Hanrahan Rudy
Księga Wielkiego Diabła i Hanrahan Rudy
Kiedyś w połowie ubiegłego stulecia człowiek w kurcie bajowej i z ogromną rudą czupryną zstępował posuwistym, acz niezbyt pewnym krokiem wąską uliczką w Mieście Siwego Jeziora1. Kałamarzyk zwisający na łańcuszku u szyi i blada, zapalczywa twarz sprzeczały się z szorstkimi, opalonymi przez niepogody rękoma i dawały w nim poznać wszystkim oczom obeznanym z życiem wioskowym bakałarza zagrodowego.
Nagły podmuch wiatru zamiótł ulicę u węgła domu i buchnąwszy zawieruchą źdźbeł słomy, tańczących i podskakujących tuż przed nogami przechodnia, powstrzymał jego krok i skłonił go do przeżegnania się w lęku chwilowym, ile że wiatr taki uważają ludzie za przelot gromady czaroludków2. W tejże chwili oczy jego padły na niewielkie okno sklepowe. Leżały w nim zwitki tytoniu, trzy kapelusze starego, bezskrzydłowego typu, głowica masielnicy, wiązka świec łojowych, kilka zakurzonych kawałków mydła, bryła torfu z wetkniętymi w nią na krzyż dwoma glinianymi sądkami3 na znak, że jest tu i piwo słodowe, wreszcie otwarta książka, której widoczne stronice pełne były osobliwych diagramów. Przypomniał sobie naraz, iż słyszał był kiedyś opowiadanie właściciela sklepu o tej książce, która od dawna już spoczywała w oknie w ciągłej nadziei, że znęci oczy jakiegoś poławiacza osobliwości; i zdziwił się teraz, że nie pomyślał nigdy, aby ją obejrzeć, a może nawet kupić i zabrać do domu. Pochylił się przed oknem, gdzie stała gromadka dzieci trącających się łokciami i szepcących, że to Księga Wielkiego Diabła, którą on sam napisał. Pochylony, przyglądał się długo i wielokrotnie rzecz ważył. Wyprostował się w końcu i uderzył nogą w drzwi sklepu, wołając: „Wyleź no ze swej dziury, Mały Paddy”.
„Czyś to ty, Hanrahanie Rudy?”, rzekło wielkie chłopisko, pochylając głowę pod niskim nadedrzwiem. „Myślałem, żeś cały dzień zajęty na Paprociowym Wzgórzu uczeniem w szkole, doglądaniem — gdy skończyłeś ze szkołą — bydła Szlachcica, syna Dowdy, niech czerwony gniew boży nań spadnie! A gdy bydło poszło do obory, robieniem wierszy o dawnych wielkoludach i wojownikach, o błogosławionej Mauryi4, o czterech ewangelistach i o swych własnych lekkomyślnych miłostkach”.
„Nie mam już szkoły”.
„Czy straciłeś ją tak samo jak szkołę w Wielkiej Krynicy, z powodu kobiet?”
„Prawda siedzi na twym języku”, odparł Hanrahan, „bo wpadłem w kłopoty z powodu Maivy Lavell, do której napisałem pieśń”.
„Owenie”, rzekł tamten, „jeżeli żądasz piwa słodowego, musisz zapłacić z ręki do ręki, bo choć jesteś wielkim poetą i znasz łacinę, nie zawierzę ci na kredę5 ani kubeczka”.
„Żądam nie piwa słodowego, lecz Księgi Wielkiego Diabła”.
„A jakże to zamierzasz zapłacić za nią?”
„Sprzedałem właśnie przed chwilą moją wielką opończę brunatną z kapturem Michałowi, synowi Rafferty’ego”.
„Dasz mi dwa srebrne szylingi; duża to cena za książkę, ale tak długo była w rodzinie. Biedny mój ojciec — lekkie mu spoczywanie! — zabrał ją na francuskiej brygantynie. O, bo ojczysko szczwany był, co się zowie: zapalił beczkę dziegciu na skale przy jednej z Wysp Arrańskich6 i sprawił, że statek się rozbił — dla mydła, które miał na pokładzie”.
Pieniądze zostały zapłacone i gdy Mały Paddy wyjął książkę z okna, Hanrahan, ująwszy ją końcami palców jednej ręki i przeżegnawszy drugą, wsunął nabytek do napierśnej kieszeni.
„A co zamierzasz robić z tą moją książką, która przez cztery lata chroniła mnie od złodziei?”.
