświata — aleć i każdy ludzki wysiłek, każdy zamysł winien mieć swój własny kościec — stąd bowiem zysk powszechny, stąd ułatwienie, oszczędzenie trudu, umniejszenie krwawego potu, przysporzenie drogiego czasu.
Ale ten szkielet, ten kościec organizacyjny nie może być martwy, musi posiadać rdzeń, twórczy miąższ, musi być przejęty włóknami nerwów, aby czuć, aby rozumieć, aby wnikać w najmniejszą komóreczkę życia zbiorowego.
Jakoż od prezydenta Stanów Zjednoczonych począwszy do ostatniego pariasa obywatelskiego, każdy rozumie wartość organizacji, każdy się do niej garnie, każdy ją wyznaje.
Tysiąc listów do głowy państwa co dzień, co godzina prawie, i co dzień, co godzina tysiąc rusza odpowiedzi za podpisem Cooligde’a czy Hoovera.
Żadnych ceremoniałów, żadnej chińszczyzny.
„Mój Drogi Panie Prezydencie!” — pisze sobie jakiś farmer spod Dallas i podpisuje się na dole „yours trully”, czyli „pański szczery”, a więc tak, jakby pisał do mało znanego kumotra lub do dostawcy smarów do sieczkarni. I co więcej, farmer „klaruje” pierwszemu dygnitarzowi jakąś sprawę, którą sam nie bardzo rozumie. List wyprawił, list doszedł, a więc odpowiedź musi nastąpić natychmiast...
Imć pan Hoover ani czasu nie ma zadość na odczytywanie korespondencji, na wysłuchiwanie nadsyłanych mu telegramów. Do tego jest biuro, do tego są pełnomocnicy mający prawo podpisywania listów imieniem i nazwiskiem prezydenta, do tego są referenci, aby z worków bibuły dobywać kwestie ważne, doniosłe, wymagające już bezpośredniej uwagi pierwszego dostojnika.
Kto pisze do prezydenta, kto się doń zwraca, ten może być pewny szybkiej odpowiedzi a, co więcej, najprzychylniejszego rozpatrzenia dezyderatów.
Też same zasady wyznaje każdy amerykański urzędnik, tej samej reguły trzyma się zarówno gubernator stanu, jak i maluczki kancelista biura podatkowego. Nie ma mitręgi, nie ma bałamuctwa, ani marek pocztowych, ani marek stemplowych, ani wyjątkowej łaskawości, ani dowodu nadzwyczajnego wychowania, lecz obowiązek, lecz poczucie organizacji.
W silniejszym jeszcze stopniu każda instytucja państwowa, naukowa czy społeczna mają we krwi swej wszczepione zrozumienie potrzeby służenia pomocą każdemu obywatelowi.
Wyobraźmy sobie tego rodzaju instytucję jak jakowyś Centralny Urząd Statystyczny, jakoweś astronomiczno-fizjograficzne stacje lub wreszcie całe gmachy rolnych, handlowych, prawnych czyli148 przemysłowych pełne zagadnień.
Czynią, zabiegają jako i wszędy, ale równocześnie i czynią, i zabiegają jeszcze inaczej.
W stanie Luizjana, niedaleko miasta Baton Rouge, proponują komuś nabycie bardzo pięknej własności. Ów ktoś mieszka, przypuśćmy, niedaleko San Diego w Kalifornii. O Luizjanie pojęcia nie ma.
Jakże sobie radzi?
Pisze wprost do Waszyngtonu do odnośnych biur. I biura te, choć pochłonięte własną pracą, dostarczają mu natychmiast najskrupulatniejszych danych dotyczących wartości gleby, tej jemu proponowanej, produktów nadających się do uprawy, opadów atmosferycznych, komunikacji, najbliższych rynków zbytu, słowem, człeka nieznanego obdarzą przemożnym materiałem informacyjnym, przestrzegą, uchronią od niejednego zawodu.
Inny człek pracuje naukowo. Stara się wyczerpać ogłoszone już drukiem prace z danego zakresu wiedzy, ale ma wątpliwości. Ogarnął najbliższe biblioteki, najbliższe źródła, lecz tysiące mil dzieli go od tych najbogatszych krynic, jak na przykład słynna Biblioteka Kongresu w Waszyngtonie lub Biblioteka Publiczna w Nowym Jorku.
Jakże uczynić?
Starczy napisać list. Biblioteki zaprzęgną do poszukiwań swoich urzędników, udzielą wyczerpujących wskazań. Co więcej, prześlą drogocenny materiał do biblioteki znajdującej się w najbliższym sąsiedztwie szperacza. A jeżeli ten szperacz przedstawia, uchowaj Boże, jakiś drobny autorytet, to mu księgi dostarczą do domu, pożyczą na miesiące.
Nieco podobnie postępuje sprytny handlarz kosztowności...
Jaś amerykański chce amerykańskiej Zosieńce kupić na wiązarek drogocenne świecidełko. Wyczytał ogłoszenie jubilera z Indianapolis, aleć to czterdzieści osiem godzin drogi koleją. Handlarz przecież jest zorganizowany. Przesyła Jasiowi katalog. Jaś wybiera sobie kilka przypadających mu kosztowności i zawiadamia o tym handlarza. Handlarz odwrotną pocztą, bez żądania pieniędzy, wysyła paczkę biżuterii do... banczku znajdującego się w najbliższym Jasia osiedlu. Banczek zaprasza Jasia do siebie i pokazuje mu wybrane próbki. Jaś kupuje i płaci albo niezadowolony uchyla się od transakcji. Nie ma urazy...
Ale co główniejsza, między handlarzem a poszczególnymi banczkami nie ma żadnej komitywy, nie ma żadnej umowy. Jest to sobie równie prosta kombinacja jak wysłanie telegraficzne bukietu kwiatów przez Jasia mieszkającego w Filadelfii do tejże Zosi amerykańskiej kąpiącej się w danej chwili w Pacyfiku.
Ogrodnik w Filadelfii wziął pieniądze, zatelegrafował do ogrodnika w San Francisco, aby tej a tej pani Zosi doręczył taki i taki bukiet, w takiej i takiej cenie.
Lecz warto jeszcze wrócić do Biblioteki Kongresu w Waszyngtonie.
Cztery miliony książek, prawie trzy miliony map, sztychów i wszelakich muzykaliów. Centrala regulacji praw autorskich, przemożne archiwum żywota Stanów Zjednoczonych. Praca wre. Decymalny system kartkowego katalogu. Każda książka opisana z bajeczną ścisłością. Każda kartka katalogu to rezultat skomplikowanej, trudnej pracy... długiego ślęczenia, niekiedy długiej dyskusji... To majstersztyk bibliotekarstwa.
Owóż dla tych majstersztyków właśnie istnieje równie wspaniała organizacja.
Zapamiętajmy sobie dobrze, że nad zakatalogowaniem jednej i tej samej książki męczy się pan bibliotekarz w Krakowie, dręczy się pan bibliotekarz we Lwowie, poci się pan bibliotekarz na Krakowskim Przedmieściu i pan bibliotekarz na ulicy Rakowieckiej w Warszawie.
I przypuśćmy, że wszyscy ci panowie bibliotekarze odznaczają się tą samą skrupulatnością, w rezultacie przecież dają nie sumę wysiłku wielu mózgów, lecz wysiłek tylko jednego...
W Waszyngtonie Biblioteka Kongresu karty katalogowe ma do dyspozycji wszystkich innych bibliotek i zbiorów. Wystarczy napisać do Biblioteki Kongresowej, że potrzebne są karty katalogowe takich a takich dzieł, aby dla swego księgozbioru, aby dla każdej innej biblioteki posiąść równie znakomite źródło decymalnej orientacji katalogowej.
Jegomość wybiera się w podróż. Północną swą powłokę chciałby w południowym wyprażyć słońcu. Jest niezdecydowany, rad by wybrać odpowiednią marszrutę, bądź wyjątkowo piękną, bądź najkrótszą, najdogodniejszą czy najtańszą. Spogląda na pierwszą z brzega mapę i rzuca kilka lub kilkanaście kart pocztowych z oschłym zapytaniem. W ciągu czterdziestu ośmiu godzin docierają doń całe zeszyty rozkładów kolejowych, objaśnień, albumów ilustrowanych zachwalających te lub inne postoje, te lub inne kombinacje. Ale wyobraźmy sobie, że jegomość zamierza puścić się swoim samochodem i że nie należy do związku amerykańskich automobilistów, który by go od razu zaprowidował we wszelki materiał informacyjny, a, dajmy na to, ma zamiar dotrzeć z New Bedford w Massachusetts do Santa Fe w Nowym Meksyku. Posyła więc zapytanie do izby handlowej w Santa Fe. Izba handlowa tego niewielkiego, bo coś dwanaście tysięcy mieszkańców liczącego miasteczka, wyprawi mu również bezpłatnie najpiękniej wydane wskazówki, postara się dlań o wykres najdogodniejszej drogi i gotowa będzie wniknąć w najdrobniejsze kłopoty spodziewanego turysty.
Ale jegomość nie lubi pisaniny. Dość tedy, aby się udał na najbliższą stację kolejową, gdzie nie tylko ustne otrzyma objaśnienia, ale i całą pakę bezpłatnych przewodników i rozkładów jazdy.
Duszą każdej fabryki i każdego handlu, każdej instytucji prywatnej lub państwowej jest nie administracja, nie dyrekcja, lecz to biuro właśnie, które stoi jakby poza nawiasem wszelkich codziennych turbacji danego zakładu, a które tworzy wymienione powyżej „emergency”.
To „emergency” jest równocześnie i laboratorium doświadczalnym, i czynnikiem twórczym, i kontrolerem, i wywiadowcą, i kalkulatorem, jakby ośrodkiem mózgu.
Dyrekcja, administracja działają w zakreślonych ramach, idą równomiernie w pewnym kierunku.
„Emergency” szuka nowych dróg, nowych metod, nowych materiałów, nowych sposobów produkcji, szuka oszczędności, większej wydajności pracy, nowego pomysłu na reklamę, nowych terenów działania, szuka nowych konsumentów, nowych rynków zbytu.
„Emergency” baczy na współzawodnictwo, nic jego uwagi nie ujdzie. A celem, a zadaniem głównym tego ukrytego ośrodka mózgu amerykańskich instytucji jest, aby naprzód iść, aby nie ustawać w drodze, aby nie dać się wyprzedzić, aby nie dać się pleśni, aby uniknąć tego, czym lubi się chwalić instytucja europejska... a więc bezruchu, strupieszałości, trwania na jednym miejscu aż do rozsypania się w gruzy.
Jeżeli sto lat liczy firma kupiecka, to po stu latach w Ameryce na tym samym miejscu, kędy zajmowała niepozorny sklepik, w tym samym miejscu ogarnęła już cały blok budynków, po stu latach ma sto sklepów, po stu latach istnienia do stu sięgnęła miast...
A dokazała tego dzięki „emergency”, dzięki tej czujnej sprężystości, która nie waha się napływające dochody rzucać na inwestycje, na rozbudowę, na doskonalenie.
Wysiłek amerykańskiej pracy organizacyjnej posiada i tę wielką zaletę, że nikim nie gardzi, niczego z góry nie odrzuca i niczego nie lekceważy.
Myśl ludzka jest wszystkim i ta myśl chadza niekiedy i po topieliskach, i ta myśl świta często pod czaszkami maluczkich.
Jednej myśli starczy, aby rozproszyć grożącą ludzkości nawałnicę, aby uciszyć rewolucje, uśmierzyć bunty. Jedna myśl znaczy więcej, aniżeli latami wzbierający ekonomiczny kataklizm.
Otóż Amerykanin ma dla tej myśli ludzkiej jak najgłębszy szacunek, gotów jest zawsze w lot ją chwytać, czyha na nią, skrada się ku niej.
Nie gardzi zresztą nawet konceptem, nawet dowcipem, nawet żartem.
Ma w sobie zawsze i coś z Barnuma, nie z samej jego dobroci i poczciwości wielkiej, ale i z tej pogody ducha, którą filantrop a genialny organizator cyrku tłumy umiał rozbrajać.
Do Barnuma, który był po całym świecie szperał zawsze wszelakich pokrak, wszelakiego połamaństwa, wszelakiego cudactwa, zgłosił się był149 nędzny człeczyna z propozycją, czyby odeń nie nabył kota wiśniowego koloru...
Barnum ani chwili się nie targował. Nędzny człeczyna stawił się był z osobliwym okazem, umieszczonym w koszyku. Otwarł jego pokrywkę i oto oczom Barnuma ukazało się pospolite, gnaciaste, czarne kocisko.
— Toć miał być przecież wiśniowy!
— A czyliż nie ma czarnych wiśni? — odparł spokojnie człeczyna...
W trzy dni później olbrzymie afisze ogłaszały kota wiśniowego koloru całej Ameryce.
I cała Ameryka podwójnym pędem gnała do bud cyrkowych i trzęsła się szczerym, zdrowym śmiechem...
Statystyka amerykańska może nieco zarozumiale utrzymuje, że od roku 1733 cały świat zdołał zaledwie dokonać dwudziestu sześciu istotnie doniosłych wynalazków, podczas gdy Ameryka, podczas gdy Stany Zjednoczone od roku 1752, a więc od piorunochronu Franklina, zdobyły wynalazków sześćdziesiąt jeden!...
I można by od razu z tą statystyką amerykańską pójść na pięści, boć maszynę do szycia wynalazł Francuz Thimonnier w 1830 roku, a nie Amerykanin Howe, jak chce statystyka amerykańska dopiero w roku 1846. Aeroplan nie jest wynalazkiem braci Wrightów, boć przed nimi większe zasługi położył choćby Santos Dumont, jeden z wielu pionierów szybowania w powietrzu. Kinematograf nie jest dziełem Edisona, lecz braci Lumière, zarówno jak i wiele innych zdobyczy amerykańskich, które poczęły się z prac przygotowawczych, z nauki, z idei europejskiej.
Należy atoli150 przyznać, że Ameryka zdołała daleko większą liczbę pomysłów i dociekań ludzkich zrealizować, że umiała je i umie szybciej stosować, że nie posiada ani krzty tego uporu, tej niewiary, tego sceptycyzmu, tej ociężałości, jaką odznacza się Europa.
Każdy europejski wynalazek jest najczęściej zdobyczą jakiegoś cichego laboratorium, dziecięciem w nędzy tarzającej się wiedzy, najczęściej tuła się po prelekcjach, broszurkach, przez całe lata służy za fajerwerk dla popularnej gadaniny, przez całe lata wygląda światła dziennego.
W Ameryce takiż wynalazek szuka z miejsca praktycznego wyrazu, szuka wiru życia, chwili jednej nie zmitręży. Tę zdolność swoją zawdzięcza właśnie sztuce organizowania, sztuce potężnej, bo równającej się niekiedy wartości samego wynalazku, a nieraz go przechodzącej.
Europejski Edison byłby może po dziś dzień pożółkłą plamą jakowejś akademii, nieznanym szerszemu ogółowi zeschłym profesorem, może kawalerem krzyża, a może nawet całym tegoż krzyża komandorem, ale zawsze chodzącym w tyle luminarzy mających jedną gwiazdę na wątrobie, a drugą powyżej śledziony.
Ameryka tegoż samego Edisona robi z miejsca milionerem, usuwa odeń wszelkie zgryzoty chleba powszedniego, umożliwia realizowanie najzawrotniejszych jego pomysłów, zamienia go w czołowego człowieka olbrzymiego przedsiębiorstwa, które nie tylko rewolucjonizuje świat lampami żarowymi, zasypuje fonografami, kinematografami, ale i skupuje wszelkiego rodzaju projekty, bada plany, z plew wyłuskuje ślady zdrowego ziarna, wytwarza jakby masową produkcję wynalazków.
Boć jeżeli trzeba nie lada dowcipu, ażeby wpaść na pomysł tak zwanej „mameczki”, a więc szpilki z bezpiecznikiem chroniącym od ukłucia, toć trzeba jeszcze większego sprytu, aby taki drobiazg jak „safety pin” spopularyzować, zamienić na góry dolarów.
Niedołężny sentymentalizm rad wypominać, że ten i ów wynalazca w niedoli dokonał żywota, podczas gdy produkt jego inwencji obcym ludziom, niegodnym chciwcom przyczynił milionów.
Powierzchowny sąd. Krzywa sprawiedliwość.
Ileż to genialnych wynalazków zmarniało w zamierzchłej przeszłości. Ileż było takich, które w onym niezapomnianym Muzeum Aleksandryjskim zamieniły się w okazy zabawek, wymyślnych sztuczek, które nigdy nie znalazły praktycznego zastosowania.
Weźmy dla przykładu tak prosty instrument jak popularna „żyletka”, maszynkę do golenia pomysłu Francuza Gilette’a. Francuz otrzymał był151 ponoć za swoje dzieło liche centy i zmarniał w biedzie. Towarzystwo akcyjne produkujące jego maszynkę do golenia znaczne osiągnęło zyski, cały świat ogarnęło, lecz, czego się nie bierze pod uwagę, o całe miliony większego musiało dokonać wysiłku, aniżeli twórca owej maszynki.
Przyjrzyjmy się jej z bliska. „Żyletka” w ciągu kilku lat dobyła się z trudnych początków kosztownej osobliwości i zamieniła powoli w nieodzowny przedmiot męskiej toalety... Cena jej równolegle jęła spadać z zawrotną szybkością, doszła wkrótce do takiego zenitu, że w Ameryce można mieć „żyletkę” jako dodatek do pudełka cygar.
Dlaczego? — Dlatego, że amerykańska „emergency” zrozumiała, że zyskiem na maszynce do golenia powinny być zużywane ostrza, że stąd każda „żyletka” jest sama przez się kapitalikiem przynoszącym dużą lichwę.
Po pewnym czasie ta sama „emergency” stwierdziła, że dochód ze sprzedaży ostrzy do golenia nie wzrasta dostatecznie. Czyżby zawiniły tu konkurencyjne maszynki? — Bynajmniej. Przekonano się, że wina spada właściwie na same ostrza, na ich zbytnią wytrzymałość, na łatwość ponownego ich naostrzenia.
„Emergency” rzuciło się do gwałtownych prób, do ratowania towarzystwa akcyjnego.
Cenę sprzedażną „żyletki” sprowadzono do centów, wypiękniono ją, wymuskano, a natomiast ostrza usprawniono... Golą znakomicie, w dotknięciu zdają się być jedwabną niteczką, lecz są cieńsze i mają pośrodku dwa wycięcia w formie rombów... Stępione, za najlżejszym pokuszeniem się o naostrzenie pękają na dwoje...
Konsumcja ostrzy do „żyletek” wzrosła o sto procent.
Ów pan Eastman rochesterski, król Kodaka, ów bogacz, o którym było wspomniane w poprzednim rozdziale...
Nie maż152 bodaj miasta większego na kuli ziemskiej, w którym by nie było sklepu Kodaka, nie maż bodaj takiego aparatu fotograficznego, który by za równie niską cenę był uzbrojony w tak precyzyjną konstrukcję, nie maż aparatu fotograficznego, który by równie łatwo było prowiantować153.
Czasy wszakże przyszły w Stanach Zjednoczonych gorsze. Dwa lata temu liczba sprzedanych w ciągu roku Kodaków spadła raptownie.
Biuro „emergency” zakładów pana Eastmana wydało decyzję...
Szlachetny bogacz z wielkopańskim gestem w okresie zamknięcia roku szkolnego ogłosił: „wszyscy uczniowie kończący w tym roku »high school«, otrzymają w darze aparat fotograficzny Kodaka razem z dwunastu kliszami”...
Innymi słowy, pan Eastman ofiarował czterysta do pięciuset tysięcy aparatów fotograficznych... Miliony kosztujący prezent. Uciecha szalona dla młodzieży...
Nie mniejsza uciecha dla biura „emergency”, biura sprawności wytwórczej, boć prosty rachunek wykazuje, że im więcej działa Kodaków, tym większy obrót, tym większa produkcja klisz i akcesoriów fotograficzno-kodakowych.
Kupiec, przemysłowiec amerykański stara się czym prędzej swój business dobyć z pieluch początkowości. Za to dobycie z pieluch uważa zamianę swego handlu, swego przedsiębiorstwa na towarzystwo akcyjne. Firma może nosić jego nazwisko, wszystkie akcje mogą stanowić jego osobistą własność, zarząd towarzystwa może się składać z kilku słomianych ludzi, z członków jego najbliższej rodziny — byle tylko odpowiedzialność była ujęta granicami towarzystwa akcyjnego.
Kupiec, przemysłowiec amerykański ogranicza w ten sposób własne ryzyko, rzuca na szalę fortunę czy część tej fortuny, ale z góry zabezpiecza sobie odwrót.
Dzięki temu, dzięki niesłychanej łatwości zakładania towarzystw akcyjnych, organizacja amerykańskiego handlu i przemysłu odznacza się śmiałością, może ryzykanctwem, może zbyt lekkomyślnym przyprawieniem innych o milionowe straty. Rozumie się bowiem samo przez się, że kupiec, że przemysłowiec staje się niejako administratorem swego własnego przedsiębiorstwa, że odpowiada jedynie majątkiem akcyjnego towarzystwa, że bankructwo jest bankructwem towarzystwa, a nie właściciela akcji. Liberalizm w tym kierunku idzie tak daleko, że stan Delaware, stan w porównaniu do innych ubogi, zrobił sobie istną specjalność z zatwierdzania stowarzyszeń akcyjnych. O ile, dajmy na to, stan Connecticut stawia korporacji akcyjnej trudności, żąda od niej pewnej gwarancji, żąda zabezpieczenia kapitałów, kandydaci do geszefciarskich akcji jadą sobie do Wilmingtonu, jadą sobie do Delaware. A tam byle opłaty wnieść — nie ma żadnych zastrzeżeń. Raz, dwa — wszystko podpisane, akcje na pergaminach wylitografowane, byle handel szedł, byle był zysk niby w słynnym Reno na rozwodach... Prawo o wzajemności towarzystwu zatwierdzonemu w jednym stanie pozwala działać we wszystkich innych.
A więc z tych akcji wiele sposobności do szalbierstwa, do oszustwa, ale nieznana gdzie indziej łatwość prowadzenia interesów. Kupiec, któremu się noga poślizgnie, może nowe czynić próby, może, jeżeli nie za pierwszym, to za piętnastym razem wypłynąć, osiągnąć powodzenie.
Co ważniejsze, z tego mrowia towarzystw akcyjnych w Ameryce dźwigają się zawrotnego rozmachu korporacje, które niejednokrotnie od maleńkich zacząwszy obrotów, opanowują rynki produkcji czy zbytu, zamieniają się we wszechświatowej mocy krezusów.
Za plecami takich anonimowych korporacji stoją zazwyczaj ich główni reżyserowie. Oni targają arkanami rynku, oni dochodzą do milionów, oni dyktują ceny, oni swymi mackami obejmują sprężyny władzy wszystkich czterdziestu ośmiu republik.
Tacy „macherzy” z reguły specjalizują się, chwytają w ręce pewien produkt, pewien dział pracy ludzkiej, wyrastają dzięki sztuce organizacji na królików, na mocarzy panujących miedzi, stali, węglowi, srebru, złotu czy po prostu dolarowi.
Z tego królowania wynika standaryzacja, wynika dążność do ujednostajnienia, do utożsamienia sposobu eksploatacji, z tego wynika szkodliwe pod wielu względami zagarnianie, odbieranie ludziom samodzielności.
Wielki kapitał w tym wypadku jest w całkowitej zgodzie z taką polityką państwową, którą dręczy chorobliwy etatyzm, a więc chęć upaństwawiania rozmaitych działów pracy, chęć powiększenia swych dochodów przez upaństwawianie przedsiębiorstw.
Jednym z takich chorobliwych tworów, które w ogólnym dorobku wiele krzywdy wyrządziły i wyrządzają Stanom Zjednoczonym jest tak zwany „łańcuch154”.
„Łańcuch” w umiarkowanym zastosowaniu posiada nawet zalety, lecz tenże sam „łańcuch” nieco silniej rozciągnięty, zamienia się w sploty dusiciela miażdżącego wszystko to, co niezdolne jest oprzeć się jego stalowym uściskom.
„Łańcuch”? — Więc supremacja kapitału, więc monopol, więc zamiast stu sklepów towarów kolonialnych cztery tylko olbrzymie składy, i składy powtarzające się automatycznie we wszystkich amerykańskich miastach i miasteczkach.
Te składy posiadają własne wytwórnie, te składy zakupują produkty u źródeł, te składy posiadają własne plantacje, własne hodowle, własne fabryki, własne okręty...
Taki oto „Atlantic-Pacific” kpi sobie ze wszystkich amerykańskich cen rynkowych, nic go nie obchodzi, czy na pobliskim targu ziemniaki poszły w górę, czyli155 mąka spadła w cenie, czyli cukier podrożał. „Atlantic-Pacific” nie zna pośredników, idzie wprost z pola do konsumenta. Bije, rujnuje, niszczy drobnych sklepikarzy, bogatych skazuje na suchotniczy żywot, jeno156 wyjątkowo zdolnym pozwala przetrzymać zabójczą konkurencję.
„Atlantic-Pacific” zyski swoje redukuje niekiedy do jednego centa na przedmiocie. „Atlantic-Pacific” pracuje w tysiącu naraz sklepach, zagarnia miliony, miliony zarabia z godziny na godzinę, kontroluje rynek amerykański, wydaje mu rozkazy, rządzi, włada, ma go za swego pachołka.
Każdy nowy skład „Atlantic-Pacific” to wyrok śmierci, to zbliżanie się zagłady, to ruina dziesiątków rodzin... Toć dla sklepikarza jedyna jeszcze nadzieja dawanie „na borg157”, spodziewanie, że nędza wyżywi go lichwą.
Handel tytoniem w Stanach Zjednoczonych nazywa się albo „Schulte Retail Stores” albo „United Cigar Stores” i znów od Pacyfiku do Atlantyku, od Kanady do Rio Grande w każdym miasteczku, w każdym osiedlu łańcuchowe sklepy tych dwu firm zezujących ku sobie. One decydują o powodzeniu takich i takich gatunków, one swymi cenami obrzydzają wszelkim innym wysiłkom tytoniowe rachuby.
Niekiedy między fabrykantami wybucha bijatyka, niekiedy nawet tak potężna firma jak magazyny Macy w Nowym Jorku biorą się za czuby z magazynami Gimbla i rozpoczynają bodaj papierosową chryję. Oto taki Macy, aby Gimblowi dokuczyć za obniżenie cen na jedwabiach, ogłasza naraz, że pudełko paczek słynnych „Camel” będzie sprzedawał tego i tego dnia po sześćdziesiąt pięć centów, czyli poniżej ceny fabrycznej! Gimbel w tej chwili reklamuje, że taka sama ilość „Camel” u niego jest warta tylko sześćdziesiąt centów. Licytacja in minus idzie z zawrotną szybkością. Po pięciu dniach robi się awantura. Municypalność deleguje pięciuset policjantów, aby tłumy pędzące po te tak niesłychanie tanie papierosy utrzymać w jakiej takiej karności... Macy traci na „Camelach” tysiące, ale równocześnie czekającym w ogonkach wyprzedaje mnóstwo wszelakich fatałaszków, stratę na papierosach ratuje rękawiczkami, krawatami, płótnem i różnymi wycinanymi zeń kombinacjami...
Systemu łańcuchowego trzymają się nawet „departamentowe” składy, czyli te przepastne magazyny, tworzące amerykańskie arki Noego wszelkich artykułów zbytku czy też codziennej potrzeby. I one mają rozrzucone swe filie, swe agencje, swe „chain stores”.
Choćby słynny „Montgomery Ward” i konkurujący z nim chicagowski „Sears Roebuck”, którzy całą niemal ogarniają Amerykę, a którzy zabiegliwością158 kupiecką biją wszystkie możliwe rekordy. Taki „Montgomery”, taki „Sears Roebuck” na jedno skinienie wyprawiają bezpłatnie księgi ilustrowane liczące do tysiąca stron druku, na jedno skinienie klienta ślą wszystko, począwszy od kolii pereł i samochodu aż do młocarni, aż do pudełka wykałaczek. I zawsze gotowe do przyjęcia z powrotem towaru, zawsze gotowe do zamiany, i zawsze gotowe do zwrotu pieniędzy, i zawsze łomocząc cenami wszystkie handle amerykańskie razem wzięte.
Mocniejszym łańcuchem są bodaj tak zwane sklepy dziesięciocentowe, sklepy, w których każdy przedmiot kosztuje dziesięć centów, a które słyną wprost z niesłychanych „okazji”.
Genialny twórca tych sklepów, jakim był Woolworth, a za nim jego współpracownik Kresge, pokryli całe Stany Zjednoczone siecią tych jedynych w swoim rodzaju sklepów. Roi się w nich od świtu do nocy, czasami ani się do nich docisnąć, ani dotrzeć, ile że krom159 przedziwnego doboru najpraktyczniejszych przedmiotów mnóstwo rzeczy za bezcen... Są to z reguły resztki jakowychś przymusowych likwidacji, szczątki bankructw, trociny po komorniku, sprzedawane ze stratą, sprzedawane na przynętę.
Ale system łańcuchowy idzie dalej, sięga jeszcze głębiej. Taki sławetny Hearst, właściciel kilkudziesięciu czasopism amerykańskich, ma już łańcuchowych dziennikarzy, ma takiego Brisbine’a, którego artykuliki ukazują się codziennie we wszystkich wydawnictwach Hearsta, ma felietonistów standaryzowanych, ma ilustratorów...
W ten sposób kilkunastu ludzi odbiera chleb powszedni setkom swoich uboższych czy mniej zdolnych, czy mniej protegowanych kolegów.
Nawet humorystyka, nawet karykatura amerykańska jest w ten sam sposób złańcuchowana. Owi słynni w Ameryce „kartoniści”, a więc rysownicy humorystycznych historii, opowiadający na modłę niemiecką całymi latami kłopoty jakiegoś dorobkiewicza, przygody pustogłowej daktylografki czy psie figle dwu dzieciaków, toć jeno160 dostarczyciele towaru do odpowiednich agencji, które znów systemem łańcuchowym cały szereg obejmują wydawnictw. Ten sam koncept Manusa, ten sam dowcip setki powtarza się razy.
A cóż dopiero mówić o handlu łańcuchowym takich produktów jak benzyna do samochodów, czyli tak zwana w Ameryce gazolina.
Toć już cała monarchia, całe państwo, mające za głowę Rockefellera, którego niehumor, zmarszczenie brwi może zrujnować dziesiątki tysięcy ludzi, a którego uśmiech dobrotliwy zdolny jest skłonić całą społeczność do przymusowej filantropii...
Taki Rockefeller, który, co trzeba przyznać, sypie milionami dolarów na wsze strony, na różnorodną humanitarność, umyślił sobie znów rzucić na szalę dobra publicznego kilkadziesiąt worków złota. Jednak nawet skarby Rockefellera, nawet jego zachcianki mają swe granice... Od czegóż przecież siła organizacyjna!...
Sto milionów na filantropię rusza z miejsca, a obocześnie cena gazoliny idzie w górę o jednego centa na galonie, o dziesiątkę na garncu. Po kilku miesiącach sto milionów wraca z powrotem do kasy Rockefellera... i cena gazoliny wraca do poprzedniej skali.
Poza systemem łańcuchowym handel amerykański posługuje się w bardzo wielkim stopniu tak zwanym z angielska „pedlarstwem”, czyli domokrążcami.
To, co w pewnych krajach kupiec, nawykły do leniwego wyglądania za ladą sklepową przybycia klienta, rad jest uważać za nadużycie, za przestępstwo, za wkraczanie w jego drogo opłacane przywileje — to kupiec amerykański poczytuje dla siebie samego za jeden z najpewniejszych sposobów zdobywania klientów.
Nie ma w Ameryce większego składu, nie ma producenta, nie ma księgarni, nie ma czasopisma nawet, które by nie miało całej sfery rozstawionych symetrycznie na danym terenie agentów, komiwojażerów, domokrążców chadzających, jeżdżących wytrwale i ciągle tymi samymi drogami, tymi samymi ścieżkami, od domu do domu, od kolonisty do kolonisty, z piętra na piętro i proponujący po sto razy też same zaprawy do podłóg, też same żelazka elektryczne, też same serwety, też same dywany, też same ścierki, też same świece, też same kołdry, też same maszyny, też same artykuły.
Wazon czy książka, miesięcznik obrazkowy, naukowy przegląd czy encyklopedia nie poprzestaje na ogłoszeniach, nie zadowala się rozsyłaniem katalogów, wyprawianiem tysięcy listów, musi jeszcze mieć swoich domokrążców — domokrążców odpowiednio wykształconych, nie pyskaczy, nie natrętów, nie chodzików, lecz kupców uzdolnionych do demonstrowania artykułów, do budzenia chęci zakupna, do zaciekawiania, do kuszenia, do sprzedawania wreszcie.
Kupiec amerykański słusznie rozumuje, że ten klient, którego domokrążca zdobędzie, że ten klient samorzutnie doń się nie zgłosi, że błędnym jest mniemanie, jakoby domokrąstwo krzywdę wyrządzało składom towarów.
Domokrążcy są w Ameryce głównymi sprężynami sprzedaży na raty, są jej pionierami i są z reguły niezawodnymi budzicielami pożądania nabywczego. Nie odbierają składom klientów, lecz raczej ich ściągają, kaptują, namawiają, do tych składów powoli przekonywują.
Z tego wynika, że gdy domokrąstwo w innych krajach bywa pierwszym stopniem budzącego się zmysłu kupieckiego, dziedziną uprawianą przez biedactwo, formą nieco złagodzonej żebraniny, pozorem do wyłudzania pieniędzy, w Ameryce jest ono jedną z bardzo ważnych sprężyn, jednym z niezawodnych sposobów wzmożenia obrotów.
Sztuka reklamy trwa ciągle na swych niedosięgłych w pomysłach, w artyzmie, w humorze niewyczerpanym wyżynach. Sztuka reklamy toć w Ameryce prawie nauka, toć symfonia najprzedziwniejszych splotów znajomości ludzkich upodobań, ludzkich słabostek, ludzkich potrzeb. Wszystko tu wymierzone, psychologicznie wycelowane, uwydatnione. I wszystko to czatuje, poluje, wabi, rozśmiesza, kształci nawet niekiedy, a sprzedaje ciągle i wszędzie.
Reklama działa bez wytchnienia. W dzień i w nocy, w mrowiskach, kędy tłumy wirują i na rozstajnych drogach, na wertepach, kędy życie ludzkie ledwie gdzieniegdzie się kołacze.
Reklama amerykańska pracuje zawsze. W przełomowych chwilach, w odpowiednich dla się momentach huczy mocniej, gorączkowiej wykrzykuje — lecz nie ustaje.
Kupiec amerykański ogłasza się najpierw stale, a oprócz tego ogłasza się i wyjątkowo mocno. Kupiec amerykański ogłasza się tym zawzięciej, im lepiej, im obficiej zarabia. Żaden nie osiada na laurach wprowadzonego, ustalonego produktu czy wyrobu. Ani jeden nie da się skusić fałszywemu rozumowaniu, że jego firma już nie potrzebuje ogłoszenia, że jego firma może już na ogłoszenia mniej wydawać...
Kupiec amerykański zna, docenia niezawodną prawdę, że klientela zmienia się ciągle, że klientela wymiera, rozprasza się, że co dnia zjawiają się ludzie nowi, że tych nowych trzeba ciągle i bez wytchnienia nakłaniać, zachęcać, przekonywać, jako początkowo przekonywało się tych starych, tych wiernych, tych klientów wczorajszych.
Jedne tylko czasopisma amerykańskie w roku 1927 (ostatnie ze znanych obliczeń statystycznych) zebrały za ogłoszenia 725 (siedemset dwadzieścia pięć) milionów dolarów — czyli około sześciu i pół miliarda złotych polskich!
A gdzież miliardy wydawane na ogłoszenia na murach, na domach, na olbrzymich sztalugach, gdzież ogłoszenia świetlne, radiowe, gdzież góry cyrkularzy, listów, gdzież ogłoszenia na wszelakich podrzędnych przedmiotach, gdzież koszty tej stugębnej reklamy amerykańskiej!
Lecz kupiec amerykański miewa i swe własne koncepty, pieniędzy na wiatr nie rzuca, kontroluje wartość ogłoszeń. Operuje drukowaniem w czasopismach listów zwrotnych i sprawdza za pomocą ukrytych znaków, ile które czasopismo przyniosło mu zapytań, ile przyczyniło listów...
Sama kompozycja ogłoszenia toć problemat, toć najczęściej utwór specjalisty, toć uniwersyteckiej doniosłości zagadnienie. Wystawa magazynu to dzieło swego rodzaju artysty, zwrócenie uwagi przechodniów, to bodajby sobie nieśmiertelny pierwowzór klasycznego barnumizmu.
Spryt „do handlu” święci zawsze powodzenie.
Oto skromny właściciel handelku. Takiemu ogłoszenie w dzienniku niewiele pomaga, boć ginie, więdnieje w tłoku tysiąca innych ogłoszeń, zamożniejszych, tęższych. Zresztą klientela tego handelku — ludzie małego autoramentu.
Jak tu dojść do ładu, jak tu sobie poradzić, handelek ledwie zipie, konkurencja go dławi.
Na szczęście ocknął się ów spryt.
