Księga IX

Gdy w innej zgoła stronie te sprawy się toczą,

Saturnka Juno z nieba Irydę ochoczą

Do śmiałego śle Turna. — W Pilumna rodzica

Świętym gaju Turn siedział. Córa pięknolica

Taumasa769 różanymi doń usty tak powie:

«Turnie! Czego proszącym obiecać bogowie

Nie śmieliby — nam przyniósł dzień ledwo zaczęty:

Enej, rzuciwszy obóz, druhów i okręty,

Nawiedził gród Ewandra, stołeczny Palatyn.

Nie dosyć! Do najdalszych Korytu wszedł chatyn

I zbiera pod broń Lidów lud nieokrzesany.

Przecz770 wahasz się? Czas konie kiełzać, brać rydwany.

Nie zwlekaj i lęk miecąc771, zgnieć obóz obrzydły!»

Rzekła i w niebo wzbiła się równymi skrzydły772,

Ogromny łuk pod chmurą zatoczy z ukosa.

Poznał ją młodzian, obie wzniósł dłonie w niebiosa

I tak do pierzchającej rzekł, zdumion ogromnie:

«Irydo, nieb ozdobo, któż cię z chmury do mnie

Na ziemię zesłał? Skądże nagle tak pogodna

Jasność? O, widzę, niebo rozchyla się do dna,

Krążące błyszczą gwiazdy tam. Śpieszę w zapale,

Ktokolwiek pod broń woła!» — To rzekłszy, nad fale

Pobiegnie, czerpie wodę z wierzchu i skroń skłania

Przed bóstwy, śluby czyniąc i wznosząc błagania.

Już na pola otwarte za rotą szła rota,

Rwą rumaki, blask bije szat zdobnych i złota.

Pierwszy huf773 Messap, tylne szyki wiodą młodzi

Tyreidzi; pośrodku Turn wojsku przewodzi,

Broń dzierżąc, a przewyższa wszystkich głową całą:

Tak wielki Ganges, siedmiu rzek wzmożon nawałą,

Cicho bieży, tak Nilu toń pianą okryta,

Gdy spływa z pól i w brzegi się chowa koryta.

Wnet ciemną, zbitą chmurę pyłu niespodzianie

Ujrzą Teukrzy i cienie wstające na łanie.

Pierwszy Kaik zakrzyknął z oszańcowań głębi:

«Jakiż kurz, druhy, czarną zawieją się kłębi!

Bierzcie broń, znoście strzały, wstępujcie na mury!

Wróg blisko, hej!» — Wrzask zewsząd się rozległ ponury.

Przez wszystkie bramy Teukrów tłum w szańce się chowa;

Odchodząc bowiem, dzielny Enej te im słowa

Głosił: jeśli tymczasem przygoda się zdarzy,

Niechaj, szyk wiążąc, w pole nie śpieszą w bój wraży774,

Lecz obozu i murów strzegą, skryci wałem. —

Więc choć wstyd im i bitwy chęć w sercu wre śmiałem,

Zaprą bramy wszelako i — jak Enej każe —

Czekając wroga, wieżom zbrojne stawią straże.

Ubiegłszy piesze hufce Turn, zuchwały młodzian,

Dwudziestu wiodąc jeźdźców dobranych, niespodzian

Przed szańcem stanie; pod nim koń srokacz się miota,

Tracki; z kitą pąsową przyłbica lśni złota.

«Kto za mną — krzyknie — chłopcy? Kto pierwszy się zetrze

Z wrogiem? — Ot!» Kręcąc oszczep, rzucił go w powietrze

Wszczynając bój, i groźnie po polu rwie płaskiem.

Krzyk druhów mu odpowie, pomkną za nim z wrzaskiem

Gromkim. Dziwi ich gnuśność Teukrów niewymownie,

Iż w pole nie wychodzą na bój przed warownię,

Jeno obozu strzegą. — Turn z konia się sroży,

Bada szańce, dostępu szuka wśród bezdroży.

Jak pod pełną owczarnią pomruki złowieszcze

Wydaje wilk, u płotu wiatr znosząc i deszcze

Po północy; bezpieczne wśród matek jagnięta

Beczą — jego złość zasię zdejmuje zawzięta

Na ukryte, głód długo znoszony go nęka

I wściekłość, schnie krwi ciepłej pragnąca paszczęka

Tak w Rutulu, co mury i obóz w bliskości

Ogląda, wre gniew — twarde ból pali mu kości.

Nie wie, jak znaleźć dostęp, jak za szańców załom

Zwabić Teukrów na pole i wydrzeć ich wałom.

Więc flotę, co port obok miała niedaleki,

Szańcami otoczona w krąg i falą rzeki,

Napadnie; woła druhów, by nieśli łuczywo,

I w dłoń żagiew płonącej sosny chwyta żywo.

Prą z mocą; pierś ich Turna obecność zapali775.

Wnet wszyscy w dłonie smolne pochodnie porwali,

Rozrywają ogniska — pod gwiazdy wiatr żenie776

Snop iskier i zmieszane z popiołem płomienie.

Któryż to bóg, o Muzy, odwrócił tak srogi

Żar od Teukrów? Kto łodzie z tej wyrwał pożogi?

Powiedzcie! Czyn to dawny, lecz wieczystej sławy...

Kiedy na fryskiej Idzie pierwsze łodzie żwawy

Stawiał Enej i flota na głębie zejść miała,

Mówią, że matka bogów, Berecyntka777 śmiała,

Tak rzekła do Jowisza: «Wprowadzony na tron

Olimpu, słuchaj, synu, głosu pierwszej z matron!

Miałam bór, umiłowan już przed wielu laty —

Na szczycie gaj był, gdzie mi składano obiaty,

W mroku świerków i klonów tnąc chaszcze na pował;

Enejowi go, kiedy floty potrzebował,

Oddałam; dzisiaj troska mi serce rozrania.

Rozprosz mą trwogę, matki wysłuchaj błagania:

Niech statków tych nie niszczy pęd, ni wichru siły

Nie złamią, skoro w moich górach się zrodziły».

Syn, co biegiem gwiazd rządzi, tak zasię rzekł Jowisz:

«O matko, przecz778 los kusisz? Co zjednać stanowisz?

Czyli779 dłonią śmiertelną uczynione łodzie

Nieśmiertelne być mogą? Czyż wszelkiej przygodzie

Wyrwany ma być Enej? Kto z bogów to zdoła?

