Ostatniego terminu wzmianka

Panie Boże zbawienia mego! We dnie i w nocy wołam przed Tobą.

Niechaj modlitwa moja przyjdzie przed obliczność Twoję; nakłoń łaskawy ucha ku prośbie żebraka.

Albowiem dusza moja pełna jest ucisków i żywot mój mizerny już w ostatniej rumacji283 chodzi.

Uchodząc przed Faraonem, jużem jedną nogą w Czerwonem Morzu; a trwoży mię zbyt niebezpieczna przeprawa do portu wieczności.

Osusz, Panie, albo podnieś w górę nawałności morskie; albo przeprowadź suchą nogą, jakoś sam deptał wody tyberiackie284.

Zewsząd źle! Zdrowie mir285 wypowiada, zmysły tępieją, choroba śmiercią grozi; ale nade wszystko tęsknica trapi, która ze złego sumnienia286 pochodzi.

Teraz dopiero postrzegam, że życie ludzkie nie jest żywotem, ale pojazdem do śmierci, i męczeństwem jednem, którego z nas ze samych przyczyna.

Cudowna287 — nie wiedziałem, żem miał na świat przyjść, a pewien zostaję, że z niego odejść muszę; a kiedy i jako, to przede mną zakryto.

Setne lata sobie zamierzamy, winszuje drużyna, obiecują pochlebcy; niechajże lada gorączki upał przypadnie, aż on288 kwiat schnie, więdnieje, niszczeje.

Zda się, żyjąc, że przyrasta wieku, a co dzień go znacznie ubywa; bo im dalej w lata idziemy, tem się coraz bliżej śmierci przymykamy289.

Życież to jest czy cierpienie, pytam? Albo że u gramatyków słów pożyczę, akcja czy pasja; żyję swobodnie, używam rozkosznie, wszystkiego mi dostaje.

A jakoż żyję, kiedy mię choroby, nędza, kłopoty gryzą, przygody tępią, ubóstwo frasuje, młodość wynosi, starość krzywi, a potem leda290 defekcik do grobu odeśle.

A ja przecie, biedę cierpiąc, chwalę, w ucisku nie stękam, w zgubie nie trwożę się; a kubkiem słodyczy światowej opojony, na śmierć się i jej okoliczności nie oglądam.

Nie oglądamci291 się ja na nię292, ale ona o mnie pomni, kiedy mię chorobą jak zawiłym rokiem293 obesławszy, na straszny trybunał boski gotować się każe.

Cóż dalej czynić? Szukam u dobrych przyjaciół rady; nie znajduję; ale i znajomi, i poufali druhowie jakoś już ode mnie stronią.

Rodzina i krewni tylko zaglądają nazierkiem294, z wierzchu płaszczem pokrywając chciwość puścizny.

Mała w ludziach nadzieja, więc pójdę do obrony i munimentów295, ale i te nie dobrze tuszą296, pogluzowane297 nieprawością.

Szukam patrona — nie masz; przyczynnych listów nie przyjmują, korrupcji nie biorą, dylacji298 nie dadzą, apelacji299 nie pozwolą, ewazja300 nie pójdzie.

I tak zagają o mnie prawo: gdzie łóżko moje sądową izbą, zły żywot instyguje301, sumnienie świadczy: Bóg sędzia, egzekutor czart, a dekret (broń Boże) żeby nie był z utratą szczęśliwej wieczności.

Cóż dalej. Ubiorą trupa w koszulę, pokazując, że więcej na tamten świat z sobą bierze, aniżeli na ten świat przyniósł z sobą.

Wrzucą potem w dół, aby nie śmierdział żywym; zadzwonią we dzwony, pokój trociczkami wykurzą, a sami do sukcesji jak do Herapu.

Więc ja, Panie, uprzedzając, wołam do Ciebie, nie żebym nie umierał, bo to nie można; ale żebym umierał w Tobie, z dostateczną ufnością i skruchą.

Niechaj skończę końcem pobożnych; i niech umieram śmiercią owych, którzy w Panu umierają.

Przebij wprzód ciało moje bojaźnią sądów, abym się raczej lękał widzieć Cię sprawiedliwego niż potem doświadczać karzącego.

Wolę, że mię z pomocą Twoją by302 i bojaźń przywiedzie do pokuty, niżby w grzechach zatwardziałego, nieprzyjaciel miał przywodzić do rozpaczy.

Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi świętemu etc303.