Właściciel handelku zakupuje dziesięć skrzyń, dajmy na to, pomarańcz. W każdej skrzyni jest tysiąc sztuk. Koszt własny jednej pomarańczy wynosi, przypuśćmy, dwa centy za sztukę. Składy takie pomarańcze sprzedają po pięć centów...
Właściciel handelku powiada sobie naraz — spróbuję wydać sto dolarów na... reklamę... i zapowiada w oknach wystawowych, że dla swych klientów tego i tego dnia będzie miał znakomite pomarańcze po jednym cencie za sztukę... że, chcąc jednak wszystkich obdzielić, będzie sprzedawał jednorazowo każdemu zgłaszającemu się sztuk dziesięć...
Innymi słowy, kupiec dopłaca do każdej pomarańczy jednego centa, każdemu kupującemu daje w prezencie dziesięć centów, a równocześnie ściąga do siebie tłumy, równocześnie zarabia na musztardzie, na herbacie, na kawie, na cukrze, na serze... I w rezultacie święci niebywały dzień, odbiera współzawodnikom klientów, dobywa się z opresji, mniej sprytnych, mniej zabiegliwych161 zwycięża.
Tam gdzie pracują ciche trusty, bogate firmy, tam organizacja nie waha się milionami bodaj pracować na udoskonalenie, na umniejszenie kosztów eksploatacji, kosztów handlowych.
Kto by tam naftę, naftowy surowiec wlókł do rafinerii z głębi kontynentu... Zakłada się rury, przepastnej długości rurociągi; dwa tysiące kilometrów długości liczy sobie taka, z angielska nazywając, „pajpa” — i ta „pajpa” leje naftę wprost z Teksasu, z Oklahomy ku brzegom Atlantyku, wali do rafinerii, do jej zbiorników... I nie ustaje, gdyż po drodze rozstawione stacje pompami dodają jej ciągle impetu...
Pociąg za pociągiem zwala w Nowym Jorku, zwala w Chicago, w węzłowych punktach amerykańskiego ula całe wagony brzoskwiń, jabłek, melonów, arbuzów, ananasów czy śliwek... Ceny spadają z zawrotną szybkością... Co począć? — Rozkazy nadchodzą błyskawicznie... I oto pociąg za pociągiem wysypuje owoce w nurty Atlantyku, w tonie Jeziora Michigan... Cena utrzymana. W ogólnym rozrachunku pozorne straty gwarantują niezawodne plusy.
Sezon chyli się ku zenitowi, zbliżają się ogórki, jesienne muszą ukazać się towary. Lecz po wiośnie, po czerwcu remanent nie lada. Cóż teraz z tymi górami niesprzedanych batystów, jedwabików, letnich ubrań, słomianych kapeluszy, wiatrem podszytych sukienek, paltocików?...
Kalkulacja ma aparat w pogotowiu.
Pierwsza część towaru sezonowego płaci z zasady wartość całego towaru — a pozostałość toć czysty zarobek tylko!...
Więc na handel z nim! Wyprzedaż i nie wyprzedaż byle jaka, okpilska, naciągalska, lecz szczera, uczciwa... To, co wczoraj warte było dolara, to idzie za pół dolara, za ćwierć dolara, za centy idzie... Byle teraz zysk napłynął, byle towar się nie przestarzał, byle nie zleżał, byle magazyny opróżnić, byle mieć wolne składy dla przyszłych nowości...
Trudno jednak wspaniałej firmie, tylko zamożną posiadającej klientelę, poniewierać własne ceny... Trudno? — Tedy wspaniała firma całe swe niesprzedane zapasy wali na prowincję i tam, pod innym nazwiskiem, wyprzedaje za bezcen, wyprzedaje dokładniej za czysty ciągle zysk.
Nie inaczej radzi sobie amerykański księgarz.
Nowość wielka, wielki gwałt. Pamiętniki Clemenceau ukazały się na rynku. Sensacja, osobliwość... I dziesięć dolarów za książkę... Cena okrutna nawet w Ameryce, pijana cena!... Rzucają się ciekawi i możni, chwytają, bo chwytać muszą takie dzieło, biblioteki publiczne. Upływa pół roku. Nakład wyczerpany... Nadchodzi drugi już tylko po dwa dolary... Niech i tańsza publiczność ma swoje, i równie piękne wydanie.
Handel amerykański jest sprawny, energiczny, oparty na szerokim kredycie i kredytu tego nikomu nieskąpiący. Kredyt przynosi straty. Nieuczciwości nie brak. Głowa po temu, aby niewypłacalnych dłużników procentowo zrachować i z góry ich obliczyć. Rachunek strat nie może być niespodzianką dla rachunku zysków.
W handlu nie ma targów, a więc i nie ma maruderstwa i przykrej gadatliwości. Gotówka, oczywiście, zwycięża, ma swe ustępstwa, ma swe procentowe przywileje.
Kupiectwo amerykańskie cechuje pogodna uprzejmość.
„Keep smile” — wołają do wchodzącego klienta napisy, rozwieszone, rozstawione po całym amerykańskim magazynie.
„Keep smile” — świecą tuż przed oczyma złote litery klientowi pochylonemu nad podpisywaniem w banku jakiegoś cyrografu.
„Keep smile” — więc „zachowaj uśmiech”, więc nie trać równowagi, więc nie bluzgaj żółcią, więc nie dręcz ani samego siebie, ani swych bliźnich, więc zanim pójdziesz między ludzi, wypluj ślinę pesymizmu, nie zatruwaj nią ani siebie, ani innych — świat należy do pogody ducha, do pogody serca!
Owóż ta pogoda ducha i ta pogoda serca jest przewodnią organizacji amerykańskich w ścisłym rozumieniu tego słowa.
Amerykanin sam przez się jest jakby urodzonym do społecznego łączenia się w gromady. Ma w sobie, być może, coś z angielskiego upodobania do życia klubowego, a może również i coś z zamiłowania do germańskiego „vereinerstwa”. W sumie jednak przewyższa bodaj i angielski pierwowzór, i bruderszafckie piwomaństwo, bo tworzy koliska nierównie głębiej sięgające, bardziej symbolizujące potęgę zbiorowości.
Pierwszym takim szczeblem organizacyjnym amerykańskim są stowarzyszenia ochronne, są związki oparte na wzajemności, a mające na celu samoobronę społeczną.
Francuz jest wzorem oszczędności.
Francuz ciuła, zbiera grosiwo na czarną godzinę, przewiduje zbliżającą się niemoc, nadchodzące lata chude, dni szare.
Amerykanin nie chce o tym myśleć, nie chce tym sobie głowy zaprzątać. Oszczędzać nie lubi, a w zamian zmusza samego siebie do zobowiązań, do opłat, do haraczów, w zamian asekuruje się.
I Amerykanin asekuruje się na przeżycie, asekuruje się na wypadek śmierci, choroby, asekuruje od kalectwa, od złodziei, od ognia, od gradu, od trąby powietrznej, asekuruje od nieuczciwego kasjera, asekuruje swój głos, jeżeli jest śpiewakiem, swoje palce, jeżeli jest malarzem, asekuruje nogi, jeżeli jest baletmistrzem, asekuruje i towar w drodze, i majątek swój, i żonę, i dzieci i poczytuje asekurację za deskę zbawienia, za ratunek swych najbliższych od nędzy, za warunek pomyślności, za jedną z najkardynalniejszych potrzeb.
I w tej intencji, aby zmniejszyć koszt opłat, aby nie oddawać zbyt wielkich procentów zarobkowym przedsiębiorstwom asekuracyjnym, tworzy stowarzyszenia oparte na wzajemności.
Idzie tutaj nie o byle cyfry. Pamiętajmy, że w Stanach Zjednoczonych temu lat trzydzieści wszystkich polis asekuracyjnych było około czternastu milionów, opiewających na osiem i pół miliarda dolarów — w roku 1930 takich samych polis było już sto dwadzieścia dwa miliony, a ogólna suma zabezpieczenia wynosiła sto pięć miliardów dolarów!
Według tegoż obliczenia z roku 1930 w Ameryce trzysta sześćdziesiąt dwie osoby były zaasekurowane powyżej jednego miliona dolarów. Jeden tylko znany pan S. Du Pont z Wilmingtonu jest zaasekurowany na siedem milionów dolarów, z czego wynika, że do asekuracji garną się nawet najwięksi bogacze.
Stanowe legislatury, choć w stosunku do organizacji asekuracyjnych dość czujne, nikomu wstrętów nie robią.
Asekuracja należy do działu przedsiębiorstw prywatnych, tak samo jak i telefony, gazownie, tak samo jak i linie telegraficzne.
Owóż przy takim impecie do asekuracji obok przemożnych instytucji zarobkowych wyrastają organizacje, o jakich się gdzie indziej nie śniło.
Jedno jedyne choćby takie stowarzyszenie „Wood Menów”, czyli „Leśnych Ludzi” liczy jeden milion i sto tysięcy zaasekurowanych członków, posiada dla nich nie same polisy, nie same wynagrodzenia, zapomogi, ale i wspaniałe szpitale, i sanatoria, na jakie żadna na świecie kasa chorych zdobyć się nie może.
Obok tych „Wood Menów” działają setki całe mniejszych, ale zawsze zasobnych i dobrze prowadzonych organizacji. Nawet narodowości tak bardzo niesforne jak polska tam, w Ameryce umieją się zwierać w szeregi, zakładać związki asekuracyjne liczące po pięćdziesiąt, po sto, po dwieście i więcej tysięcy członków!
Lecz i w każdym innym kierunku obywatele amerykańscy łączą się ze sobą, tworzą wspierające się nawzajem solidarne grupy uzbrojone do działania.
Począwszy od amerykańskich masonów, miliony liczących w szeregach, a tym do swych imienników europejskich niepodobnych, że wyznają rytuał szkocki, że nie zaprzeczają istnieniu Boga, że są raczej podporą amerykańskiego protestantyzmu, aż do tak młodej organizacji jak słynny wszechświatowy amerykański „Rotary international” wszystko to, co trwa na mocnych fundamentach, działa, pracuje i, co więcej, nigdy nie pomija celu publicznego.
Tu „Elki”, czyli łańcuchowa organizacja „Łosi”, licząca około ośmiuset tysięcy członków i niesłychaną ilość pięknych w rozmaitych miastach budowli — tu znów „Lionsy”, więc po prostu „Lwy” i to razem z „Lwicami” — ówdzie „Kiwanisy” — tu czterysta tysięcy „Zakonu Młodszych Mechaników” — tu sto trzydzieści pięć tysięcy sfederowanych muzykantów, tu jakieś dwieście lub pięćdziesiąt tysięcy ludzi zorganizowanych w myśli prowadzenia odczytów, w myśli samokształcenia, a tuż obok sześćset tysięcy „Orłów” czy dwa miliony jednej tylko jedynej „Gwiazdy Wschodu”, czy czterysta tysięcy tak zwanych „Red Menów”, a więc „Ludzi Czerwonych”, choć na biało działających!
A we wszystkich tych olbrzymich zrzeszeniach silnie rozwinięte poczucie karności i poczucie braterstwa. Dla nowo wstępujących istna szkoła mnożenia społecznego dobra.
Niektóre z tych stowarzyszeń amerykańskich zdołały od dawna sięgnąć poza oceany. Taka organizacja, na przykład, jak „Young Womens Christian Association”, która legitymuje się dwoma tysiącami oddziałów i okręgów, a która liczy sześćkroć sto tysięcy członkiń, operująca budżetem sięgającym dwudziestu siedmiu milionów dolarów, jest przecież tylko młodziutką względnie siostrą starszej i potężniejszej organizacji „Young Mens Christian Association”. Ta ostatnia posiada tysiąc czterysta stowarzyszeń, pięć tysięcy płatnych urzędników, milion sto członków i dwieście trzydzieści milionów majątku zgromadzonego i pracującego na chwałę ideałów chrześcijańskich młodzieży... tak wielkich ideałów, tak olbrzymich, że, na przykład, zarząd niektórych filii chicagowskich sprawują niechrześcijanie, którzy zresztą równie chętnie, jak i chrześcijanie przyjmowani są do tego stowarzyszenia.
Zasługi, choćby te jedne czasu wielkiej wojny, położone przez „Young Mens Christian Association”, są znane wszelkiej onych lat niedoli. Mniej znany w zamian jest szczegół, że delegaci rozdający wspaniałomyślnie mleko skondensowane, zaopatrujący biedotę w mydło, żołnierzy w czekoladę i tytoń, nieskąpiący nikomu pocieszycielskiego słowa, że ci sami delegaci zbierali po zakątkach Europy dane dotyczące handlu, przemysłu, komunikacji, towarów poszukiwanych, szukali informacji niemających bezpośredniego związku z krzewieniem nauki Chrystusa.
W tym razie owi delegaci z całą skrupulatnością szli utartymi ścieżkami amerykańskich konsulatów, szli śladami amerykańskiej komory celnej...
Każdy konsulat amerykański jest głównie i tylko świetnie zbudowaną instytucją przemysłowo-handlową. Konsulat amerykański jedynie w zapadłych kątach musi zabawiać się obowiązkami komisariatu policyjno-emigracyjnego. Jedynie w wyjątkowych razach zajmuje się polityką, natomiast zawsze i wszędzie pracuje dla amerykańskiego handlu, dla amerykańskiego przemysłu. Zbiera informacje, udziela informacji. Komunikuje interesowanym wszystko to, co w jakimkolwiek dziale wytwórczości czy zamiany jest inne, jest niezwykłe, jest nowe, jest w Ameryce nieznane. I konsul amerykański nie jest fabrykantem bibuły, która w tasiemcowych bajaniach napływa do ziewających referentów jakiegoś europejskiego MSZ. Prace konsula amerykańskiego nie służą do wypełniania piwnic niepożyteczną bibułą, lecz idą ciągle od źródeł do źródeł: o chemikach do chemików, o inżynierach do inżynierów, o sklepikarzach do sklepikarzy.
Równie niezwykłą instytucją jest amerykańska komora celna, ów wszechświatowej sławy „Customs House”, który przy sprowadzaniu towarów żąda nie tylko ich opisu, składu chemicznego, sposobu zastosowania, ale wymaga nawet dokładnego wyłuszczenia całej fabrykacji. „Customs House” amerykański musi wiedzieć, jak mianowicie został wykonany ten nowy wzór francuskiej wstążki nadesłany do Nowego Jorku, ile i jakich nitek liczy wszerz, ile i jak wplecionych idzie wzdłuż... I „Customs House” jest w swych zapytaniach niezmordowany, niewyczerpany. Albo trzeba cofnąć towar, albo wyspowiadać się ze swych największych sekretów... Bo amerykańska komora celna czuwa i nad własną produkcją, i tej własnej produkcji stara się przysporzyć twórczego materiału...
Lecz ta mniej chrześcijańska czy bardziej praktyczna strona działania sławnej „Cioci Ymci” nie umniejsza ani jej wpływu, ani jej znaczenia.
Amerykańskie kluby, amerykańskie organizacje, korporacje, stowarzyszenia są jednym z najgłówniejszych silników bytowania czterdziestu ośmiu republik.
W każdej większej potrzebie, w każdej ważniejszej chwili, te organizacje zabierają głos, sięgają poza ramy swoich powszednich turbacji. Delegacje ich ruszają, wzywane do Waszyngtonu, bo i Waszyngton w momentach ważnych musi szukać punktu oparcia wśród zrzeszeń amerykańskich. One bowiem mogą miliardami rzucić, mogą zdecydować o poborze rekruta w roku 1917, mogą dostarczyć kadr oficerskich, mogą rozkupić wewnętrzną pożyczkę, bo ich siła reprezentacyjna, bo ich głos znaczy więcej aniżeli najszumniejsze deklaracje senatu lub kongresu.
Wszystkie stowarzyszenia i organizacje amerykańskie cechuje praktyczność. Nie ma trwonienia energii, trwonienia pieniędzy, trwonienia czasu. Jeżeli kogoś powołują na dygnitarza towarzystwa, na jego delegata, na jego kontrolera, to w Ameryce znaczy najpierw gruba pensja, a dalej i honor także. Zrzeszenia wracają z reguły swoim wybrańcom ponoszone koszty, wynagradzają trudy, starają się ułatwiać obcowanie swych członków.
Jeżeli ktoś zapisał się do izby handlowej czy do klubu rotariuszy, to wystarczy, jeżeli raz na tydzień to śniadanie czy ten obiad, który zniewolony jest spożyć w restauracji, spożyje w tym samym czasie przy wspólnym stole klubowym. Zajmie mu to co najwyżej pięć kwadransów, włączając wysłuchanie przemówień, niekiedy bardzo ciekawych, bardzo pouczających, załatwienie szeregu interesów ze spotkanymi „businessmanami” oraz odmówienie dwu modlitw i odśpiewanie wspólne czterech pieśni...
Czyli należenie do izby handlowej jest jakby cząstką zwykłego, powszedniego życia, żadnego kłopotu, żadnej mitręgi, żadnego wysiadywania po nocach, a korzyści bez liku.
Jeden wszakże obowiązek bardzo ciekawy, może godny naśladowania. Oto członek klubu rotariuszy, członek izby handlowej, o ile wyjeżdża z danego miasta i pomija tygodniowe śniadanie w swoim mieście, powinien się stawić na takież samo skromne i tanie śniadanie w innej miejscowości, w innej izbie handlowej, w innym klubie rotariuszy. W przeciwnym razie płaci karę, ile że klub czy izba innego miasta zawiadamia natychmiast bratnią organizację, że ten i ten jej członek gościł w jej gronie.
Z tego zaś wynika już nie samo utrzymywanie ciągłej łączności ze stowarzyszeniem i z jego odłamami, ale i zawieranie znajomości, ale i współżycie miast z miastami, bratanie się pokrewnych korporacji, a oboczesne162 zyski osobiste, nie lada dla kupców i przemysłowców korzyści.
Organizacje amerykańskie cechuje trzeźwość rachunkowa.
Gdy wielka działaczka zjeżdża, dajmy na to, do Antwerpii, aby reprezentować jakieś szlachetne zbiorowisko kobiet amerykańskich, to nie zapominajmy o tym, że ta działaczka jest osobą zapłaconą, że to zbiorowisko zaopatrzyło ją w potrzebne fundusze, zaopatrzyło w diety, że ta działaczka rozdaje cudze pieniądze, a nie swoje, że jest wykonawczynią zbiorowych uchwał. Działaczka pomieniona może być osobą zamożną, podróżuje zaś na koszt organizacji nie dla skąpstwa, nie przez chciwość, lecz że właśnie te wyłożone przez organizację koszty są dokumentem pełnoprawności wydelegowanej działaczki.
Jeżeli jakaś instytucja amerykańska urządza sobie, przypuśćmy, w Filadelfii dzień kwiatka, to zamiast bawić się w niebezpieczne eksperymenty, sprowadza specjalistę z Clevelandu i nie waha się podpisać z nim umowy na dwadzieścia pięć procent od zebranych pieniędzy.
Bo taki specjalista zna się już na maszynerii kwiatka, zna się na odpowiednim nerwie psychologicznym, umie dobierać kolektorki, umie dowodzić zastępami, no i równie zdaje sobie sprawę, że owych „chętnych” czy „chętne” należy wynagrodzić.
Filantropia wkracza więc na tory handlu, lecz na takiej kombinacji zyskuje ofiarność, unika się amatorskich błędów i płynących z nich bardzo często amatorskich nadużyć.
Najważniejsze w tym, że opinia publiczna nie gorszy się takim uprzemysłowianiem dobroczynności, a nawet uważa je za nieuniknione, za potrzebne.
Ameryka rada wynagradzać i pracę społeczną, i prowodyrskie zdolności. Im zasobniejsze towarzystwo, im silniejsze, tym hojniejsze. Kiedy ogólne zebranie powołuje na sekretarza odpowiednio zdolnego kolegę... to niezawodnie pamiętać będzie o uchwaleniu dlań odpowiedniego za ślęczenie nad protokołami ekwiwalentu.
Taki „honorowy” sekretarz w następstwie może otrzymane pieniądze ofiarować wspaniałomyślnie temuż stowarzyszeniu. Ale praca pracą — a dar darem. Członkowie, którzy jeno163 pożywają niefrasobliwie z żywotności zrzeszenia muszą wynagradzać tych, którzy się dla zrzeszenia trudzą.
Dolar ma swe prawo obywatelstwa nawet na sesjach doktorów obojga praw, nawet w zamkniętych kółeczkach amerykańskiej elity klubowej.
Ile że w ogóle dolar, pośród różnorodnych wartości monetarnych jest zawsze szczery, otwarty, nieobłudny i nawet w nieokrzesaniu swym uczciwy w gruncie, a nade wszystko chętny, rychliwy i prawdziwie uczynny, zwłaszcza gdy amerykańska gromada przejmie go swym organizacyjnym zmysłem, swą karnością, swym zapałem do społecznego działania.
Z czasem i przestrzenią na wyścigi
Stany Zjednoczone są bodaj jedynym krajem na świecie, kędy w razie nieporozumienia można się obrazić śmiertelnie na całą linię kolei żelaznej. I nie tylko wymierzyć sobie wątpliwej wartości satysfakcję przez wniesienie skargi do księgi zażaleń, której nikt nie czyta, lecz po prostu zerwać dalsze relacje ze źle zorganizowaną czy nieszanującą pasażerów instytucją.
Obraził się, na przykład, ktoś na dworcu kolei żelaznej pensylwańskiej w Nowym Jorku w chwili zakupywania biletu do Chicago. Zabiera tedy manatki i jedzie na dworzec kolei New-York-Central, która go równie wygodnie i równie szybko do tegoż samego Chicago zawiezie. A jeżeliby mu i ta kolej nie dogadzała, to może jechać jeszcze koleją Erie lub koleją Lackavanna, idącymi w tym samym kierunku.
Koleje żelazne w Stanach Zjednoczonych bytują na prawach wolnej konkurencji, monopolu nie ma nikt, państwowe hipoteki nie istnieją. Dwa, cztery, pięć i sześć nawet wstęg torów kolejowych zbiega się, schodzi, setkami kilometrów ciągnie równolegle do siebie. Każda taka wstęga to inna kolej, inne towarzystwo akcyjne. Współzawodnictwo jest wielkie, walka niekiedy na śmierć i życie, mająca zresztą tradycję homerycznych konceptów takiego słynnego geszefciarza kolejowego, jakim był Vanderbildt. Niekiedy wspólne turbacje skłaniają koleje żelazne do łączenia się w mniej lub więcej solidarnie działające grupy dla zmniejszenia wydatków na utrzymywanie oddzielnych dworców w dużych miastach lub dla ujednostajnienia taryf. Rola władz federalnych i stanowych polega raczej na przeszkadzaniu za daleko idącym zmowom magnatów kolejowych i niedopuszczaniu do monopolizacji.
Kolej żelazna w Ameryce jest oparta na zdrowych zasadach dobrze zrozumianego przedsiębiorstwa handlowego, a więc na sprawnej obsłudze, wygodzie klientów i dążeniu do skarbienia sobie ich przychylności.
Ostra konkurencja zmusza kompanie kolejowe do szukania reklamy, do sypania ogłoszeniami, do dźwigania wspaniałych dworców kolejowych o bajecznie pomysłowych urządzeniach, do ciągłego doskonalenia wagonów, upraszczania manipulacji i oszczędzania na formalistyce.
Trudno zaiste wyobrazić sobie, w jak szybkim tempie załatwia wszystkie czynności podróżny zajeżdżający z wielkim bagażem przed jeden z pałaców zaczarowanych kolei amerykańskiej.
Ledwie dobył się z taksówki, już bagaż ciężki zniknął, już ręczne walizki, schwytane przez Murzyna, prowadzą go do kas biletowych. Pół minuty trwa najwyżej najbardziej skomplikowana manipulacja zaopatrzenia się w jakowyś pogmatwany bilet, drugie pół minuty zajmuje ekspedycja bagażu już razem z ewentualnym świadectwem na specjalną asekurację. I już, o ile czas pozwala, można się rozsiąść we wspaniałościach dworca lub, jeżeli dusza zapragnie, załatwić na miejscu legion najrozmaitszych spraw.
O ile zbliża się moment odjazdu, w takim razie ręczne walizki stają do apelu i wiodą do zamkniętych kratami kilometrowych peronów. Tu przy tych kratkach żadnych przywilejów. Generał czy minister, sam pan naczelnik czy bodaj dyrektor podlegają tym samym przepisom. Jeżeli jest to pociąg zwykły, zwykła kontrola biletowa wpuszcza podróżnych, pozwalając im na dowolne sadowienie się w wagonach zawsze dość przestronnych. Jeżeli jest to pociąg na dalszy dystans z tak zwanymi pulmanowskimi wagonami, w takim razie każdy pasażer miał już w kasie wyznaczone miejsce i wyznaczony numer wagonu. Nie ma tłoczenia się, nie ma zajmowania dwu miejsc zamiast jednego, nie ma walki o byt ani kłótni, ani swarów, ani tej specyficznej rycerskości niekulturalnych krajów europejskich.
O ile przypływ niespodziewany zagraża, kasa kolejowa w jednej chwili alarmuje wydział ruchu. I pociąg zostaje natychmiast zdublowany, choćby był najosobliwszym ekspresem.
Dla kolei żelaznej amerykańskiej nie ma wszakże takich niespodzianek. Każda z nich czuwa, dociera, na przykład, do dyrekcji szkół poszczególnych, aby wiedzieć dokładnie daty wyjazdu i przyjazdu młodzieży, pilnuje wszelkich uroczystości, zjazdów, odbywających się nawet w zapadłych kątach, baczy, aby na małej stacyjce nie zabrakło raptem wagonów, nie zabrakło miejsc wolnych.
Koleje amerykańskie, jak wszystkie zresztą instytucje Stanów Zjednoczonych, zachowują pozory przestrzegania bardzo demokratycznych zasad.
Nie ma klas w wagonach. Nie ma numeracji. Wszyscy pasażerowie należą do jednej i tej samej klasy obywatelskiej... W wagonach zwykłych nie ma przedziałów. Jedna olbrzymia próżnia stalowa, wystrojona dwoma rzędami dwuosobowych wyścielanych ławek, przez które prowadzi dość wygodne i szerokie przejście. Miejsca w siatkach tylko na drobny bagaż, co nikogo nie przeraża, gdyż przewóz większego bagażu jest bezpłatny, a raczej zapewniający każdemu pasażerowi przywilej wielofuntowej premii. Wagony są dla palących i dla niepalących. Okna są zamknięte. Działają górne wentylatory. Czasu gorętszych dni niektóre okna są zasłonięte gęstymi stalowymi siatkami, przepuszczającymi nieco pędu powietrza i kurzu, ale za to iskier wcale. Nikt się przez okno nie wychyla, nikt nie wiesza na stopniu, gdyż przy wejściach końcowych drzwi zamykają automatycznie stopień zewnętrzny.
Przy tym demokratycznym urządzeniu są jednak różne kategorie pociągów, mniej lub więcej szybkobieżnych, bezpośrednich, błyskawicznych, spacerowych, luksusowych. Są pociągi pędzące z zawrotną szybkością, są złożone jedynie z wagonów sypialnych, są niezwykłości, podzielone na miłe pokoiki z osobistymi urządzeniami higienicznymi, mające na zawołanie już nie tylko jakąś restaurację, ale i fryzjerów, manikiurzystki, wanny, wagony obserwacyjne z werandami, czytelnie itd. itd. Są nareszcie pociągi, których najgłówniejszą troską jest wysiłek ku oszczędzaniu podróżnym zmęczenia, ku rozproszeniu monotonii cztero- i pięciodniowej podróży jednym tchem, są jeszcze pociągi „własne”, należące do milionerów i są pociągi, które niby ruchomy apartament można wynajmować na całe miesiące podróży i, według fantazji, zwracać w dowolnym kierunku, przesuwając je z jednej linii kolejowej na drugą.
Ponieważ te wszystkie kategorie pociągów powodują bardzo nierównomierne koszty, łatwo tedy sobie wyobrazić, że na względnie krótkiej przestrzeni różnica na bilecie wynosi trzy, dziesięć i dwadzieścia dolarów, względnie do rodzaju pociągu, jego szybkości, zajmowanego przedziału, co w rezultacie daje podróżnym ten sam europejski podział na klasy...
Najbardziej charakterystycznym wozem amerykańskiej kolei jest wagon pulmanowski; więc długi równoległobok, o dwudziestu czterech oknach z każdego boku, o dwu krańcowych wejściach zamykanych szczelnie razem ze stopniami, przedstawiający na krwisty mahoń malowane wnętrze, wyściełane zielono-trawiastą, narodowo-irlandzkiej barwy materią. W wagonie ani śladu drzewa, stal i tylko stal. Pośrodku szerokie przejście, bokami rzędy zwróconych do siebie po dwie, wygodnych dwuosobowych ławeczek. Na ławeczce takiej zasiada jedna tylko osoba. W końcach wagonu mieści się gabinet do palenia, umywalnie dla pań i panów, woda lodowa do picia ze szklaneczkami papierowymi, zawsze czyste ręczniki do dyspozycji, mydło, rozkłady jazdy i przewodniki do zabierania na pamiątkę etc. Wagon jest pod ciągłą opieką na biało wystrojonego Murzyna, wytresowanego specjalnie do obsługi w drodze. Taki wagon pulmanowski oczywiście komunikuje się za pomocą harmonijek z restauracją i pozostałymi wagonami pociągu.
Otóż ten pulmanowski wagon z chwilą zapadania nocy przeistacza się w jeden olbrzymi korytarz łóżek. Górne zbocza wagonu otwierają się i opuszczają na ławeczki platformy na stalowych łańcuchach. Ławeczki obocześnie164 zesuwają się. W ten sposób po każdej stronie wagonu tworzy się dwanaście łóżek dolnych i dwanaście łóżek górnych. Łóżka te zakrywane są od góry do dołu grubymi zielonymi kotarami. Selekcja najbliższego sąsiedztwa nocnego pozostawiona jest siłą rzeczy przypadkowi. Kasa kolejowa, wyznaczając miejsca, stara się mniej więcej o łączenie płci słabej ze sobą. W drodze jednak trzeba brać te miejsca, jakie są. A ponieważ na górne łóżko wchodzi się po przystawianej każdorazowo przez Murzyna drabince, więc podróżny musi albo ryzykować na roznegliżowanie się w korytarzu, albo skazać na niesłychanie skomplikowane wyczyny w przestrzeni, w której można jedynie siedzieć z nogami na posłaniu. Wygodniejsze jest łóżko dolne, ale zresztą i ono przedstawia nie lada komplikacje, bo i doń trzeba się ostrożnie wsuwać, aby nie nabić sobie guza o stalowe przegrody. Nieco promiskuityczny165 może się wydać ów „sleeping” pulmanowski, a jednak jak bardzo, jak niesłychanie jest dogodny.
Przestrzenie do przebycia w Ameryce są olbrzymie. Podróż równająca się dystansowi Warszawa-Paryż, nie jest podróżą. Na taki spacer wystarczy maleńka torebka ze „składanymi” pantoflami, nocną koszulą i szczotką do zębów. Amerykanin normalny bagażu w takim wypadku nie zabiera. A przy tych tysiącach kilometrów zawsze przymus chwytania czasu w lot, a więc w nocy jeno166 można rwać w dal. I noce amerykańskie aż dudnią od pasażerskich pociągów. Towary jeżdżą w dzień — ludzie po zachodzie słońca.
Człek z Nowego Jorku ma pilną sprawę do Waszyngtonu. Porywa swą kabalistyczną torebkę i, po załatwieniu swoich wszystkich spraw, jedzie wieczorem na dworzec, kupuje bilet, idzie do czekającego pociągu i kładzie się spać. Nowy Jork — Waszyngton, odległość niewielka, cztery i pół godziny drogi. Ale gdzież ten człek z Nowego Jorku ma się podziać w nocy? Cóż ma począć w Waszyngtonie o piątej czy o czwartej rano?
W Ameryce takich problematów nie ma.
Jegomość położył się w Nowym Jorku spać, dajmy na to, o godzinie dziesiątej wieczorem. Pociąg z nim razem wyruszył dopiero z Nowego Jorku około godziny pierwszej w nocy i zajechał spokojnie na dworzec w Waszyngtonie około w pół do szóstej rano.
Jegomość z Nowego Jorku śpi dalej w najlepsze. Murzyn wagonu pulmanowskiego czuwa, zanotował sobie, że ten właśnie pasażer kazał się obudzić o dziewiątej rano, bo lubi długo spać. Murzyn nie chybił. Jegomość ubiera się spokojnie, myje, goli i nareszcie wyświeżony wyskakuje na opustoszały peron około dziesiątej rano, oddaje swoją torebkę na przechowanie, spożywa suty „breakfast” i wyrusza załatwiać interesy w stolicy państwa.
Wieczorem, po kolacji, po teatrze nawet siada znów do wagonu w Waszyngtonie i śpi spokojnie do Nowego Jorku, gdzie wstaje z łóżka nie kiedy pociąg przychodzi, lecz kiedy się już sam wyspał.
Ale wyobraźmy sobie, że ktoś jedzie pociągiem idącym z Nowego Jorku do Saint-Louis, chce jednak wysiąść w Cincinatti, gdzie pociąg zatrzymuje się nad ranem. W takim razie będzie załadowany do wagonu, który jest odczepiany stale w Cincinatti i będzie sobie spał w odczepionym wagonie, zawsze pod opieką Murzyna, aż do momentu normalnego podźwignięcia się z posłania.
Ta kombinacja pulmanowska jest niesłychanie w Stanach Zjednoczonych popularna. Daje oszczędność czasu, oszczędność na hotelu i oszczędność na zdrowiu. Podróżny nigdy nie jest zmuszony do poniewierania się od świtu po obcym mieście, włóczenia się bezcelowego po dworcach, wycierania ławek w poczekalniach, przyjeżdża zawsze wyspany, niezmiętoszony, zjawia się na czas godzin biurowych, może najspokojniej załatwić szereg spraw i powrócić w równie dogodnych warunkach do miejsca zamieszkania.
Eksploatacja kolei, jak było wspomniane, z racji konkurencji, przy pozorach olbrzymiego zbytku trzyma się systemu zawziętej oszczędności. Koleje amerykańskie nie posiadają wcale tak zwanych dróżników. Nie mają tych domków strażniczych rozstawionych symetrycznie wzdłuż torów. Sygnały świetlne, znaki optyczne, działające mniej lub więcej automatycznie, zastępują czujność ludzką. Powiedzmy od razu bardzo niedostatecznie, szczególniej przy szybkości pociągów bezpośrednich, przy takich akrobatyzmach kolejowych, jak na przykład zmiana lokomotywy podczas biegu pociągu lub zaopatrywanie w wodę zbiornika parowozu również podczas biegu — a zwłaszcza przy świdrowaniu wielkich osiedli ludzkich. Mieszkaniec starego świata z trudem niezawodnie może sobie wystawić pociąg kolei żelaznej rwący całą siłą pary środkiem Alei Jerozolimskich albo jakiegoś bulwaru de Clichy w Paryżu... I to rwący torem nieogrodzonym, stanowiącym ulubione miejsce zabaw dla okolicznej dziatwy...
Tuż obok pędzącego pociągu beczą automobilowe sygnały, dudnią wozy, lśnią światła wystaw sklepowych, snują się gromady przechodniów... A pociąg tymczasem podróżuje sobie przez ulice Chicago, jedzie przez środek miasta Syracuse i tak dudni przez tysiące miast, osad i miasteczek.
Grobla, wiadukt, wąwóz kolejowy, pomost specjalny zjawiają się jako niedające się uniknąć urządzenia. Tam, gdzie tylko można, gdzie się tylko da, tam dąży się do oszczędności, do taniości bodajby kosztem ludzkiego życia.
A ponieważ życie ludzkie, choć dwadzieścia razy droższe w Ameryce niż w Europie, jest jeszcze ciągle bardzo tanie, wobec tego lepiej wypada zapłacić milion dolarów rocznie za potrzaskane na drzazgi baby, dzieciaki, rozmaite uliczne drapichrusty, rozbite samochody czy „zawiane” wozy, aniżeli wyładować sto milionów dolarów na dźwignięcie kamiennych wiaduktów, aniżeli rzucić dwieście milionów na przerobienie węzła kolejowego, na przeprowadzenie dróg objazdowych... To może być nawet dobrym „businessem” dla mieszkańców Chicago, niechże więc Chicago zapłaci kolei, niech sypnie złotem, bo drodze żelaznej taniej wypada funt ludzkiej miazgi niż jeden blok pomostu.
W ogóle komunikacja kolejowa w Ameryce odbywa się pod hasłem wielkiego ryzykanctwa. Nikt się tam byle podkładem, byłe brakiem balastu drogowego, zbyt śmiałym mostem, przejazdem pozostającym na opiece Opatrzności nie denerwuje. Kolej żelazna mocniej jeszcze niż społeczeństwo amerykańskie trzyma się zawołania: „take chance”.
Od nieszczęśliwych wypadków jest asekuracja. Asekurować się można ciągle i na każdym kroku. I jeszcze na własnej śmierci grubo zarobić. Może nie bez kozery amerykańskie lokomotywy są zaopatrzone w sygnaturki, które bywają puszczane w ruch przy zbliżaniu się pociągu do zamieszkałych miejscowości lub przy manewrowaniu śród tychże. Miarowy, monotonny głos tych sygnaturek, to nigdy niemilknące podzwonne, jest bodaj symbolem tego ryzykanctwa.