Lecz tym, co celu dopną i falą mórz zgoła

Niezmożone w auzoński port wpłyną szczęśliwie

I Trojan wodza stawią na Laurentu niwie,

Ziemską postać odmienię, skoro prosisz o to:

Bóstwami morza będą, jak nereida Doto

I Galatea, które piersiami tną morze».

Rzekł i na rzekę brata w stygijskim przestworze780

Klnie się, na smolne nurty i brzegów ich wały...

Skinął i wraz skinieniem wstrząsnął Olimp cały.

Nastał dzień obiecany i Parek wrzeciona

Dosnuły czas... Więc szałem Turna przerażona

Cybele śpieszy pożar odwrócić od łodzi.

Blask nagły strzela wkoło, wśród świateł powodzi

Od wschodu wielki obłok przez niebiosa sunie,

Idajskie widać chóry781, głos straszny grzmi w łunie,

Wśród Trojan i Rutulów budząc lęku mrowie:

«Nie śpieszcie łodzi moich osłaniać, Teukrowie,

Nie zbrójcie dłoni! Pierwej Turn morza zapali,

Niźli święte te sosny... Wy idźcie w głąb fali,

Boginie morza! — Matka każe!»

Wnet nietknięta

Łódź każda od wybrzeża oderwie lin pęta;

Jak delfiny, do morza wnurzając pierś śliską,

W głąb dążą, dziewic biorą kształt (dziwne zjawisko!).

Ile stało przy brzegu krytych spiżem łodzi,

Tyle twarzy dziewiczych nad fale wychodzi.

Zdumieli się Rutule; zatrwożon ucieka

Zlękłymi końmi Messap, cofa się i rzeka

Głośno hucząc, uchodzi Tyberyn z wód głębi.

Lecz Turna zuchwałego bojaźń nie przygnębi,

Słowami krzepi ducha i nie szczędzi nagan:

«W Trojan dziwy te godzą, im Jowisz niezbłagan

Odjął pomoc zwyczajną, ni strzał, ni pożogi

Rutulów nie czekając. Dla Teukrów mórz drogi

Zamknięte: nam połowa odpadła mozołu.

Ląd w ręku naszym — tyle tysięcy pospołu

W Italii oręż wznosi. Zgoła mnie nie trwożą

Głosy Frygów, na wróżbę wskazujące bożą!

Dość losom i Wenerze, że Auzonia żyzna

Trącona stopą Trojan. Mnie też los mój przyzna

Prawo zniszczyć zbrodniczy lud, co się nie wstydzi

Brać cudzą narzeczoną. Nie sami Atrydzi

Zelżeni, nie sam Micen lud zdoła broń nosić.

Lecz dosyć, że raz padli. — Im winno być dosyć

Dawnych win, okrutnikom, co niewiast ród cały

Prześladują, szaleńcom, których wątłe wały

I rów — taka niewielka przed śmiercią osłona —

Krzepią. Czyż nie widzieli, jak Troja, broniona

Neptuna murem, padła w pożodze w noc ciemną? ..

Lecz kto z was, o wybrani, orężem wraz ze mną

Wał przerwie, co obozy przelękłych wojsk grodzi?

Ni Wulkana mi zbroi, ni tysiąca łodzi

Nie potrzeba na Teukrów. Niech wesprze ich zaraz

Etruski huf! Wśród mroków na zamkowy taras

Nie wedrzem się, nie skradniem zabiciu straży

Palladium, ni w brzuch konia nie skryjem się wraży:

Jawnie ogniem ich szańce otoczymy we dnie!

To nie są z Pelazgami zapasy powszednie,

Które w dziesięć lat męstwo przewlekło Hektora!...

Teraz, gdy dzień się chyli i późna już pora,

Spisawszy się, drużyno, pod zbrojami nie sap,

Lecz wesoło krzep ciała przed bitwą!»

—Wnet Messap

Troskę podjął, by bramy poobsadzać z bliska

Strażą i wokół murów rozłożyć ogniska.

Na czaty pod szańcami Rutulów czternastu

Wybrano — stu za każdym pośpiesza ku miastu,

Strojnych w czuby szkarłatne i błyszczących złotem.

Biegną, straż zaciągają i na darni potem

Raczą się winem, dzbany wypróżniając do dna.

Płoną ognie; wśród zabaw noc kryje pogodna

Bezsennych.

Trojanie z wału patrzą na to i jak mogą

Strzegą wielkich baszt, bramy opatrują z trwogą,

Łączą mosty z wieżami, pociski i strzały

Znoszą. Krząta się Mnestej oraz Serest śmiały,

Których sam ojciec Enej, gdyby ciężki srodze

Bój nastał, dał młodzieńcom za mistrze i wodze.

Cały zastęp na szańcach każdego załomu

Z losu strzeże na przemian, jak przypadło komu.

U bramy Hyrtacyda Nizus straże czyni

Dzielny w boju. W Eneja obóz go łowczyni

Ida782 wysłała; włócznią on walczył i strzały783.

Obok Eurial: równego mu krasą nie znały

Ziemie Troi, ni kryła trojańska zbroica:

Puch pierwszy, niestrzyżony, ocieniał mu lica.

Ci w boje społem biegli, wzajem sobie mili,

I wtedy też straż razem przy bramie dzierżyli.

Nizus rzekł: «Czy ten zapał pochodzi od boga,

Eurialu, czy też bogiem jest własna chęć sroga?

Chęć boju lub świetnego czynu w sercu moim

Wre i miłym nie mogę się cieszyć pokojem.

Patrz, jak wielka Rutulów napełnia otucha:

Ogniska rzadko błyszczą — w śnie, jakby bez ducha.

Zmorzeni winem leżą. Cisza... Słuchaj tylko,

Co myślę, jaki zamiar powziąłem przed chwilką:

Lud i senat chce wysłać do Eneja posły,

Aby nam jego wolę wyraźną odniosły.

Gdy tobie dar przyrzekną słuszny — bo mnie obcym

Wszystko, prócz sławy — widzę, zda się, za tym kopcem

Drogę, co w pallantejskie zawiedzie mnie wały...»

Osłupiał Eurial, zdjęty wielką żądzą chwały,

I te słowa do druha gorącego rzecze:

«Więc w drogę mnie ze sobą wziąć nie chcesz człowiecze?

Samegoż na wyprawy puszczę? Takiż cel ta

Ma mowa? O, nie takie od ojca Ofelta

Brałem rady wśród bitew, wśród Trojan mozołu,

Nie na to zasłużyłem ja z tobą pospołu

Spiesząc, kędy Eneja wiodła dola twarda.

Tkwi w duszy mojej życia szlachetna pogarda,

Co sądzi, że od sławy życie mniej jest miłem».

Na to Nizus: — «O tobie nigdy nie wątpiłem:

Tak niech mnie wróci tobie Jowisz w czerstwej sile

Lub inne bóstwo, które patrzy na nas mile!

Lecz gdy — jak często bywa, wśród trudnej tak drogi —

Przypadek mnie zabierze lub zawistne wrogi,

Chcę, byś został. Twe życie cenniejsze niemało.

Będzie ktoś, kto odbije lub wykupi ciało,

Pogrzebie je lub, jeśli los nie da, grobowiec

Zbuduje, uczci stypą. Nieprawdaż? Sam powiedz!

I matce twej nie sprawię bólu na ostatek,

Co sama z tobą, chłopcze, spośród wielu matek

Poszła, nie chcąc wśród murów pozostać z Acestem».

Ów zasię: «Próżne słowa, bo niezłomny jestem

W mym zdaniu, nie odmienisz go mową uprzejmą.

Pójdźmy!» — Rzekł. Czatowników zbudzi; ci obejmą

Placówkę. Eurial z Nizem, ze straży zwolnieni,

Spieszą, wodza wśród mrocznych poszukując cieni.

Wszystkie inne stworzenia w krąg, tonąc w sen miły,

Zapomniawszy o trudach, swe troski koiły.

Wodzowie przedni Teukrów i dobór młodzieży

Radzą nad wspólną sprawą: co czynić należy

I jaki poseł spiesznie Eneja przestrzeże.

Na długich włóczniach wsparci i dzierżąc puklerze,

Stoją pośród obozu, kiedy Nizus żwawy

I Eurial posłuchania proszą, aby sprawy

Objawić, godne słuchu. Pierwszy Jul stanowi,

By przypuścić śpieszących, i głos da Nizowi.

Wtedy rzekł Hyrtacyda: — «Słyszcie nas łaskawie,

Eneadzi, nie z naszych lat sądząc o sprawie:

Rutule, snem i wina zmorzeni strugami,

Zmilkli. Miejsce przeprawy upatrzylim sami

Na rozstajach, przy bramie, co morza jest bliska.

Tam rzadsze czaty, czarny dym bucha z ogniska

Pod gwiazdy. Gdy przeciwni temu nie jesteście,

Aby szukać Eneja w pallantejskim mieście,

Pobiwszy wielu, z łupem do szańców tych proga

Powrócim. Wśród wyprawy nie zmyli nas droga:

Widywali gród, często podchodząc pod bramy

Na łowach, brzegów rzeki każdy zakręt znamy».

Na to wiekiem podeszły, poważny rzekł Alet:

«Rodowe bóstwa Troi! Widać dawnych zalet

Pomne, nie chcecie biednych Teukrów zgubić do cna,

Gdy w sercach młodzi naszej goreje tak mocna

Żądza sławy!» — To mówiąc, uściska prawice

Obu chłopców, a hojne łzy zroszą mu lice. —

«Jakiejże ja nagrody godnym nie uznawam

Tak chwalebnego dzieła? Najpiękniejszą da wam

Sumienie i bogowie; resztę zaś nagrody

Zbożny Enej dołoży, wnet i Askań młody,

Co nigdy nie zapomni o tak wielkim czynie».

«Ja, co w ojca powrocie mam ufność jedynie —

Podjął Askań — na lary784 wielkie i penaty785

Assaraka786, na siwej Westy chram787 bogaty

Klnę się: jeśli tli jaka w mej piersi nadzieja,

W waszym męstwie ją składam! Stawcie mi Eneja

Przed oczy znowu! Przy nim nic przygoda zła mi

Nie zaszkodzi. Dwie srebrne, zdobione rzeźbami

Dam czasze, łup z Arysby przez rodzica wzięty,

I trójnogi dwa, złota dwa wielkie talenty

I puchar starożytny, który mi Dydona.

Dała. Gdy zaś Italii podbój się dokona,

Po zwycięstwie, gdy łupy dzielić będą moi...

Widziałeś, jaki Turna niósł koń, w jakiej zbroi

Ze złota? — Konia tego, tarcz i krasne czuby

Wyłączę z działu: twym to wszystko, Nizie luby!

Dwanaście też dobranych kobiet w wieku kwiecie

I tyluż jeńców w zbrojach od ojca weźmiecie,

I samego Latyna króla żyzne łany.

Ty zaś, który mi wiekiem swym, chłopcze kochany,

Bliższy jesteś — wiedz, że cię odtąd sercem całem

Za druha na wszelakie przygody obrałem.

Bez ciebie żadnych czynów dłoń moja nie pocznie

W pokoju i wśród bitew, twym słowom niezwłocznie

Dam wiarę!»

Wtedy tak się ozwie Eurial śmiały:

«Żaden dzień do zdobycia tak rozgłośnej chwały

Nieskorym mnie nie znajdzie; byle w zdradne siecie

Fortuna nas nie wwiodła! Ja nad wszystko przecie

O jedno błagam: Matkę mam z grodu Pryjama,

Co nie chciała w iliońskiej ziemi zostać sama

Ani w grodzie Acesta, lecz ze mną szła wszędzie.

Nieżegnaną dziś rzucam ją — wiedzieć nie będzie

O losie mym. Noc świadkiem i twoja prawica,

Żem nie mógł znieść zlanego łzami matki lica!

Ciesz biedną w opuszczeniu, na nią tkliwość przelej!

Dozwól mi w tym zaufać tobie, pójdę śmielej

Na wszelki los». — Wzruszeni Teukrów wojownicy

Łzy ronili, przed innymi sam Jul pięknolicy,

Bo widok tkliwych uczuć poruszył go do dna.

Więc tak rzecze:

«Zaufaj! wszelkich nagród twa dzielność jest godna:

Za matkę mieć ją będę; prócz miana jedynie

Kreuzy, dam jej wszystko. Wdzięczność na nią spłynie

Za syna. Jakikolwiek obrót wezmą trudy,

Na tę głowę mą klnę się, jak ojciec zwykł wprzódy:

Co tobie obiecuję, gdy nie zginiesz w drodze,

Tym matkę twą i całą rodzinę nagrodzę».