Linii kolejowych Stany Zjednoczone mają około dwustu czterdziestu dziewięciu tysięcy mil angielskich, czyli na długość Stany Zjednoczone mają dwie piąte wszystkich kolei na świecie. Dla lepszego porównania warto zapamiętać, że Rosja posiada tylko czterdzieści siedem tysięcy, Niemcy trzydzieści trzy tysiące, a Francja dwadzieścia sześć tysięcy mil angielskich kolei.
Przy wielkich udogodnieniach i ułatwieniach koleje amerykańskie grzeszą wielką niepunktualnością. Winien tu niezawodnie system oszczędności, ale i w znacznej mierze zmiany atmosferyczne. Ta niepunktualność narodziła nawet słynny pociąg zwany „twenty century”, który, utrzymując błyskawiczną komunikację między Chicago a Nowym Jorkiem, gwarantuje każdemu pasażerowi przyjazd na wyznaczoną godzinę. W razie opóźnienia kolej płaci odszkodowanie za każdą minutę, pobierając, oczywiście, olbrzymie dopłaty za tę niezwykłą gwarancję.
Pociągi towarowe chodzą stosunkowo bardzo szybko, przerzucają miliony ton produktów z jednego krańca kontynentu na drugi, redukując, jak zwykle, biurokratyczne manipulacje do minimum.
Żaden rodzaj ładunku nie przedstawia trudności. Węgiel, ruda żelazna, owoce, nafta, trzoda, bydło, maszyny, wszystko znajduje na kolei amerykańskiej odpowiednio dla siebie zbudowane wagony oraz doprowadzony do automatyzmu sposób ładowania i wyładowywania.
Czasu najostrzejszych mrozów najwrażliwsze na zimno rośliny docierają bezpiecznie spod Meksyku do Winnipegu w Kanadzie, kędy167 lata nie wystarcza na wyhodowanie warzywa. Największe upały nie mogą przebić pancerzy wagonowych okrywających chłodnie dźwigające miliony ton mięsa, drobiu bitego, ryb mrożonych, puszkiem świeżości spowitych owoców.
Komu zwykła sprawność kolejowa nie wystarcza, ten udaje się do słynnej na cały świat organizacji zwanej American Express, będącej doprawdy wcieleniem sprężystości i uczciwości.
American Express powstał hen, przed wielu dziesiątkami lat, jako prywatna pantoflowa, jak się to mówi, poczta, zajmująca się dostarczaniem przesyłek. Przedsiębiorstwo, sumiennie prowadzone, zdobyło sobie zaufanie i z maleńkiego domu komisowego, z obsługi przy pomocy wozów frachtowych i dyliżansów, wyrosło na olbrzymią instytucję ogarniającą wszystkie zakątki Stanów Zjednoczonych i nie tylko samych Stanów.
American Express ma dzisiaj własne wagony, własne okręty, własne banki, agentów na największych pustkowiach i American Express działa za pociśnięciem guzika dzwonka elektrycznego.
Starczy wziąć za słuchawkę, aby w kilka chwil zjawił się urzędnik American Expressu, niekiedy jakiś starszy tragarz, którego podpis niezdarny, nagwazdany chropowato wart jest krocie tysięcy.
Ktoś ma do wysłania towar, skrzynię olbrzymią, miniaturowe pudełeczko pełne brylantów, Stradivariusa ocenionego na wagę złota, jedną chińską filiżankę czy też trzy naraz samochody — wystarczy zadzwonić do American Expressu, na zawołanie, względnie do168 potrzeby, zjawi się wóz ciężarowy, motocyklista albo może zwykły posłaniec i sprawa jest załatwiona na miejscu. Posyłka zabrana, kwit wydany w tej chwili, bez żadnej trudności, dokładnie zapowiedziany czas doręczenia. Z zapłatą żadnych kwestii, można regulować na miejscu, można przy odbiorze posyłki.
Równie dzielnie American Express załatwia kwestie pieniężne. W ciągu kwadransa można otrzymać książeczkę czekową na dowolną sumę pieniędzy i dalej czeki te zmieniać po całym świecie, rozwozić je przez lata, nie starzeją się nigdy, bo American Express dotrzymuje zobowiązań zawsze.
Lecz to olbrzymie zaufanie, jakie sobie zdobył American Express w Ameryce i na całym świecie, nie wynika jedynie ze sprawności, z uczciwości, ale i z tego podobno gestu, jakim odpowiada na każdą reklamację, na każde najmniejsze uchybienie. American Express wraca szkodę natychmiast, żadnych nie czyni trudności, uwzględni nawet pozór szkody, dopłaci do sfałszowanego czeku, ale każdy czek gotówką i natychmiast ureguluje.
Na odległej stacyjce kolejowej wielki kwadratowy chłop ustawia skrzynie na wózku. Ten kwadratowy chłop jest agentem American Expressu. Podchodzi interesant.
— Mam tu kopertę, a w niej dwa tysiące dolarów w banknotach. Ponieważ w Warszawie nie wypłacają przekazów dolarami amerykańskimi, chcę tę kopertę z pieniędzmi wysłać wprost do Polski...
Kwadratowy chłop liczy flegmatycznie pieniądze, zalepia kopertę, z zatłuszczonej kurtki skórzanej wyciąga mały kwitariusz, wypisuje trzy wyrazy na tym kwitariuszu i kopiowy skrawek kwitariusza doręcza jegomości...
Koperta z dwoma tysiącami dolarów doszła nietknięta do Warszawy, bez względu, czy to się podobało wówczas jakiemuś urzędowi czy nie podobało.
Zachodzi pytanie: na jakich podstawach działa American Express?
Jedynie na tych samych, na jakich ugruntował swoją egzystencję.
American Express nie ma żadnego monopolu, żadnych przywilejów, na kolejach pracuje na podstawie porozumienia z odnośnymi liniami, jest sobie zwykłą, prywatną instytucją, prosperującą na terenie wolnego kraju... A więc takiego kraju, gdzie inicjatywie prywatnej nie przeszkadza ani poczta, ani chciwość monopolu kolejowego i kędy władza wykonawcza nie rozprasza swych szczytnych obowiązków dosmaczaniem tytoniu lub wyszynkiem alkoholu.
Do wczoraj jeszcze jedynym współzawodnikiem dróg żelaznych w Ameryce był system kolejek podjazdowych, a dokładnie tramwajów szybkobieżnych, elektrycznych, tak zwanych „trolleys”, to znaczy kółek toczących się po drucie. Linie tramwajowe tak gęstą siecią pokrywały Stany Zjednoczone, iż mówiło się popularnie, jakoby na upartego można było zajechać tramwajem z Baltimore do Los Angeles. Nie było to oczywiście dokładne, lecz raczej obrazowe wyrażenie. Tramwajów było bez liku, przy bardzo natężonej nieraz szybkości przebiegu, niekiedy w formie całych łańcuchów wagonowych, z czego współzawodnictwo dla dróg żelaznych bywało dość znaczne.
Wynalazek samochodów, chwycenie piorunowe francuskiego pomysłu i wydoskonalenie go zrewolucjonizowało całkowicie środki komunikacji. Zadało cios śmiertelny kolejkom podjazdowym, powyrywało nawet szyny tych kolejek, miejskie sponiewierało wagoniki, podcięło zyski dróg żelaznych i w ostatku samo zawisło tuż na skrzydłach aeroplanów.
Produkcja samochodów, zapoczątkowana w r. 1900 — 4192 cudakami-samowarkami budzącymi raczej pogodny uśmiech przechodniów, w ciągu lat dziesięciu dosięgnęła już liczby stu osiemdziesięciu siedmiu tysięcy samochodów rocznie. Po latach dwudziestu Stany Zjednoczone produkowały 2 227 000 automobilów rocznie, w roku 1929 doszły do 5 358 000 samochodów.
W ciągu lat dwudziestu dziewięciu od początkowej produkcji, ocenianej na pięć milionów dolarów, przemysł automobilowy dosięgnął sumy 3 576 000 000 dolarów rocznie...
Stany Zjednoczone pokrywają pięć szóstych produkcji samochodów całego świata, a w tym z górą 60% produkcji wytwarza jedno jedyne miasto Detroit...
W roku 1929 w Stanach Zjednoczonych było w ruchu dwadzieścia sześć i pół miliona samochodów, czyli że na jednego mieszkańca więcej wypadało samochodów aniżeli parasoli i cztery razy więcej aniżeli... par kaloszy... Dokładniej na każdych pięciu mieszkańców wypada jeden samochód... Czyli że całą ludność można by na automobile załadować...
Rozwój przemysłu samochodowego, który żywi w Ameryce dzisiaj przeszło pięć milionów ludzi... szedł oczywiście równolegle z budową odpowiednich dróg, z przeistaczaniem dawnych wyboistych traktów w jasne wstęgi cementu lub szare pasma „makadamu”.
Samochody rozstrzygnęły kwestie mieszkaniowe, przyczyniły się do piorunowej rozbudowy podmiejskich osiedli, zbogaciły małe przejazdowe miasteczka, wzmogły ruch turystyczny, udostępniły milionom poznawanie olbrzymiej swej ojczyzny, przyczyniły się w znacznej mierze do postępu na drodze amerykanizacji.
Amerykanin w lot odgadł był znaczenie samochodu. Niczego był nie zaniedbał, aby mu drogę wymościć i piętrzące się przeszkody usunąć. Bez zatrzymania szedł i dalej idzie po szczeblach ciągłych ulepszeń.
Trakt napuszczany asfaltem, słynna droga Lincolna, która od Waszyngtonu poprzez Allegheny i Góry Skaliste biegnie do San Francisco, bardzo krótko była przedmiotem amerykańskiej dumy. Przeszły ją, zakasowały wspanialsze, lepiej zbudowane, bogatsze wstęgi, z tęższego materiału...
Przy asfalcie najdłużej bodaj upierały się Stany Nowej Anglii, aż i one wyrzekły się go, jako materiału niebezpiecznego... Wyciekające z samochodów smary wytwarzają powłokę, która szczególnie na asfalcie podczas deszczu zamienia się w oślizgłą i bardzo niebezpieczną maź.
Część stanu nowojorskiego i stan Ohio zapaliły się do cegły i drobnymi czerwonymi lub żółtymi cegiełkami wykładać zaczęły pracowicie swe arterie. Świetny ten materiał, odporny na mroziska, niedający się ślizgawicom, zachowujący chropowatość powierzchni został jednak zdystansowany... Cegła utrzymała się tylko na ostrych spadkach, na gwałtownych, górskich załamach. Zresztą została uznana za nie dość elastyczną, za nie dość przylegającą do opon kół.
Na czoło zaczął się dobywać cement przy bardzo już skomplikowanej budowie podłoża drogowego, przy zachowaniu pewnych wklęsłości, podniesień na łukach, falistych linii na pnących się lub biegnących na dół pasmach.
Stany Zjednoczone posiadają już dzisiaj drogi nad drogami, nie ma im równych i może równych im nigdy nie będzie. Zanim inne kraje zdołają Ameryce nastarczyć, może te szlaki cementowe na powierzchni ziemi staną się już jednym więcej przeżytkiem.
Weźmy jeno169 taką na przykład drogę, jakbyśmy ją nazwali, „reprezentacyjną”... która przebita została w szczerym polu, na przełaj z Filadelfii do Trenton. Pięćdziesiąt coś kilometrów drogi, jak strzała, szybkość dowolna... bodaj dwieście czegokolwiek... na godzinę, skoro wola, skoro maszynka po temu.
Środkiem, na dwa podzielony pasy, tor główny. Na każdym pasie sześć samochodów może rwać obok siebie w jednym rzędzie — czyli sześć w jednym i sześć w przeciwnym kierunku. Boki tego głównego toru obramowane są kwietnikami, zdobnymi w potężne lampiony elektryczne. Za tymi kwietnikami, po dwu stronach toru głównego, boczne drogi, nieco węższe — każda droga dla ruchu w jednym kierunku i wyłącznie dla wozów ciężarowych...
Na takiej drodze, oczywiście już nie byle samochód — ale jak się mówi w Ameryce byle „ford” zamienia się w Pegaza...
Lecz przy tych tysiącach mil angielskich najpiękniejszych, znakomitych dróg, idących poprzez góry, doliny, przepaście, wydłużające się w mosty, wiadukty, są jeszcze ciągle w Ameryce drogi zwykłe asfaltowe i drogi prasowane, i drogi żwirowo asfaltowe, i wykładane cegłą, i są drogi w połowie wymoszczone, i są drogi mające dwie wąziutkie wstążeczki, niby na twardo wyprawione koleje, byle na koła jednego wozu starczyły. Są wreszcie szosy jak stół, choć zbudowane z ubitej glinki tylko, zaprawionej dla uniknięcia kurzu ropą naftową i są w stanie Georgia, tuż pod Savannah wyborne drogi ostrygowe... Muszle ostrygowe dają wapniak, nieustępujący wapniakowi dróg francuskich. I są w Ameryce bardzo piękne i wygodne trakty samym żwirem nasypywane, jak we Florydzie, kędy170 upały kruszą cement, asfalt zaś roztapiają na syrop.
Lecz w tak olbrzymim kraju, jak Stany Zjednoczone nie brak i świata zabitego deskami. W północnej i południowej Dakocie bywa gorzej niż pod Nowogródkiem. Kentucky i Tennessee jeszcze w roku 1928 miały dla samochodów przeważnie gliniasto-piaszczyste zajady, znaczone głębokimi, błotnistymi kolejami. A do słynnego miejsca kuracyjnego Hot Springs w Arkansas (czyta się Arkanzo) trzeba było łomotać trzysta kilometrów po drodze, wobec której szosa pod Sochaczewem lub Tarnopolem jeszcze by się jedwabnie snuła.
Tak było wczoraj i tak jest jeszcze dzisiaj.
Stany Zjednoczone w dniu 1 stycznia roku 1930, posiadały z górą trzy miliony mil angielskich traktów i dróg — Europa miała ich tylko dwa miliony czterysta pięćdziesiąt tysięcy — lecz Stany Zjednoczone miały już blisko pięćdziesiąt tysięcy mil dróg cementowych... Na rok 1932 zapowiadają 750 000 mil dróg „reprezentacyjnych”.
Ziemia Washingtona imponuje zresztą automobiliście nie sumą wykładanych na budowę dróg milionów, lecz raczej troskliwą konserwacją tych dróg, pieczołowitością, jaką je otacza.
Drogi amerykańskie posiadają stałą lotną obsługę, krążącą na samochodach służbowych. Ta służba najmniejsze uszkodzenie reperuje natychmiast, czuwa nad rysowaniem się i pękaniem powierzchni, ogradza najmniejszą wyrwę, zakłada w tej chwili znaki ostrzegawcze i pali na największych pustkowiach nocne światła, baczy na mosty, wycina starannie trawę i zielska na zboczach przylegających do drogi, walcuje żwirowe powierzchnie, pozostaje w ciągłej komunikacji z centralami drogowymi, które o wszelkich objazdach, reperacjach, zamkniętych arteriach informują sieć klubów automobilowych.
Znaków i sygnałów drogowych w Stanach Zjednoczonych jest bez liku. A ponieważ niektóre stany mają swój własny na regulację ruchu drogowego pogląd, stąd sygnalizacja jest ciągle niejednostajna, regulaminy niejednakowe.
Amerykanin lubi nadpisy, lubi objaśnienia i lubi sam objaśniać. Stąd nawet na drogach równych jak stół znajduje sposobność do napomnienia „keep right” — trzymaj prawą — a więc nie rozpieraj się pośrodku — lub do ostrzeżenia przed asfaltem „niebezpieczny, gdy mokry”. Cóż dopiero kiedy nadchodzi otwarty, bezszlabanowy najczęściej przejazd kolejowy. Z daleka już widnieje sygnał, niekiedy wprost na cemencie wypisany białą farbą „R.R.”, czyli „droga żelazna”, a tuż bliżej krzyżyk z wyciągniętymi ramionami i wykrzyknikami „look”, „listen”, „stop”, no i jeszcze ponure, groźne „danger” lub wymalowana trupia głowa. Dopieroż na górach, w wąwozach, na skrętach diabelskich, krzyżówkach. Droga bez wytchnienia ciągle i stale poucza „skręt na lewo”, „ostry skręt na prawo”, „zmniejszyć szybkość”, „jechać drugim biegiem”, „objazd”, „reperacja drogi”, „droga zepsuta”, „robotnicy na drodze”.
W nocy grają światła, swędzą na wertepach ropowe maźnice, mrugają na kryształ rżnięte kolorowe szkła, które lśnią w świetle samochodowych reflektorów.
O zabłądzeniu w Ameryce mowy nie ma.
Na wszystkich skrzyżowaniach dokładne nadpisy, czytelne, logiczne. Co kilka mil, przed każdym wyjazdem i wjazdem do ludzkiego osiedla tablice podające dokładnie odległości do najbliższych punktów i krańcowych kierunków drogi. Ponadto każda droga zaopatrzona jest w numer, powtarzający się stale i ciągle.
Jeżeli, na przykład, droga numer piąty prowadzi z Buffalo przez Pittsburgh do Charlestonu, to numer tej drogi idzie, powtarzany stale, na specjalnych żelaznych słupkach z prawej strony drogi i doprowadzi samochód przez wszystkie skręty przebieganych miast i miasteczek, przez cały labirynt uliczek dolnego Pittsburgha aż do ratusza w Charlestonie, w stanie West Virginia. Jadący zważa ciągle na numer piąty, gdy nadchodzi skręt, to przed skrętem piątka na słupku ostrzeże go zawczasu literą „L” (czyli „left”, skręt w lewo) lub „R”, („right” — skręt w prawo). Żadnych zapytań w drodze, żadnych kłopotów po nocy. A zresztą wszędzie są do dyspozycji kierowcy doskonałe wręcz mapy — mapy wykreślane przez filie klubów automobilowych, a raczej jednego i tego samego klubu A.A.A. (American Automobil Association) — lecz co najważniejsze bezpłatne mapy, bardzo szczegółowe, ciągle poprawiane i uzupełniane, wydawane przez wielkie kompanie, eksploatujące co najprzedniejsze stacje „gazolinowe”, jak „Socony”, „Standard Oil”, „Texaco”, „Gulf”. Te stacje na żądanie i bez potrzeby zakupienia gazoliny służą kierowcom i ustną informacją, i mapą podręczną danego stanu.
Jakież ma kłopoty automobilista amerykański? Prawie żadnych. Co parę kilometrów, nawet na odludziach garaż przydrożny, w miasteczkach pełno garaży specjalnie pewnym „markom” poświęconych, i wszędzie istny „automobilowy doktor”, którego diagnoza wykrywa najzawilsze niedomaganie mechanizmu.
Dość zajechać przed garaż. Zanim się zażąda bodajby szklanki wody czy muszelki lodów... służba już bez pytania załatwiła pierwsze czynności, już wytarła szyby zakurzone, już napoiła zziajaną maszynę.
Tragiczna „polska kiszka171” toć żart. Jeżeli przypadek zdarzy się w drodze dalekiej, dość by maszyna się zatrzymała, aby tuż przystanęły inne. Każdy śpieszy z pomocą. Solidarność między automobilistami jest wielka. W kilka chwil kłopot skończony. W razie wypadku przejeżdżający kierowca da znać do najbliższego garażu. Wóz ratunkowy nadjedzie z szybkością błyskawicy, wóz w takie zbrojny dźwigary, że najcięższą limuzynę, bodajby samochód ciężarowy, gotów sobie na plecy zarzucić. Zresztą na wielkich arteriach są skrzynki telefoniczne, ogłoszenia pobliskich ambulansów, nawet... pogrzebowych zakładów.
Komu w drodze odległej przyjdzie fantazja wrócić zbrukanej maszynce polor czystości, starczy zatrzymać się przed jedną z „automobil laundry” (przed pralnią samochodów). Manipulacja mycia przy pomocy szpryc nowo wynalezionych trwa około piętnastu minut.
Lecz oto turysta dotarł był nareszcie późną nocą do środka Nowego Jorku czy pomiędzy chicagowskie lub nieznane mu równie detroickie drapacze nieba... Zajeżdża przed pogrążony w ciszy hotel... Co zrobić z samochodem? Co począć z takim pojazdem przed amerykańskim „Brühlem” czy „Bristolem”?
Nawet ust nie potrzeba otworzyć. Rzeczy pójdą do pokoju hotelowego, samochód odjedzie sobie do garażu. Jeżeli turysta nie chce wyładowywać swej maszyny — rzeczy mogą w niej najbezpieczniej nocować, nawet gdyby wypadało na świt... dokonać przy niej reperacji... Hotel gwarantuje uczciwość. Nazajutrz na skinienie maszyna zajedzie przed hotel wypoczęta, naoliwiona, zaopatrzona w paliwo, naprawiona...
Samochód w Ameryce stał się od dawna narzędziem powszedniego użytku. Samochodem piekarz rozwozi pieczywo, bez samochodu nie może już obejść się ani mleczarz, ani rzeźnik, ani węglarz, ani personat bankowy, ani kancelista, bo samochodem jeździ majsterek, robociarz, agent z próbkami towarów i przekupień domokrążca, dama i matka dzieciom, panienka na wydaniu i kawaler do wzięcia.
Każdy jest nade wszystko swoim własnym szoferem, każdy rozumie się po trosze na mechanizmie, każdy i najbogatszy człek umie rękawy zakasać, wsunąć się na plecach pod podwozie, każdy umie maszynę wymyć, do lustru ją doprowadzić i wymieść śmiecie ze swego garażu.
Szofer w Ameryce jest artykułem nadzwyczajnego zbytku. Jest ich stosunkowo bardzo niewielu i głównie w wielkich miastach, gdzie garaże są rozrzucone i gdzie „postój” maszyny podlega bardzo kłopotliwym przepisom z racji na niesłychane stłoczenie automobilów i nadmierne ich nagromadzenie w pewnych godzinach i w pewnych punktach. W takim Nowym Jorku bodaj, komu istotnie bardzo pilno — ten musi zejść do tunelu, wsiadać w kolej podziemną... gdyż samochód skazany bywa na szybkość siedmiu kilometrów na godzinę w ruchliwych centrach... A jeżeli samochód zdoła prześlizgnąć się, dotrzeć do miejsca, to bardzo często wolny „postój” znajdzie dopiero o pięć i sześć ulic dalej... Stąd w miastach wielkich czasu godzin pracy kierowca musi trwać ciągle przy kole.
Drogi w Ameryce dzielą się, zarówno jak i ulice, zawsze na bezpośrednie i pośrednie — bezpośrednia ma zawsze pierwszeństwo. To znaczy, że każdy pojazd wjeżdżający na ulicę czy szosę bezpośrednią z drogi pośredniej, musi zatrzymać się i dopiero skręcić. Przepis ten obowiązuje nawet w momencie, gdy żywego ducha nie widać. Kara jest doraźna zawsze i dla kieszeni bolesna.
Dalej drogi bezpośrednie w miastach i miasteczkach posiadają przywilej dłuższego światła aniżeli pośrednie. Jeżeli oto na piątej Avenue w Nowym Jorku błysnęły umieszczone w górze czerwone światła na rogach poprzecznic — wszystkie bez wyjątku sunące przez nią wozy dojechały do najbliższych rogów i pod narożnikami zatrzymały się. W tejże samej chwili martwe dotychczas poprzecznice wysypały gromady pojazdów, gdyż tym poprzecznicom ukazało się było równocześnie światło błękitne. Po dwuminutowym ruchu poprzecznym — ukazuje się światło żółte, ostrzegawcze, zapowiadające nowy sygnał. W ćwierć minuty po świetle żółtym ukazuje się światło błękitne i Piąta Avenue znów dudni wzdłuż, lecz przez całe trzy minuty... gdyż jest ulicą bezpośrednią...
Ten uproszczony system sygnalizacji nie zawsze wystarcza, trzeba w pewnych punktach całych strażnic policyjnych, znaków ręką, sygnałów gwizdawką, tu grają jeszcze dzwonki, tam w nocy na wysokim podniesieniu, oblany snopami reflektora policjant wyprawia zda się w powietrzu cudaczne ruchy; w innym mieście przy okrężnych objazdach stoją drewniane olbrzymy-manekiny, przedstawiające policjantów, wskazujących stały kierunek... tam znów jednokierunkowy ruch (zwłaszcza w Filadelfii i Pittsburghu) obcego kierowcę przyprawia o istną kołowaciznę, z której niełatwo mu się wydobyć, zwłaszcza gdy musi przez centrum miejskie celować.
Ale pomimo tych znakomitych znaków świetlnych, nadpisów, wielkiej czujności policji drogowej, bez względu na ograniczenia szybkości — liczba wypadków samochodowych z roku na rok się zwiększa.
Statystyka powiada, że w roku 1930 padło trupem na miejscu w wypadkach samochodowych 33 000 osób, nie licząc tych, którzy wskutek odniesionych obrażeń zmarli po pewnym czasie.
Na 100 000 mieszkańców Stanów Zjednoczonych ginie w wypadkach samochodowych 26 osób — przed dwudziestu jednak laty padało ofiarą zaledwie 10 ludzi na sto tysięcy — ale przed laty dwudziestu było w zamian samochodów czterdzieści razy z górą mniej...
Stąd, poza wszelkimi przepisami ochronnymi i nakazami, pomysłowość amerykańska nie gardzi sposobami zaiste niezwykłymi, byle okiełznać hulanie kierowców, byle pohamować pożeraczy odległości, a może i ku głębszym myślom zwrócić pędziwiatrów...
Więc oto stan Ohio wpadł był na koncept, aby w miejscach wypadków śmiertelnych stawić krzyże przydrożne, licząc po jednym krzyżu na każdego nieboszczyka. W ten sposób na szlakach stanu Ohio zaczęły wyrastać całe pęki białych, dwumetrowej wysokości krzyżów, a jak w niektórych fatalnych miejscach stale i co roku się rozmnażających.
Skutek tego cmentarnego memento był wątpliwy. Zamiast budzić czujność, rozprzęgał słabsze nerwy. Turyści zaczęli wyrzekać, wreszcie unikać niegościnnych dróg ohajoskich. Po dziesięciu latach koncept stanu Ohio zabrał się do odwrotu — krzyże zaczęto usuwać.
Na tęższą pomysłowość zdobył się stan Virginia i stan Północna Karolina. Tam na pomiarkowanie automobilistów sięgnięto do Biblii, do pośmiertnego obrachunku...
Droga wije się, wspina ze wzgórza na wzgórze śród zawałów zieleni, poprzez krwiste zręby w czerwonej glinie rytych wąwozów. Czasami przez kilkanaście kilometrów ani śladu życia ludzkiego. Na pięknej drodze ruch mały. Samochód rwie, koła warczą, śmigają. Naraz tuż w górze srogi jakiś nadpis...
„A czy zrobiłeś rachunek sumienia?”
Kierowca mruży powieki, nie ogarnia, zaskoczony niezwykłością zapytania, gdy już następny nadpis woła ku niemu:
„Ostatnia chwila, abyś pomyślał o Bogu”.
I dalej w tym samym sensie:
„Kajaj się, grzeszniku”. — „Już czyha na ciebie”. — „I ogniem wiecznym palon będziesz”. —
Rozwój komunikacji samochodowej idzie naprzód. Konie giną, rozpływają się w mgle, zaczynają być osobliwością. Kawaleria amerykańska wyrzeka się stopniowo całkowicie swych niezrównanych „mustangów”. Samochód jest już wozem farmera, podniesiony za tylne koła służy mu nawet za siłę pędną, obraca młynek, tnie sieczkę... Drogi dzisiejsze ciągle są za wąskie, nie dość jeszcze dogodne — mówi się o jednokierunkowych drogach.
Ruch pasażerski na kolejach zmniejszył liczbę pociągów pasażerskich o 33%. Jedynie dalekie podróże nie ucierpiały. Lecz kto ma do przebycia 600 kilometrów, ten woli je odbyć jednym tchem, w 10 godzin co najwyżej, własną maszynką.
Autobus w Ameryce jest już olbrzymim pojazdem zaopatrzonym w łóżka, umywalnie i kursującym we wszystkich kierunkach od Atlantyku do Pacyfiku.
Autobus potłukł koleje, zrujnował, pogrzebał?
Bynajmniej, gdyż linie autobusowe są przeważnie utrzymywane przez... linie kolejowe... W sumie wynikły plusy, gdyż w ogóle ruch przewozowy niesłychanie się wzmógł.
Temu szalonemu rozwojowi samochodowemu, pomimo wysiłków, nie wtóruje w Ameryce rozwój komunikacji napowietrznej.
Stany Zjednoczone zaprowadziły u siebie przeszło trzydzieści jeden tysięcy mil angielskich linii napowietrznych. Posiadają bardzo potężną eskadrę napowietrzną. Departament lotnictwa armii na rok 1931/1932 rozporządza budżetem sięgającym trzydziestu siedmiu i pół miliona dolarów, departament lotnictwa marynarki amerykańskiej na ten sam okres czasu172 ma zapewnione trzydzieści jeden milionów dolarów, a lotnictwo handlowe pomoc rządową w sumie dziesięciu milionów dolarów.
Równocześnie działają bogate towarzystwa akcyjne finansujące bądź produkcję aeroplanów, bądź kuszące się o eksploatację napowietrznej komunikacji.
Ameryka chlubi się całym zastępem napowietrznych championów, którzy z Lindberghiem na czele osiągnęli i osiągają wciąż niebotyczne rekordy, dokonują niezwykłych wyczynów.
W stosunku przecież do nakładu pracy, energii i pieniędzy praktyczne rezultaty są słabe, liczby pasażerów napowietrznych znikome, opłaty za przejazd aeroplanem bardzo wysokie, ruch cały oparty na transportowaniu specjalnych ładunków pocztowych, jazda napowietrzna dziedziną zawodowców lub żądnych wyjątkowych wrażeń lekkoduchów.
Propaganda lotnicza w Stanach Zjednoczonych pracuje wytrwale, w każdym większym osiedlu ludzkim miejscowy aeroplanik odbywa przejażdżki, aby oswajać młodsze pokolenie; czasopisma roją się od ilustracji i opisów, giełda namawia na akcje, wróży lotnictwu przyszłość niesłychaną. Lecz ta przyszłość bardziej w Ameryce aniżeli gdziekolwiek szuka daremnie nowej konstrukcji, szuka nowego silnika, nowej energii, nowej siły pędnej, dającej większy niż podotąd173 punkt oparcia.
Lotnictwo amerykańskie ma bardzo trudne warunki atmosferyczne, ma owe korytarze przeciągów, idących z południa na północ, ma olbrzymie do opanowania przestrzenie, ma do pokonania brutalne spadanie i podnoszenie się temperatury, ma na szlakach swych trąby powietrzne, burze elektryczne, piekielnej szybkości wichury. I stąd niezawodnie ruch pasażerski, wprowadzenie aeroplanu do życia powszedniego idzie opornie. Aeroplan nie ma tak praktycznego jak w Europie zastosowania; posiada już aeroporty, gotowe na nowoczesnych drapaczach platformy do lądowania, brak mu jednak tego błyskawicznego rozwoju, jaki niemal w tym samym okresie czasu osiągnęły amerykańskie samochody.
W ciągu lat dziewięciu, od 1920 do 1929 roku, liczba przewożonych rocznie przez koleje żelazne pasażerów z jednego miliarda dwustu sześćdziesięciu milionów spadła na siedemset osiemdziesiąt sześć milionów. Pół miliarda bez mała pasażerów odebrały drogom żelaznym samochody.
Ilu pasażerów przypada na amerykańskie aeroplany?
Statystyka milczy dyskretnie, nie dosięga bowiem liczb wykazywanych przez polskie lotnictwo komunikacyjne.
On i ona - mąż i żona
Amerykanin silniej niż jakikolwiek biały człowiek na świecie ma sobie wpojone przeświadczenie, iż obowiązkiem jego jest zdobywać, naprzód iść, stawić czoło.
Od najmłodszych lat życie chroni go przed mrzonką, przed mazgajstwem. Wychowuje się w atmosferze, w której praktyczność jest najpierwszym przykazaniem, kędy kult ciała nie ustępuje pierwszego miejsca kultowi ducha, a zimny rachunek trzyma na wodzy niepożyteczne rojenia.
Odznacza się z reguły prostotą, głęboką wiarą w sprawiedliwość tego, co mówi, co wyznaje, a co graniczy z jakąś szczątkową, purytańską naiwnością, która ufa swej własnej prawdzie nawet w momencie dokonywania „lynchu”, karania bez sądu.
Amerykanin nie lubi dociekań, trwa zaparty o Biblię. Ta księga nad księgami jest mu odpowiedzią na wszystko, co w nim może budzić wątpliwość. Wątpliwości zresztą nie znosi. Rad zagłusza ją w sobie, wyrywa z korzeniem. Sensem bytowania jest dlań praca, tej pracy owoce, a poza nimi jest spocznienie, jest oderwanie, zapomnienie o troskach, pustota chłopięca, swawolna bezmyślność.
W walce o byt Amerykanin ma zawziętość pięściarza stającego w szrankach do decydującej rozprawy.
W „businessie” nie uznaje żadnych względów, żadnej czułości, żadnego sentymentalizmu. Konkurenta gotów zrujnować, zmasakrować, podkupić, spalić, żadnego dlań zmiłowania, bodaj z torbami go puścić, sideł najzdradliwszych nazakładać, w zasadzkę zwabić, byle go unicestwić, byle zwyciężyć.
W walce politycznej Amerykanin jest niemniej zapamiętały, ale i nazbyt może powolny174 dla unoszącej go fali, nie dość na jej pokusy odporny...
Do polityki w rezultacie garnie się ociężale, pozostawia to niemiłe zajęcie swym mniej skrupulatnym, mniej uczciwym rodakom. Woli raczej dawać na polityków, a więc trzymać ich w ręku, rządzić nimi, bawić się niby marionetkami, wywierać wpływ decydujący na senat, na kongres, na legislaturę, na zarządy miejskie i powiatowe, woli trząść najbliższym merem niż samemu na merostwie czas trwonić.
Amerykanin gorąco miłuje swoją rozległą ojczyznę, stara się opromienić ją urokiem wspomnień historycznych. Z drobnych epizodów, ze sporów kompanii eksploatujących dawniejsze kolonie angielskie i francuskie, z dziejów walki o niepodległość, z niespełna stupięćdziesięcioletniego swego bytowania ma już potężne księgi, ma na szlakach swej ziemi rozstawione tablice pamiątkowe, opowiadające przemarsze amerykańskich kadrówek, heroiczne potyczki z białymi czy kolorowymi nieprzyjaciółmi, ma pomnikami usiany kontynent, pomnikami własnych bohaterów, własnych sław.
W ocenianiu zasługi, w hołdzie dla cnoty Amerykanin jest bodaj jednym z najliberalniejszych umysłów. Żywi kult zarówno dla swych ulubieńców, jak i dla ich przeciwników. Umie zakuwać w spiż nie tylko praworządnych wodzów Wojny Cywilnej, ale i buntowniczych generałów, ale i straceńców Południowych Stanów.
Nie ma w ogóle takiej sławy obcej nawet, której by Amerykanin nie był gotów uwielbić.
W Stanach Zjednoczonych, niby w jakowymś międzynarodowym Panteonie, można oglądać posągi wszelkiego pochodzenia znakomitości.
Inicjatywa tych hołdów rodzi się bez wątpienia w kolisku pewnej osiadłej w Ameryce narodowości. Prusacy zabiegają tam o spiż dla Humboldta, Niemcy kołaczą o Goethego i Schillera, Polacy chcą mieć nawet Chopina, Francuzi upominają się o Pasteura, Anglicy radzi by przenieść za Atlantyk cały swój Westminster, całe swoje Campo Santo odtworzyć.
Amerykanin chętnie folguje tym zamysłom, co ważniejsze, jeszcze chętniej łoży na te brązy i marmury, rad jest bodajby Homera, bodajby Cervantesa przyjąć do swego gwiaździstego obywatelstwa.
Dolar nie jest celem życia Amerykanina, ale jest niezawodnie tego życia podstawą, dokładniej dźwignią, instrumentem.
Przy żądzy zbogacenia się, pomnożenia dobytku, Amerykanin jest raczej rozrzutny. Goni za groszem, zdobywa go, ale nierównie łatwiej wydaje. Lubi się nim szczycić, lubi pokazać, lubi zaimponować, lubi go ciągle obliczać... Szanuje prawość charakteru, lecz rad jest wiedzieć zawsze, ile kto znaczy na liczbę dolarów... Nawet w lepszym towarzystwie przy zapoznawaniu dobrze jest szepnąć jednej lub drugiej stronie do ucha: „Wart jest sto tysięcy”. Pieniądze łatwo lgną do siebie. Ich rodowód za oceanem jest zawsze w porządku... skoro ktoś swobodnie po świecie chadza...
Amerykanin jest zresztą rozrzutny w dobrym tego słowa znaczeniu, bo jest ambitny, zaprawiony do solidarności. Ten „bliższy” patriotyzm skłania go nieraz do wielkich ofiar.
Ten „bliższy” patriotyzm nie pozwala mu znieść, żeby w jego osadzie, w jego powiecie czy w jego mieście miało być coś mniejsze, coś podlejsze niż w sąsiednim. Skoro urodził się w Pacanowie, trzeba, aby w Pacanowie nade wszystko przetrwało o nim wspomnienie, trzeba, aby Pacanów, nie tylko jego nazwiskiem się chlubił, ale i jego nazwiskiem się wzmógł, wypiękniał.