Tak rzekł ze łzami. Wszystkich wzruszą słowa, a on

Z barków zdejmie złocony miecz, który Lykaon

W Gnozji ukuł (słoniowa kość na pochwie błyska);

Nizowi Mnestej skórę groźnego da lwiska,

Przyłbicę zasię wierny przemieni z nim Alet. —

Ruszą zbrojni. Z podziwem dla męskich ich zalet

Do bram ich młódź i starzy wiodą wojownicy

Wśród licznych życzeń. Również i Jul pięknolicy,

Młody, lecz już męskiego pełen doświadczenia,

Wiele zleceń do ojca śle. Lecz wiatru tchnienia

Porwą je i w obłoki miotają daremno.

Oni, rowy przebywszy, kryci nocą ciemną,

W obozy zgubne śpieszą, lecz wielu wpierw miała

Dłoń ich pobić. — Na łące bliskiej ujrzą ciała

Snem i winem zmorzone, wyprzągnięte świeżo

Wozy; pod ich kołami męże, miecze leżą

I dzbany z winem. Nizus, nieustraszon zgoła:

«Śmiało, Eurialu! Teraz rzecz sama nas woła —

Tędy droga! Bacz z dala, by z mrocznego wnęka

Od tyłu jaka wraża nie żgnęła mnie ręka!

Tych wytnę i szeroką powiodę cię drogą!»

Tak rzekł i umilkł. Razem godzi bronią srogą

Na pysznego Ramneta, co złożywszy ciało

Na stos kobierców, we śnie dyszał piersią całą,

Król i wieszczek Turnowi nader miły — alić

Od śmierci nie zdołały go wróżby ocalić.

Trzech sług, obok leżących wśród broni bezładnie,

I giermka Rema płatnie, woźnicę napadnie

Pod końmi i w obwisły kark żelazem pchnie go.

Polem panu ich zetnie głowę, tułów jego

Zostawi, bulgocący krwią, w miejscu tem samem;

Krew łoże i darń broczy. Lamira też z Lamem

I młodzieńca Serrana żgnie, co w nocy wiele

Przegrawszy, urodziwy legł, zmorzon na ciele

Winem. Szczęśliwy byłby, gdyby aż do rana

Wśród gry mu upłynęła nocka nieprzespana.

Jak lew głodny, gdy w pełne się wedrze owczarnie

Porwany szałem żeru rozdziera i garnie

Przelękłe, drżące owce i grzmi paszczą krwawą:

Nie inaczej i Eurial na lewo i prawo

Szaleje. Okrom licznej bez rozgłosu młodzi,

Fada, Herbesa, Reta, Abara podchodzi

W śnie. Ret czuwał i widział, jak tamtych śmierć zmiotła,

Lecz z trwogi za wielkiego krąg ukrył się kotła.

Gdy wstawał, ów mu piersi na wylot przewierci

Mieczem i w mrokach gorzkiej pogrąża go śmierci;

Z krwią oddaje wnet duszę, z posoką chlupocą

Strugi wina; — ów dalej następuje z mocą.

Do rot Messapa dążył. Spojrzy: ledwo płonie

Gasnący żar; opodal powiązane konie

Gryzą trawę. Lecz Nizus krótko — spostrzegł bowiem

Że zbytnio się unoszą między wrogów mrowiem:

«Odejdźmy — rzecze — bliska już zorza nam wroga;

Dość pomsty! Przez ich karki uczyniona droga».

Wiele broni, zdobionej srebrem, w poniewierce

Zostawią, również dzbany i piękne kobierce.

Eurial bierze Ramneta napierśnik bogaty

I pas złoty z guzami; Cedyk go przed laty

Remulusowi przesłał razem z upragnionem

Przymierzem; ów wnukowi go oddał przed zgonem;

Kiedy on zmarł, Rutule w bitwie go zabrali. —

Ten łup bierze na barki, które śmierć powali,

Potem szyszak Messapa piękny, strojny kitą,

Wkłada. Biegną z obozu na łąkę odkrytą.

Tymczasem już laurencka jazda, słana przodem,

Gdy reszta legii w polu została pod grodem,

Szła, odpowiedź Turnowi niosąc: trzystu młodzi,

Wszyscy zbrojni tarczami; Wolcens im przewodzi.

Podchodzili pod obóz do wału bliskiego,

Gdy z dala zbaczających na lewo spostrzegą.

Niebacznego Euriala zdradziła przyłbica,

Co błysła przez mrok nocy w promieniach księżyca.

Nie próżno ją ujrzano, Wolcensa surowy

Krzyk zabrzmiał: «Stójcie! Co was prowadzi i kto wy?

Dokąd to?»

Oni słowa nie rzekli, lecz poczną

Skwapliwie w las uciekać, ufając w noc mroczną.

Znanymi dobrze ścieżki skoczą jeźdźcy w pędzie

Tu i tam, każdy dostęp zamkną strażą wszędzie.

Była gęsta dąbrowa, kędy światłem księżyc.

Nie wnika — bór podszyty splotami ostrężyc

Ciernistych; rzadko przesmyk lśnił tam tajemniczy.

Euriala mroczne chaszcze i ciężar zdobyczy

Wstrzymują; strachem zdjęty, nie wie, kędy droga.

Nizus umknął; na oślep gnając, uszedł wroga

I dopadł miejsc, gdzie stało drobnych kilka chatyn; —

Dziś Albą zwą je, wtedy tam stajnie miał Latyn.

Gdy stanął, a nie dostrzegł druha, zlękły srodze:

«Eurialu biedny! Gdzieżem zostawił cię w drodze?

Gdzież cię szukać, gdy słabo tylko księżyc blady

Rozświeca gąszcz?» Wraz, bacząc na własnych stóp ślady,

Błąka się wśród milczących kniej; wtem tętent koni

Słyszy, zgiełk niewyraźny i głosy pogoni.

Niedługo potem wrzawa doleci go z dala;

Biegnie i w tłumie wrogów zobaczy Euriala,

Co, zdjęty trwogą, drogę pomylił w pomroce

I schwytany, w rozpaczy próżno się szamoce. —

Co czynić? Jaką siłą, jaką bronią zdoła

Wyrwać go? Czy w tłum wrogów, nieustraszon zgoła,

Rzuci się na śmierć piękną przez otwarte rany?

Szybko włócznię podnosi w dłoni, na świetlany

Spojrzy księżyc i takich próśb korne śle słowa:

«Przyjdź w pomoc nam, niech biednych twa łaska zachowa,

Latońska gwiazd ozdobo, co borów masz straże788!