Amerykanin daje się ciągle dobrowolnie opodatkowywać. Łoży na instytucje, należy do kilku, niekiedy do kilkunastu stowarzyszeń i klubów. Na pierwszy zew sypie krociami, bo trzeba, aby Ameryka dała, ażeby się pokazała, trzeba, aby Detroit nie pozwoliło się ubiec Pittsburghowi. Daje każdy, każdy dać musi, każdy się musi przyłożyć, boć każdy jest Amerykaninem, boć idzie o wspólne dobro.
Ten sam zajadlec, zachłannik, który, jak było powiedziane, dla adwersarza nie zwykł mieć względów, ten sam chciwiec, w „businessie” nie mający skrupułów, ten sam chciwiec jest gotów rozrzewnić się nad rachitycznym sierotą, troszczyć się o opuszczonego w lepiance starca, słać mu na „Dzień Dziękczynienia” całą ucztę w prezencie lub swemu wczorajszemu przeciwnikowi, obranemu do nitki, wetknąć przyjacielską ręką zapomogę.
Ta szczodrobliwość, ta ofiarność amerykańska jest często z ambicji, często z pychy, często z pasji do przetrwania, do unieśmiertelnienia się, lecz z tych małych pobudek wielkie się tworzą dzieła, a toć dla społeczności najważniejsze. Oto wspaniałe uzdrowisko, cóż, że attyk jego razi nazwiskiem giełdowego szalbierza, skoro z tego uzdrowiska tyle samarytaństwa dla cierpiących, dla bezsilnych.
Pojęcie honoru Amerykanin w znacznej mierze traktuje na modłę tak plastycznie uwydatnionych scen obyczajowych noszących stempel kalifornijskiego Hollywoodu.
Obrazę reguluje się albo pięścią, albo wyprawieniem komuś pośredniego lania. W wyjątkowych przypadkach na drodze sądowej.
Pojedynki, honorowe roki nie istnieją wcale. Na obelgę odpowiada obelgą, uderzenie zmywa się uderzeniem. Sąd jest znakomitą ucieczką, jeżeli do obrazy można przytroczyć sprawę materialną. Jeżeli takiej straty nie można dowieść, to lepiej do sądu z honorem się nie wybierać, bo w najlepszym razie, nawet przy klasycznym oszczerstwie, po latach procesowania można od oszczercy uzyskać co najwyżej symbolicznego dolara.
W ogóle honor w Ameryce jest zaliczony do wartości względnych i to na długo przed urodzeniem się profesora Einsteina. Jeden wyraz mniej lub więcej w rachubę nie wchodzi. Wyzwisk jest tyle, iż najprzykrzejsze jest czym odeprzeć.
Amerykanin ma w sobie wyrobione poczucie karności. Statuty, przepisy uważa za przykazania, których sam rad przestrzega, a dalej innych do przestrzegania zniewala. Owi „inni” toć oczywiście foreignerzy175, emigranci czy świeżo upieczeni obywatele. Żywioł więc niepewny, podejrzany, surowy. Amerykanin jednak czuwa bodajby na ochotnika i gotów jest każdej chwili o zauważonym przez się uchybieniu zawiadomić najbliższą władzę...
Więc pisuje denuncjacje?
Najczęściej zaopatrzone podpisem, bardzo rzadko anonimowe, ale zawsze ściągające na oskarżonego niespodziewane represje.
Amerykanin ten sposób uważa za słuszny i sprawiedliwy. Godzi się władzy dopomagać, godzi się obywatelowi baczyć na poszanowanie ustaw krajowych.
Czasu Wielkiej Wojny każdy wybitniejszy człek amerykański niezaszyty w mundur był ochotnikiem „Secret Service”, zważał na podejrzanych, a pilnie zezował ku Niemcom, wówczas chwilowo... mniej w Ameryce popularnym, i z dumą przyznawał się do wolontarskiego delatorstwa176.
Amerykanin, przy tak odmiennych wyobrażeniach o honorze, słowa danego lubi dotrzymywać, poza „businessem” jest człowiekiem prawym, a nawet i w samym „businessie” rządzi się pewnymi normami przystojności, jeżeli nie zawsze etyki.
Wystrzega się pożyczania pieniędzy, wstydzi się po prostu przyznać do ich braku, gdyż brak ich sam uważa za dokument niedołęstwa.
Z natury jest ciekawy, skłonny do entuzjazmu, do podziwu, do łatwowierności. Wciśnięty w gromadę, tworzy jeden z najbardziej dziecinnych tłumów, gotowych do wycia, do gwizdania z zachwytu, do porywu dla byle grymasu, dla byle koziołka w powietrzu.
Amerykanin nie jest wybredny w zabawach, jest skłonny do cieszenia się, do radowania. Byle nieco muzyki, byle skrawek wolnej przestrzeni, gotów tańczyć o każdej porze dnia i nocy.
Jakoż tańczy bez ustanku. Nie potrzebuje nawet dancingu, nie szuka specjalnie balu. Idzie na zwykły „lunch”, zwykłe drugie śniadanie do restauracji, schodzi na dół na posiłek do hotelowej kawiarni... Zanim z garsonem się rozmówi, zanim porządek dań wypośrodkuje, już sobie utnie fokstrota. Między zakąskami a zupą pomidorową machnie dwa „one-stepy”, a jak mu zagra tęskliwie rozlewne tango, to z kawałkiem nieprzełkniętej szynki gotów jest zbełtać sobie całkowite trawienie.
Woli tańczyć niż rozmawiać, niż flirtować.
W męskim towarzystwie lubuje się w rozpowiadaniu „dżoków” (joków), a więc dokładnie anegdotek, historyjek trefnych, które godzinami wałkuje i pęka ze śmiechu nawet z tych, które sam po raz setny i tysiączny opowiada.
Czyta mało, wystarcza mu przerzucanie dzienników, chwycenie nowin sportowych lub giełdowych, a w zamian bardzo starannie wertuje humorystyczne pomysły modnych „kartonistów”. Poza tym żyje zapasami nagromadzonymi w uniwersytecie czy tylko w szkole lub szkółce. I tym jedynie różni się od swoich europejskich odpowiedników, że te zapasy miewa uboższe, a dokładniej bardziej specjalne, więc mniej ciekawe dla ludzi odmiennego powołania.
Jest wytrzymały, rozmiłowany w sprawności fizycznej. Kocha się w sportach, ale sportów sam nie uprawia. Kocha je, bo lubi hazard, bo sport zamienia na grę, na zakłady, na wszelkiego rodzaju totalizatory... Bo nawet na higienicznym a statecznym golfie umie się spłukać do nitki.
Amerykanin jest niezawodnie spadkobiercą awanturnictwa, zawadiackiej energii swych przodków, owych pionierów, owych desperatów, owych poszukiwaczy złota, poszukiwaczy chleba. Jest równocześnie produktem klimatycznych warunków, jest człowiekiem zahartowanym na zmiany temperatury, gotowym każdej chwili na burze, na nawałnice, na trąby powietrzne. Dziesięćkroć razy powalony, wytarzany, podcięty, umie zebrać siły, umie podźwignąć się, umie znów stanąć do zapasów z losem.
Takim jest on, takim jest Amerykanin.
Ona, Amerykanka, ród swój wywodzi wprost od owego bajecznego „Kwiatu Prerii”, pod którego hasłem pierwsi osadnicy zażarte staczali boje.
Dzisiaj, choć przestała być osobliwością, przestała być upragnioną zjawą, zachowała przecież cały swój urok, a co najważniejsze, nie straciła żadnego ze swych dawnych przywilejów.
Niegdyś bożyszcze pustkowia, przedmiot homerycznego współzawodnictwa, nawet kiedy musiała wyrzec się proporcji: jedna kobieta na stu, na pięćdziesięciu, na dziewięciu mężczyzn, jeszcze nie pozwoliła sobie odebrać osiągniętych wpływów.
Te wpływy, te przywileje w znacznej mierze przyczyniły się do wyrobienia w Amerykance samodzielności, energii i pewności siebie.
Wczorajszy „Kwiat Prerii” utracił aksamitne puszki swego dawnego sentymentalizmu, jego słodycz zaprawił kapryśny pieprzyk, czar spojrzenia przejęły stalowe błyski bystrości pojęcia.
Wiotki, delikatny, wrażliwy „Kwiat Prerii” dał życie dorodnej, muskularnej, zwinnej istocie o silnie rozwiniętym poczuciu równości i swej wartości społecznej.
Trzeźwe, pozbawione czułostkowości wychowanie ostateczne wycisnęło piętno. Pod znakiem zdrowia docierają do jej młodego umysłu wskazania życiowe, może niekiedy za mocno, za daleko, może ze szkodą dla pewnych wrażeń czy dla pewnych złud.
Amerykanka jest na swój sposób zalotną i po swojemu strojnisią.
Kocha się w jasnych kolorach. Do czarnych czeluści, zadymionych podwórców fabrycznych rada wędrować w białej, jedwabnej spódniczce, z którą nawet w matuzalowych177 latach nie rada się rozstawać.
Osiemdziesięcioletnia lady amerykańska drepce sobie figlarnie w błękitnych pantofelkach i równie błękitnych muślinach. Nie ma umówionych różnic dla wieku i dostojeństwa. Nie ma żałosnych wdów w szare paski, ani uroczystych mam na bordo, ani filuternych wdówek w czarne krążki, nawet pod oczyma.
Mody paryskie słabo w Ameryce oddziałują. Paraduje w nich plutokracja, stosuje się nieco stan średni, lecz wrażeniowo przeważa krój sportowy, zaprawiony pewnym negliżem, skłonnym do wycięć i podkasań, a bijący zawsze świeżością barw i wytwornością materiałów.
„Twarzowo” Amerykanka przedstawia dwa odrębne typy. Pierwszy, będący zresztą w olbrzymiej mniejszości, daje buzie „au naturel178”, według urody różowe czy pożółkłe, wyblakłe czy spalone na słońcu, a sromające179 się najlżejszego śladu pudru. Drugi typ to twarze pokrywane systematycznie i co chwila powłokami wszelkiego rodzaju kosmetyków. Ten typ „smaruje się” równie często i z większą jeszcze zwinnością niż jakikolwiek inny na świecie.
Zresztą należy pamiętać, że w Ameryce wszystkie kobiety bez różnicy wieku i stanu są zawsze „girlsami”. Wyraz bowiem „girl” (dziewczyna) w obyczajowości amerykańskiej oznacza każdą przedstawicielkę płci niekoniecznie słabszej.
Lecz to niezwykłe uogólnienie sięga głębiej, symbolizuje niejako owo, nieistniejące gdzie indziej, zacieranie różnic między „girlsami”. Gdyż nie tylko kolor sukni odmładza co najstarsze nawet pokolenie dam amerykańskich, ale i cała towarzyska i społeczna obyczajowość równie temu sprzyja.
Amerykanka starzeje się albo bardzo późno, albo wcale. Przestaje chętnie z młodzieżą bodaj z dorosłymi swymi dziećmi, każda rozrywka jest dla niej stosowna, broni się jak najzawzięciej przed godnością matrony — „matronami” w ostatku zwykła nazywać olbrzymie baby pełniące obowiązki dozorczyń w więzieniach amerykańskich.
Amerykanka garnie się chętnie do pracy, widząc w niej dla się podstawę niezależności. Szuka zarobkowania nawet wówczas, kiedy warunki materialne do tego jej nie zmuszają, pożąda, jak to nadmieniliśmy, własnego grosza, dokładniej swobodnego nim szafowania. Jest ambitna, gotowa stanąć w szrankach i spierać się z mężczyzną w najtrudniejszym zawodzie. Umie, co więcej, temuż mężczyźnie dotkliwe zadawać ciosy, wydziera mu całe dziedziny pracy, pobiła go już na miazgę jako nauczycielka, jako profesorka, wypędza go z biur, wypędza z fabryk, wypędza z laboratoriów, wypędza z handlu, dociera nawet do polityki, walczy już o mandaty, o naczelne stanowiska.
Amerykanka goni mężczyznę wykształceniem uniwersyteckim, ściga tak zawzięcie, że na przykład w roku 1927/1928, na dziewięćset tysięcy dziewiętnastu studentów w amerykańskich uniwersytetach i kolegiach, mężczyzn było pięćset sześćdziesiąt trzy tysiące, a kobiet już trzysta pięćdziesiąt sześć tysięcy! A przecież są stany takie, jak Teksas, jak Południowa Karolina, jak Missisipi, w których liczba studentów-kobiet przewyższa liczbę studentów-mężczyzn, są stany, w których kobiety w uniwersytetach i kolegiach stanowią pięćdziesiąt procent, czterdzieści osiem procent, a nigdy mniej czterdziestu.
Amerykanka garnie się do nauki, do wiedzy. Nawet kiedy to czyni dla zadowolenia norm życia towarzyskiego, znacznie przewyższa swoje europejskie siostrzyce. Ona jest główną konsumentką książek i czasopism, ona jest ostoją amerykańskiego ruchu umysłowego.
W tym kierunku nie ma sobie równej. Śpieszy tłumnie nie tylko na popularne wykłady, błyskotliwe prelekcje, ale i na naukowe seanse, i tak nieraz mocne, że Niemkę gotowe by przyprawić o chorobę śpiączki na całe lata, a Francuzkę doprowadzić do histerii.
Amerykanka znosi świetnie najzawilszą strawę naukową, co więcej, pożąda jej, choć często nie dość wyszkolony jej umysł ześlizguje się na zboczach wiedzy ścisłej, przecież to Amerykanki nie zniechęca.
Społecznie Amerykanka przedstawia niezrównanej wartości materiał organizacyjny. Od najmłodszych lat, od ławy szkolnej jest zaprawiona do łączenia się, do zwierania we wspólnie obranym celu.
Ideowo przewyższa mężczyznę. Amerykanin patrzy zazwyczaj w stowarzyszeniu praktycznego zysku, jeżeli nawet nie własnej korzyści, jeżeli nie punktu oparcia w gromadzie, to przynajmniej zabawy, uciechy. Amerykanka natomiast sięga dalej, szuka rozwiązania wszechludzkich zagadnień, szuka nowych dróg, szuka nade wszystko duchowego pokarmu, szuka ich w kole niewieścim, ile że w każdym innym kole czeka ją co najwyżej fokstrot, coctail, partia bridge’a, swawola niefrasobliwych wczasów180.
Amerykanka jest nie tylko miłośniczką literatury, ale i sztuk pięknych w ogóle. On rzuca niekiedy na nie tysiącami dolarów, ale najczęściej dla zadowolenia pychy, najczęściej przez snobizm, przez parweniuszowską chęć posiadania w ogóle tego wszystkiego, co na rynku wszechświatowym zwie się wartością. Ona jedna tylko w Ameryce ją rozumie, ona co najmniej ją odczuwa. Boć ona kształci się ciągle, kształci zawsze, nawet i wówczas, kiedy on już był osiadł na mieliźnie jakowegoś dyplomu, czy zawodowego tytułu, nawet wówczas, kiedy on zdolny jest już, poza „joke’ami”, banalnym droczeniem, rozprawiać jedynie o swym lekarskim, adwokackim czy po prostu rzeźnickim „businessie”.
Amerykanka jest patriotką, silniej oddziałuje na podtrzymanie miłości do Ziemi Washingtona, aniżeli mężczyzna. Takie jedno stowarzyszenie kobiece, jak słynne „Daughters of the American Revolution”, aczkolwiek liczy tylko sto siedemdziesiąt jeden tysięcy członkiń, przechodzi niezawodnie przemożnym swym wpływem nawet potężny „American Legion”, a więc Związek Weteranów Wielkiej Wojny.
Amerykanka nie jest religijna, lecz jest przywiązana do wyznawanej przez się religii, podtrzymuje kongregacje, wypełnia regularnie ławki zborów i świątyń, tworzy, jak zresztą i we wszystkich innych krajach na świecie, siedemdziesiąt pięć procent najgorliwszych parafian.
Lubi pokonywać przeciwności, lubi się nimi jakby odurzać. Nieodrodna córka tych samych warunków klimatycznych, które urabiają Amerykanina, wyróżnia się śród innych kobiet swą odpornością, swą zdolnością do szybkich decyzji, do piorunowego odzyskiwania zachwianej równowagi.
Amerykanka nie znosi drobiazgowości, jest złym materiałem dla domowego kłopotarstwa, nie lubi ręcznych robótek, nie lubi bibelotów, kocha się w haftach, ale wykonywanych na Maderze, gotowa się wystroić w brabanckie koronki, lecz klnie losy, które ją niekiedy zmuszają do przyszycia sobie tasiemki.
Z usposobienia trzeźwa, zimna, chyba w mniej wybrednych sferach i pod wpływem sztucznych podnieceń mniej rozważna, mniej czujna na następstwa.
Taką ją urobiło życie, ku temu pchnęła ją początkowa koedukacja, owo zbliżenie się dziecinne dwu płci, które, o ile żadnej nie wyrządziło szkody, otrzaskało przecież te płcie ze sobą do zbytku, pozbawiło je pewnych iluzji.
Ta koedukacja w dzieciństwie zapoczątkowana trwa w Ameryce i wówczas kiedy młodzież na jednopłciowe podzielona jest uczelnie, ile że trwa w obyczajności, w owym sportowym czy gimnastycznym rozbieraniu się, owym higienicznym umniejszaniu sobie liczby łokci jedwabiu czy bawełny, owym figowym zadawaniu się ze sobą na stadionach, plażach, wycieczkach czy majówkach.
W ten sposób płcie, o ile bez szwanku wytrzymują te próby, dochodzą do pewnego stępienia, zdemagnesowania wzajemnego. Następstwem tego jest aż nazbyt wielkie uniezależnienie młodzieży, aż nazbyt wielka swoboda nie tyle dawana przez rodziców i opiekunów, ile tym rodzicom i opiekunom przemocą wydzierana.
Młodzieniaszek, dorastająca panienka mają mnóstwo swoich własnych spraw i sprawek, do których nikomu, a zwłaszcza domowi rodzinnemu, nic do tego. Swoje własne mają znajomości, swoje własne sympatie, swoje własne zebrania, swoje własne spacery, swoje własne widzimisię.
Ceremonii żadnych, żadnego skrępowania.
Urocza panna Mary zapowiada swoim rodzicom, że tego i tego wieczoru potrzebuje salonu do dyspozycji, gdyż spodziewa się odwiedzin pewnego „boy’a”.
Kto? — Co? — Jak? — To nie należy do rzeczy. Gdyby coś z tego miało wyniknąć, będzie dość czasu na szczegóły. Ważne jedynie, aby salonik był pusty, aby nikt się nie naprzykrzał, nikt nie podsłuchiwał, nie przeszkadzał, bo to jest sprawa uroczej panny Mary, a nie czyja inna.
Na ultimatum ratunku nie ma, poddać się trzeba. Co ma być, to ma być. Lepiej zresztą w saloniku, aniżeli na rozstajnych drogach w jakimś „fordzie” czy między opłotkami.
Większy bodaj niepokój, kiedy urocza panna Mary staranniej się ogarnąwszy i, rzuciwszy roześmiane „bye-bye”, zniknie poza drzwiami wchodowymi181.
Poszła nie wiadomo dokąd, nie wiadomo z kim, a raczej znów wiadomo, że z jakimś „boy’em”.
Urocza panna Mary miewa bowiem bardzo dużo „boys’ów”, z jednym lubi pędzić dziesiątki kilometrów w samochodzie, z drugim lubi chodzić do pływalni, z trzecim na „show” (widowisko), z czwartym do restauracyjki na kolacje, z piątym tylko do „speek-ease” (na pogawędkę do cukierni), a jeszcze z innym na dancing.
„Boys”, a raczej mile widziani przez pannę Mary kawalerowie asystują, zabiegają, nadszarpując sobie w miarę autoramentu mniej lub więcej mocno swe własne dochody.
Panny Mary są wymagające, lubią się bawić, nie lubią oszczędzać, zwłaszcza kiedy obowiązek regulowania rachunków zawsze i tylko jest niedolą kawalera.
Lecz od tych droczeń, jeżeli się tak najłagodniej wyrazić, do ołtarza, do związku małżeńskiego droga daleka. Toć są dopiero czasy kawalerskiego życia, toć są swawole niebezpieczne, ale tylko swawole. Igraszki z amorem rzadko kończą się małżeństwem. To ostatnie zjawia się raczej spoza koliska operacyjnego panny Mary. Niekiedy jako kombinacja rodzinna, niekiedy jako wyjątkowe „coup de foudre”, niekiedy jako trzeźwe wyrachowanie niezawodnych danych.
Posagów w Ameryce nie ma. Co najwyżej wyprawa i odpowiednio do środowiska wielka liczba obowiązkowych prezentów, składanych przez najbliższe grono krewnych i znajomych — co najwyżej jakaś pomoc dla pana młodego w formie korzystniejszej pracy, jakieś współdziałanie ze strony bogatego teścia. Co reszta dopiero po śmierci rodziców, fortuna, i ta wielka, dopiero jako spadek. I tu jeszcze mocne rozgraniczenie tytułu własności.
Bogate dziedziczki i w Ameryce kupują sobie mężów, parweniusze i w Ameryce kupują sobie utytułowanych zięciów — lecz są to przypadki rzadsze, pewnej właściwe sferze, procentowo bardziej okrzyczane, lecz mniej częste aniżeli w Europie.
Na pana młodego spada więc od razu cały ciężar utrzymania domu, ciężar zazwyczaj dotkliwy, ile że taż sama wczorajsza, garnąca się do pracy, do zarobkowania panna — opuszcza ręce... uważa, że od dnia ślubu on, jej towarzysz, jej mąż jest obowiązany myśleć o wszystkich potrzebach. Co więcej, gospodarstwo ją nudzi, męczy, pociąga natomiast dalej życie zewnętrzne, praca społeczna, towarzyskie obowiązki. Nawet w tych uboższych stadłach, kędy Amerykanka godzi się dalej zarobkować, nawet tam gospodarstwo domowe ulega zmechanizowaniu, nawet tam opiera się na rozgrzewaniu puszek z konserwami, nawet tam operuje uproszczeniami, nawet tam wystrzega się zmywania statków182, gotowania, smażenia, prania, wyprawiania kłopotliwych przyjęć — nawet kiedy jest zadość na sługi, to jeszcze dążenie, byle ich mieć jak najmniej, byle się i o nie nie troszczyć.
Mąż powinien pracować, powinien zarabiać i zarabiać stosunkowo wiele. Ona zaś powinna zażywać dolce far niente, jako jego wybranka, jako istota, która mu daje szczęście, która mu przyczynia rozkoszy, umilenia życia.
On co ranka zrywa się kornie, pochłania olbrzymi break-fast, który swędem „baconów” całą wypełnia jadalnię, połyka talerz konfitur, opija się kawą i rwie wprost do „businessu”. Tam, w „businessie” najczęściej około południa przekąska na stojąco i dalsza orka aż do piątej, do szóstej wieczorem, dopiero powrót, niekiedy istna podróż do domowego ogniska.
W ognisku westalka już wystrojona, wymuskana, jeno w ubogiej kondycji decydująca się na przygrzanie jakowejś „puszki” na obiad — a zazwyczaj napraszająca się restauracji, rozrywki, „show”, wieczornej, a bodajby popółnocnej eskapady. W ognisku zatrzęsienie nowin towarzyskich, jakoweś zawiłe dla spracowanego małżonka problematy, co gorsze, niekiedy stosy paczek i żałośniejsze od nich litanie rachunków do zapłacenia.
Dzieci? — Z nimi im wyżej, im bogaciej, im więcej środków na dzieci — tym mniej dzieci.
Ultranowoczesne małżeństwa nie miewają ich wcale — mniej krańcowe zdobywają się na jedno, na dwoje, zacofane dochodzą do trojga. Rezultat stąd opłakany dla statystyki. Na szczęście Ameryka ma jeszcze zadość biedactwa, zadość cudzoziemskich przesądów, które wysypują drobiazgu całymi tuzinami, chronią Ziemię Washingtona przed wyludnieniem.
Harda, ta „nordycka”, ta najlepsza rasa oczywiste bierze cięgi. O tym się nie mówi, natomiast mówi się tak obszernie, tak uczenie o ograniczeniu liczby potomstwa, o uprawnieniu niszczenia płodów, że już postępowi pastorzy zaczynają łaskawie tym teoriom przyświadczać, że nawet w koliskach „obcych”, tych „niezamerykanizowanych” równie niezamerykanizowani „doktorkowie” tysiącami dopuszczają się kryminalnych operacji, z tych operacji nade wszystko żyją...
Więc dzieci? — Owszem, dobrze czasami takie jedno, takich dwoje — jedno takie i drugie takie — stąd niezawodnie nawet miłe rezultaty bywają, godziwe rodu przedłużenie — ale byle nie więcej, bo na tym i figura, i cera, i brak spokoju domowego, i wycofanie się z życia społecznego, i koszt, i turbacje... Słowem, wszystko możliwe byle bez tego piszczącego, żywego następstwa.
I pracują zawzięcie uczone wywody, idą ciągle dociekania społeczne do ataku, prowadzą się nawet, o zgrozo, szperania po Biblii, byle ulżyć cierpiącej ludzkości, byle zaniechać bezmyślnego krzewienia pauperyzmu, byle... piękne a zamożne nade wszystko Amerykanki legalnie upoważnić do wyrzeczenia się według woli macierzyństwa.
Ale to wszystko inne powinno jednak pozostać, powinno już całkowicie przeistoczyć się w znakomity dobór płciowy.
Impet w tym kierunku rwie naprzód. Zjawiają się koncepty w rodzaju małżeństw „na próbę”, małżeństw zakontraktowanych na kilka lat z możnością przedłużenia zawartej umowy — ale podobnoć i całkowicie uroczyste związki małżeńskie przeistaczają się w równie „próbne” eksperymenty.
Sięgnijmy do urzędowych liczb.
A więc nade wszystko obrachunek ogłoszony przez Fundację Milbank Memorial stwierdza, że „bezdzietność” szerzy się w miastach amerykańskich, że na sto zamężnych kobiet, które doszły do lat 49., szesnaście jest bezdzietnych, że śród inteligencji zawodowej bezdzietnych małżeństw jest 18%, śród handlowców 16%, lecz co donioślejsze już 15% śród żon wykwalifikowanych robotników, a 14% śród wyrobników.
Harmonia małżeńska w jednym tylko stanie Illinois, w roku 1925 obliczyła, że na 79 000 małżeństw, okrągłe 13 822 stawało w sądzie rozwodowym, a w roku 1926 spośród 82 529 małżeństw — 14 125 wniosło skargi i te skargi zostały uwzględnione.
I to w jednym stanie Illinois!
Statystyka roku 1929 wykazuje, iż w Stanach Zjednoczonych w ciągu roku sprawozdawczego zawarto 1 232 559 małżeństw — czyli na każde tysiąc mieszkańców 10,1 — oraz, że w tym samym roku sprawozdawczym rozwodów dokonano 201 475 — czyli 1,66 na każdy tysiąc mieszkańców — czyli 16,3% na każde sto zawartych małżeństw.
Są to znamienne liczby, bacząc, że przed laty trzydziestu jeszcze na sto małżeństw rozwodziło się zaledwie siedem.
Prawodawstwa poszczególnych stanów walczą z tą epidemią rozwodową, piętrzą trudności. Aleć są stany, są osiedla, które na przekór tym dążeniom prowadzą rozwodowe przedsiębiorstwa... Takim klasycznym środowiskiem jest miasteczko Reno w stanie Nevada, które przy odpowiednich opłatach najzawilsze rozcina węzły i to w najszybszym tempie. Więc komu pilno, komu sądy niechętne w Indiana czy w Virginii, ten pędzi do Reno, do tego raju rozwodownictwa.
Z tych liczb można by wysnuć, że dobór małżeński w lichych, pomimo tych przedślubnych swobód, odbywa się warunkach, można by pomówić obie płcie o lekkomyślność. Słuszność niewoli do wypomnienia w rzędzie winowajców i prawa ochronne, i przywileje otaczające kobietę.
Pamiętajmy, że Amerykanka posiada nie tylko całkowite równouprawnienie, ale i czerpie z prawa obyczajowego, z prastarego zachowania dla kobiety wiele nieznanych gdzie indziej prerogatyw.
Niektóre z nich warte są naśladowania, jak bodajby prawo niezaprzeczone kobiety do domowego ogniska, do mieszkania, do domku rezydencyjnego, o ile domek ten stanowił własność męża. Nie ma tutaj żadnego podatku spadkowego, żadnego ceremoniału. Mąż odszedł, ona pozostaje, więc włada bezapelacyjnie. Równie bezapelacyjne prawo broni ją przed wydziedziczeniem. Ojcu wolno wydziedziczyć własne dzieci, wolno mu majątek przekazać obcym, wolno nim rozporządzić według upodobania — lecz mężowi nie wolno pokrzywdzić żony.
Natomiast dziatwie nie wolno zapomnieć o rodzicach, nie wolno matki porzucić na łaskę losu. Muszą zapewnić utrzymanie rodzicom, muszą je zagwarantować według skali własnego życia, własnych dochodów. W przeciwnym razie krom183 grzywien grozi im nawet więzienie... Gdyż jest to nie jałmużna, nie akt „dobrego” serca, lecz jeden z najkardynalniejszych obowiązków.
Życie na wiarę albo tak zwane „małżeństwo obyczajowe”, a więc jak mówią prawodawcy amerykańscy „bez licencji i bez dokonania jakiegokolwiek ceremoniału” przez większość stanów już po roku automatycznie zamienia się w legalny związek.
Niemniej ostre prawa chronią kobietę przed zwykłym uwodzicielstwem, pozwalają dochodzić nie tylko ojcostwa, ale nawet ekwiwalentu z racji zbyt daleko posuniętego zbliżenia.
Gorze184 młodzieńcowi, który zagalopował się zbytnio w uczuciach dla przebiegłej kusicielki, który nagwazdał w ognistym liściku zbyt wiele o miłości lub pieściwych nadużył słówek.
Już po nim.
Do sądu wjeżdża sążnisty akt oskarżenia o zbrodnię wielką, bo o „broken hart” — o tak popularne w Ameryce „złamanie serca”...
Za to „złamane serce” należy płacić bardzo słono, za „złamane serce”, za zawiedzioną miłość trzeba równowartość wyliczać w gotówce i nie według ceny rynkowej tego „serca”, które bardzo często nawet zadrapane nie zostało, lecz według zamożności obżałowanego.
Więc z tej uczciwej w zasadzie sprawiedliwości szerokie pole do chwytania w sidła nieopatrznych dudków, istne polowanie na alimenty, zwłaszcza, że te alimenty sędzia amerykański przyznaje i bez... dziecka i bez żadnego dokumentu pokrzywdzenia.
Stąd zawiera się wiele małżeństw ze strachu, pod grozą procesu, który zawsze jest przykrzejszym od rozwodu, co gorsze, kosztowniejszym.
Lecz kto wie, czyli185 nie najgorliwszym krzewicielem rwania węzłów małżeńskich jest wielka nieobyczajność prasy amerykańskiej, nieprzystojność procedury sądowej.
Rozwody toczą się jawnie, przy drzwiach otwartych, w obliczu natłoczonych sal, a przebieg rozpraw sądowych do żadnej nie zobowiązuje dyskrecji...
Mało skrupulatne dziennikarstwo znajduje kopalnie skandalu nawet czasu największej posuchy na ciekawostki, na nowiny, na osobliwe zdarzenia.
Męty pienią się, publiczność chłonie padlinowe wyziewy, dostojny sędzia sili się na kwakierskie dowcipy, poczubione stadła uczą się, wzorują, nabierają odwagi...
Skandal rozwodowy zamienia się w piedestał. W tysiącu naraz gazetach portrety rozwiewnej damy, ofiary brutala, dźwigającej podobno na swej delikatnej powłoce fioletowy ślad srogiego uszczypnięcia przez sinobrode zakusy niecnego małżonka. Oto on, człek ponurego wejrzenia, tak z pozoru wiotki, wątły, a przecież jakiż niesłychany niewiast pożerca!
I pieśń gminna amerykańska zatacza coraz szersze kręgi. Rozwiewna dama dostaje tysiące listów pełnych przysiąg — inne tysiące równie impetycznych listów spadają na srogiego pożercę, aby głodu nie zaznał.
I stąd przecież jest sława i rozgłos, i reklama olbrzymia, boć i w tych świństewkach małżeńskich nawet gwiazdy filmowe amerykańskie znajdują dla się niewyczerpane krynice do umacniania swej popularności, do zdobywania „recordów”.
Podczas186 amerykański Salomon wpada na godzicielskie187 pomysły. Skazuje na przykład uroczyście małżonka, aby pod grozą więzienia całował swą lepszą połowę rano i wieczorem lub, na przykład, prowadził ją raz na tydzień do kina; niekiedy vice versa niesforną żonę przymusza, aby co najmniej trzy razy na miesiąc przygotowywała mężowi ulubioną peklowinę z kapustą... Nie przystoi bowiem, żeby głowa rodziny do tak rzewnych przywiedziona została utyskiwań...
Ameryka pęka ze śmiechu. „Dobry” sędzia zaczyna wierzyć w swe posłannictwo na tej ziemi. Skłóceni małżonkowie przenoszą się do innego powiatu, znajdują żwawsze punkty do rozwodu.
Prawodawstwo amerykańskie w swym kulcie dla kobiety usiłuje ją chronić wszelkimi siłami przed upadkiem. Prostytucję tępi zawzięcie, obie strony stawia pod pręgierzem. Lekkomyślne dziewczęta zamyka w domach poprawy, czyli doszczętnego zepsucia, do więzień ładuje rozpustników, gromy potępienia rzuca w każdy objaw rozwiązłości i w rezultacie nie ustępuje w niczym żadnemu z krajów europejskich, a raczej ma jeno więcej praw, więcej nadużyć, więcej sposobności do szantażu i więcej hipokryzji.
Poza tym żadna inna pociecha dla cnoty.
Nie ma przeklętych „domów”, ale w zamian jest tysiące kabaretów i kabarecików, w których rozebrane do niemożliwości „artystki” krążą wśród widzów, przyczyniają się do podniecenia temperatury. Są dziesiątki tysięcy rozmaitego pokroju dancingów, „speekeas’ów”, kawiarni, lodziarni, jadłodajni, bud, ogródków, spelunek wypełnianych o pewnej porze czułymi parami „sweethartów”, a między nimi aż nadto zastraszający procent takich „słodkosercych” relacji, które zadzierzgnięte o słońca zachodzie rozwiewać się zwykły w mgłach poranka.
Pruderia amerykańska udaremnia wszelkimi sposobami dostęp młodym parom do zaciszy. Strzeże parków, nie zezwala na separatki, kamienuje domy schadzek, trzyma w ryzie hotele...
Jakoż hotele w Ameryce są tylko dla podróżnych, tylko dla ludzi zjawiających się z bagażami, a więc niezawodnie przejezdnych. Taki „bagaż” można często nawet w gmachu hotelowym nabyć za jednego dolara... Będzie to wprawdzie papierowy kuferek, jakiś „ersatz188” torebki, zawierającej w środku dwie szczoteczki do zębów i odrobinę pachnidła, ale będzie to talizman, dzięki któremu zjawiająca się parka będzie powitana z całym szacunkiem należnym dobranemu stadłu.
Jedyne w tej bagażowej kombinacji niebezpieczeństwo, że gdyby udało się nadobnej Miss Mary udowodnić, że tego i tego dnia, w tym i w tym hotelu była zapisana przez pana Franka jako jego małżonka, to bez względu na wszystkie przygody, jakich zaznała dotychczas nadobna Miss Mary — Mister Frank mógłby wpaść na grube odszkodowanie.
Lecz Mister Franka przed tymi ostatecznościami broni nieświadomość nadobnej Miss Mary, która, szczególniej jeżeli wywodzi się ze świeżego pokładu emigracji, bywa w Stanach Zjednoczonych równie bezbronna jak Murzynka, równie wyzyskiwana jak wyrzucona na brzegi brazylijskie biała niewolnica.
Nadzieje pokładane przez moralizatorów amerykańskich, że prohibicja alkoholowa przyczyni się do powściągnięcia rozpustnictwa zawiodły całkowicie.
Wprawdzie dzisiaj w Stanach Zjednoczonych rzadziej można oglądać w wytwornej restauracji podchmielone damy, lecz w zamian wszelkiego rodzaju podfruwajki, aż do studentek uniwersytetu włącznie, bez flakonika z wódką w torebce nie wyruszają na teren operacyjny, na żwawszą studencką uciechę.
Nie większe święci triumfy ostra cenzura obrazów migawkowych, która bez ceremonii nie pozwala Otellowi zadusić Desdemonę lub która wszelką drastyczność ogranicza do tego typowego filmowego, półminutowanego, całunkowego amerykańskiego wpijania się.
Życie drwi sobie z tej pruderii, z hipokryzji obyczajowej, wpada w większe jeszcze rozpętanie.
Trudno bodaj sobie wyobrazić w Europie samochód wypełniony dziewięćdziesięciopięcioprocentowymi golasami płci obojga, szorujący w biały dzień poprzez ludne ulice Bostonu ku brzegom morza. Trudno sobie wyobrazić taki samochód zajeżdżający bez ceremonii na plażę i wysypujący ze śmiechem nagi swój ładunek lub równie nagi i mokry zabierający z powrotem na wielokilometrową podróż do domu „rodzinnego” na małą przekąskę, bo w ogóle trudno sobie wyobrazić nowoczesną Fryne amerykańską wchodzącą do salonu w kilku zaledwie przepaskach i tak sobie niby „do rosołu” kąpielowego obchodzącą uprzejmie całe wystrojone towarzystwo.