Gdyć ojciec Hyrtak za mnie ofiary słał w darze,

Gdym ja sam ci łowieckich łupów nie żałował,

Pod stropem w cieniu świętych wieszając ją pował,

Dozwól mi tłum ten zmieszać, mą włócznią go roztrzep!

Rzekł, i z całych sił rozmach biorąc, ciężki oszczep

Miota. Szybko tnie nocy mrok włócznia rzucona,

Pleców odwróconego dosięgnie Sulmona,

Złamie się i pękniętym drzewcem przejdzie płuca.

Ów pada i krwi ciepłej strugę z rany rzuca

Zdrętwiały; pierś raz po raz wstrząsają mu dreszcze,

Rozglądają się jeźdźcy. Nizus, śmielszy jeszcze,

Drugi pocisk w dłoń ujmie; gdy tamtym odwaga

Słabnie w piersi, grot świsnął, obie skronie Taga

Przeszył i utkwił w czaszce, krwią i mózgiem splamion.

Sierdzi się srogi Wolcens — kto z tą mocą ramion

Rzucił oszczep, na kogo uderzyć ma, nie wie.

«Tymczasem ty krwią ciepłą zapłacisz — rzekł w gniewie

Za obu!» Razem, w górę podnosząc miecz nagi,

Na Euriala szedł. Wtedy strwożon, bez rozwagi,

Krzyknął Nizus, ukrywać już nie chce się w borze

I boleści tak srogiej wydołać nie może:

«Na mnie (tu stoję, sprawca!) obróćcie broń — woła —

Rutule! Mój to podstęp; on niewinny zgoła,

Gwiazd światłością się świadczę, co noc rozwesela,

Tylko zbyt nieszczęsnego kochał przyjaciela!»

Wołał, ale miecz, z mocą spuszczony, rozetnie

Żebra i piękną chłopca pierś rozpłata szpetnie.

Runął Eurial nieżywy; z dorodnego ciała

Krew trysnęła, w tył szyja mu zwisła omdlała:

Tak upada pod pługiem ścięty nieoględnie

Kwiat różowy na wątłej łodydze, tak więdnie,

Skłaniając lekko głowę, mak pobity deszczem...

Zaś Nizus w ciżbę wpadnie i okiem złowieszczem

Wolcensa tylko szuka, Wolcensa dogania.

Stąd i zowąd go wrogi w zgiełku zamieszania

Tłoczą. On, piorunowy swój miecz napastniczy

Wznosząc, bieży, aż w usta Rutula, co krzyczy,

Wrazi go i — konając — trupem wroga ściele.

Wtedy pada na martwym druha swego ciele,

Skłuty — i tu nareszcie znajduje śmierć błogą.

Szczęśliwi obaj! Jeśli me wiersze coś mogą,

Żaden dzień u potomnych nie ujmie wam chwały,

Dopóki ród Eneja Kapitolu skały

Dzierżeć będzie i berła nie weźmie los Romie.

Zwycięzcy, łup z pobitych ściągnąwszy łakomie,

Z płaczem nieśli w namioty Wolcensa bez ducha.

W obozie płacz i lament nie mniejszy wybucha,

Gdy Ramneta w krwi ujrzą, a z nim przednich sporo,

Serrana też i Numę. Gromadnie się zbiorą

Przy trupach i wpółżywych; patrzą przerażeni

Na plac rzezi, gdzie w strugach krew ciepła się pieni.

Oglądając łup z trudem odzyskan, ze stali

Hełm Messapa błyszczący i pas rozpoznali.

Już pierwszy brzask na ziemię miecąc, nowa Zorza

Z Tytona złocistego dźwigała się łoża;

Gdy słońce wzeszło, światłem odsłaniając łany,

Do oręża Turn mężów, sam w zbroję odziany,

Budzi; szyki w spiż zbrojne ustawiają wodze

Kolejno, i wieściami gniew ich jątrzą srodze.

Co więcej — iście widok okropny i nowy! —

Z wrzaskiem podnoszą wbite na oszczepy głowy

Euriala i Nizusa.

Eneadzi obsadzą swe oszańcowania

Na lewo, bo ich prawy bok rzeka osłania;

Ogromnych baszt i rowów z sercem niewesołem

Pilnują; ścięte głowy wzruszają ich społem,

Dobrze znane i skrzepłą krwią zbroczone wokół.

Tymczasem przez gród trwożny Wieść, szybka, jak sokół

Mknie i matki Euriala uszu wnet dopada.

Jej przestrach zmroził kości: zatoczy się blada,

Z rąk wypadnie jej grzebyk tkacki i przędziwo.

Z rozpacznym łkaniem pędzi nieszczęsna co żywo

Ku szańcom, w szale, z włosem rozwianym u czoła;

Dobiega przednich szyków, niepamiętna zgoła.

Na męże, grozę, strzały — i skargę śle skorą:

«Takimż widzę cię, synu, co późną podporą

Starości mojej byłeś?! Samotną mnie, srogi,

Porzucasz? — Gdyś na pewną śmierć ruszał, bez trwogi,

Nie mogłam, matka, słowy789 cię żegnać tkliwemi!...

Na pastwę psów i sępów na nieznanej ziemi

Rzuconyś, a jam twego nie pogrzebła ciała,

Nie zamknęła ci oczu, ran nie obmywała!

Nie odziałam cię w szaty, które dniem i nocą

Tkałam, słodząc przędzeniem mą starość sierocą.

Gdzież pójdę? Jakaż ziemia pocięte zdradziecko

Członki dziś kryje? Toż mi po sobie, o dziecko,

Dajesz? Za tym goniłam przez lądy i fale?

Przebijcie mnie, na litość! Wszystkie włócznie w szale

Na mnie miećcie, Rutule, mnie pierwszą powalcie!

Albo ty, Ojcze niebian, gdy nade mną żal cię

Zdejmuje — strąć mnie w Tartar, na głowie mej połam

Grom twój, gdy życia stracić inaczej nie zdołam!»

Jej łkanie wzrusza hufce, żal w piersi się wwierci;

Jęk brzmi, chętne ku bitwie zwątliły się serca.

Szerzącą skargi Idej i Aktor utula;

Na rozkaz Ilioneja i smutnego Jula

Pod ręce biorąc, pod dach wiodą ją w pobliżu.

Tymczasem przeraźliwy dźwięk surma ze spiżu

Wydała, zgiełk rozgłośny pod niebo uderzy.

Suną Wolskowie, górą dach tworząc z puklerzy.