Ubolewają nad tym wszystkim moraliści czy zawodowi moralizatorowie, utyskują ludzie dawnego pokroju, rozbrzmiewa smętnie odwieczna piosenka o młodzieży, która się „klasycyzmu zrzekła”.
Młode pokolenie zbywa się jak zawsze „przesądów”.
Tym łatwiej mu to przychodzi, że i to starsze wpada niekiedy w tempo jazzu i równie zapamiętale rade wytrząsać swe pobielałe głowy i nadwątlone szkielety.
Na „old people” nie zwraca się większej uwagi niż na swoich „starych” w Europie. Młodzi, jako niegdyś, chcą mieć zawsze własne doświadczenia, gardzą cudzym, w ogólnej sumie tyle słuszności po ich stronie, że, jeżeli zaczyna być znów inaczej, to nie lepiej niż wczoraj, ale i nie gorzej.
Zresztą należy się strzec wszelkich w tym kierunku uogólnień i mocniej w Ameryce niż gdziekolwiek.
Stany Zjednoczone przedstawiają, jak było powiedziane, ciągle jeszcze niestopioną, niejednolitą masę ras i narodów, na czele których kroczy już pewien wyraźny typ, ale i to nierównomiernie, bo kroczy poprzez kontynent olbrzymi, stwarzający sam przez się różne warunki bytowania, a więc i różną obyczajowość.
W puszczach Arizony ideałem jest po dawnemu rycerski „cowboy”, więc dokładnie „krowi chłopiec”, a ściślej mówiąc, pastuch, w Nowej Anglii doktor filozofii, w nowożytnym Bethleem dyrektor stalowni, zgarniający rocznie około ośmiuset tysięcy dolarów, w Hollywoodzie genialna „flapperka”, z fotogenicznej „facetki” wystrzelająca na filmową gwiazdę, w Nowym Jorku „daktylo”, która choć w procencie jeden na sto tysięcy, a przecież umie zadławić multimilionera, a w Waszyngtonie działaczka niewoląca do posłuchu senatorskie karki.
A więc strzec się należy uogólnień, strzec przejaskrawień, nie poczytywać tego za amerykańskie, co ciągle jeszcze jest niemieckie, irlandzkie, włoskie, angielskie, obce.
Home, sweet home, czyli o domowego ogniska słodyczy
„Home, sweet home” — więc prastara piosenka anglosaska, zrywająca się po dziś dzień nawet poprzez skowyk wielkich metropolii amerykańskich, więc jakby kołysanka rozlewna, kojąca smętkiem powieści o „słodyczy domowego ogniska”.
Każdemu Amerykaninowi przywodzi ona półmrok zapadającego wieczoru, żwawe na kominku płonących szczap pyrchanie, lekki poszmer kołowrotka, przytłumiony głos starczej postaci pochylonej nad rozwartą Biblią — przywodzi ów pogwar niefrasobliwy, owo patriarchalnej rodziny ciche podziewanie, przywodzi czasy odległe, dawne czasy, czasy purytańskie, czasy kwakierskich cnót, czasy pionierskich zmagań, którym jedyną radością, jedyną otuchą, jedynym ukojeniem było domowe ognisko.
Zmienił się świat, nowe narosły, nowe przywędrowały pokolenia, a pomimo wszystko kult dla tego ogniska w Ameryce jest ponoć silniejszy, kto wie, czy nie głębszy aniżeli w każdym innym zakątku ziemskiego globu. Czyli w tym kulcie pokutują jakoweś odwieczne mary, ukazują się widma, brzmią echa, porzuconej niegdyś pierwszej ojczyzny, wypomnienia „starego kraju”, czyli jeno obyczaj tak mocno wgryzł się w nową społeczność, dość że trwa, że stawi czoło praktyczności, skręca i zimną rachubę, i trzpiotom przyczynia zadumy.
Bodaj z tego kultu wywodzi się w Ameryce ów żywiołowy pęd, który przed szeregiem lat nawet mieszczuchów przejął tak gorącym pragnieniem posiadania już nie mieszkania dostatniego, lecz własnego domku, własnej rezydencji, własnej siedziby, wolnej od udręk nowoczesnych karawan-serajów, a natomiast wystrojonej we wszelkie cechy tego ukochanego ogniska.
Jakoż wszystkie, i te co największe miasta amerykańskie, i te nikłe, drobne osady rozpostarły jakby skrzydła, dziesięćkroć niekiedy powiększyły swe obszary, strojąc się w nieskończone aleje dworków, dworeczków, pałacyków, niekiedy prawie zamków srogich. Rozmach środków komunikacji dodał temu ruchowi impetu. Stany Zjednoczone posiadły nieznany gdzie indziej zbytek, niepojętą gdzie indziej zamożność.
W murach wielkomiejskich, w kamienicach ponurych zostali jeno bezsilni, jeno odosobieńcy, pojedynkowie społeczni. Kto żwawszy, zabiegliwszy ten pod własnym osiadał dachem, bodajby własnymi dźwignięty rękoma. I nie bogacz jeno, nie burżuj, nie geszefciarz, ale i robociarz, i trudu powszedniego skazaniec, i ten maluczki człeczyna, i ten niezdara.
I dzisiaj jeszcze, i dzisiaj można jechać i jechać tysiącami kilometrów wystrojonych w piękne pasma siedzib, zielenią spowitych, schludnych, zalotnych niemal w swej oprawie.
Dopieroż w tych domach, w tych rezydencjach, w tych dworkach...
Chodzić z kąta w kąt a dziwować się pomysłowości urządzenia, wygodom, przezorności, nowoczesności. Toć tu wszystko zrealizowane, wprowadzone, ziszczone to wszystko, co ówdzie roi się jeszcze po mądrych głowach, iskrzy w bystrych umysłach, o czym ówdzie powiada się jeszcze jako o tym, co przyjdzie, co nadchodzi, co się zaczyna niezawodnie...
Domek amerykański już to posiada i nie od wczoraj.
Wystawmy189 sobie rezydencję dwunastopokojową, okoloną kawałem ogródka, z całym ciężarem pamiętania nawet o chodniku, o cerberskich obowiązkach i rezydencję bez sługi lub, co za luksus, przy jednej słudze strojnej w jedwabne pończoszki i pełniącej obowiązki przez osiem godzin dziennie, a resztę czasu poświęcającej spoczynkowi i własnym sprawom, śród których „kino” i „dancing” poważne zajmują miejsce.
Jakże sobie ludzie poczynają? — Jakże taka „Kasia” czy „Marysia” amerykańska zdolna sobie poradzić z takim olbrzymem, wypchanym w dodatku pięciorgiem, a choćby i trojgiem „państwa”?
Ano „Kasia” przeważnie pogwizduje wesoło, jeszcze weselej pogwizduje „Marysia” i ciułają pieniąchy na nowe stroje, nowe uciechy. Gospodarstwo idzie samo, leci, samo się robi... samo się prztyka...
Tu się pociśnie, tam odkręci, tu nastawi, tam zadzwoni i gotowe.
Elektryczność, ogrzewanie centralne, gorąca woda w dzień i w nocy, pralnia mechaniczna, kuchnia istna poezja białości. Do kuchni elektryczne palenisko, kiedy nie elektryczne to gazowe, jak nie gazowe to naftowy automat, za pociśnięciem deska do prasowania wysuwa się ze ściany, odkurzacze elektryczne, elektryczne maszynki robią wafle, pieką sucharki, ogrzewają obolałe brzuszki, zapalają cygara i papierosy, pochłaniają dym w zadymionych tytoniem pokojach, rozpalają żelazka, gotowe kręcić lody, zawijać panienkom filuterne „acrochecoery” nad uszkami, strzyc na jeża trawnikowe dywany, pompować w piwnicy wodę studzienną, źródlaną, masować nazbyt raptownie puchnące damy, fabrykować w lodowni potrzebną ilość lodu i utrzymywać temperaturę marznięcia.
Żadnej męki, żadnego wysiłku. Tu zmywalnie, szereg zmywalni, nieledwie samomyjskich, tu obsączarnia. Dość tknąć, już naczynia piękne, lśniące. Nigdzie sadzy, nigdzie kopciu. Chłodno w mieszkaniu — starczy sprawdzić na zegarku ciepłomierskim i nastawić wskazówkę. Starczy ją ruszyć, a już hen, na dole, w palenisku, zadudniło, „cugi” się zerwały wietrzne i już ciepełko promieniuje z „harmonijek” ogrzewalskich.
Do miasta z koszyczkiem? Chyba samochodem po znaczniejsze zakupy, inaczej jest telefon magiczny... Dość zawołać i już jest, jakby spod ziemi i rzeźnik, i piekarz, i mleczarz, i handlarz wiktuałów, czyli z polska po amerykańsku „grosernik” — a z nim razem wszystko co trzeba przywiezione, dostarczone i najczęściej gotowe... Byle zważać na markę fabryczną, a można bez zachodu, bez zaduchu... dobrać się do najsmakowitszej kapusty ze świńskim ogonkiem czy z poważniejszą częścią świńskiej istoty, do jesiotra w pomidorowym sosie lub do pomidorów w wołowej omaście.
Jeden chyba kłopot, bo pani lubi sama robić „cukierki” i mieszać „devil-food”, czyli diabelski tort (jedyne zachowanie amerykańskie dla tego brzydala), a więc ambaras z obsychającą czekoladową masą.
Poza tym, jedwabne życie w takim domku, bo i telegram telefonem wysłany, i nieporozumienie podatkowe z „fiskusem” telefonem załatwione, i skarga telefoniczna na służbę drogową uwzględniona!
Pokoje widne, przestronne, obrazów i obrazików jak najmniej, chyba u dziwaków albo u milionerów. „Obżedarów” ani poświeć, skorupek, fidrygałek, farfurek, porcelanek, szkiełek, serwantek, etażerek, półeczek, pamiąteczek „ani-ani”... serweteczek, szydełkowych pajęczyn, firaneczek, wisiorków ozdobnych, poobtłukiwanych figurynek nie poświeć.
Wszystko masywne, „dychtowane”, akuratne, zamaszyste, przytulne, ale proste. Owszem nie tylko skóra, ryps, ale plusze jedwabne — lecz gładko obciągane z reguły, nigdy tych pikowań w różyczki, nigdzie zdradliwych zakładek. Jak spluwaczka — to rzekłbyś urna półmetrowa, mosiężna, roztruchan190 niesamowity.
Żadnych szaf europejskich, tego nagrobkowego stylu potworów wypełniających izdebki, żadnych wieszaków po kątach, żadnych „komód”, tak mało doprawdy „commode191”, nawet w murach żadnych schowanek na składy rupieci i kurzu.
W zamian w każdym domu widne, szczelnie zamknięte garderoby z całym aparatem „wieszalnym”, z oszklonymi szafeczkami na kapelusze, na obuwie, w zamian widne bieliźniarki, w zamian w przedpokoju oświetlające się automatycznie schowanko na palta, kalosze i parasole przybywających gości...
Żadnej krętaniny, bieganiny, jak najmniej dreptania, dźwigania...
Zajeżdża zapas węgla przed domek, przed dworek, przed pałacyk, otwiera klapę na zewnątrz domu do szerokiej rury idącej pochyło192 wprost do zagrody piwnicznej przed paleniskiem i zakłada sobie blaszaną rynnę. Ta rynna opiera się we wgłębieniu rury... I oto węglarz spycha sobie całe dwie tony węgla w ciągu kilku minut...
Bieliznę do pralni mieszczącej się w suterenie? — Ależ w pokoju sypialnym jest klapa — wystarczy ją podnieść — brudna bielizna spadnie od razu do kosza w zamkniętej komorze tuż przy pralni.
Sadze? — Kominiarze? — Stare przesądy. Kominy są na schwał, kiedy grymaszą, starczy jeden egzemplarz świątecznego „New Jork Heralda” na zapalenie sadzy i wypalenie ich radykalne.
Jedyna turbacja — dywany, owe amerykańskie „carpety”, upodobanie do kobierców i to nie tylko do przednich amerykańskich, jak „axminstery”, ale i do perskich, tureckich, arabskich, kabardyńskich, bodajby do czerwonoskórych. No i jedyny kłopot większy z sakramentalnym kominkiem...
Kominek prastary, odwieczny musi być. Przy tym im klasyczniej obmurowany surową cegłą, im bardziej przypominający owo prymitywne palenisko, im w czeluści swej przepastniejszy, tym większy splendor, większa domu dostojność.
Owóż ten kominek wymaga żeru, szczap, nieraz mięsistych kłód drzewa, wymaga trudu...
Nie żałują mu go nigdy, nie żałują ani podczas przejmującej zamieci, ani podczas rozhulanego boreasza, ani podczas śmielszego podmuchu wiosennego. Kominki płoną, goreją wszędy. Bez ich migotliwych błysków nie ma dostatniego przyjęcia, nie ma zebrania, nie ma raźniejszej atmosfery.
Ogień na kominku być musi.
Kiedy do szczap daleko, kiedy w miejskim kotłowisku trudno o kominku pamiętać, wówczas dla ocalenia nastroju umieszcza się w otworze kominka... imitację bierwion z azbestu... i puszcza się dokoła nich płomyki gazu... byle się na kominku ćmiło, byle się tliło, byle coś się kopciło.
A łazienki? — A pokoje toaletowe, no a... „ten”?...
Czyliż potrzeba się rozwodzić?
Wanien jest tyle, że mniej z nimi otrzaskane obywatelki przechowują w nich kartofle... a toalet różnorodnych i owych „ten” jest w każdym domku i na każdym pięterku, i w każdym sposobniejszym uboczu tyle, aby było i dla pani, i dla pana, i dla dzieci, i dla służby, a i dla gości — taka bowiem w Stanach Zjednoczonych moda się pleni, że już po jednogodzinnej wizycie trzeba gościa prowadzać niby dwuletniego Jasia lub trzyletnią Lusię...
Okres tego impetu do własnych domków, do własnych chatynek był podobnoć najwdzięczniejszy, najpiękniejszy, najpomyślniejszy.
Ludzie ławą szli za tym prądem. Każdy ciułał, od ust sobie odejmował, byle się dochrapać skrawka własnej ziemi, byle zręby własnego dźwignąć domostwa.
Businessiści poszli prądowi na rękę.
Wyskoczyły niby spod ziemi banki „realnościowe”, pożyczkowo-budowlane, narodziły się przedsiębiorstwa potężne, zamieniające podmiejskie rozsypiska w parki i ogrody i w tych parkach i ogrodach wznoszące gotowe rezydencje i rezydencyjki na sprzedaż za byle dolarki, za cenę zwykłego komornego, za byle procencik, za takie raty, które w ciągu tylu i tylu lat cherlaka lokatora, bez bólu i wysiłku przekuwały na posiedziciela193, fortuny lizusa.
Kredyt święcił był194 triumfy, doszedł był do tak bajecznych plonów, że gdyby i teraz, po tylu latach, zrachować liczby, hipoteki, niespłacone pożyczki, to jeszcze i teraz zaledwie jedna trzecia część wartości należy do nominalnych właścicieli — a dwie trzecie tkwi wytrwale w kieszeniach i kasach cudzych, milionerskich...
Lecz cóż tam obdłużenie takie czy owakie! Najważniejsza195, że ludzie dochodzili do własnych nad głową dachów, że, przywiązując się do tych swoich dworków, do grządek w ogródku, do ścieżynek własną gracowanych ręką, powiększali zastępy obywateli statecznych, osiedziałych, nieskorych na eksperymenty społeczne, na ideowe spazmy. Najważniejsza, że trwał ruch budowlany, fabryczny, że dolary nie próżnowały, zataczały w swym biegu rozległe koliska.
Dopieroż jeszcze, kiedy domek już wymuskany, gotowy, dopieroż nowe zagospodarowanie, przenosiny, dopieroż z nimi radość pożądania, radość nasycenia, bo i to jeszcze trzeba, i tamto, i owo, i jeszcze, i jeszcze, bo wszystko zamarzone196 pod ręką, tuż, za bezcen, za centy prawie...
Nowe meble, kobierczyki, wspaniałe lampy i lampiony, a tedy owe kunsztowne majstersztyki ciszę domowego ogniska umilające.
Więc fortepiany nakręcane czyli elektryczne samograjskie, różne „pianole”, „victrole”, czyli197 wprost gramofonowe „Edisony”.
Na zawołanie, co kto chce. Wstaje z grobu Caruso, mizdrzy się, chyba co najwyżej z czyśćca, Adelina Patti, rzępoli sobie na umór Pablo Sarassate, najsławniejsi muzykanci, wirtuozi, śpiewacy, deklamatorzy, Metternichy nawet, każdej chwili gotowi do popisów, do zachwycenia amerykańskich domeczków. Nareszcie i radio potężne, po całym świecie hulające i to co pół roku nowe, co pół roku lepsze, potężniejsze, sięgające za góry, za morza, za oceany...
A w tym wszystkim hasło, aby za postępem iść, za nakazem dnia. Więc piękne współzawodnictwo, aby się nie dać wyprzedzić nikomu czy to w narcyzach, czy gladiolusach, czy w sile radiofońskiej, czy doborze grających płytek.
I cały ten byt i dobrobyt, niesłychaną, niepojętą dla innych możność i zamożność siedzib osiągało się za jednego, co najwyżej pięć dolarów z góry.
Wypłaty i raty... Najczęściej cotygodniowe i za elektrycznego „perkolatora198” do kawy, i za kryształy do świeczników, i za onego Carusa, nawet za pierścionek dla narzeczonej, nawet za weselne śniadanie, nawet za pogrzeb babci Eleonory.
Nie dajmy się przecież utyskiwaniom na... raty — ciekawsze tłoczą się sprawy!
Zważmy na skrobidolarków, zamożnisiów, na piecuchów złotolitych amerykańskich.
Tu dopiero istna licytacja, kto piękniejszą zbuduje rezydencję, kto kosztowniejszą, kto na zawrotniejsze wpadnie koncepty, kto kogo olśni, zachwyci, zgasi.
Temu na kawałku nadhudsońskiego ugoru, niby imć panu Twardowskiemu sam „kusy” — huknie, gwizdnie, brząknie workiem raz, drugi, trzeci... i oto na ugorze park wyrasta. Stuletnie dęby wloką się doń nocami na potwornych wozach, „konifery199” nowe życie od pięćdziesiątki zaczynają, klony, buki, jawory, brzozy osobliwe, krzewy co najrzadsze, wszystko się to w esy i floresy ustawia i już kwitnie, już się wdzięczy do strumieni, stawów i wodospadów, już się rozsiada, jakby ojczyznę pod korzeniami w butach nosiło.
Tam obok włoskie cudo, żywcem po kawałeczku zwiezione gdzieś spod Florencji — tam znów szwedzkiego rycerstwa rodzoniuteńki ostróg na skale — dalej Grecja z całym Olimpem, ówdzie wspaniałości Rockefellerskie, bogactwa niesłychane... aleć w pobliżu wstęgi szyn kolejowych... Przykre sąsiedztwo. Tu ptaszkowie świergolą czyli200 droczące się damy, tu nababski201 głos raczy coś pod nosem mamrotać ku biedniejszych zbudowaniu... a tu wypada ze zgrzytem, sapaniem a łomotaniem pospolity włóczykij kolejarski i gasi wrażenie, ogłusza, aroganckim dymem sapie, dmucha bezczelnie w czerwone arkady magnackiego „rosarium202”...
— Panie... Kolej! — Bierz pan dwa miliony i wynoś pan mi się precz ze swoim nieprzystojnym gospodarstwem!...
Za mało dwa miliony? — Więc cztery, dziesięć, dwadzieścia pięć. Mniejsza ile — miliony same się mnożą.
Latami szły te zawody.
Jeden nieboszczkę Semiramidę wiszącymi ogrodami zapędzał w kozi róg, drugi wersalskie rozpościerał partery a wystrzygiwał całe lasy jeszcze kunsztowniej aniżeli słynny Le Notre, trzeci kopiował renesans, czwarty lubował się w angielskim stylu, niby w „rosbeafie” na krwawo, piąty czynił jako ongiś w Grenadzie, ten się sadził na kolumny, na marmury, na attyki, ów z okrąglaków zbijał przybytek niesamowity, istną diany siedzibę.
Aż ten prąd nagle się zachłysnął, zwolniał.
Przyczyn było mnóstwo i ważkich.
Najpierwszą z nich i tą najpopularniejszą stał się automobil. Ten sam automobil, który w zaraniu swego żywota tak mocno przyczynił się do zaludnienia okolic podmiejskich... Tak, każdy zaczął go pożądać, każdy go mieć pragnął i to coraz sprawniejszy, piękniejszy...
Człek skromny stanął był nagle wobec problematu — automobil czyli203 domek?
„Matce” taka wątpliwość wcale się nie widziała — większość głosów młodzieży jednak była zawsze po stronie ojca.
Duża pociecha z chatynki, ileż jednak zadowolenia z owej jazdy po świecie, z owego rwania przy lada sposobności naprzód... Wszyscy teraz jeżdżą — trzeba jako wszyscy...
I samochody jęły w Ameryce osłabiać ruch budowlany, parcele traciły na wartości.
Na przeciwnym krańcu, śród tych, których stać było i na dom, i na samochód, niechęć ku rezydencjom z innych znów narodziła się racji.
Własność? — Niezawodnie, jeżeli idzie o sezonowe przebywanie, o upał w zimie czy też o północny wietrzyk w lecie. Więc posiadłość z dala od ludzi, śród gór, lasów, nawet przystoi niekiedy zabawić się na sielsko, choćby wyjeżdżać na własną wysepkę na urocze „Tausend Islands” lub choćby osiadać między tysiącem jezior w Minnesocie. Ale rezydencje podmiejskie lub całkowicie miejskie toć doprawdy raczej utrapienie.
Trzeba myśleć o wszystkim, trzeba pamiętać o tylu naraz drobiazgach, szczegółach, obligacjach podatkowych, remontach, a o dobrą służbę coraz trudniej. Za pieniądze nawet nie zawsze można dostać znośnego kucharza, a cóż dopiero oddaną pokojową lub kamerdynera, który by nie był ptakiem przelotnym. Życie towarzyskie coraz zawilsze stawi wymagania, a własna rezydencja jeszcze bardziej je komplikuje.
Kędy204 liczna rodzina — oczywiście nie ma rady — lecz oto dwoje ludzi tylko. Cóż im z tego dworu, z tej głuszy komnat, z tej wystrojonej pustki? Lato spędza się w Europie, jesień w White Sulphur Springs, zimę na Florydzie lub w Kalifornii, a wszelkie święta i uroczystości w tym czy innym „Majesticu”. Cóż tedy ta własna rezydencja?
Więc i na tym krańcu nastąpiło zobojętnienie, ustało sadzenie się na mieszkaniowe wspaniałości.
I w ostatku zaczęła się toczyć powrotna fala, nade wszystko ta górna, ta przodująca innym.
Miasta na zawołanie wystrzeliły domami „apartamentowymi” — prawie że pałacami wyposażonymi w jeszcze doskonalsze aniżeli dotychczas udogodnienia, których zasadniczym sensem było i jest ograniczenie do minimum kłopotów wynikających z prowadzenia gospodarstwa.
Wreszcie „domy apartamentowe” przeistaczały się jakby w hotele, a hotele w kamienice dochodowe... otwierając na ścieżaj wrota przed powrotną falą.
Cóż bo dogodniejszego na świecie ponad ten przeolbrzymi, tysiącokienny gmach tworzący jakby główny ośrodek życia wielkomiejskiego, cóż bardziej wytwornego aniżeli nowoczesny hotel amerykański...
Wszystkie troski, wszystkie małostkowości powszednie rozwiane, żadnych perypetii ze służbą, żadnych w stosunku do niej obligacji, żadnych drobiazgowych mitręg.
Oto wspaniały apartament gotowy, umeblowany według fantazji lokatora, zdobny, jeżeli zapragnie jego własnymi drobiazgami, a obocześnie205 zbrojny całym najwyszukańszym wykwintem...
Stylowy, arystokratyczny „maitre d’hotel” troszczy się zawsze o smak, o dobór potraw, o przepych zastawy, o najmniejszy pyłek, o byle zmarszczkę na pluszach i aksamitach. Wszystko ciągle i równie nieskazitelne, niepokalane, natychmiast zmieniane w razie najmniejszej skazy zużycia.
Usługa błyskawiczna. Dziesięciu lokai na skinienie, dziesięć panien służebnych. Fryzjerzy najsławniejsi, manikiurzystki, masażyści, prasowacze, praczki, krawcy, szwaczki o każdej porze dnia i nocy. Na zawołanie bilety do teatrów, samochody, liberia, poczta, telegraf, radio, automaty wprost z giełdy i agenci giełdowi, komunikaty sportowe, polityczne, fale ostatnich nowin z towarzystwa... O niczym nie potrzeba myśleć, wystarczy tylko chcieć. Obiad na dwadzieścia osób, lekka przekąska na trzy czy „five206” na pięćdziesiąt... Nie dość przestworu w apartamencie? — Więc tryska kandelabrami „złota sala” — „mauretańska” — „biała” — „błękitna”... Cała amfilada „recepcyjnych” komnat do dyspozycji... lokatora...
Jedyna kwestia — oczywiście rachunek. — Siedem, dziesięć, dwadzieścia tysięcy dolarów miesięcznie... Głupstwo. — Lecz spokój, wolna głowa, a co najpierwsze, najważniejsze brak, brak tego wdawania się, przekomarzania z dziesiątkami ludzi, z nieznośną służbą, coraz bardziej naprzykrzoną, coraz dokuczliwszą....
Tutaj wszystko na głowie hotelu, nawet troska i o to, aby na chwilę znudzenia był tuż w jego labiryncie i koncert nad koncertami, i jazz nad jazzami, i odczyt naukowy, i zjazd ciekawy, i wytwornego towarzystwa zabawa, no i żeby byle kto się nie wmieszał, nie zabłąkał jakowyś parweniusz niezdolny sprostać sumą rocznego dochodu.
Hotel musi pamiętać i pamięta o wszystkim, nawet o porzuconych bezładnie na toalecie klejnotach, nawet o więdnących kwiatach w salonie, nawet o wypalonej cygarem serwecie adamaszkowej.
Cóż za wspaniała instytucja taki pierwszorzędny „family-hotel” — cóż za kwintesencja groszoróbskiego samolubstwa, cóż za forma przewspaniała bezimiennego niewolnictwa...
Dopieroż wyruszyć w stronę pięknych krajobrazów, modnych uzdrowisk, arystokratycznych plaży. Toć jeszcze większy przepych, jeszcze bajeczniejsze urządzenia, bo teraz i obszary do wyłącznej dyspozycji, golfy, tenisy, pływalnie, stajnie koni wierzchowych, pałace „bridge’owe”, tajemnicze gabinety, materacami wyściełane do pokera, do hazardziku, do bardziej „krzykliwych” uciech...
Rozkoszne hotele.
Lecz i te zwykłe, te powszednie, te za dwa, za trzy czy za pięć dolarów dziennie za pokój istotnie w niepojęte wyposażone przymioty.
Ceny zawsze jednakowe i pokoje jednakowe, żadnego taksowania gości według wyglądu, żadnego zdzierstwa. Napiwków bardzo maleńko i żadnych doliczeń za usługę.
Każdy pokój jest uważany jako wynajęty na dwadzieścia cztery godziny, to znaczy, że codziennie ten pokój musi być nie tylko z gruntu sprzątnięty i wywietrzony, nie tylko zrewidowany w każdym szczególe, ale zaopatrzony od początku we wszystko...
A więc co dzień czyste powłoczki, co dzień czyste prześcieradła, co dzień nowe zapasy mydełek, co dzień biureczko wypełnione kolekcją papieru listowego różnego formatu, co dzień sprawdzony na toalecie dobór nici od wypadku, guziczków, spinek, co dzień nowe zwoje bielizny kąpielowej, co dzień sprawdzone funkcjonowanie kranów, światła, co dzień doprowadzenie pokoju jakby do pierwotnej, niepokalanej wytworności. I to bez względu na to, czy przebywający w danym pokoju zatrzymał się na jeden dzień czy na cały miesiąc.
Wnętrza pokojów hotelowych raczej skromne, niewymyślne. Ściany jasne, meble ciemnoorzechowe, stalowe, blaty nakryte kryształowymi taflami, na ziemi płowy dywan, szczelnie wypełniający całą przestrzeń. Ani jednego zbytecznego sprzętu, każdy z góry obmyślony, dopasowany do tego właśnie kąta, do tego wolnego miejsca.
Przy każdym pokoju wspaniała, lśniąca kafelkami łazienka z umywalnią, higienicznym sprzętem, z prysznicem, potokami bodaj ukropu, zapasem mydełek, pół tuzinem ręczników, puszystymi prześcieradłami i śnieżnymi kobierczykami na mozaikowej posadzce.
Kto nieobeznany z amerykańskim hotelem, tego na każdym kroku czeka niespodzianka.
Żadnego dzwonka elektrycznego, żadnego w ogóle dźwięku, spoza stalowych drzwi wchodowych zawsze cisza głęboka, niczym niezakłócona. Jedyną komunikację do wszystkiego stanowi telefon przy łóżku, spoczywający na księdze adresowej i Biblii...
Na sygnał telefoniczny zjawia się nie popychel korytarzowy, nie sprzątaczka, lecz odpowiedni specjalista. Ubogie wszakże ma interesy do służby hotelowej przeciętny amerykański podróżny. W pokoju ma pod ręką wszystko, co najnieodzowniejsze, a więc i świecę, i zapałki, i popielniczki, i kran z oziębioną wodą źródlaną do picia, i kalendarz pod kryształową taflą, i atrament, i zapas piór, i karty pocztowe, i sukno do wycierania butów, i zegar do regulowania temperatury, i korkociąg osadzony w ścianie łazienki dla licznych wrogów prohibicji, i ma co dzień o siódmej rano wrzucony do pokoju olbrzymi numer miejscowego „Times’a”, „Heralda” czy „Trybune’y”, i ma radio, i ma tuż na korytarzu puszkę do listów, która choćby z czterdziestego piętra wyceluje zawsze do skrzyni otwieranej co pół godziny przez cerberów pocztowych, i ma we drzwiach wejściowych zaczarowane schowanko... Starczy przed ułożeniem się do snu umieścić w tym schowanku odzież, aby nazajutrz znaleźć ją wyczyszczoną, wyprasowaną — starczy rzucić jeden wyraz do telefonu i w zjawiającego się „boy’a” palnąć kłębkiem swej zdartej wprost z ciała... jedynej bielizny... o dwunastej w nocy, aby o godzinie piątej rano mieć ją wypraną, artystycznie we właściwych miejscach naglansowaną.
W hotelu amerykańskim ani dokumentów, ani meldunków. Dość na liście dziennej podróżnych napisać Mister Smith z Grove-City lub, jak kto woli, Mister Meyer z Trenton. Reszta nikogo nie obchodzi.
Natomiast hotel amerykański, aczkolwiek nie dociekał, gdzie się dany gość urodził, czy się urodził i czy był taki, który go w ogóle rodził — jest w stanie dokładnie powiedzieć o swym lokatorze, o której godzinie przyjechał, o której godzinie wyszedł z pokoju, o której powrócił, kto się doń meldował, ile za nim wniesiono bagażu, ile paczek doń nadeszło z magazynów i jakich, ile paczek sam przyniósł ze sobą, ile i jakich otrzymał listów...
Słowem, hotel amerykański posiada o przejezdnym daleko więcej i ciekawszych informacji aniżeli te, które zawiera szmatka natrętnych policyjnych znaków zapytania. Każdy bowiem hotel amerykański ma znakomicie wytresowaną służbę detektywów.
Inaczej nawet być nie może. Tam, gdzie się podziewa naraz sześć, cztery, a choćby tysiąc obcych ludzi, gdzie co godzina jedna dziesiąta tych ludzi zmienia się, wyjeżdża, tam, gdzie dolne hale i ubikacje hotelowe wypełnia od świtu do późnej nocy tłum wszelkiego rodzaju interesantów, przechodniów, tam detektyw ma więcej do czynienia, więcej aniżeli w niejednym i to kilkunastotysięcznym miasteczku.
Należy czuwać, baczyć na byle drobiazg, trzeba zapobiegać, udaremniać, gdyż trzeba pamiętać, że chwycenie na gorącym uczynku, że wykrycie przestępstwa, że rozprawa ze szczurem hotelowym, toć raczej dla hotelu klęska. O tym ani nikt wiedzieć, ani słyszeć nie powinien.
Pierwszą komóreczką służby wywiadowczej hotelu bywa najczęściej miła, elegancka osóbka, stercząca za wytworną ladą między lasem numerów i dzwonków na każdym piętrze. Ta osóbka z czarującym uśmiechem odbiera klucze od „gości” opuszczających pokoje lub też doręcza je wracającym. I ta osóbka z przedziwną finezją zapisuje każdy najdrobniejszy szczegół dotyczący bodaj kwadratowego autoramentu, sapiącej jak lokomotywa obywatelki. Osóbka na piętrze jest równocześnie filtrem telefonicznym, ona odbiera najpierw dezyderaty lokatorów i te dezyderaty łączy... z odpowiednimi sekcjami służbowymi.
„Notatki” czarującej osóbki odczytują systematycznie detektywi obchodowi kręcący się w rozmaitych przebraniach po grubych, mięsistych, głuszących odgłos kroków chodnikach.
Tyle co dotyczy samych pokojów strzeżonych w dzień i w nocy.
A dalej dopiero detektywi w halach, detektywi w biurze przyjazdów i odjazdów, w salonach, restauracjach, w kawiarniach, u podjazdu, tuż w pobliżu biura sprzedaży biletów kolejowych, tuż przy kasie.
Słowem, detektywi co kroku, boć i detektywi pilnujący tysiąca urzędników, oficjalistów, posługaczy, tragarzy, kelnerów, chłopców na posyłki, tapicerów, mechaników, palaczy, praczy, krawców, kucharzy, kuchcików, pomywaczy etc. etc.
„Gość” zadzwonił na zniesienie tobołków. Zanim dotarł do windy zjeżdżającej, biuro kontroli na dole już wie, że numer 2455 opuszcza hotel, wie o tym kasa... a co więcej wie również, że „gość” zabrał na pamiątkę trzy ręczniki lub że gość ukradł mechaniczną zapalniczkę, lub że wypalił dziurę w dywanie... lub że srebrna łyżeczka zginęła mu przy rannym śniadaniu...
Cóż się dzieje w Ameryce?...
„Gość” płaci uroczyście rachunek, odbiera pełne szacunku ukłony i wychodzi...
Koszty handlowe.
Na czarnej liście przybywa jeden więcej Smith, możliwie dokładnie opisany... O ile by ten sam „gość” po raz drugi powtórzył tego rodzaju „kleptomanię” — w takim razie więcej do tego samego hotelu wpuszczony nie będzie. Do dwu razy w Ameryce sztuka.
Dla detektywów twarda to służba, bo zaiste ciężko przy największym napięciu nerwów upilnować te tłumy przepływające szeregiem wejść poprzez czeluście olbrzyma hotelowego.
Wszak hotel amerykański jest istotnie jakby ośrodkiem życia wielkomiejskiego, jakby potężnym centrum ogniskującym to, co gdzie indziej bytuje rozproszone, podzielone, rozrzucone.
Gdzież się w Ameryce można umówić, gdzież spotkać, gdzież najspokojniej pogawędzić — toć w hotelu!
Nie potrzeba w nim mieszkać, nie potrzeba w nim nikogo znać.
Oto dwu czy dziesięciu chicagowian daje sobie rendez-vous w hotelu Shermana, nawet nie w Morrisonie, gdzie się cały rozbiera kabaret, lecz choćby w Congress Hotelu. Ładuje się ta paczka chicagowian płci obojga między hotelowe luksusy, hotelowe zimowe ogrody, zasuwa w plusze, rozsiada na sajetach i najspokojniej sprawy załatwia.
Hotel się nie gniewa, hotel amerykański się nie obraża, służba obcemu równie uprzejmie podsuwa fotel.
Na Piątej Avenue w Nowym Jorku gwałt nad gwałtami.
— Rety, bójcie się... nie wytrzymam!...
Co tu robić, gdzie czego szukać?
Owóż właśnie, że wcale szukać nie potrzeba.
Tuż o dwa kroki jest gmach Towarzystwa Asekuracyjnego, o dwa kroki jest wspaniały bank... milionerski... lecz jeżeli komuś gmach wydaje się niewłaściwy, jeżeli bank jest zamknięty, więc otóż w pobliżu hotele... McAlpin, Vanderbildt, Belmont, a może Carlton... Wszędzie ten sam obyczaj. Hotel jest dla publiczności.
Tu z głównej hali szereg zejść do marmurem wyściełanych suteren. A tam, w suterenach pałac zaczarowany. Czterdziestu na biało wystrojonych golarzo-fryzjerów mydli, skrobie, pucuje, masuje w białe prześcieradła zawinięte kukły — obok czterdzieści śnieżnych manikiurzystek moczy, dłubie, piłuje, szczotkuje, poleruje palce, paluszki i paluchy. O dwa kroki kompania Murzynów, znów na biało, u podnóża estrady, na której wysiadujący panowie i panie zaparli swe buciska, trzewiki, pantofelki dla nabrania lustru...
— Rety, to chyba nie tu!...
Owszem, tu właśnie, na prawo, kędy207 tyle światła, tyle przestrzeni, kędy tyle symetrycznych przegródek, kędy tyle zawartych208 tajemniczo drzwi, kędy w każdych drzwiach niklowy otworek przymawiający się o pięć centów.
Ruch jest potężny. Pięciocentówki amerykańskie jako niegdyś Wespazjanowe sestercje rzymskie zapachu nie mają209.
Lecz ktoś inny ma do wyekspediowania list polecony, ma telegram, chce kolejowych informacji, chciałby zobaczyć, jakim pulsem bije w tej chwili giełda, chciałby może akcje sprzedać, chciałby o sto czy dwieście kilometrów zatelefonować...
Do urzędów, do instytucji odpowiednich daleko, lecz jest hotel, więc jest wszystko: i bilet do teatru, i sklepy z najniezbędniejszym towarem, i apteka, i lodziarnia słynna, i kilka niekiedy restauracji, i ta przekosztowna, i taka na stojący, i skład tabaczny, i raut nad rautami, i posiedzenie dam dobroczynnych, i bal, i zjazd chemikobiologów, i dwadzieścia naraz uczt weselnych, i jubileusz działacza, i narada polityczna... Wszystko w hotelu!
Nie tu się kończy wszakże apoteoza hotelarstwa amerykańskiego. Są jeszcze oberże przydrożne, są tak zwane „inny”, więc gospody dla turystów, dla pędziwiatrów, są wyposażone w atmosferę tak przytulną, tak wytworną, a tak na cenę dostępną, że kogo losy zawloką hen, pod Burlington, pod St. Johnsbury, do stanu Vermont, do New-Hampshire, temu ciężko wyrwać się, ciężko w dalszą wyruszać drogę.
I to jeszcze na chlubę hotelarstwa amerykańskiego należy powiedzieć, że gdy hotelarstwo szwajcarskie, francuskie, niemieckie miewa wspaniałości, ale przeważnie służące do oskubywania radykalnego bogatych podróżnych — w Stanach Zjednoczonych nawet przeciętny, skromny człek za małe dolarki i bez centusia dopisku... używa sobie niczym europejski magnat.
Kuchnia, oparta przeważnie na wątpliwej wartości pomysłach kulinarnych angielskich i niemieckich, jest na ogół licha. Podejrzane zupki, wielokilometrowej długości sosy, przykre omasty, jarzyny wygotowane z zasady aż do pozbawienia ich smaku, najwytworniejsze produkty spreparowane byle jak, byle dużo i byle jak najprędzej.
Amerykanin wybredny nie jest. Każde danie zaczyna od osypania go solą, pieprzem, imbirem choćby, a przede wszystkim od pokropienia fabrycznym sosem pomidorowym. Ten sos pomidorowy jest główną jakby treścią, rozstrzygającym smakiem. Służy i do śledzia, i do szynki, do pieczeni, i do ostryg i kraba, a choćby i do langusty. Sałatka bowiem z homara „po amerykańsku” dlatego się tak nazywa, że zajadają się nią Amerykanie przybywający do Paryża...
To tłuste, ciężkie, kwaśno-słodkie jedzenie ratuje przekąska w postaci surowych selerów, ratują owoce, a utrzymują na poziomie możliwości nieskończone w pomysłach konserwy, prostujące krzywe ścieżki kuchmistrzostwa amerykańskiego.
Ten przeciętny Amerykanin je naraz bardzo wiele, połyka, rzec można, i to z przedziwnym roztargnieniem... Obstawia się wszystkim, na co go stać, i obiad spożywa... równocześnie... z wielu dodatkowych miseczek, salatereczek. Plasterek ogórka, łyżeczkę konfitur, kawał mięsa, nieco groszku, glon kartoflanej mazi, a po niej ryż, korniszon i znów konfitury, i znów skrawek cielęciny, i tuż placek z jabłkami. I tak ciągle, na zmiany, do równoczesnego wypróżnienia zastawy... aż do pochłonięcia kilku wielkich filiżanek białej kawy... Kawa biała zaczyna każdy sutszy posiłek, towarzyszy pilnie i zakąsce, i rybie, i pieczystemu, jest ulubionym... płynem... i przy pierwszym śniadaniu, a więc zarówno przy paćce z owsianej mąki, przy „kleiku” ryżowym, przy chrupaniu łupinek kukurydzanych, jak i przy spożywaniu uroczystego „coctailu” z krajanych fruktów210.
Za wyjątkiem pewnej części południowych stanów, które po swych przodkach czy tylko poprzednikach francusko-hiszpańskich wzięły w spadku i sztukę odżywiania, za wyjątkiem zbytkownych jadłodajni czy zeuropeizowanych czy niezamerykanizowanych domów, za wyjątkiem miejsc, kędy211 francuski obowiązuje przepis, kędy wpływ bezpośredni wywarli już Włosi, Słowianie, Żydzi, Chińczycy nawet, wszędy212 w Ameryce jadło jest jakby na urząd przaśne, niepewne, odrażające chwilami mięsożerstwem ludzkim...
Stany Zjednoczone posiadają niesłychane bogactwa produktów i niesłychaną ich rozmaitość, przewyższają pod tym względem bodaj i Francję, no a pod względem organizacji gromadzenia, dostarczania, sprzedaży tych produktów stanowczo nie mają równego sobie kraju.
W Stanach Zjednoczonych co kroku jest wszystkiego zatrzęsienie, wszystkiego i co tylko północne, co tylko z umiarkowanych stref i co z podzwrotnikowych, i co od antypodów się wywodzi. Stany Zjednoczone mają niepojętą obfitość artykułów spożywczych, mnóstwo owoców, zieleniny, korzeni, ziarna, ptactwa, trzody, nabiału, rogacizny, ryb, zwierzyny.
Ale ta obfitość ma swe udręki.
Pierwsza z nich to właściwości przyrodzone amerykańskiej ziemi. Kwiaty przepiękne, nawet te leśne, te w puszczach, ostępach dziewiczych wprost nieznanej gdzie indziej barwy, niedającego się opisać rysunku misternego, lecz kwiaty przeważnie bez zapachu. Całe łany fiołków, ale martwych, nawet zielsku nierównych. A owoce bez smaku, zwłaszcza te z Europy wzięte. Truskawek w bród, lecz dla Europejczyka prawie bezwonnych, góry brzoskwiń żółtawych, o przyrośniętej skórce, pospolitych, winogrona cierpkie — jedne wiśnie, jedne jabłka doskonałe, o gruszach mówić nie warto. Tykwy w zamian, wszelakie ogórkowatości, jagody, za wyjątkiem nieznanej poziomki, są tutaj jak u siebie. Pomarańcze, choć sztucznie213 prowadzone, świetnie pielęgnowane, aczkolwiek chełpiące się swym okaleczeniem, gdyż dojrzewają... bez pestek... nie mają ani koloru, ani odurzającego zapachu najzwyklejszych walencjańskich. Lepiej udają się figi, cytryny i słynny „grap-fruit” a więc „cytrus” wielki, po polsku niby znany jako „szadok”, w istocie twór nieśmiertelnego Burbanka, znakomitego amerykańskiego pomologa, rezultat rzekomo jakiegoś skandalicznego mezaliansu pomarańczy z cytryną, jest niezaprzeczenie królem Ziemi Washingtona, przed którym najzaciętszy wróg krzyżowania ras uchylić musi kapelusza.
Europejskie warzywo w Ameryce równie słabe daje plony. Przewieziono nasienie, lecz zapomniano w rwetesie o przeniesieniu pasożytów ochronnych... Wskutek tego pasożyty amerykańskie okrutne warzywu zadają cięgi. Dla powstrzymania ich żarłoczności stosuje się ostre rozczyny i zlewa się tak mocno i kapustę, i kalafiory, i pory, i sałaty, że i na wspomnianych winogronach miast puszku dziewiczego znajduje się tylko pokłady siarki.
Drugą udręką, i tą wpływającą już bezwzględnie na smak artykułów spożywczych, jest zmonopolizowanie produkcji i opanowanie rynków zbytu przez wielki kapitał.
Kapitał, obracając wielkimi masami, zniewolony jest do przestrzegania pewnych stałych norm, do szukania jak największych uproszczeń.
Jakże tu sobie poradzić z tuczeniem trzody chlewnej na tysiące mierzonej?
Właściciel zastępu „świńskiej młodzieży” przeprowadza układ z plantatorem kukurydzy i wyprawia doń tyle i tyle setek takiej i takiej wagi. Plantator dzieli swe pola kukurydzowe na odcinki i przepędza nadesłaną mu trzodę z jednego odcinka na drugi, oczywiście po wyżarciu i zryciu całkowitym pierwszego. Po z góry określonym przeciągu czasu utuczone już świnki wyjeżdżają ekstra-pociągiem do rzeźni — plantator otrzymuje wynagrodzenie za każdy funt przyczynionej wagi, no i ma w dodatku... kukurydzę zebraną, sprzedaną i pola nawiezione na rok przyszły...
Ale — i tu rodzi się poważne „ale” — świnka na kukurydzy wypasiona nie jest smaczna, nie ma w sobie ani odrobiny tej soczystości, nie ma nic z tego, co posiada w chlewku wypasiony europejski tucznik.
Chów ptactwa domowego stoi w Ameryce na szczytach doskonałości. Kury, kaczki, perliczki, indyki pogatunkowane, chronione zawistnie w swej czystości przed zadawaniem się z upierzonym proletariatem, dzielone są na kolory, na grzebienie, na sutość korali, na nieskazitelną kanarkowość kaczych dzióbków.
Kurza farma, więc pełna godności specjalizacja, piękne domeczki, przepływające strumyki, najmilsze kurom ziółka, kamuszczki wapienne na skorupki, no i oczywiście kwestia potomstwa rozstrzygnięta idealnie. Wytwarzaniem młodego pokolenia zajmują się inkubatory, a droczące się z kogutkami kokoszki zachowują dla siebie jeszcze... przyjemność znoszenia jaj.
Amerykańska pomysłowość poszła jednak dalej, zdołała oto wczuć się w „psychologię” kurzej natury i pobiła wszechświatowe rekordy. Kury w Ameryce znoszą nie tylko jaja z góry przewidzianej wielkości, lecz znoszą je regularnie, bywają doprowadzane za pomocą elektryfikacji do dziewięciu jaj na tydzień...
„Elektryfikacja” kur polega na tym, że gdy następują dni krótsze, a z nimi ociężała skłonność do przedługich drzemek w tęsknocie za promieniem słońca — około godziny jedenastej w nocy zalewa się wnętrza kurników potokami światła...
Kokoszki zrywają się z grządek. Koguciki przekonywują się, że w nowoczesnym gospodarstwie coraz mniej mają do piania... I zaczyna się jakby dzionek, gdakanie u pełnych korytek, no i plony zbogacają jajeczną statystykę.
Równie dzielnie odbywa się kacza produkcja, mniej masowo perlicza, w zamian ród indyczy w legiony idzie, gdyż Ameryka posiada wszak i dzikie indyki, i to w poważnych ilościach.
Lecz tu znów „ale”, mięso dzikich indyków jest ciemne i niesmaczne, a mięso drobiu przyswojonego nieszczęsną „corną”, alias kukurydzą również wyhołubione... nie umywa się nawet do europejskiego tuczonego drobiu, do pazurków nie dorasta kapłonom214 i pulardom215... Bo i zresztą w Ameryce jedynie w stanie Oklahoma podobne operacje sterylizacyjne dokonywane są tylko na zbrodniarzach i to niekoniecznie w celu ich tuczenia...
Stąd Amerykanin, choć zachwyca się swym „turkey’em”, objada nim świątecznie i w Dzień Dziękczynienia, i na Boże Narodzenie, i na Wielkanoc, a przecież wątłe ma pojęcie, jak smakuje naprawdę taki indyk, któremu zabiegliwa216 gosposia co dnia kluseczki gotuje i co dnia kilkadziesiąt kluseczek kijkiem do gardzieli zapycha.
Silniej jeszcze bodaj na smak produktów wpływają środki chroniące je przed zepsuciem.
Drób wagonami idzie, idzie najczęściej już oskubany, wypatroszony, idzie zazwyczaj z olbrzymich lodowni, w oziębionych skrzyniach, idzie zgrabiały, zdrewniały, zmartwiały w sobie, równie sfioleciały, siny jak te połacie rogacizny i nierogacizny, i wszelakiego zwierza stężałe, mrożone miesiącami, latami prawie.
Czyż może coś bardziej przypaść do podniebienia wygłodzonemu gentlemanowi jak słynna „virginia ham”, czyli szynka pieczona w cukrze!... Czyż w ogóle nawet nadsekwański człowiek może sobie wyobrazić ów talerz, wielkości średniowiecznej tarczy janczarskiej, na którym leży jeden, półcalowej grubości okrągły płat różowo-amarantowy, rzekłbyś plaster uciętego równo pnia czerwonego mahoniu... Czyż w ogóle ten przedziwny wycinek ze świńskiej powłoki zdolny jest apetyczniej się przedstawić?...
Amerykanin na widok takiego smakołyka chwyta w lot za przyprawy, za swe nieśmiertelne sosy — Europejczyk próbuje i wykrzywia się, i nie wie, co począć... z kłębem przaśnych, oślizgłych włókien.
A że pomimo wszystko mrożone mięso w Ameryce jest najpewniejsze, ponieważ rybne trusty w ten sam sposób prezerwują217 swoje towary, przeto tutaj tkwi ta wtóra218 udręka obniżająca w wielkim stopniu zalety kuchni amerykańskiej.
Cóż z tych bogactw, skoro i te małego smaku owoce zbierane są na zielono, skoro dojrzewają w koszykach, w pociągach, w magazynach — cóż z tych bananów kolumbijskich, gdy zerwane jako cierpkie wyrostki, niezdolne są nigdy w sztucznej atmosferze dojrzewania sięgnąć poza soczystość ziemniaka? A rwać, zbierać inaczej owoców niepodobna219, skoro się operuje milionami korców220...
Lecz i w Ameryce, poza tymi akcyjnymi plantatorami, są krocie drobnych farmerów, krocie sadów, ogródków, liczba nieprzebrana truskawkowych grządek, malinowych krzów, wiśni, jabłoni.
Jeżeli kto bytuje w pobliżu tych sadów, jeżeli kto sam do nich dociera, ten i w Ameryce może fruktami się uraczyć, znaleźć w maleńkiej jatce świeży kawałek mięsa...
Farmer jednak amerykański nie może przecież roić o zbieraniu owoców ponad własną potrzebę. Robotnik najtańszy się nie opłaci, owoc nie wróci robocizny ani transportu do miasta, ani koszyczka plecionego, nawet łubianej kobiałki. Tam, w mieście, trust włada, nie dopuszcza obcego towaru, zadławi straganiarza, który by się odważył z szeregu jego sprzedawców wyłamać.
A ponieważ te trusty nad trustami mają w ryzie całą uprawę ananasów na Wyspach Hawajskich i, co za tym idzie, przetwórnię ananasowych konserw, ponieważ te trusty trzymają w garści i lasy migdałowe, dziesiątki tysięcy hektarów sławetnych amerykańskich „peaches”, ponieważ te trusty wykupiły banany aż po Brazylię, ponieważ je tylko stać na sady ogrzewane, chronione, na utrzymywanie dwudziestu tysięcy jabłoni jednego gatunku, ponieważ bez nich nie może być ani soku morelowego, ani granatowego na rynku, ani konfitury w puszce, a więc i stąd także sponiewieranie wykwintu, finezji smakoszowskich upodobań.
Na dobitek, jak było wyłuszczone, brak służby domowej, drożyzna służby domowej, posiłkowanie się preparatami fabrycznymi, no i brak zamiłowania do gospodarstwa domowego, toć ciosy ostateczne...
Te braki, te usterki Amerykanie wynagradzają sobie wściekłym łakomstwem na cukierki, na słodycze, na oblizanki.
Lada jakie cukierki, czekolada przepalona, czarniawa, bardzo często już sztuczna, syntetyczna, zaprawiana sacharyną, aniliną, jak i w ogóle cały cukierniczy kunszt. Krom czekolady, jako główne podstawy słodyczy, orzechy i mięta. W trzydolarowym wspaniałym pudle oto błyszczące kawały nieco półksiężycowej formy... To grube, tłuste małpie orzechy, oblane jednym milimetrem czekolady, a te płaskie znów, szerokości ust, placuszki, to breje mięty z cukrem, powleczone również czekoladowym pokrowcem. Skromne smakołyki, byle słodycz się mazała, a czy poza nią przypomnienie eliksiru do zębów czy obrzask po zjełczałym tłuszczu, to już mniejsza. Niechby sobie buldegony różnorodne, chemicznie malowane, naperfumowane, byle tylko dużo, byle ciągle, byle „candies”, byle ich najwięcej!
W roku 1929 sprzedano w Stanach Zjednoczonych 1 382 243 387 funtów cukierków (nie licząc cukru czystego i cukru w innych przetworach), czyli o całe 119 milionów funtów więcej aniżeli w roku poprzednim, 1928!
Jedynym rarytasem amerykańskim, który stawi czoło cukierkom, jest ulubiony „ice cream” — więc lody, więc jednostkowe lub gromadne zamrażanie sobie wnętrz przy każdej zdarzonej sposobności i bez żadnej sposobności.
Amerykanin objada się lodami od świtu do świtu. Przed drugim śniadaniem, na drugie śniadanie, przed obiadem, przy obiedzie, nad wieczorem, przed teatrem, po teatrze, na zakąskę, na deser, w dni upalne i przy dwudziestu pięciu stopniach poniżej zera, byle jak najczęściej, byle „ice cream”, „ice cream”, „ice cream”. „Ice cream” wszędzie, „ice cream” zawsze.
Lodów jest mnóstwo rodzajów, gatunków, są oczywiście całe fabryki lodów, lody rozwożą potężne wehikuły ciężarowe, lody pędzą w specjalnych stalowych „pulmanach”, lody bywają różnokolorowe, podlewane sosami, przekładane konfiturami, zdobione kremami, wszystkie smakowite, z reguły chemiczne, z reguły na najświeższym kondensowanym mleku prosto od krowy.
Czym jest „ice cream” w Stanach Zjednoczonych, starczy przypomnieć, że w roku 1927 wyprodukowano trzysta trzydzieści pięć milionów galonów, a więc tyleż niemal naszych garnców221, z czego wynika, że już w roku 1927 na jednego mieszkańca (licząc w tym niemowlęta, starców, żołnierzy etc.) wypadało po 2,85 galona rocznie na jednego mieszkańca, a więc prawie po trzy nasze garnce lodów!...
„Ice cream’owi” przeciwstawia się jedynie chyba „chewing gum”, po polsku guma do żucia, którą szczególnie sfery popularne uwielbiają i obracają w buziach, pysiach i gębach z szybkością kilkudziesięciu obrotów na minutę, skazując niejako rodzaj ludzki do znajdywania w nim pierwiastków właściwych stworzeniom przeżuwającym.
Ta „guma” nie jest artykułem do pogardzenia, produkcja jej przechodzi sześćdziesiąt milionów dolarów rocznie. Biorąc pod uwagę taniość artykułu, wyrabianego z gumowych odpadków i słodkawo-anyżowo-miętowej zaprawy, jest to suma znaczna. I w ostateczności sympatyczniejsza aniżeli owe miliony funtów prymki222, którą szczególniej wysoka rasa „nordycka” wypycha sobie policzki, wytryskując z jam ustnych potoki brunatnej posoki.
„Ice cream” jednakże panuje, króluje i właściwie z jednym tylko przysmakiem brata się chętnie, z jednym tylko w całkowitej żyje harmonii, na imię mu „hot dog”, co się wykłada „gorący pies” — a co bez aluzji jest tą przepopularną, przeulubioną w Stanach Zjednoczonych kiełbaską... na gorąco.
Gdzie się tylko obrócić, kędy spojrzeć, kędy się zatrzymać, na stacjach i stacyjkach, tuż przy chodnikach, na ścianach, na parkanach, w poczekalniach tramwajowych, przy benzynowych pompach, na budach przydrożnych, wszędzie jeden i ten sam nadpis kabalistyczny, niby zew nad zewami: „ice cream — hot dog” — więc „lody i parówki”, choćby z byle ścierwa, ale na gorąco... choćby z sacharyny, ale lody, lody!...
Te dwie ostateczności łączą się, uzupełniają...
Gorze223 organom trawienia, licho się dzieje żołądkom, gdyż pomimo krów dojonych, bodajby do krwi, elektrycznością, żywione bywają przeważnie margaryną, vegetaliną, butteryną i wszelkimi wynalazkami, których zaletą nie jest nawet taniość, lecz choćby tylko większa niż masła zdatność.
Gorze ślepym kiszeczkom! Na szczęście giną krociami, schodzą na szczątkowy ślad prabytu...
Amerykanie są gościnni, radzi są odwiedzinom, radzi towarzyskiemu obcowaniu, ale raczej na sucho, w ostateczności szklanka herbaty, jakiś biszkopt czy kawałek tortu, byle najmniej zachodu. Gdy nie można inaczej, więc kanapki, miniaturowy kawałek sera lub szynki wciśnięty między dwa skraweczki chleba, a na wierzch oliwka przyszpilona wykałaczką.
Bo co więcej, to doprawdy kłopot. Głupstwo wydatek, ale ta krętanina, zmywanie naczyń, nakrywanie, sprzątanie. Chata jest bogata, ale ma wszystkiego akurat, nigdy więcej i żadnych względów dla intruzów, dymikominków lubiących celować do jadalni.
Jeżeli wypadnie taki przymus, gdyż trzeba pomimo wszystko kilka razy do roku zaprosić, odwzajemnić się, wówczas Amerykanin się poświęca, skoro nie może hotelem się wyręczyć.
Przyjęcie odbywa się solennie, według ostatnich wskazań miejscowego savoir vivre’u.
Blat szklany na stole, a na szklanym blacie ostatni szyk, maderskie patarafki tworzą indywidualne obrusiki. Pan domu prezyduje, odmawia, mruczy lub tylko milczeniem „markuje” modlitwę. On kraje mięsiwa i, mając pod ręką dodatkowy stoliczek, nakłada każdemu porcję na talerz i stroi ją dokoła równomiernym garniturem warzyw. Nie ma obnoszenia półmisków. Każdy otrzymuje po równo, ani mniej ani więcej.
Czasu jedzenia należy baczyć na etykietę. Damom siadającym trzeba podsuwać krzesełka; krając mięso, widelec trzyma się w lewym ręku, a nóż w prawym, ale podnosząc nabrane jedzenie na widelcu, należy przełożyć go do prawej ręki, a lewą pozostawić w bezruchu. Konwersację ogranicza się do wymiany jak najgładszych zdań, nie zgadzając się, nie można oponować, na wyrażenie wątpliwości starczy przydech. Gość obowiązany jest chwalić wszystko, co jest na stole, obwieszczać za „delicious”. Po skończonym obiedzie, podziękowań ani reweransów się nie składa. Pani domu na pewnym szczeblu towarzyskim ani żadnej innej pani nie całuje się nigdy, nawet w rączkę, na innym znów całuje się w rączkę zawsze. Szczególnie byle drobiazgu wystrzegać się należy, jeżeli się zasiada przy stole, kędy na chwilę posiłku są gaszone elektryczne lampiony, kędy palą się uroczyście cztery starodawne świece stearynowe, no a znów inaczej tam, gdzie do stołu zasiadają najpierw panowie, którym wraz z gospodynią domu usługują przybyłe w gościnę panie, a dalej dopiero, kiedy rodzaj męski jest nasycony, same spożywają. Na pewnych zebraniach po deserze wszystkie panie opuszczają stół, przechodzą na jednopłciową pogawędkę — panowie zaś zostają, spowijając się kłębami dymu i pociągając mocno wódkę z lodem lub racząc się najdziwaczniejszymi produktami prohibicji, jak winem z krowiego mlecza, winem z bzu, siwuchą z kartofli, samogonką z łupin od bananów czyli też mniej lub więcej oryginalnymi lub fałszowanymi trunkami. Następuje wówczas ulubiona chwila „joke’ów”, anegdotek. Kaskady śmiechu w pobliżu świadczą, że i panie nie próżnują. Na innych znów zebraniach woda z lodem towarzyszy zawzięcie całemu przyjęciu, na jeszcze innych płeć brzydka od razu jest zaproszona do zdjęcia... marynarek, do pozostania w majteczkach i koszulkach... Ale majteczki muszą być na pasku — za pokazanie szelek śmiertelna obraza, szelki są nieprzystojne. Na bardziej serdecznych przyjęciach, panie po fecie idą zmywać do kuchni naczynia, na całkowicie przyjacielskiej zabawie panowie wycierają co najmniej talerze lub wyskrobują rondelki.
Jeden wszakże zawsze obowiązujący obyczaj, aby na odchodnym uwić naprędce kwieciste podziękowanie za to co najmniej „delightful” przyjęcie, za te „rozkoszne” chwile, spędzone pod tak niesłychanie gościnnym dachem... itd. itd.
Te komplementy muszą być wydeklamowane nawet i wówczas, gdy jedyną treścią gościny była słynna amerykańska sałatka...
Tutaj wypada skupić całą wyobraźnię.
Na pięknym talerzyku rozpostarty szeroko listek sałaty, na listku po środku kupeczka składająca się z kawałka banana pokrajanego w talarki, z odrobiny poszatkowanego jabłka, z kilku porwanych cząstek pomarańczy i wsiekanego półkrążka ananasa z puszki. Taka kupeczka jest posypana obficie orzechami i polana gęsto „french dressing”, czyli przebrzydłym, fabrycznym... majonezem... Ten smakołyk uzupełniają z reguły dwa korniszony i jedna oliwka, ułożone symetrycznie w jednym załomie sałatowego listka...
Zaiste, nowicjusze od razu nabierają szacunku do zwyczaju wskazywania gościom miejsc toaletowych.
Zbliżenie się do domów amerykańskich jest trudne, nawet między Amerykanami. Każdy żyje w swym kółku. Woli znajomości w oprawie klubów i organizacji. Węzły rodzinne szanuje. Chętnie odprawia zjazdy familijne, ale dla przelotnych relacji jest ociężały. Wizyty na domiar składa się w Ameryce na odwrót... Przybysze muszą czekać na odwiedziny osób miejscowych. Oni muszą zrobić krok pierwszy. Z szacunkiem swym naprzykrzać się nie wolno. A dawniej osiadli są podejrzliwi, nieufni, wiele czasu upływa, zanim nabiorą przekonania, zanim nieufność pryśnie.
W stosunkach towarzyskich panuje jednak nieznana gdzie indziej czujność. W okresie między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem każdy z reguły wyprawia setki zawczasu przygotowanych, wydrukowanych, poezjami upstrzonych powinszowań, a bliższym krewnym i znajomym wyprawia prezenciki, drobne, niekosztowne, ale obdarza nimi na prawo i lewo. Dobre wychowanie niewoli do wzajemności. Za otrzymany prezencik musi być prezencik. Tedy te prezenciki podróżują przez cały miesiąc styczeń. Stają się przedmiotem wymiany. Przebieglejsi kupują co roku kilka nowych, a ponadto operują odbieranymi... W ten sposób jakowyś ucieszny potworek z terakoty z roku na rok odbywa szereg podróży, niekiedy po kilku latach wraca do swego inicjatora... Mniejsza z tym. Obyczaj, zabawa, znak pamięci. Poczta amerykańska już w pierwszych dniach grudnia jęczy, gromadzi posyłki, mające być koniecznie doręczone we wskazanym dniu świątecznym, przybiera tysiące dodatkowych pracowników.
Zwyczaje amerykańskie wymagają w ogóle mnóstwa całego podobnych znaków życia... każą pisać, winszować, życzyć, pocieszać lub składać kondolencje przy najmniejszej sposobności. Istne urwanie głowy. Na szczęście zmysł organizacyjny. Więc się nie pisze wcale... chyba adres na kopercie... bo zresztą są składy całe kart i na urodziny syna, i na urodziny wnuczki, i na pierwszą komunię, i na konfirmację, i dla chorego przyjaciela, i dla okaleczonej w wypadku przyjaciółki, i z racji dyplomu naukowego, i na srebrne wesele, i na zgon, i z powodu ciężkiej operacji... Każda karta zaopatrzona poezją, pięknie wylitografowana, wystrojona w odpowiednio symboliczne fidrygałki... No i każdego gatunku takich kart zatrzęsienie... Pomysły bajeczne.
Stroskany gentleman dowiaduje się nagle, że stary Johns obchodził pozawczoraj224 swoje urodziny...
Bagatela — wyszło mu z głowy! Tam do tego i owego, co tu począć?
Wali do składu.
Sprzedawca na pierwsze słowo za katalog... Jedna sekunda i już komenda...
— Frank, proszę zaprezentować komplet numer 5863...
I zafrasowany gentleman w kilka sekund wyprawia staremu Johnsowi strzelisty karteluszek, w którym jest sentyment z powodu zapomnienia i przeprosiny, i zgrabny madrygał.
„Gracious! Gracious! Gracious! How the time does roll.
Sorry! Sorry! Sorry! Such a tardy soul!
Hope you will forgive me, better luck next year!
And you know I wish you lots and lots of cheer”.
Kwiatów wysyła się mnóstwo, a szczególnie wszelakim grubym, pękatym drabom w dniu wybrania ich na jakowyś urząd, na jakowyś miejski, stanowy czy federalny „job”...
Bilety wizytowe składa się nie tylko nieobecnym w domu — ale przede wszystkim obecnym... Po odprawieniu wizyty, przed pożegnaniem wyciąga się je uroczyście i kładzie w oczach gospodarza na stoliku.
Ceremonie weselne, to już żywcem naśladowane nawet przez nieanglosasów zwyczaje brytyjskie, począwszy od obrzucania młodej pary wychodzącej ewentualnie ze świątyni ryżem i czym się da lub obwożenia jej przy eskorcie wyjących klaksonami samochodów po całym mieście. Podarki obowiązkowe nawet przy najcichszych ślubach po odebraniu zawiadomienia... Drobiazg bodaj, ale młodym dać coś trzeba...
W tej chwili jeszcze Amerykanin walczy o ocalenie domowego ogniska, ale warunki zmieniają się, obrona słabnie.
Ułatwienia, uproszczenia sypią się, nie wystarczają.
Ludzie mają coraz mniej mebli, coraz mniej sprzętów, nie znoszą sami w domu żadnych lamusów, składzików. Nagleni nakazami higieny wyrzucają butle i butelki, flakony, najwspanialej wykonane puszki metalowe, słoiki, strzegą się rupieciarni, skazują na zagładę mnóstwo materiału, który ówdzie przetapia się, czyści, odnawia, zamienia na miliony. W nowoczesnych klitkach nowojorskich i chicagowskich miewają łóżka w ścianach, łóżka w biurkach, kanapy w fotelach, stoły w etażerkach, kuchnie całe w kilkunastu calach kwadratowych, byle mniej zachodu, byle więcej żyć na zewnątrz, byle nie trwonić czasu monotonię kłopotarstwa.
Hotel panoszy się, hotel kusi, pociąga...
Hotel dla miliarderów, hotel dla milionerów tylko, hotel dla zamożnych, dla samotnych, dla starych, dla młodziutkich, hotel dla przychodzących na świat, hotel dla wybierających się w zaświaty, bo i domy położnicze, i szpitale są jakby hotelami, bo są nimi nawet więzienia amerykańskie.
Ogień na kominkach płonie coraz smętniej, coraz sztuczniej.
Przesądy idą do rupieciarni, a wraz z nimi za przesądy poczytywane tradycje.
Kult dla zmarłych, piękny kult przodków również przybiera chwilami skomplikowane w realizmie swym formy.
Umarł człek, lekarz strzepnął bezradnie rękoma, wyrok zapadł.
W kilkanaście minut zjawia się już „pogrzebowy”, najczęściej zawczasu uprzedzony przez lekarza (to warte bywa dolarów pięćdziesiąt) i taki, który zwykł już w tej rodzinie operować.
I w pół godziny ciepły, gorący nieboszczyk wyjeżdża z szybkością trzydziestu kilometrów na godzinę do zakładu pogrzebowego...
Tutaj następuje operacja, przygotowanie do wiecznego spoczynku...
A więc pogrzebowy otwiera truposzowi żyły na rękach, przyprawia ssący aparat i wyciąga z żył... wodę. Po dokonaniu tej operacji, wpompowuje do żył roztwór formaliny. Teraz dopiero zaczyna się toaleta nieboszczyka. Więc za pomocą natłukiwania młotkiem drewnianym wypędza mu z twarzy wszelkie konwulsyjne skurcze i grymasy, reguluje układ szczęk, zakłada metalowe ściskacze dla harmonijnego zwarcia ust i zemknięcia powiek, zawsze bacząc na dobycie pogodnego wyrazu oblicza i wygładzając starannie zmarszczki. W razie potrzeby goli, strzyże, czesze, myje, szoruje, maluje, zalepia jakoweś szwy operacyjne, szramy, a w ostatku za pomocą zastrzyków podskórnych stroi trupka w rumieńce. I dopiero ubranego według życzenia rodziny i tak zabezpieczonego przed fermentem, pachnącego niemal, wymanikiurowawanego, ładuje z powrotem do samochodowego furgonu i odstawia na drugi dzień do domu.
Tutaj układa się nieboszczyka najczęściej na kanapie, w pozycji możliwie swobodnej i pozwala go się odwiedzać.
Zawiadomień o śmierci, klepsydr, pompatycznych zaproszeń nie ma. Uprzedza się rodzinę i małe kółeczko najserdeczniejszych, zwykle przez telefon. Ci tylko osobiście zawiadomieni, zwłaszcza gdy chodzi o czysto amerykański, protestancki obyczaj, mają prawo wziąć udział w pogrzebie. Wszyscy inni poprzestają na odwiedzeniu zwłok, przesłaniu kondolencji.
Nieboszczyków z zasady nie wpuszcza się na wczasy do kościołów ani do kaplic. Nawet dla gruntownie spreparowanych, zabalsamowanych, choćby z kretesem zapeklowanych ciał miejsca tam nie ma. Świątynie nie są i nie mogą być trupiarniami, nie chcą być składami bakterii, schroniskiem dla ptomain.
Jedynie w razie zarządzenia pogrzebowego nabożeństwa, solenniejszego poświęcenia, jedynie w tym razie zmarły, zamknięty już w trumnie, dokładniej w pięknie wypikowanym, podłużnym pudle wyglądającym na powiększoną bombonierkę, może być wniesiony tuż przed rozpoczęciem ceremonii, lecz wyniesiony natychmiast po jej ukończeniu.
Jak to było wyłuszczone, nawet pod kościołami rzymskokatolickimi bywają sale na zebrania, na posiedzenia, niekiedy kapliczki, ale ani skrawka miejsca na tak niehigieniczny i niebezpieczny materiał, jak szczątki ludzkie i te choćby formaliną nadziewane, a więc na czas dłuższy zabezpieczone i niecuchnące.
Kondukt pogrzebowy to rozpędzony korowód, mający na przedzie furgon żałobny, a za nim kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt rwących co prędzej samochodów. Odległości bywają wielkie, a żywym pilno.
Na cmentarzu, o ile pogrzeb odbywa się czasu słot jesiennych lub zimowej zawieruchy, ponad rozwartą mogiłą rozpina się szeroki namiot, aby ostateczne pożegnanie w dogodnych odprawić warunkach.
W tym krótkim rzucie uderza niesłychana nigdzie rola przedsiębiorcy pogrzebowego, który zawsze gotów jest przysiąc, że w Stanach Zjednoczonych nie istnieją upiorne historie o budzących się w grobach, o przypadkach pozornej śmierci, o letargach. Każdy w Ameryce umiera zawsze... na dobre.
Pogrzebowy amerykański jednak inną budzi wątpliwość, inne budzi niepokoje... Czyli225 tylko niepokoje!
Medycyna, jak wiadomo, jest nauką tak potężną, czyniącą tak wielkie postępy, że do dnia dzisiejszego nie zawsze zdolna jest uniknąć pomyłek nawet w swych wyrokach śmierci... Stąd w Europie i nie w Europie owo nakazami i zwyczajami przestrzegane opóźnianie pogrzebów, odczekiwanie czasu przedrozkładowego, czuwanie przy zwłokach, stąd jakby usuwanie wątpliwości...
W Stanach Zjednoczonych takich wątpliwości ludzie mieć nie chcą. Lekarz zdecydował, skazaniec niechaj idzie bodaj na zarżnięcie. Wolej226 niech mu póki ciepły żyły wypompują, aniżeli miałby się ocknąć...
I tak bywa, i tak się zdarza. Rzekomy umrzyk w krytycznym momencie pogrzebowej operacji zwija się, pręży, niekiedy drga skrami życia niby węgorz na patelni... Kto go tam wie! Pogrzebowy ma dyplom. Zresztą jest już za późno, pompa oprawcy wyssie i krew czystą i zbełcze ją do niepoznania w rozczynie dezynfekujących kwasów.
W ogóle manipulacje pośmiertne w Ameryce są tak osobliwe, że w pierwszej chwili trudno je wyrozumieć, trudno je pogodzić z przepisami przez wyznania uświęconymi. Ale o tym nie ma dyskusji, nie ma różnicy zdań. Trzeźwość sanitarna, no i uproszczenie manipulacji to najgłówniejsze.