Chcą rowy zasypywać i rzucić się na wał;

Śledzą, gdzie by rząd drabin przystawić się dawał

Do murów, kędy szyki obrońców są rzadsze

I luki znać...

Huf Teukrów z góry zasię natrze

Pocisków wszelkich gradem — twarde miecą790 belki,

Nawykli w drugiej wojnie łamać napór wszelki.

Ogromne głazy toczą, próbują, czy kędy

Nie skruszą krytych szyków — lecz wszystkie zapędy

Łamią się o złączone w dach twardy puklerze.

Niedługo: bo gdzie wrogów czerń większa się zbierze,

Ogromny odłam skały Teukrzy z trudem wloką

I rzucą; on spadając, roztrąca szeroko

Tarcze. Zaczem791 Rutule, rzuciwszy szturm śmiały,

Usiłują Dardanów tłum lotnymi strzały792

Spędzić z wału.

Ówdzie znów Mezent, sosną etruską olbrzymią

Wstrząsając, niesie ognie, co skrzą się i dymią;

Messap, koni pogromca, Neptuna syn śmiały,

Pod murem drabin woła, rozerwawszy wały.

Wy, Muzy, ty, Kalliopo, natchnijcie me pienia,

Jak tam Turn szalał mieczem, jak grozę zniszczenia

Szerzył, kto kogo strącił w Orku otchłań ciemną;

Ogromny obraz bitwy odsłońcie wraz ze mną!

Pamiętacie ją, boskie, i wspomnieć możecie!

Była wieża wysoka, gęstych wiązań siecie

Piętrząca, którą z wielkim wysiłkiem próbował

Italczyków tłum z posad obalić na pował;

Trojanie zaś głazami łamią zapęd ślepy

Napastników i z okien miotają oszczepy.

Pierwszy Turn rzucił głownię płonącą, co sięgła

Rusztowań, rozżarzona od wichru, u węgła

Zapaliła wieżycę i utkwiła w belce

Podwojów. Wewnątrz Teukrzy, zatrwożeni wielce,

Próżno chcą uciec. Kiedy się tłoczą ku części

Nietkniętej ogniem, nagle wieżyca zachrzęści

I runie z trzaskiem. Wokół grzmi niebios krąg cały,

Pod stosem belek widać wpół żywych ciał zwały:

Ci na włóczniach tkwią, tamtych pierś przebita kołem

Twardym; jeden Helenor uszedł z Likiem społem.

Helenor, syn Meonii793 króla pięknolicy,

Z Licymnii był nadobnej zrodzon służebnicy:

Ta, wbrew ojcu, pod Troję, by okrył się chwałą,

Wysłała go. — Bez pochwy miał miecz i tarcz białą.

Kiedy ujrzał, że Turna tysiączne go zgraje

Otaczają i zewsząd tłum wrogów nastaje,

Jak zwierz, kiedy nań zewsząd naprze łowców rota,

Choć pewien śmierci, wściekle na włócznie się miota

I skacze przez pociski, nim grot go przewierci, —

Nie inaczej w tłum wrogów młodzian, pewny śmierci,

Wpada, kędy najgęściej las włóczni się zjeża.

Lik zasię, szybszy w nogach, przez gęstwę żołnierza,

Przez oręże ucieka i na mur się zacznie

Wdzierać, ręce do druhów ściągając rozpacznie.

Ściga go Turn zwycięski i grożąc oszczepem

Tak karci: «O szaleńcze! W zaufaniu ślepem

Myślałeś, że ujść zdołasz?» Gdy ów nie przestawał

Piąć się, chwyta go silnie i muru z nim kawał

Odedrze: tak łabędzia lub zająca z góry

Dopada ptak Jowisza krzywymi pazury;

Tak wilk, gdy do obory owiec się dobędzie,

Porywa jagnię matce beczącej. — Wrzask wszędzie

Wstaje. Biegną, faszyną zasypują rowy,

Drudzy na szczyty wieżyc żar miecą ogniowy.

Odłamem wielkim skały powali Ilionej

Lutecja, gdy niósł ogień do bramy zwątlonej —

Emationa tnie Liger, Koryneja śmiały

Azylas; tamten oszczep miotał, ten zaś strzały.

Ortyga — Cenej, tego Turn stalą powita;

Kloniusza, Dioksyppa, Promolusa, Ita,

Sagarysa z Idasem Turn kładzie pokotem.

Kapys zwalił Prywerna. Ów, draśnięty grotem

Temilasa, tarcz rzucił i ręką, szalony,

Przycisnął ranę; wtedy w bok, od lewej strony

Przeszywając dłoń, lotna trafiła go strzała

I wraz śmiertelną raną oddech mu przerwała.

Stał syn Arcensa, w zbroję wyborną przyodzian,

W płaszcz z haftem i hiberski szkarłat; piękny młodzian,

Którego rodzic Arcens w bój wysłał radośnie

Znad rzeki Symetejon794, gdzie matki795 gaj rośnie

I Palika łaskawe ołtarze migocą796.

Mezent, włócznie złożywszy, trzykroć straszną procą

Zakręcił koło głowy, nie szczędząc mozołów,

I w głowę wroga miecąc797 roztopiony ołów,

Rozbił czaszkę. — Ów runął na piaski spłowiałe.

Pierwszy raz, mówią, w boju puścił wtenczas strzałę

Nawykły dotąd ścigać płochliwego zwierza,

Askań — i wraz mężnego Numana uderza,

Co przydomek Remula miał; pięknego ciała

Siostrzyca Turna młodsza rękę mu oddała.

Przed pierwszym szykiem mnóstwo obelg i prze­chwałek

Głosił, pychą z nowego związku wzdęty śmiałek,

Krocząc i wrzask donośny podnosząc zuchwale:

«Nie wstyd wam oblężenie znosić w ciasnym wale,

Dwakroć zbici Frygowie798? Kryć się za mur gruby?

Oto jacy małżeńskie zdobywać chcą śluby!

Jakiż bóg czy też obłęd ku naszym osadom

Gna was? Tu nie Atrydzi, nie Ulis, zdrad świadom!

Ród my twardy z pradziada, od wygód daleki,

Dziatki nasze hartujem w mrozie, falą rzeki;

Chłopcom łowy na myśli i leśna gęstwina,

Każdy konno harcuje, łuk dzielnie napina.

Wytrwała w pracach młodzież, przestając na małem,

Łan orze albo stacza bój pod grodów wałem.