Jeżeli człek żywota dokonał w obcym mieście, w szpitalu, w hotelu, w miejscu niesposobnym na odbieranie wizyt, w takim razie korzysta z gościny u pogrzebowego. Właściciele takich zakładów mają urządzony odpowiedni salon. Jeżeli spotyka się kilku nieboszczyków naraz, to każdy z nich do salonu dociera w porządku kolejności. A przed paradowaniem w salonie spoczywa w piwnicy oziębionej, a niekiedy wyleguje się wprost na lodzie i często w domu pogrzebowego, w domu stanowiącym również jego własną rezydencję...
W wielkich miastach zakłady pogrzebowe utrzymują coś jakby w rodzaju cywilnych kaplic, wolnych od emblematów religijnych, a zdobnych w alegoryczne figury, znicze i stylowe siedzenia.
W niektórych stanach, mocno ku północy wysuniętych a skazanych na ostrą zimę, przedsiębiorstwa pogrzebowe miewają istne składy wszelkiego autoramentu nieboszczyków... w okresie, kiedy stwardniała skorupa ziemska udaremnia pracę grabarzom. Kto przeto nie posiada własnego grobu murowanego, ten już w końcu listopada w razie zgonu idzie sobie do lamusa pierwszego lepszego na pierwszej z brzega ulicy... I w tym lamusie czeka cierpliwie kwietnia, maja, aż go ze składu na cmentarz nie odstawią.
Pogrzebowy ma dyplom. Nikt sobie głowy nie zaprząta drobiazgiem, że tuż, w podziemiach domostwa stoją jedna na drugiej stosy już zajętych trumien i trumienek. Dezynfekcja jest pewna, więc jest wszystko.
Równie praktycznie załatwia się liczne przypadki pośmiertnych podróży.
Amerykanie rozpraszają się mocno po swym własnym kontynencie, przenoszą często z jednego stanu do drugiego, po śmierci natomiast lubią wracać do rodzinnych miejscowości, do swych osiedli dawnych. Stąd pośmiertnych peregrynacji bezliku.
Lecz jakże to proste, jak ułatwione.
Zmarłego trzeba oczywiście uprzednio wypompować i napompować. Ale to załatwia w okamgnieniu najbliższy „undertaker” i ładuje ciało do skrzynki, która w tym przypadku obowiązkowo nie może kształtem przypominać amerykańskiej trumny. Następuje telefoniczne zawiadomienie miejscowego urzędu i nieboszczyka odstawia się wozem na stację kolejową. Tutaj bez formalności kupuje się nieboszczykowi... bilet osobowy... Na podstawie tego biletu nieboszczyk zostaje umieszczony w wagonie bagażowym razem z dziesiątkami kufrów i tobołków, a często innych nieboszczyków, i podróżuje „ekspresami” z jednego krańca na drugi, tanio, wygodnie, bez plomb, bez pieczęci, bez świadectw lekarskich, bez mieszania się doń starostów, wojewodów, prefektów czy imperfektów.
Po przybyciu na miejsce zostaje wydany okazicielowi biletu, niby zwykły pasażer mija kontrole i jedzie sobie do zakładu pogrzebowego, który ma się zająć zorganizowaniem ostatniego z doczesnych spacerów.
Cmentarze są po większej części wyznaniowe, dzielące starannie zmarłych i po śmierci. Stanowią własność odpowiednich gmin, zrzeszeń, parafii czy też po prostu biskupstw, tworzą źródła dochodu z działek i pokładnego. Poza nimi dopiero są cmentarze miejskie, jakby generalne, a dalej cmentarze pospolite, źle utrzymywane, z góry skazane na zagładę, no i są wytworne, przebogate, niewpuszczające byle kogo nawet po śmierci.
Oto poważne, szlachetnej dumy pełne ogłoszenie...
„Hen, w czarownej okolicy, śród cudnie zadrzewionych dolin i wzgórz założono śnionej piękności park... Cisza głęboka, dalekie horyzonty, natura w pełni majestatu... drogi cementem wymoszczone, granice żelaznymi naznaczone kraty227...
Taki park...
Człeku dostojny, pożądający godnego ciebie po najdłuższym życiu spocznienia, przybywaj do naszego parku, zgłoś się do naszej przepotężnej, wieczystej korporacji... Za dziesięć tysięcy kupisz sobie cały hektar ziemi i będziesz sobie spoczywał sam jeden na całym hektarze, a my dokoła ciebie będziemy po wsze czasy czesali najdelikatniejsze trawki, rozpinali wstęgi róż wonnych, o każdej porze roku innym kwieciem naszej pamięci składali dowody!”...
Taki park, taki milionerski cmentarz.
Wjeżdża się samochodem poprzez złoconą bramę niby do jakowejś królewskiej posiadłości. W pierwszym momencie ani się zorientować. Misternie cięte perspektywy, wszędy228 klomby, bukiety najrzadszych krzewów, wymyślne labirynty alei, niekiedy śnieżne marmury, koronkowe gloriety, tajemnicze kioski...
Dopiero cicerone229.
Tam, na wzgórzu, tam kędy ten olbrzymi pas czerwieni, tam spoczywa Frick, znakomity Frick! Nie znacie Fricka? Był stali wielkim księciem, prawie królem... Tu, na prawo, tam, gdzie świątynia miłości, autentycznie skopiowana z Trianon, tam w wiecznym pogrążony śnie majestat węgla, cebuli, gutaperki, musztardy, lecz zawsze tak przemożny, aby kilkadziesiąt tysięcy wydać na dołek dla swej wypikowanej bombonierki...
Śmierć jest droga, pogrzeb jest w Ameryce bardzo kosztowny. Łatwiej się urodzić, łatwiej żywot wlec, aniżeli siako tako bez ujmy dla godności być pochowanym...
Zdzierstwo jest bezwzględne, łatwe, bo wyzyskujące moment kiedy strata drogiej osoby wszelkie inne straty czyni błahymi, kiedy odmówienie szczegółu „pompy żałobnej” wydaje się brakiem zachowania dla zmarłego. Przebiegłość czuwa, ta dyplomowana przebiegłość, i miarę pogrzebową stosuje do rozmiaru polisy asekuracyjnej... która bardzo często idzie na trumnę „skromniutką” za dolarów pięćset, na paradę, na ten ziemski sych, który nieboszczykowi jest już całkowicie niepotrzebny...
Ówdzie dzieje się nie lepiej, w Ameryce wszakże gorzej.
Kult dla zmarłych jeszcze nie ustaje. Ma swój piękny wyraz w urzędowym święcie obchodzonym skwapliwie w dniu trzydziestym maja. Kult pełen słońca, kwiecia, raczej pogody smętnej aniżeli rozełkania...
Amerykanin, zda się, nie opłakiwać, lecz Stwórcy dziękować, że tacy byli, że narodzili się, że istnieli.
Żałoby po zmarłych nie nosi. Koloru czarnego nienawidzi.
Wypomnienia swoje rad znaczy nie dniami zgonu, lecz datami narodzin.
Nie egzekwie odprawia, lecz święta harde. Obchodzi nie śmierć Washingtona, nie ponurą chwilę mordu, dokonanego na Lincolnie — lecz raduje się w rocznicę ich przyjścia na świat Boży...
Jeno ogień na kominkach płonie coraz smętniej, coraz sztuczniej, jeno pieśń o „Home, sweet home” brzmi jako to, co oddala się, co już odchodzi, co zamienia się w poszept...
Siadła bieda na workach złota i płacze
Siadła bieda na workach złota i płacze.
Z nowożytnej Kolchidy, z owej zaklętej krainy złotego runa wieści żałosne.
W Ameryce, na ziemi wszelkich niemożliwości, w tej chełpiącej się bogactwami Ameryce dni ponure — nareszcie i w Ameryce.
Pierś oddycha z pewną ulgą.
Więc i tam za oceanem. Więc nie ma ani czego zazdrościć, ani czego naśladować. Systemy, organizacja, zawziętość, rozmach, energia, toć blichtr, graczy przemijająca chwalba.
I tam jeszcze większe tłumy nędzarzy, i tam widma groźne, i tam alarmy, łatanina, bezradność, groszowa filantropia, i tam kołatanie się od jednego frazesu do drugiego.
Przepotężny bankier całego świata, posiedziciel230 skarbów nad skarbami, dobroczyńca miłościwy, nieskąpiący ochłapów międzynarodowym pariasom, wczorajszy Krezus, a dzisiaj powiastkowy Arab na pustyni bez kropli wody z sakwami diamentów.
Gdzież powiadać o amerykańskich wzorach, gdzież przykładów szukać, kędy231 bankructwo metod, pogrom nowatorstwa!
Złoto? — Góry złota? — Starczy od nich się odwrócić, aby stały się górami podrzędnej użyteczności kruszcu...
Jakby na potwierdzenie tych złowrogich wieści, oto z pola bitewnego pod Yorktown, z uroczystego obchodu wiekopomnego zwycięstwa, które Stanom Zjednoczonym dało niepodległość, spośród fanfar, armatnich wiwatów, spod łopoczących sztandarów chrypi memento gubernatora Pensylwanii...
„W kraju, płynącym mlekiem i miodem — zawołał Gifford Pinchot, zgrzytem mizernym wspaniałość zakłócając chwili — milionom brak żywności!... Nie walczymy dzisiaj z książętami i mocarstwami, ale walczymy z głodem i chłodem, walczymy z mamoną, walczymy z nieprawością na wysokich stanowiskach!”...
Europa aż kichnęła z przejęcia.
Tak bywa, stało się, tak się stać musiało.
A przecież zarówno z tych jasnych, jak i z tych klęskowych dni amerykańskich powinna by jednako czerpać pełnymi garściami i brać, i przyswajać sobie, i uczyć się, i kształcić, i leczyć ociężałość swoją prastarą, a strzec się podobnych błędów...
Wielka wojna europejska232 przyśpieszyła rozkwit Stanów Zjednoczonych. Ameryka stała się dostawcą całego niemal świata. Strugi złota rwały ku niej poprzez ocean. Praca wrzała dzień i noc. Budowano co tchu olbrzymie fabryki, wznoszono doki, powiększano produkcję, dwojono siły robocze. Pracy było ponad miarę, ponad siły. Wynagrodzenia szły w górę z zawrotną szybkością. Płacono, ile kto żądał. Byle nastarczyć, byle nie zmitrężyć233.
Dopieroż gdy Stany Zjednoczone wypowiedziały wojnę Austro-Niemcom, dopieroż kiedy mobilizacja jęła234 zmniejszać podaż!
Zarobki potroiły się. Fortuny rosły jak na drożdżach. Skala życia skromnego dosięgała zbytku. Kominy jeszcze gęstszymi wystrzeliły pióropuszami dymów. Pittsburgh, Cleveland, Youngstown, Chicago, Cincinatti, Betlehem, Atlanta biły żarem buchających z pieców płomieni.
Zresztą wielką wojnę przetrwać było już nietrudno. Ameryka była prawie że rozjemcą, który rzuceniem drobnego ciężarka chwiejącą się wagę przechyla. Cztery miliony i trzysta pięćdziesiąt pięć tysięcy zmobilizowanego żołnierza, a z tego w dniu zawieszenia broni, dokładniej w dniu zlikwidowania armii, sto dwadzieścia sześć tysięcy (liczba oficjalna) zabitych, umarłych z ran lub chorób... Czyli mniej nieskończenie aniżeli zwykły, codzienny procent śmiertelności!...
Powrót, wysłanych do Europy, toć235 jeden pochód triumfalny.
Zarobki nieco spadły, lecz jeszcze było dostaw dla połowy ludzkości. Wszystko szło, i machiny, i bawełna, i cukier, i mąka, i konserwy, i tkaniny, i skóry, i tłuszcze, byle smary, byle odpadki.
Pomyślność zaczynała się tak olbrzymia, że ci, którzy z niej nade wszystko pożywali236, zatrwożyli się, aby nie znikła, nie odeszła.
Było czego się trwożyć!
W Paryżu prezydent Wilson z tysiącem co najmądrzejszych doradców układał Traktat Wersalski. Wadził się o każdą jego literę, łagodził Francję, angielską uciszał podejrzliwość, włoskie ambicje, straszył potęgą amerykańską, lecz, o zgrozo, i wplątywał Stany Zjednoczone w wężowisko europejskich złości.
Cóż bo Ameryce było do Europy! Przystąpiła do wojny, aby jej kres położyć, wdrożyła poszanowanie dla gwiaździstego sztandaru, ale i na tym koniec. Niech sobie tam robią z Traktatem Wersalskim, co chcą. Szmat papieru, jeden więcej. Podpis prezydenta Wilsona, prezydenta związku nad związkami? — Nic niewart...
Senat amerykański odmówił ratyfikacji, odmówił za poszeptem zakulisowych intryg niemieckich, odmówił za sprawą chciwców, którzy w tym lekkomyślnym postanowieniu widzieli krynicę mądrości, widzieli hasło nad hasłami, widzieli „splendid isolation237”...
Dla geszefciarzy stanozjednoczeńskich to odosobnienie było zapowiedzią jeszcze większych bogactw.
Dokonaliśmy. Cały świat mamy w kieszeni. Wszyscy są naszymi dłużnikami. Płacić muszą do nieskończoności. Jak się ze sobą rozrachują, nie nasza sprawa. Poza Ameryką nędza, swary. Odgrodzeni murem dwu oceanów, możemy poglądać filozoficznie, nie wtrącać się i, jako potęga nad potęgami, stać na uboczu...
Wreszcie mamy własne kłopotarstwa.
I znów wbrew oporowi prezydenta Wilsona wprowadzono drakońskie ustawy prohibicyjne.
Likwidacja gorączkowa wypchanych nad miarę składów wódek, piwa i wina przyniosła handlarzom miliardy. Dygnitarze naładowali swe piwnice i schrony pancerne kufami wszelakiego rodzaju alkoholu. Społeczeństwo zostało pogrążone w odmęcie zatargów z kodeksem karnym, wciągnięte w chryje kontrabandzkie, skazane na policyjne awantury, na bandyckie praktyki gwałcicieli prawa i jego obrońców.
W ciągu jedenastu lat umniejszono dochody państwa o siedem miliardów, co więcej w tym samym czasie zubożono je o inne miliardy wyrzucone na przemytnictwo trunków wdzierających się przez Meksyk, Kanadę, przez sąsiednie wyspy.
Kapitały wyciągnęły ramiona po kontrolę nad surowcami. Nie dość im było własnych. Wykupywano źródła naftowe, zagarniano produkcje gutaperki, trzciny cukrowej, kawy, miedzi, tytoniu. Za pieniędzmi, za agentami, za handlarzami tuż w tropy ruszyła znów rozdmuchana doktryna Monroego. Ameryka dla Amerykanów... ale i Wyspy Hawajskie, ale i Filipiny. Jęto się troszczyć tak zabiegliwie o środkowo-amerykańskie i południowo-amerykańskie republiki i republiczki, że aczkolwiek zdołano wziąć na munsztuk wątłe kreatury łacińskie nad Morzem Karaibskim, jednak w ostatecznym rezultacie zaskarbiono sobie nieufność.
Z tej nieufności narodziła się wytrwała dążność do unikania towarów pochodzących ze Stanów Zjednoczonych, unikania amerykańskich pożyczek, otwarte rebelie przeciwko strażującym aż po Kanał Panamski amerykańskim pancernikom, amerykańskiej piechocie marynarskiej, amerykańskiemu imperializmowi.
Prawie równorzędnie z tym „wspaniałym odosobnieniem” jęto szerzyć błędne teorie o samowystarczalności, a więc i co za tym idzie, dla powiększenia zysków gnębić cudzoziemską konkurencję cłami wwozowymi.
Kupowano coraz mniej zagranicą, nawet „prawdziwe” camemberty i roqueforty fabrykować zaczęto w stanie New Jersey na utrapienie francuskich serów.
Na cła amerykańskie odpowiedziano cłami. W Stanach Zjednoczonych nawzajem nabywano coraz mniej.
Równowagę jednak ratowała imigracja, która jeszcze w roku 1921 wynosiła osiemset pięć tysięcy, a w roku 1924 jeszcze siedemset sześć tysięcy głów.
Wiele państw, nie mogąc innego, wywoziły do Stanów Zjednoczonych towar ludzki. Był więc to pewien ekwiwalent, wyrównujący rachunki eksportowo-importowe. Kraj przeludniony zbywał się niebezpiecznej nadwyżki, co ważniejsze, ta nadwyżka przez pierwsze kilkanaście lat zapewniała z reguły dochody... Emigrant utrzymywał łączność z opuszczoną rodziną, słał zapomogi...
Lecz i tego towaru postanowiono nie wpuszczać, a co najmniej zredukować jego liczbę.
Jedni widzieli w tym znakomity sposób do tym szybszego przetopienia żywiołów cudzoziemskich w amerykańskim tyglu, drudzy do selekcji napływowego elementu, trzeci do zmniejszenia podaży pracy, więc utrzymania skali zarobkowej, inni do wzmocnienia anglo-germańskiego podłoża ludności, a ostatni na koniec otwarcie dowodzili, że choć miejsca jest zadość i na pięćset milionów, ale w tym żadna racja, aby włóczęgów z Europy, a może z Azji na swoje posiadłości wpuszczać, dobytkiem się z nimi dzielić.
Nastąpiło ograniczenie imigracji, nastąpiło całkowite niemal jej zatrzymanie.
Powiadano, że imigracja zbogacić może pustkowia, że należałoby raczej skierować ją na tereny słabo zaludnione, nie dogadzało to kalkulacji na krótką metę. Nawet nie baczono, że imigrant utrwala siłę mocarstwową, że jest tym najbardziej upragnionym konsumentem, najmniej wymagającym pracownikiem, że jest najpotulniejszym, bo pozbawionym przywilejów członkiem społeczeństwa, że Stany Zjednoczone muszą troszczyć się o jak najszybsze, o dobrowolne zaludnienie swego kontynentu, aby pokus nie budzić...
W Ameryce, tworzącej czarne plastry skupisk ludzkich nad Atlantykiem, nad Wielkimi Jeziorami, nigdy nie było wzięte pod rozwagę tak proste obliczenie...
Dwa stany, tylko dwa stany, Oregon i Waszyngton, położone nad Pacyfikiem, tworzą obszar 165 826 mil kwadratowych angielskich i posiadają ludności (statystyka roku 1930) 2 514 653 mieszkańców.
Owóż jeżeliby połączyć ze sobą europejskie dzierżawy Włoch (119 744 mil kwadratowych angielskich), Austrii (32 369 mil kwadratowych angielskich) i Belgii (11 752 mil kwadratowych angielskich), to przedstawiałyby obszar wynoszący tylko 163 865 mil kwadratowych, jeszcze prawie o dwa tysiące mil mniejszy od stanów Oregon i Waszyngton.
Tymczasem na tym mniejszym obszarze w Europie żyje dokładnie, według statystyki z roku 1928 — we Włoszech: 41 168 000 — w Belgii: 7 995 558 — w Austrii: 6 675 283 mieszkańców — czyli razem 55 838 841 ludzi... czyli więcej niż w Oregonie i Waszyngtonie o 53 157 640 mieszkańców!...
Nie dość na tym, w Europie te miliony podziewają się w krajach uboższych od tych dwu stanów, w krajach niezdolnych ich wyżywić, w krajach nawet klimatycznie niżej stojących...
A mowa tutaj jedynie o dwu stanach, tych najbardziej na zachód wysuniętych, o dwu żyznych, bogatych w lasy, zasobnych w glebę pustkowiach.
Nawet paląca sprawa zbudowania nad Pacyfikiem tamy z żywych piersi ludzkich nie ocaliła imigracji. Ameryka wolała miliardy rzucać na śmiercionośne narzędzia, cały świat pomawiać o militaryzm, no i otwierać „kliniki kontroli urodzin”... W osiemnastu stanach jest ich już 82!...
Równorzędnie, gdy nadmierne płace nie dawały się dość szybko zmniejszyć, gdy konkurencja odradzającej się Europy zaczęła wzrastać, z tym większym jeszcze zapałem jęto się mechanizacji pracy, upraszczania produkcji, zastępowania kosztownych materiałów tańszymi, standaryzacji artykułów, a nade wszystko większych zysków na wydajności.
Impet do wynalazków, i tak niewspółmiernie większy niż gdziekolwiek, wzmógł się. Technika, hojnie wspierana przez kapitał, siliła się na coraz dalej sięgające zdobycze, na owe zachwycające pomysły, które za jednym pociśnięciem guziczka zdolne były potokami światła zalewać przestrzenie, wypełniać je dźwiękami popisów muzycznych, wprowadzać w ruch gigantyczne turbiny, na owe genialne inwencje, które radosnym podziwem przejmują laików, skazując ciche gromady robocze na nędzę, na poniewierkę.
Machina? — A więc dźwignia cywilizacji, tylekroć razy dobrodziejka, szczodrobliwa rozdawniczka. Ona wszak zużytkowuje nieuchwytną dla rąk ludzkich energię, ona szczędzi im krwawego potu, ona człowieka zamienia w Tytana, ona chroni go często przed utratą życia i zdrowia, ona mnoży, ona udostępnia dorobki materialnej, a bodaj i duchowej kultury...
Czyż można sobie wyobrazić życie współczesne bez machiny?
Czyliż można wyobrazić sobie tak potworny zastęp szewców, który by zdołał zaopatrzyć w ręcznie wykonane obuwie tych, co je dzisiaj nosić nawykli?
Rozkwit techniki ma swe nieubłagane następstwa. Ludzkość musi patrzeć zysków, idących dalej aniżeli udręki słabych, nieopatrznych, bezbronnych.
Automat telefoniczny więcej przyczynia zadowolenia aniżeli smutku łzy pozbawionych chleba telefonistek — gramofon spokojnemu obywatelowi nigdy nie przypomni rzeszy skazanych na głód grajków — radio milionom od razu pozwala słuchać wirtuoza, spychając w otchłań zastępy artystów drugorzędnych.
Maszyna pisze, maszyna dyktuje, maszyna robi pudełka, maszyna prasuje, maszyna kopie fundamenty, wierci skały, wybiera gruzy, maszyna zlewa wodą ulice, maszyna zamiata nawet gościńce, maszyna pierze, maszyna wyciąga stare słupy telegraficzne i zakopuje nowe, maszyna wydobywa rudę, maszyna ładuje i wyładowuje, maszyna waży, maszyna układa, maszyna robi cegłę, maszyna jest drwalem, ślusarzem, kowalem, stolarzem, dróżnikiem, kontrolerem, kasjerem, froterem...
Stany Zjednoczone wpadły w orgię wynalazczą, w gorączkę gwałtownej, nieznanej na starym kontynencie realizacji. Zaledwie ktoś rzucił pomysł, zaledwie zdołał go wydobyć z niedołężnego prymitywu, już ten pomysł chwytano, wprowadzano.
Rzekłbyś, dziatwa rozochocona, ogniem igrająca, olśniona coraz potężniejszymi jego blaskami, skradających się ku niej skier niepomna.
Tam, kędy w tkackich warsztatach stało pochylonych nad czółenkami czterystu ludzi — tam dzisiaj z daleko większą precyzją, z większą wydajnością trwa zaledwie dwudziestu czterech. Nowoczesna żniwiarka starczy na polu za dwustu żniwiarzy. Maszyna do sadzenia kapusty bije na głowę czterdziestu pracowników. Arytmografy przepędziły siedemdziesiąt pięć procent rachmistrzów i księgowniczych.
Pomywaczy butelek do mleka wytępiła higiena butelek papierowych, do jednorazowego służących użytku. Krojczych zastąpił automat, tnący od razu całe postawy238 sukna...
Cuda nad cudami!
Laboratoria, izby doświadczalne, milionowe nakłady, byle znów coś nowego przyczynić, mechanizm jeszcze do czegoś zaprząc, nowe, tańsze chwycić siły, w bardziej skomplikowane zakuć ją sprężyny, a w ostatku i człowieka zmechanizować, zamienić go w doskonałość tayloryzmu, uczynić śród trybów, transmisji, warczenia kół, miarowego kłapotania tłoków jeszcze tym brakującym dotychczas mechanizmem, tą jeszcze nieudoskonaloną oliwiarką...
Możeż239 być wspanialszy wyraz ludzkiej potęgi nad owego gentlemana w rękawicach muszkieterskich, zgrabnego, wymuskanego nieledwie, panującego w przepastnej hali łomoczącym, ziejącym ogniem i parą lewiatanom?
Zarobki były i dalej znakomite, bajeczne, niepojęte dla rdzawych tłumów europejskiego robociarstwa.
Jeno240 tych zarobków było mniej, ludzi bez pracy więcej.
Zaszemrano, ozwały się głosy przestrogi.
Płytkie rezonerstwo.
Cóż bo z niepożytecznego wyrobku? Cóż z tych rzesz głuptackich, nygusowskich? Cóż komu z tych tłumów dziurkarek, obrębiarek, kancelistów, kopistów, przepisywaczy, dodawaczy, pilnikarzy, dłubaczy, kosiarzy, pacykarzy, nosiwodów, tragarzy, praczy, łopatników, zamiataczy, klajściarzy?...
Brak pracy?
Jak to? — Przemysł co godzina zakreśla nowe kręgi. — Wynalazki otwierają wrota nieznanym dziedzinom produkcji. Życie rwie naprzód, nie da się zatrzymać. Tysiące „możliwości” przed każdym. Byle chcieć.
Bezrobocie?
Fabryki idą, towarów w magazynach, surowców w składach, ziarna w elewatorach po strop, i lepszego aniżeli wczoraj, i tańszego.
Należy bronić zagrożonego przez wytwórczość europejską stanowiska, należy miażdżyć ją masami wyrobów, obniżać ceny kosztu własnego, zwyciężać geniuszem przedsiębiorczości, geniuszem taktyki, dławić potęgą złota.
Człowiek?
Ecce homo! — Jest i człowiek mechaniczny, cały ze stali. Puszczony w ruch, chodzi, mówi, wykonuje na żądanie pewne czynności, nawet je kojarzy w pewien ład, układa w pewną logiczną wstęgę, uzależnia, dostosowuje.
Człowiek? — Stokroć tęższa odeń komórka fotoelektryczna.
Wyobraźnia jej nie ogarnie.
Komórka fotoelektryczna, umieszczona w odpowiednio zbudowanym przyrządzie, a zaprzęgnięta do pracy bankowej, odczytuje stosy wykazów, rachunków, pliki świstków i kwitków i z szybkością dwustu poruszeń na minutę dzieli je według najbystrzejszego zmysłu wytrawnego pracownika na kategorie, i rozsyła pięćdziesięciu naraz wydziałom do załatwienia...
Bajka o żelaznym wilku — a w tej bajce ani słowa przesady.
Wspaniały, znakomity twór ludzkiego mózgu — lecz co najmniej twór jednostronny, gdyż dobrodziej i niszczyciel, dziecię światła i ciemności. A może tylko pachołek groszoróbstwa, sługus dolara, niewolnik podniecany przez amerykańskich handlarzy?
Jednostronny twór, bo i w całym tym wysiłku ku zmechanizowaniu pracy tylko inżynierski rachunek, kupiecka kalkulacja, niezdolna ocknąć w sobie głębszej myśli społecznej, niezdolna pamiętać na tych, których chleba pozbawia. Upraszczanie bytowania ludzkiego, a w istocie pomnażanie niedoli, narkotyzowanie czujności amerykańskich „konsulów”, skazywanie kroci tysięcy na nędzę.
Wszystko dla znakomitych spryciarzy zmniejszających liczby robotników — ani szeląga dla dociekań, zdolnych równocześnie przygarniać tłumy niepotrzebnych, nieużytecznych rąk.
Praca nie jest klątwą rodzaju ludzkiego, lecz błogosławieństwem Bożym. Praca jest modlitwą. Praca jest szczęściem.
Owóż na „ziemi mlekiem i miodem płynącej” zabrakło i tego błogosławieństwa, i tej modlitwy, i tego szczęścia.
Najdzielniejszym fundamentem dobrze zbudowanego, demokratycznego państwa jest średnia i drobna własność. Kędy241 średniej i drobnej własności więcej, tam więcej poczucia obywatelskiego, tam mniej różnic i tam mniej fermentów.
Stany Zjednoczone ku temu szły, choć od dawna cierpiały na zbyt wielką chciwość zbogaconych szachrajów, którzy nazbyt szybko wyrastali na magnatów, nazbyt gwałtownie darli się do spekulacyjnej lichwy.
Już przed wielką wojną słynna nowojorska Wall Street (ulica Parkanowa), ściślej giełda, targała arkanami wewnętrznej polityki Stanów Zjednoczonych.
Jednakże ten wpływ giełdziarski chwilami słabnął, zwalczany przez wyjątkowo odważnych prezydentów, jakim był choćby Roosevelt.
Zgon prezydenta Wilsona, dojście do władzy Hardinga, było hasłem do zerwania ostatniej tamy. Harding wypłynął na spienionej fali, tak zwanej „bandy ohioskiej”, która już nie wypuściła z rąk swego elekta.
Zaczęły się orgie sztuczek milionerskich. O najważniejszych zagadnieniach decydowali bankierzy, królikowie, kacykowie stali, nafty, miedzi, trusty, zmowy, intrygi krętaczy, interes jednostek.
Prezydent Coolidge odziedziczył po Hardingu stajnię Augiasza, wczorajszych sekretarzy stanu (ministrów) nie mógł uchronić przed kryminałem, ale i nie uszedł przed gromadą, która z ukrycia rozstrzygała o wyborach i nominacjach, rządziła w izbie poselskiej i senacie, panowała w legislaturach stanowych.
Lecz Stany Zjednoczone były w pełni swej „prosperity”...
Ta „prosperity”, a więc ta pomyślność, ten dobrobyt, nigdzie nieznany, a tak często w mowach i orędziach prezydenta Coolidge’a podkreślany, był jakby balsamem, który łagodził, uciszał.
Jakże się skarżyć, jakże utyskiwać! Jeszcze nigdy nie było tak świetnych bilansów. Przed Stanami Zjednoczonymi wszystkie mocarstwa biły pokłony. Skromny adwokacina z Nowej Anglii, syn ubogiego farmera, rozpierał się za stołem w dygnitarskim fotelu, mając poniżej siebie rumuńską królowę, która rozlewne swe kształty ledwie utrzymać mogła na podrzędnym stołeczku.
Jakże w ogóle można było bodaj dąsy stroić, skoro wykazy dokonywane przez Amerykańską Federację Pracy, dowodziły, że w okresie od roku 1923, a więc od powołania Coolidge’a do Białego Domu, aż po rok 1929, zarobki robotnicze ani drgnęły ku dołowi, lecz przeciwnie, z pełnych jedenastu miliardów rocznie, podniosły się o czterysta milionów!
Prawda, w tym samym czasie dywidendy towarzystw akcyjnych podskoczyły o dwa i pół miliarda, zyski banków amerykańskich podwoiły dochody, przyniosły 576 milionów, a procenty od obligacji wzrosły w trójnasób.
Spekulacja, być może, lecz jakież plony zawrotne.
Najwięksi sceptycy umilkli.
Prezydent Coolidge zapoczątkował zwracanie... podatku dochodowego, zarządził oddawanie wpłaconych podatków...
Wystawmy sobie taki sen o potędze!...
Fiskus, ten zawzięty, nieubłagany jegomość nadsyła uprzejme pismo razem z czekiem... oświadczając, że wobec nadwyżki podatku dochodowego, przekraczającego granice budżetu, skarb federalny zwraca z podziękowaniem część zapłaconego podatku...
A ponieważ według stawu grobla, przeto obywatel zarabiający 5 000 dolarów i opłacający 17 dolarów dochodowego podatku, otrzymywał w prezencie 5 dolarów z centymami — no a milioner, w tym samym stosunku, zagrabiał miliony...
Prezydent Hoover odziedziczył gmach spękany. Usiłował początkowo zażyć tych samych odezw strzelistych o pomyślności. Były to jednakże spóźnione frazesy.
Niepokój wzrastał. Liczby bezrobocia powiększały się. Wywóz się kurczył. Spekulacja giełdziarskich macherów wpadła w szał.
Prezydent Hoover, człowiek dobry, z rządów Hardinga jako sekretarz handlu ocalały, każdą kwestię rozstrzygał z ołówkiem w ręku. Gdy mnożył dwa przez dwa, wypadało mu matematyczne cztery, a społeczno-polityczny minus.
Zatrzymać niezdrową spekulację, udaremnić drobnym kapitalistom niebezpieczną dla nich igraszkę? — Nic łatwiejszego! Rozkaz i banki federalne ograniczyły tani kredyt maklerom giełdowym. Stopa procentowa potroiła się, akcje jęknęły, grzmotnął pierwszy krach. Za nim w te pędy drugi i trzeci. Kapitaliki, nikłe sumki spadły z milionerskich drzew jak źrałe ulęgałki. Magnaci pomnożyli swe bogactwa... Dalej pieniądze angielskie i francuskie wycofały się z giełdy nowojorskiej, za nimi ruszyły i amerykańskie dolary...
W Ameryce nie ma businessu. Więc trzeba go szukać.
I amerykańskie dolary zaczęły budować fabryki i turbiny bolszewikom, zaczęły rozbudowywać sowiecki „dumping”, szachrować z tymi, przeciwko którym w Kapitolu Waszyngtońskim rzucano piorunami — zaczęły w rozmaitych punktach Europy zakładać warsztaty dla przemysłu amerykańskiego konkurencyjne, zaczęły miliardy pożyczać Niemcom, aby... tym szybciej pobić własny przemysł, własnej produkcji zadać cios złowrogi...
Lecz cóż komu do szczegółów.
Milionerzy amerykańscy nie są poetami.
Naraz, istny kataklizm! Niemcy, ci nieszczęśliwi Niemcy zapowiedzieli zawieszenie wypłat... wierzycielom prywatnym, jako powaleni na łopatki przez ssawki kontrybucji wojennych...
Wszczął się alarm nad alarmami. Bierz licho zobowiązania pośrednie względem Stanów Zjednoczonych!
Prezydent Hoover niebo i ziemię poruszył gorącym wezwaniem ku ratowaniu Niemiec przed ruiną, przed katastrofą, przed rewolucją, przed komunizmem, przed anarchią...
Ameryka prolongowała długi europejskie, byle Niemców ocalić... byle chronić miliardy, tymże Niemcom pożyczone przez amerykańskich bankierów! I Ameryka, ta ceniąca nade wszystko swoją „splendid isolation”, zagadała raptem o odrzuconym, niepodpisanym Traktacie Wersalskim, zagadała o jego rewizji, bo Niemcy gotowi by skrzywdzić nababów amerykańskich, bo należy coś na ich uspokojenie, aby płacili, aby uwięzione fundusze można wycofać...
Zresztą problematów zatrzęsienie.
Sześć milionów ludzi bez zajęcia, sześć „oficjalnych” milionów bez jutra, a obok osiemnaście milionów żon, matek, sióstr, dziatek i starców wydanych na poniewierkę razem z nimi.
Zjedli, spieniężyli, zmarnowali wszystko, a resztę zabrały bank i banczki.
Tysiąc banków i banczków, tych najcichszych, ciułających krwawicę zarobkową, mieszczańsko-farmerskie fundusiki, trzasło, zagrzebało w swych gruzach resztki zaopatrzenia na czarną godzinę.
Co czynić, jak zaradzić klęsce?
Więc odezwy płomienne do społeczeństwa, do tego głównie, które nic nie posiada, więc sposoby. Pracującym zmniejszyć godziny pracy, a na te zmniejszone godziny wziąć bezrobotnych. Niechże sprawiedliwsze będzie zarobkowanie. Ująć i dać. Obciąć płace, oszczędzać. Budować gmachy publiczne. Przedsiębiorcy, ci najtańsi, chwycą za maszyny... Z kobietami się rozprawić, bo i kobiet wina, niezawodna wina.
Latami się napierały, pchały do zawodów, do biur, urzędów, zabierały miejsca żywicielom rodzin, same najczęściej szukając nie chleba czarnego, lecz wetów, lecz jedwabiów, błyskotek, zbytku.
Brak dokumentu na kobiety? — Jest i statystyka, powagą profesora Nystroma z Uniwersytetu Columbia stwierdzona...
Amerykanki wydają rocznie na kosmetyki, na „instytuty piękności” okrągłą sumkę 750 milionów dolarów rocznie (statystyka roku 1930), włączając pomadkę do ust, ondulacje, przefasonowywanie nosów, wycinanie zmarszczek, chudnięcie itp. zabiegi.
Wobec tego należy odebrać pracę... mężatkom i w ogóle tak zarządzić, aby w rodzinie jedna tylko osoba zarobkowała.
A tu i budżet się zapada, deficyty rosną — a tu znów taż sama statystyka wykazuje, że na przezimowanie nędzarzy brak stu siedemdziesięciu ośmiu milionów dolarów — na doczekanie choćby wiosny...
I któż ma dać?
Dwa tysiące ludzi w Stanach Zjednoczonych trzyma całe Stany Zjednoczone w kieszeni. Oni płacą, oni trudzą się za innych, oni ponoszą największe ciężary...
Taki Andrew Mellon, wielki podskarbi od czasu Hardinga, według niedyskretnych relacji czasopism amerykańskich, posiada dopiero dwa miliardy dolarów uskrobanych ciężką pracą. Dać przeto nie może i nie da ani on, ani Astor, ani Pierpont Morgan, ani Schwab, ani Du Pont, ani Ford, ani Rockefeller, ani Ryan, ani Huntington, ani Ogden, ani Vanderbilt, ani Vanderlip, ani pani Helena Withney, która ma zaledwie pół miliona dolarów rocznego dochodu...