W zbroicach wiek nam schodzi; włócznią odwróconą

Bijemy karki wołów. Nawet w starcach płoną

Żywe ognie i wiek im krzepkości nie bierze;

Włos siwy pod przyłbice kryjem. Zawsze świeże

Lubimy znosić łupy i żyć ze zdobyczy.

U was szafran i szkarłat prym w strojach dziedziczy,

Na ospalstwie i pląsach upływa wam życie,

Tuniki z rękawami i mitry nosicie!

O Frygijki, nie Frygi! — po Dyndymie799, nie tu,

Błądzić wam przy odgłosie dwudźwięcznego fletu,

Brząkadły was, piszczałką Berecyntka800 wabi

Idajska. Mężom zdajcie broń, do miecza słabi!»

Nie zniósł Askań przechwałek, głoszonych chełpliwie.

Na skręconej ze ścięgna końskiego cięciwie

Kładzie strzałę, naciągnie łuk mocno i stanie.

Wśród ślubów do Jowisza śląc takie błaganie:

«Jowiszu wszechpotężny! W śmiałym mnie zamiarze

Wesprzyj, a cennym darem twe uczczę ołtarze!

Sam byczka ci przywiodę: złocone ma czoło,

Biały, matki dorasta głową — już wesoło

Bije rogiem, racicą raźnie piasek grzebie».

Słyszy go rodzic bogów; przy pogodnym niebie

Grzmi od lewa. Wraz zgubna cięciwa zabrzmiała:

Ze świstem głośnym pierzchła naciągnięta strzała,

Remulusowi wklęsłe skronie i tył głowy

Przeszywa. «Masz! Drwij z męstwa chełpliwymi słowy!

Dwakroć zbici odpowiedź ślą!» — To jeno Askań.

Wtórują Teukrzy zgiełkiem okrzyków i klaskań,

Wre radość i unosi serca pod niebiosy.

Właśnie z chmury Apollo patrzał jasnowłosy

Na Auzońców i obóz, co w szańce się wtula,

I tak do zwycięskiego odezwie się Jula:

«Świetnie, chłopcze, poczynasz! Tak gwiazd się dosięga!801

Z bogów zrodzon, ród bogów wzbudzisz — a potęga

Plemienia Assaraka wszystkie skruszy wojny.

Nie obejmie cię Troja!»

Rzekł i w blaski strojny

Z wysoka skoczy; lotem, co wichrom mógł sprostać,

Pośpieszy do Askania. Boską swoją postać

Na starego Butesa zmienia po kryjomu —

Giermek to był i wierny stróż Anchiza domu;

Ojciec go Askaniowi przydał. — Szedł przez niwy

Apollo, starca mając twarz, głos i włos siwy,

I broń, co głośnym dźwiękiem dreszczu nieci mrowie,

I do Jula wrącego radością tak powie:

«Dość, Julu, że bezkarnie padł Numan zuchwały

Od twego grotu. Wielki Apollo tej chwały

Użycza, o strzał celny zazdrości nie chowa;

Lecz ustąp, chłopcze, z boju!»

Takie głosząc słowa,

Apollo, jak mgła wiotka, gdy wietrzyki dmuchną,

Zniknął z oczu i w chmurkę rozwiał się leciuchną.

Poznali zaraz boga przedniejsi Trojanie

Po pierzchnięciu i głośno dźwięczącym kołczanie.

Wstrzymują w bój rwącego Askania przestrogą

I wolą Feba. Sami znowu w bitwę srogą

Powrócą i przygodom nadstawiają czoła.

Po wszystkich basztach głośny zgiełk słychać dokoła,

Prężą się łuki, głazów grad miecą rzemienie,

Zaścielą ziemię strzały, w krąg słychać dźwięczenie

Puklerzy i szyszaków — bój srogi nastawał:

Tak, gdy Kozły z zachodu napędzą chmur nawał802

Deszcz siecze ziemię wokół; tak nad wzdętą falą,

Wśród wycia wichrów, zimą gęste grady walą,

Gdy pod dłonią Jowisza chmur pęknie zawora.

Pandar i Bicjasz z Idy, syny Alkanora,

Którym w gaju Jowisza ród dała niepodły

Ijera — zuchy rosłe jak góry i jodły,

Zwierzoną sobie bramę, nie znając co trwoga,

Otworzą i w głąb szańców przyzywają wroga.

Na prawo i na lewo, niby wieże sami

Stoją, zbrojni żelazem, błyszczący kitami,

Wyniośli — jak nad Padu kryształową rzeką

Lub nad miłą Atezą803, cień miecąc daleko,

Dwa dęby ku niebiosom, w liść strojne zielony,

Wznoszą głowy i chwieją wielkimi korony.

Widząc bramy otwarte, Rutulów gromada

Skoczy. Kwercens, Akwikuł w pięknej zbroi wpada,

Mar prędki i marsowy Hemon z całą zgrają;

Lecz wnet albo pierzchając wstecz tyły podają,

Lub w samym progu bramy walą się bez ducha.

Wtedy sroższy gniew w piersiach walczących wybucha:

Już Trojan wielu w tłoku społem się zebrało,

Już walczą wręcz i dalej wybiegają śmiało.

Turnowi, który szalał opodal i głowy

Płatał mężów, donosi goniec, że bój nowy

Rozgorzał i wróg bramy na oścież otworzył...

Rzuca szyki i w gniewie runie niby orzeł

Ku dardańskiej bramicy, na pysznych dwu braci.

I najpierw Antyfata ogromnej postaci

Żgnie, bastarda z Tebanki, syna Sarpedona,

Miotając pocisk. Leci włócznia wyrzucona

Przez powietrze i wbiła w brzuch pod piersią samą

Utkwi; fala krwi zbroję ciemną znaczy plamą,

Spieniona pod żelazem ostrym, z dala widna...

Meropa, Erymasa ściele i Afidna —

Bicjasza też o gniewnych oczach na piach miota,

Nie strzała, boby strzałą mu nie wziął żywota,

Lecz oszczepem, co warcząc i świszcząc pospołu,

Leciał szybki jak piorun; ni skóry dwie z wołu,

Ni podwójna kolczuga złota nie wstrzymała

Zapędu: runie kolos ogromnego ciała.

Jęknie ziemia, potężna tarcz głucho zadzwoni...

Tak tama, którą w Bajów eubejskich ustroni

Spojono żmudnie z głazów na wybrzeżu płaskiem,

Strącona w morze wali się z hukiem i trzaskiem

I legnie wśród mielizny; wre wokół toń wodna,

Piach brudny się podnosi z fal wzburzonych do dna;

Grzmi Prochyta804 wysoka, twarda Inaryma805,

Którą Jowisz Tyfeja przywalił olbrzyma.

Wtedy Mars, władny w boju, wlał ogień i siły

W Latynów serca, które wnet żywiej zabiły,

Zaś popłoch i strach zgubny rzucił w Teukrów rzędy.

Zyskawszy pole bitwy, wróg kupi się wszędy

Za sprawą boga wojny.

Pandar, widząc na ziemię zwalonego brata

I jak los wrogi Trojan naokół rozmiata,

Z wielką mocą bramicę na zawiasach skręci,

Podkładając szerokie bary bez pamięci

Na ziomków przed murami, gdzie walka wre dzika,

I prących wrogów, których wśród szańców zamyka

Szalony! Rutulskiego króla, co żelazem

Rzeź szerzy, pośród wałów zamknął z nimi rażeni,

Jak wielkiego tygrysa wśród owiec schroniska.

Tamtemu wraz w źrenicach żar nowy rozbłyska;

Straszliwie chrzęstła zbroja, wiatr kitę czerwoną

Rozwiał mu, z tarczy jasne błyskawice płoną.

Poznają lica wroga i ogromne ciało

Zmieszani nagle Teukrzy; ale Pandar śmiało

Skoczy i wzburzon gniewem za straszną śmierć brata:

«Nie pałac tu — rzekł — który ci daje Amata

W posagu, nie Ardeja przyjmuje cię trwożna!

Obóz wrogi w krąg widzisz, a wyjść stąd nie można!»

Uśmiechając się na to, Turn rzecze bez obaw:

«Zacznij, jeżeliś mężny, i ze mną się pobaw;

Głoś Pryjamowi, żeś i tu znalazł Achilla!»

Rzekł. Ów ramię w zamachu potężnym wysila

I rzuci oszczep ciężki, sękami zjeżony. —

Powietrze przeszył tylko, bo ręka Junony

Odwróciła cios; oszczep w bliskiej utkwił bramie.

«Ale oręża, który wznosi moje ramię,

Nie ujdziesz: dłoń lepszego go dzierży szermierza!»

Tak rzekł Turn; miecz wysoko podniósłszy, uderza

Między skronie, i czoło z mocą niesłychaną

Przerąbie, młode lica straszną dzieląc raną.

Szczęk słychać, pod ciężarem w krąg ziemia zadrżała;

Broń, mózgiem obryzgana, legnie obok ciała

Martwego. Czerep czaszki, równymi częściami

Zwisając z obu barków, krwią ciemną je plami...

Pierzchną Trojanie, przestrach ogarnie ich nowy,

I gdyby ich pogromcy myśl przyszła do głowy,

Rwąc rygle wpuścić druhów za bram umocnienia,

Ostatni dzień by nastał wojny i plemienia;

Lecz szał rzezi, do której sposobność mu dano,

Gna go naprzód, w tłum...

Falerysa powali, — podcina kolano

Gigesa; pierzchającym wstecz wrazi w kark nagi

Ich własne włócznie; — Juno przymnaża odwagi.

Halisa żgnie, Fegeja, strzaskawszy tarcz, zwali;

Nie wiedzących o niczym, gdy na szańcach stali,

Alkandra, Prytanisa, Halja, Noemona

Żgnie w plecy, zaś Lynceja wręcz w starciu pokona,

Kiedy druhów zwoływał: błyszczącym żelazem

Od prawej tnie go strony i z przyłbicą razem

W dal ciska jego głowę. Wraz Amyka kładzie,

Łowcę, co z dawna słynął w myśliwców gromadzie

I umiał świetnie jadem namazywać strzały;

Klicjusza Eolidę i pełnego chwały

Kreteja, Muz kochanka, uśmierci okrutnie,

Który nad wszystko pieśni miłował i lutnię,

Konie, broń opiewając ciągle i bój dziki.

Mnestej i Serest, wodze, słysząc, że ich szyki

W rozsypce, biegną wreszcie, gdzie bitwa wre sroga.

Rozbitych widzą druhów i w okopach — wroga.

Więc Mnestej: «Gdzie pierzchacie, gdzie śpieszycie w pędzie?

Jakiż was — woła — inny obóz chronić będzie?

Jeden mąż, osaczony w krąg przez nieprzyjaciół,

Takie stosy bezkarnie wśród obozu naciął,

Tylu przednim młodzieńcom drogie wydarł życie!

Czyż ojczyzny się biednej, starych nie wstydzicie

Bóstw? Czyż Enej nie natchnie was odwagą dumną?»

Na te słowa się skrzepią806 i zbitą kolumną

Przystaną. Turn powoli, od lęku daleki,

Ustępuje, rzucając bój, ku falom rzeki.

Tym srożej Teukrzy z wrzaskiem nacierają z bliska,

Tłocząc się. Tak podchodząc do srogiego lwiska,

Wrogimi strzały razi go łowców czereda;

Ów dziko patrząc cofa się — uciec mu nie da

Gniew i męstwo, a łowców z czoła nie dosięże,

Chociaż rad by się rzucić na groty i męże...

Nie inaczej uchodzi wstecz Turn z czołem śmiałem,

Nie nagląc zbytnio kroku, a pierś wre mu szałem.

Dwakroć owszem na zbite znów rzucił się szyki,

Dwakroć gnał je przez szańce, szerząc popłoch dziki,

Lecz wnet ciżba z obozu się zbiegła stłoczona;

Jemu sił nie śmie dłużej Saturnka Junona

Dodawać, bo — Irydę lotną śląc do siostry —

Juppiter nakaz z nieba objawił jej ostry,

Aby Tum szańce Teukrów opuścił niezwłocznie.

Zaczem tarcza młodzieńcza uginać się pocznie,

Prawica słabnie; zewsząd go chmura strzał goni,

Ustawnie dźwięczy szyszak wokół wklęsłych skroni,

Pod gradem głazów gną się zbroi twarde spiże,

Strącona spadła kita, potężną tarcz chyże

Zwątlą razy; z włóczniami prze Trojan nawała

I sam Mnestej ognisty. Z całego mu ciała

Pot spływa; zbrudzon pyłem, wytchnienia nie zazna

Ani chwili; znużona pierś dyszy żelazna.

Wówczas dopiero w pełnej zbroi do fal głębi

Rzuci się.

Płowa rzeka wirami się skłębi,

Przyjmie zbiega, unosi łagodnymi wody

I krew zeń zmywszy, druhom wraca go bez szkody.