Trzeba radzić, trzeba dociekać, bo już ukazują się czarne i czerwone chorągwie, bo zakłócają spokój, bo, kto wie, czyli242 wszystkiego złego nie narobił „polski korytarz243...”
Lata przyszły chude.
Nie pierwsze w Ameryce. Bywały podobne po Wojnie Cywilnej, bywały za prezydentury Clevelanda, bywały takie, że dolara w Europie nikt brać nie chciał.
Bywały i mijały. Miną i dzisiejsze łatwiej, aniżeli gdzie indziej, gdyż poza materialną, techniczną kulturą, poza kapiącą od złota czeredą handlarzy, przekupniów, grabicieli bogactw, Stany Zjednoczone zbrojne są zastępami obywateli światłych, ofiarnych, szlachetnych, gotowych do walki, a gardzących półśrodkami, kompromisami.
Głos gubernatora Pensylwanii, głos Pinchota, głos konserwatysty, zaciętego kwakra, wzywającego na bój z mamoną, z nieprawością nie przebrzmi bez echa.
Ameryka dźwignie się, ocknie i z większym jeszcze zapałem rozpalać będzie potężne ogniska nauki i sztuki i garnąć się do kultury duchowej.
I jako dzisiaj z amerykańskiej energii, z amerykańskiej wytrwałości, z amerykańskich systemów i metod powielania wartości, ułatwiania życia tysiące wskazań dla opieszałych a bezradnych — tako jutro w Nowej Kolchidzie złote runo myśli wszechludzkich, kastalskie krynice rozkwitu umysłowego.
Konstancin, dnia 17 listopada 1931 roku.
KONIEC.
Przypisy:
1. Nowa Kolchida na stal przekuwająca wątłe mięśnie współczesnych Argonautów — nawiązanie do mit. gr.; do Kolchidy (krainy Aja) została zorganizowana wyprawa pod wodzą Jazona na statku Argo, którego załogę stanowiło 52 tzw. Argonautów (wśród których znaleźli się liczni bohaterowie, m.in. Herakles, Orfeusz, Tezeusz i in.); celem wyprawy było zdobycie złotego runa, czyli skóry skrzydlatego, złotego barana Chrysomallosa powieszonej na dębie w gaju Aresa i pilnowanej przez smoka; Kolchidę umiejscawiano nad Morzem Czarnym, na terenach dzisiejszej Gruzji. [przypis edytorski]
2. pierwsze zatargi o herbatę i tabakę z londyńską administracją — konflikt między władzą centralną w Anglii a koloniami w Ameryce Północnej narastał przez dłuższy czas, a jego tło stanowiło ograniczanie rozwoju gospodarczego kolonii poprzez akty prawne zakazujące np. uprawy niektórych produktów oraz nakładające wysokie cła na towary, dla których kolonie miały stanowić jedynie rynek zbytu; dla kolonii amerykańskich wprowadzono opłatę stemplową od aktów urzędowych, przesyłek i druków, a cłem obłożono m.in. herbatę, po czym w 1773 r. parlament angielski uchwalił ustawę o herbacie (Tea Act) zezwalający Kampanii Wschodnio-indyjskiej na bezpośredni handel herbatą z pominięciem kupców amerykańskich i brytyjskich. Taka polityka doprowadziła do buntu kolonii, której pierwszym spektakularnym aktem było zatopienie całego transportu herbaty indyjskiej w porcie w Bostonie (wydarzenie znane jako „bostońska herbatka”), co dało początek wojnie o niepodległość Stanów Zjednoczonych (1775–1783). [przypis edytorski]
3. mila angielska — [miara długości równa] 1,6 kilometra. [przypis redakcyjny]
4. stopnie Fahrenheita — punkt wrzenia wody u Fahrenheita [wynosi] +212°C; punkt topliwości lodu, a więc 0° Celsjusza [wynosi] + 32° Fahrenheita. [przypis redakcyjny]
5. balotowanie a. balotaż — głosowanie na dwóch kandydatów, którzy w pierwszej turze uzyskali najwięcej głosów, ale nie zdobyli wymaganej większości; daw. tajne głosowanie za pomocą kartek a. białych i czarnych gałek. [przypis edytorski]
6. nawa (daw.) — statek, okręt. [przypis edytorski]
7. vice versa (łac.) — na wzajem. [przypis edytorski]
8. wakans — wakat; wolne stanowisko do obsadzenia. [przypis edytorski]
9. Mussolini, Benito Amilcare Andrea (1883–1945) — wł. polityk i dziennikarz, gł. założyciel i przywódca ruchu faszystowskiego; premier Włoch w l. 1922–1943, później do 1945 przywódca Włoskiej Republiki Socjalnej (tzw. Republika Salò); w 1943 r. został odsunięty od władzy, utworzył satelickie względem Niemiec, marionetkowe państwo z rządem rezydującym w płn. Włoszech w Salò; Mussolini sprawował tam władzę z pomocą szerzących terror jednostek Guardia Nazionale Repubblicana i Czarnych Brygad; schwytany przez komunistycznych partyzantów w 1945 r. i rozstrzelany. [przypis edytorski]
10. Kemal Pasza właśc. Mustafa Kemal zw. Atatürk (1881–1938) — turecki polityk, wojskowy, mąż stanu, współtwórca i pierwszy prezydent Republiki Turcji od 1923 do śmierci w 1938 r. [przypis edytorski]
11. podczas — tu: tymczasem, w tym czasie. [przypis edytorski]
12. penaty (mit. rzym.) — bóstwa opiekuńcze domu, domowych zapasów, rodziny; czasem też całego państwa; również: lary i penaty. [przypis edytorski]
13. gorze (daw.) — biada; nieszczęście; tu: nie wolno, nie należy (pod groźbą ściągnięcia nieszczęścia). [przypis edytorski]
14. wig — członek stronnictwa politycznego wigów, opozycyjnego wobec absolutystycznych rządów Stuartów w Anglii; stronnictwo to istniało w ang. parlamencie od lat 80 XVII w., a w XIX w. przekształciło się w Partię Liberalną. [przypis edytorski]
15. torys — członek konserwatywnego stronnictwa politycznego torysów, przeciwstawiającego się ograniczaniu władzy królewskiej oraz broniącego interesów ziemiaństwa i kościoła katolickiego w Anglii; stronnictwo nosiło początkowo nazwę Abhorrers, tj. oburzonych, było opozycyjne wobec dążeń wigów; w 1834 r. przekształciło się w Partię Konserwatywną. [przypis edytorski]
16. Lincoln, Abraham (1809–1865) — szesnasty prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki (1861–1864), kandydował z ramienia Partii Republikańskiej, następnie wybrany na drugą kadencję, jednak 15 kwietnia 1865 r. zginął z ręki zamachowca, Johna Wilkesa Bootha; czas prezydentury Lincolna wypełniły wydarzenia wojny secesyjnej. [przypis edytorski]
17. Wojna Cywilna (ang. American Civil War) — wojna, która toczyła się w latach 1861–1865 w Stanach Zjednoczonych Ameryki w wyniku secesji części skonfederowanych stanów na południu kraju (tzw. Konfederacja a. Południe), które wystąpiły z Unii a stanami północnymi (tzw. Unia a. Północ); inaczej: wojna secesyjna; wojnę rozpoczęło ostrzelanie przez konfederatów Fortu Sumter w zatoce Charleston w Karolinie Południowej, do którego doszło 12 kwietnia 1861 r., zaś zakończyła kapitulacja konfederatów 26 maja 1865 r. Jedną z najważniejszych zdobyczy wojny, która pochłonęła ponad 600 tys. ofiar, było zniesienie niewolnictwa aktem wydanym przez prezydenta Lincolna 22 września 1862 r. (Proklamacja Emancypacji) oraz wprowadzenie 13. poprawki do konstytucji Stanów Zjednoczonych, dotyczącej zniesienia niewolnictwa i robót przymusowych, a uchwalonej przez Kongres 31 stycznia 1865 r. [przypis edytorski]
18. respective (łac.) — względnie. [przypis edytorski]
19. sromać się (daw.) — wstydzić się. [przypis edytorski]
20. omasta (reg.) — tłuszcz dodawany do potraw, np. masło a. smalec, którym smaruje się chleb. [przypis edytorski]
21. czyli (daw.) — tu: konstrukcja z partykułą wzmacniającą -li; znaczenie: czy też, czy aby. [przypis edytorski]
22. graft (ang.) — łapówka. [przypis edytorski]
23. chmyz (daw.) — lekceważące określenie kogoś małego, niepozornego. [przypis edytorski]
24. kauzyperdstwo — działalność kauzyperdy, tj. (daw.) kiepskiego prawnika, złego, niedouczonego i nieumiejętnego w swym zawodzie adwokata, sędziego itp. [przypis edytorski]
25. gorze (daw.) — biada; nieszczęście; tu: nie wolno, nie należy (pod groźbą ściągnięcia nieszczęścia). [przypis edytorski]
26. matuzalowy — od imienia Matuzala (a. Matuzalema), biblijnego patriarchy, dziada Noego; wg Księgi Rodzaju miał żyć 969 lat. [przypis edytorski]
27. popełnił był (daw.) — forma czasu zaprzeszłego; znaczenie: popełnił wcześniej, uprzednio (przed wydarzeniami a. czynnościami wyrażonymi formą zwykłego czasu przeszłego). [przypis edytorski]
28. wilegiatura (daw.) — wypoczynek na wsi, związany zwykle z dłuższym pobytem. [przypis edytorski]
29. persekutywny (z łac., z ang.) — służący szykanowaniu, nękaniu. [przypis edytorski]
30. adherent — stronnik, poplecznik, sprzymierzeniec. [przypis edytorski]
31. squire (ang.) — właściciel ziemski; tu: obywatel. [przypis edytorski]
32. pożywać (daw.) — tu: korzystać z czegoś; zażywać. [przypis edytorski]
33. pozawczorajszy (daw.) — przedwczorajszy. [przypis edytorski]
34. żeć — konstrukcja z partykułą wzmacniającą -ci, skróconą do -ć; znaczenie: że przecież. [przypis edytorski]
35. habeas corpus — ustawa ang. z 1679 r., wydana za rządów króla Karola II i zakazująca organom państwa aresztowania obywatela bez prawomocnego, potwierdzonego pieczęcią zezwolenia sądu. [przypis edytorski]
36. podotąd — jak dotąd; dotąd; dotychczas. [przypis edytorski]
37. powolność (daw.) — tu: uległość, ugodowość. [przypis edytorski]
38. juści (daw., gw.) — tak, owszem (potwierdzenie). [przypis edytorski]
39. krom (daw.) — oprócz. [przypis edytorski]
40. city job (ang.) — praca na rzecz miasta; zatrudnienie przez władze miejskie. [przypis edytorski]
41. wyprowadzać się — tu: wywodzić się. [przypis edytorski]
42. był (...) zjechał (daw.) — forma czasu zaprzeszłego; znaczenie: zjechał wcześniej, uprzednio (przed wydarzeniami a. czynnościami wyrażonymi formą zwykłego czasu przeszłego). [przypis edytorski]
43. powolność (daw.) — tu: uległość, ugodowość. [przypis edytorski]
44. kędy (daw., gw.) — gdzie. [przypis edytorski]
45. wszędy (daw.) — wszędzie. [przypis edytorski]
46. zawarty (daw.) — zamknięty. [przypis edytorski]
47. pryczer (z ang. preacher) — ksiądz, kaznodzieja, proboszcz. [przypis edytorski]
48. Abbott, Robert Segenstake (1870–1940) — prawnik, redaktor i wydawca afroamerykański, potomek wyzwoleńców; w 1905 r. ufundował tygodnik „The Chicago Defender”, które osiągnęło największy zasięg ze wszystkich czasopism będących w posiadaniu czarnoskórych obywateli Stanów Zjednoczonych; Abbott był również organizatorem w 1929 r. pierwszej parady i pikniku Bud Billiken, największej w Stanach parady Afroamerykanów, odbywającej się dotąd corocznie w drugą sobotę sierpnia w Chicago, Illinois. [przypis edytorski]
49. krom (daw.) — oprócz. [przypis edytorski]
50. kędy (daw., gw.) — gdzie. [przypis edytorski]
51. był zdołał (daw.) — forma czasu zaprzeszłego; znaczenie: zdołał wcześniej, uprzednio (przed wydarzeniami a. czynnościami wyrażonymi formą zwykłego czasu przeszłego). [przypis edytorski]
52. aliaż — daw. stop (metali); połączenie różnorodnych pojęć, właściwości, stylów itp. [przypis edytorski]
53. zbogacony — dziś: wzbogacony. [przypis edytorski]
54. stanowiący — tu: ustanawiający. [przypis edytorski]
55. sromać się (daw.) — wstydzić się. [przypis edytorski]
56. poglądać (daw.) — spoglądać, popatrywać. [przypis edytorski]
57. Verein (niem.) — towarzystwo, związek, bractwo. [przypis edytorski]
58. Ford, Henry (1863–1947) — inżynier i przemysłowiec amer., założyciel Ford Motor Company (1903) w Detroit. [przypis edytorski]
59. był rozsyłał (daw.) — forma czasu zaprzeszłego; znaczenie: rozsyłał wcześniej, uprzednio (przed wydarzeniami a. czynnościami wyrażonymi formą zwykłego czasu przeszłego). [przypis edytorski]
60. wielka wojna — I wojna światowa (1914–1918). [przypis edytorski]
61. ajrysz (ang. Irish) — Irlandczyk. [przypis edytorski]
62. iść w paragon (daw.) — porównywać się. [przypis edytorski]
63. ślimaczyć się — wlec się; wolno postępować. [przypis edytorski]
64. okręt Mayflower — okręt, na którym w okolice dzisiejszego nadmorskiego Plymouth (Massachusetts) przybyli 20 listopada 1620 r. purytanie, protestanccy uchodźcy na tle religijnym z Anglii, w liczbie 102 osób, którym towarzyszyło 30 członków załogi statku. [przypis edytorski]
65. świątynia — tu: wyznanie, religia. [przypis edytorski]
66. joke (ang.) — żart, dowcip. [przypis edytorski]
67. bożnica — tu: synagoga. [przypis edytorski]
68. ex officio (łac.) — z urzędu; urzędowo, na mocy praw przysługujących danemu urzędowi. [przypis edytorski]
69. obocześnie (daw.) — jednocześnie. [przypis edytorski]
70. czasu (daw.) — podczas, w czasie. [przypis edytorski]
71. podniesienie — najuroczystszy moment katolickiej mszy św., w którym odprawiający obrzęd kapłan podnosi opłatek mający uobecniać ciało Chrystusa. [przypis edytorski]
72. przystojny (daw.) — tu: właściwy, odpowiedni, jak przystoi (o zachowaniu). [przypis edytorski]
73. banda (z ang. band) — tu: zespół. [przypis edytorski]
74. far niente (wł.) — nicnierobienie; nieróbstwo. [przypis edytorski]
75. sabat — tu: sobota; również: dzień świąteczny w judaizmie. [przypis edytorski]
76. osławiony — tu (niepopr.): sławny, otoczony sławą. [przypis edytorski]
77. respective (łac.) — względnie. [przypis edytorski]
78. konsystorz (z łac. consistorium: zgromadzenie) — daw. określenie kurii biskupiej zbierającej się, aby rozstrzygać sprawy administracyjno-sądownicze dotyczące kościoła katolickiego w danej diecezji (tj. terytorium podległego danemu biskupowi). [przypis edytorski]
79. anglez (daw.) — tu: długi surdut. [przypis edytorski]
80. tonsura — wygolone kółko na czubku głowy na znak przynależności do niektórych męskich zakonów katolickich (tj. dominikanie, franciszkanie, karmelici), względnie wygolenie całej głowy (u kamedułów). [przypis edytorski]
81. powolność (daw.) — tu: uległość, ugodowość. [przypis edytorski]
82. baszybuzuk (daw.) — hultaj, figlarz, zawadiaka; początkowo: żołnierz wojsk tureckich na przełomie XIX i XX wieku. [przypis edytorski]
83. dwu milionów trzechkroć stu tysięcy — dwu milionów trzystu tysięcy. [przypis edytorski]
84. szewron — naszywka w kształcie litery „V” umieszczana na rękawie lub naramienniku munduru dla oznaczenia stopnia w hierarchii sił zbrojnych i in. służb mundurowych. [przypis edytorski]
85. ad limina apostolorum (łac.) — dosł. do progów apostołów; przen. określenie wizyty w Stolicy Apostolskiej, tj. w Watykanie, będącym siedzibą najwyższych władz kościoła katolickiego. [przypis edytorski]
86. nie zdolen jest (daw.) — nie jest zdolny. [przypis edytorski]
87. powolność (daw.) — tu: uległość, ugodowość. [przypis edytorski]
88. karaim — wyznawca karaimizmu, religii monoteistycznej wywodzącej się z judaizmu, posiadającej wspólne wątki z islamem i chrześcijaństwem, która wyodrębniła się ok. VIII w. na terenie Mezopotamii, a następnie rozszerzyła się na tereny Bizancjum, Egiptu i Imperium osmańskiego; gł. kodyfikatorem karaimizmu był Anan, syn Dawida z Basry (ur. ok. 754 r.), który uważając się za reformatora judaizmu, przeciwstawił się naukom talmudycznym, postulował powrót do trzymania się ścisłych zapisów Tory (Pięcioksięgu Starego Testamentu) oraz ascetyczny tryb życia. [przypis edytorski]
89. memento (łac. dosł.: pamiętaj) — prawda czy prawidłowość, o której należy pamiętać. [przypis edytorski]
90. wolej (daw.) — lepiej. [przypis edytorski]
91. bełcze — daw. forma 3 os. lp cz. teraźniejszego od bełtać (mieszać); dziś: bełta. [przypis edytorski]
92. podotąd — jak dotąd; dotąd; dotychczas. [przypis edytorski]
93. czyli (daw.) — tu: konstrukcja z partykułą wzmacniającą -li; znaczenie: czy też, czy aby. [przypis edytorski]
94. wolej (daw.) — lepiej. [przypis edytorski]
95. wyżenąć (daw.) — wygonić, wygnać. [przypis edytorski]
96. zawora — tu: tama, zamknięte przejście. [przypis edytorski]
97. kędy (daw., gw.) — gdzie. [przypis edytorski]
98. kulać się — turlać się. [przypis edytorski]
99. wszędy (daw.) — wszędzie. [przypis edytorski]
100. wszędy (daw.) — wszędzie. [przypis edytorski]
101. się (...) był uczył (daw.) — forma czasu zaprzeszłego; znaczenie: uczył się wcześniej, uprzednio (przed wydarzeniami a. czynnościami wyrażonymi formą zwykłego czasu przeszłego). [przypis edytorski]
102. zawora — tu: tama, zamknięte przejście. [przypis edytorski]
103. hallo boss (ang.) — cześć, szefie. [przypis edytorski]
104. foreman (ang.) — majster, brygadzista. [przypis edytorski]
105. dystrakcja (daw.) — rozproszenie (uwagi, skupienia). [przypis edytorski]
106. foreignerski (z ang. foreigner: cudzoziemiec) — cudzoziemski. [przypis edytorski]
107. kędy (daw., gw.) — gdzie. [przypis edytorski]
108. szewron — naszywka w kształcie litery „V” umieszczana na rękawie lub naramienniku munduru dla oznaczenia stopnia w hierarchii sił zbrojnych i in. służb mundurowych. [przypis edytorski]
109. szemat (daw.) — formularz; schemat. [przypis edytorski]
110. atoli (daw.) — jednakże. [przypis edytorski]
111. nieosiedziały — tu: nieosiadły, niezakorzeniony. [przypis edytorski]
112. Zorganizowana Praca — tu: związki zawodowe. [przypis edytorski]
113. białoskórnik — rzemieślnik garbujący skóry na rękawiczki i odzież. [przypis edytorski]
114. kędy (daw., gw.) — gdzie. [przypis edytorski]
115. względnie — tu: zależnie (od czegoś, w stosunku do czegoś). [przypis edytorski]
116. jeno (daw., gw.) — tylko. [przypis edytorski]
117. juścić (daw., gw.) — juści: tak, owszem (potwierdzenie).tak, owszem (potwierdzenie), wzmocnione partykułą -ci, skróconą do -ć. [przypis edytorski]
118. inwidia (daw., z łac.) — nienawiść, zawiść, zazdrość. [przypis edytorski]
119. forejner (z ang. foreigner) — cudzoziemiec. [przypis edytorski]
120. majner (z ang.) — górnik; pracownik kopalni. [przypis edytorski]
121. obserwować (daw., z łac.) — tu: zachowywać; przestrzegać. [przypis edytorski]
122. foreman (ang.) — majster, brygadzista. [przypis edytorski]
123. słuszna — daw. forma oznaczająca: słuszne jest, aby. [przypis edytorski]
124. imać się (daw.) — chwytać się za coś; zajmować się czymś. [przypis edytorski]
125. strycharstwo — wyrób ceramiki budowlanej, cegielnictwo. [przypis edytorski]
126. gorze (daw.) — biada; nieszczęście; tu: nie wolno, nie należy (pod groźbą ściągnięcia nieszczęścia). [przypis edytorski]
127. respective (łac.) — względnie. [przypis edytorski]
128. c. k. — skrót od: cesarsko-królewski. [przypis edytorski]
129. sporzyć — tu: przysparzać; dostarczać. [przypis edytorski]
130. krom (daw.) — oprócz. [przypis edytorski]
131. zbogacony — dziś: wzbogacony. [przypis edytorski]
132. obskurantyzm (z łac.) — ciemnota; zacofanie, nieświadomość, nieuctwo. [przypis edytorski]
133. munsztuk — daw. mundsztuk (z niem.); część uprzęży zakładanej na pysk konia, kiełzno stosowane w połączeniu z metalowym drążkiem (wędzidłem) umieszczanym między zębami zwierzęcia oraz skórzanymi paskami (wodzami); munsztuk umożliwia kierowanie głową konia. [przypis edytorski]
134. juści (daw., gw.) — tak, owszem (potwierdzenie). [przypis edytorski]
135. wystawić sobie (daw.) — wyobrazić sobie. [przypis edytorski]
136. numerus clausus (łac.) — dosł. zamknięta liczba, ograniczona liczba; zasada ograniczania liczby studentów uniwersytetów, motywowana przyczynami politycznymi a. praktycznymi; w okresie międzywojennym stosowana w Polsce, Rosji, Niemczech, Rumunii, na Węgrzech i w Stanach Zjednoczonych w stosunku do chcących uzyskać wykształcenie wyższe kandydatów pochodzenia żydowskiego. [przypis edytorski]
137. wystawić sobie (daw.) — wyobrazić sobie. [przypis edytorski]
138. weltschmerz (z niem.) — ból świata; bolesne odczuwanie świata (istnienia itp.); cierpienie egzystencjalne. [przypis edytorski]
139. czyli (daw.) — tu: konstrukcja z partykułą wzmacniającą -li; znaczenie: czy też, czy aby. [przypis edytorski]
140. dolce far niente (wł.) — słodkie nicnierobienie; słodkie nieróbstwo. [przypis edytorski]
141. imać się (daw.) — chwytać się za coś; zajmować się czymś. [przypis edytorski]
142. ekspens (daw.) — wydatek. [przypis edytorski]
143. zakupno — dziś: kupno a. zakup. [przypis edytorski]
144. krom (daw.) — oprócz. [przypis edytorski]
145. Chrystusowe lata — po trzydziestce; wiek dojrzały. [przypis edytorski]
146. opuścił był (daw.) — forma czasu zaprzeszłego; znaczenie: opuścił wcześniej, uprzednio (przed wydarzeniami a. czynnościami wyrażonymi formą zwykłego czasu przeszłego). [przypis edytorski]
147. kędy (daw., gw.) — gdzie. [przypis edytorski]
148. czyli (daw.) — tu: konstrukcja z partykułą wzmacniającą -li; znaczenie: czy też, czy aby. [przypis edytorski]
149. zgłosił się był (daw.) — forma czasu zaprzeszłego; znaczenie: zgłosił się wcześniej, uprzednio (przed wydarzeniami a. czynnościami wyrażonymi formą zwykłego czasu przeszłego). [przypis edytorski]
150. atoli (daw.) — jednakże. [przypis edytorski]
151. otrzymał był (daw.) — forma czasu zaprzeszłego; znaczenie: otrzymał wcześniej, uprzednio (przed wydarzeniami a. czynnościami wyrażonymi formą zwykłego czasu przeszłego). [przypis edytorski]
152. maż — konstrukcja z partykułą wzmacniającą -że, skróconą do -ż. [przypis edytorski]
153. prowiantować — zaopatrywać w prowiant; tu: zaopatrywać w materiały do eksploatacji. [przypis edytorski]
154. łańcuch (ang. chain) — tu: sieć sklepów. [przypis edytorski]
155. czyli (daw.) — tu: konstrukcja z partykułą wzmacniającą -li; znaczenie: czy też, czy aby. [przypis edytorski]
156. jeno (daw., gw.) — tylko. [przypis edytorski]
157. na borg (daw.) — na kredyt; z umówionym opóźnieniem płatności. [przypis edytorski]
158. zabiegliwość — zapobiegliwość, staranność, nieszczędzenie zabiegów i starań połączone z dalekowzrocznością przewidywań co do możliwych konsekwencji. [przypis edytorski]
159. krom (daw.) — oprócz. [przypis edytorski]
160. jeno (daw., gw.) — tylko. [przypis edytorski]
161. zabiegliwy — zapobiegliwy, staranny, nie szczędzący zabiegów i starań; przewidujący. [przypis edytorski]
162. oboczesny (daw.) — jednoczesny. [przypis edytorski]
163. jeno (daw., gw.) — tylko. [przypis edytorski]
164. obocześnie (daw.) — jednocześnie. [przypis edytorski]
165. promiskuityczny (z łac. promiscus a. promiscuus: wspólny) — właściwy promiskuityzmowi, czyli wspólnemu bytowaniu w nieplanowany sposób dobranych ludzi; dziś gł. w odniesieniu do seksualnych kontaktów pozbawionych więzi uczuciowych, podejmowanych z przypadkowymi partnerami. [przypis edytorski]
166. jeno (daw., gw.) — tylko. [przypis edytorski]
167. kędy (daw., gw.) — gdzie. [przypis edytorski]
168. względnie — tu: zależnie (od czegoś, w stosunku do czegoś). [przypis edytorski]
169. jeno (daw., gw.) — tylko. [przypis edytorski]
170. kędy (daw., gw.) — gdzie. [przypis edytorski]
171. polska kiszka — tu: pęknięta dętka, przedziurawione koło; flak. [przypis edytorski]
172. okres czasu — błąd logiczny (pleonazm); prawidłowe jest użycie jednego ze słów: okres a. czas. [przypis edytorski]
173. podotąd — jak dotąd; dotąd; dotychczas. [przypis edytorski]
174. powolny (daw.) — tu: uległy, ugodowy. [przypis edytorski]
175. foreigner (ang.) — cudzoziemiec. [przypis edytorski]
176. delatorstwo (daw.) — donosicielstwo. [przypis edytorski]
177. matuzalowe lata — określenie nawiązuje do postaci Matuzala (a. Matuzalema), biblijnego patriarchy, dziada Noego, który wg Księgi Rodzaju miał żyć 969 lat. [przypis edytorski]
178. au naturel (fr.) — naturalnie, w sposób naturalny. [przypis edytorski]
179. sromać się (daw.) — wstydzić się. [przypis edytorski]
180. wczasy (daw.) — tu: każdy wypoczynek, odpoczynek. [przypis edytorski]
181. wchodowy — wejściowy; ten, którym się wchodzi. [przypis edytorski]
182. statki (daw.) — naczynia pozostałe po posiłku, wymagające pozmywania. [przypis edytorski]
183. krom (daw.) — oprócz. [przypis edytorski]
184. gorze (daw.) — biada; nieszczęście; tu: nie wolno, nie należy (pod groźbą ściągnięcia nieszczęścia). [przypis edytorski]
185. czyli (daw.) — tu: konstrukcja z partykułą wzmacniającą -li; znaczenie: czy też, czy aby. [przypis edytorski]
186. podczas — tu: tymczasem. [przypis edytorski]
187. godzicielski — zmierzający do zaprowadzenia zgody, do pogodzenia stron. [przypis edytorski]
188. ersatz (z niem.) — podróbka, zastępnik. [przypis edytorski]
189. wystawić sobie (daw.) — wyobrazić sobie. [przypis edytorski]
190. roztruchan — duży, srebrny puchar o kształcie zoomorficznym (np. orła, pawia, sowy, lwa), czasami zdobiony kamieniami szlachetnymi, używany do wznoszenia toastów i służący do ozdoby stołu; popularny w XVI i XVII w. [przypis edytorski]
191. commode (fr.) — wygodny, komfortowy. [przypis edytorski]
192. pochyło (daw., reg.) — niezwłocznie; szybko, wkrótce; tu: bezpośrednio. [przypis edytorski]
193. posiedziciel (daw.) — posiadacz, właściciel. [przypis edytorski]
194. święcił był (daw.) — forma czasu zaprzeszłego; znaczenie: święcił wcześniej, uprzednio (przed wydarzeniami a. czynnościami wyrażonymi formą zwykłego czasu przeszłego). [przypis edytorski]
195. najważniejsza — daw. forma oznaczająca: najważniejsze jest, aby. [przypis edytorski]
196. wszystko zamarzone — wszystko, o czym się zamarzy. [przypis edytorski]
197. czyli (daw.) — tu: konstrukcja z partykułą wzmacniającą -li; znaczenie: czy też, czy aby. [przypis edytorski]
198. perkolator (daw.) — ekspres do kawy. [przypis edytorski]
199. konifery (daw.) — drzewa iglaste. [przypis edytorski]
200. czyli (daw.) — tu: konstrukcja z partykułą wzmacniającą -li; znaczenie: czy też, czy aby. [przypis edytorski]
201. nababski — właściwy nababowi, tj. bogaczowi (od tytułu muzułmańskiego księcia w Indiach, zwł. w Bengalu). [przypis edytorski]
202. rosarium (łac.) — ogród różany. [przypis edytorski]
203. czyli (daw.) — tu: konstrukcja z partykułą wzmacniającą -li; znaczenie: czy też, czy aby. [przypis edytorski]
204. kędy (daw., gw.) — gdzie. [przypis edytorski]
205. obocześnie (daw.) — jednocześnie. [przypis edytorski]
206. five (ang.) — pięć, piąta (godzina); tu: podwieczorek (zwyczajowo urządzany o piątej po południu). [przypis edytorski]
207. kędy (daw., gw.) — gdzie. [przypis edytorski]
208. zawarty (daw.) — zamknięty. [przypis edytorski]
209. Wespazjanowe sestercje rzymskie zapachu nie mają — nawiązanie do przypisywanej cesarzowi Wespazjanowi sentencji „Pecunia non olet”, oznaczającej, że nie jest ważne źródło zarobku, ale sam zarobek. [przypis edytorski]
210. frukty — owoce. [przypis edytorski]
211. kędy (daw., gw.) — gdzie. [przypis edytorski]
212. wszędy (daw.) — wszędzie. [przypis edytorski]
213. sztucznie (daw.) — artystycznie, kunsztownie, umiejętnie; zgodnie z zasadami jakiejś sztuki (rzemiosła). [przypis edytorski]
214. kapłon — wykastrowany i specjalnie utuczony młody kogut; dania z tak hodowanego drobiu były w kuchni staropolskiej daniem wykwintnym, a zarazem popularnym. [przypis edytorski]
215. pularda — młoda, nierozwinięta płciowo kura, tuczona specjalnie dla uzyskania delikatnego i kruchego mięsa, ubijana po osiągnięciu wieku ok. 9 tygodni i wagi ok. 2 kg; pularda to także nazwa dania przygotowanego z tak hodowanej kury, popularnego w kuchni staropolskiej. [przypis edytorski]
216. zabiegliwy — zapobiegliwy, staranny, nie szczędzący zabiegów i starań. [przypis edytorski]
217. prezerwować — chronić, zachowywać, zabezpieczać. [przypis edytorski]
218. wtóry (daw.) — drugi. [przypis edytorski]
219. niepodobna — daw. forma oznaczająca: niepodobne (niemożliwe) jest, aby. [przypis edytorski]
220. korzec — daw. miara objętości ciał sypkich, stosowana w Europie od średniowiecza; korzec równał się 32 garncom i stanowił odpowiednik od 54 do 128 litrów (zależnie od regionu kraju i okresu; przed zaborami, na mocy konstytucji ustalono jego miarę na 120 l); korzec dzielił się na 4 ćwiertnie, 16 a. 12 korczyków i 32 a. 24 miary; korzec amer. (bushel), używany nadal np. do określania miary objętości ziarna wynosi nieco ponad 35 litrów. [przypis edytorski]
221. garniec — daw. jednostka objętości, stosowana w Europie od średniowiecza; garniec (nazwa pochodzi od glinianego naczynia) w Polsce przedrozbiorowej stanowił 1/32 korca i dzielił się na 4 kwarty i stanowił odpowiednik od 2 do niemal 4 litrów (zależnie od regionu kraju i okresu), zaś jako miara płynów garniec stanowił 1/72 beczki; w XIX w. garniec liczył 4 l. [przypis edytorski]
222. prymka (z niem.) — tytoń do żucia; daw. sprzedawany w postaci laseczek skręconych z liści mocnego tytoniu z dodatkiem lukrecji, cukru, soli i moczonych w wyciągu z owoców. [przypis edytorski]
223. gorze (daw.) — biada; nieszczęście; tu: nie wolno, nie należy (pod groźbą ściągnięcia nieszczęścia). [przypis edytorski]
224. pozawczoraj (daw.) — przedwczoraj. [przypis edytorski]
225. czyli (daw.) — tu: konstrukcja z partykułą wzmacniającą -li; znaczenie: czy też, czy aby. [przypis edytorski]
226. wolej (daw.) — lepiej. [przypis edytorski]
227. żelaznymi naznaczone kraty — daw. forma N.lm; dziś: (...) kratami. [przypis edytorski]
228. wszędy (daw.) — wszędzie. [przypis edytorski]
229. cicerone (wł.) — przewodnik. [przypis edytorski]
230. posiedziciel (daw.) — posiadacz, właściciel. [przypis edytorski]
231. kędy (daw., gw.) — gdzie. [przypis edytorski]
232. wielka wojna europejska — I wojna światowa (1914–1918). [przypis edytorski]
233. zmitrężyć — zmarnować. [przypis edytorski]
234. jąć (daw.) — zacząć; zabrać się za coś. [przypis edytorski]
235. toć — konstrukcja z partykułą wzmacniającą -ci, skróconą do -ć; znaczenie: to przecież. [przypis edytorski]
236. pożywać (daw.) — tu: korzystać z czegoś; zażywać. [przypis edytorski]
237. splendid isolation (ang.) — doskonała izolacja; wspaniała izolacja (odosobnienie). [przypis edytorski]
238. postaw — inaczej: sztuka (np. sukna); starop. jednostka miary tkanin, dzieląca się na 32 łokcie (czyli ponad 15 m), choć zależnie od regionu i okresu mająca różne przeliczniki (od 27 do 62, a nawet 64 łokci po ok. 52 cm); większą jednostką była bela, licząca 10–12 postawów materiału. [przypis edytorski]
239. możeż — konstrukcja z partykułą -że, skróconą do -ż, wzmacniającą i tworzącą pytanie retoryczne; znaczenie: czy może; czyż może. [przypis edytorski]
240. jeno (daw., gw.) — tylko. [przypis edytorski]
241. kędy (daw., gw.) — gdzie. [przypis edytorski]
242. czyli (daw.) — tu: konstrukcja z partykułą wzmacniającą -li; znaczenie: czy też, czy aby. [przypis edytorski]
243. polski korytarz (niem. Polnischer Korridor) — w niem. nomenklaturze polit. lat 20. XX. w., naznaczonej ekspansywnością terytorialną, określenie stosowane w odniesieniu do obszaru polskiego województwa pomorskiego, niebędącego wcale (jak sugerowałoby słowo „korytarz”) wąskim przesmykiem, lecz na mocy traktatu wersalskiego z 28 czerwca 1919 oddzielającego Prusy Wschodnie od reszty Niemiec; przyznane Rzeczpospolitej Polskiej tereny z dostępem do morza obejmowały daw. Prusy Zachodnie, zamieszkałe w większości przez Kaszubów i ludność polską, Gdańsk otrzymał status wolnego miasta; Republika Weimarska prowadziła politykę rewizjonistyczną, dążąc do korekty granic traktatowych poprzez międzynarodowy arbitraż i zagarnięcia polskiego Pomorza; ostatecznie spór o te tereny stał się jednym z pretekstów wszczęcia II wojny światowej i ataku Niemiec na Polskę: kanclerz III Rzeszy Adolf Hitler wystosował w październiku 1938 r. ultimatum, żądając od Polski zgody na aneksję przez Niemcy Gdańska na budowę eksterytorialnej autostrady i linii kolejowej, które miały przechodzić przez polskie województwo pomorskie, oferując w zamian przedłużenie paktu o nieagresji, jednak Polska odmówiła przyjęcia ultimatum. [przypis edytorski]