Hanrahan zgoła nie zwrócił uwagi na to zapytanie i stał chwilę, przesuwając palcami w rudej czuprynie, tak że czapka podniosła mu się w górę o parę cali; potem, uderzony nagłą myślą, wybuchnął gwałtownym słów przypływem. „Bądź cicho, a opowiem ci, dlaczego chciałem tej księgi, opowiem ci zaś nie kłamstwa, ale prawdę. Ojciec Gillen powiada, że jestem jedną z odnóg Wielkiego Diabła, ale wbrew niemu zamierzam wytrwać, póki nie wzburzy przeciwko mnie całej okolicy, jak ojciec Clancy wzburzył Wielką Krynicę. Musiałeś słyszeć, że hufiec Fianna7 został strącony do piekieł, ile że byli to poganie i czcili jedynie Danę8 i Angusa9, i Dagdę10, i Lira11, i Mannanana12, i tych, co byli na słońcu, i tych, co byli na księżycu; ale nie słyszałeś może, iż Bóg sam, podziwiając potężne ciosy, jakie zadawali, oraz pieśni i opowieści, jakie składali, położył okrąg gładkiej zielonej murawy dookoluteńka przeznaczonego dla nich miejsca. Uganiają na wozach wojennych po tej zielonej murawie na wieki wieczne, wyrzucając w górę bryły ziemi kopytami rumaków, a Oskar, największy z nich, idzie przodem z cepami i spędza demony z drogi. Otóż ich tor jest moim torem, bo cokolwiek by człowiek czynił przeciwko mnie i gdziekolwiek bym się znalazł, zawsze wyjdę zwycięsko ze sprawy; i teraz, gdy ojciec Gillen stara się zwrócić wszystkich sąsiadów przeciwko mnie, zamierzam spotkać się z nim i z nimi i również wziąć górę w tym zatargu. Oni mówią, wiesz o tym, że otrzymałem pieśni me od pokolenia Dana13, gdym leżał uśpiony na Szarym Okopie; teraz ja powiem im, że otrzymałem je od samego Wielkiego Diabła, i pokażę księgę na dowód, a gdy uwierzą, będę się śmiał, śmiał hucznie, i ten śmiech będzie gładką zieloną murawą przede mną i poza mną”.
Obmyśliwszy w ten sposób użytek z nabytej księgi, niecierpliwie pragnął zacząć, po krótkim więc pożegnaniu popędził i przebył długą okrężną drogę do Wzgórza Paprociowego w prawdziwej gorączce oczekiwania. Wstąpił naprzód do pokątnej w wiosce gorzelni i wdawszy się w rozmowę z żoną kopacza ziemniaków, uronił parę napomknień o Szarym Okopie, a potem o innych, jeszcze straszniejszych dziwach; na zakończenie pokazał księgę i opowiedział kilka zdolnych odebrać, sen historyjek o tych, co przed nim byli jej właścicielami. Przyszedłszy następnie do własnej chaty, przesiedział cały wieczór przy wesołym ogniu torfowym, wygwizdując bez przerwy jedno po drugim: Zieloną wiązkę sitowia, Płowego Jana, Piękne białe cielę, Czy macie jedwab w torbie? — i uśmiechając się do siebie, bo słyszał na dworze dreptanie nóg i wiedział, że to sąsiedzi przyglądają się księdze, która, niby przypadkiem, leżała na policy14 małego kwadratowego okienka.
Minęło kilka dni; co wieczór słyszał dreptanie nóg coraz liczniejszych i serce rosło mu coraz radośniej. Przechodząc ulicami, zauważył, że ludzie stronią od niego, a gdy nareszcie rozeszła się pogłoska, że widziano go pijącego z czarownikiem z Wielkiej Krynicy, spostrzegł, ku zupełnemu swemu uszczęśliwieniu, że kobiety żegnały się, mijając go na drodze. Osiągnąwszy ten szczyt złego rozgłosu, zaczął się nudzić i zapragnął zajrzeć do księgi, aby przekonać się, czy była tak straszna, jak ludzie myśleli. Nie odważał się dotknąć jej, odkąd leżała na policy okiennej, bo sam czuł przed nią lęk śmiertelny i nawet teraz, nabrawszy śmiałości, zmówił jednak trzy ave, zanim ją ruszył. Trzymając zamknięty wolumin przy świetle ogniska, wyczytał tytuł: Księga tajemnic papieża Honoriusza, a potem, zatapiając się tu i ówdzie w kuchenną tekstu łacinę, odnajdywał kolejno przepisy, jak w różne sposoby niszczyć wrogów i jak zmusić istotę upragnioną do wzajemnej miłości. Na koniec oczy zaświeciły mu do głębi, gdy znalazł receptę, jak wywoływać duchy, pisząc ich imiona na papierze krwią nietoperza i otaczając je pewnymi kwadratami, trójkątami i wielopromiennymi gwiazdami, nakreślonymi również krwią, a potem paląc papier powoli i jednocześnie wywołując głośno napisane nazwiska. Dawno już pożądał zobaczyć kogoś z czaroludków i rzeczywiście spędził pół nocy na Szarym Okopie w wielkim strachu, acz bez żadnego pożytku, ale teraz, gdy ujrzenie ich zaczęło się wydawać istotnie możliwe, zaczął drżeć całym ciałem i według wszelkiego prawdopodobieństwa lęk przemógłby ciekawość, gdyby nie coś, co spotęgowało pokusę. Nietoperz wleciał do izby z cichym trzepotem przez wpółotwarte drzwi i uderzył się o pobielone płótno żaglowe, rozciągnięte pod krokwiami strzechy. Pod nagłym popędem Hanrahan chwycił za trzon motyki stojącej w kącie i uderzył nietoperza, który spadł ze złamanym skrzydłem u jego nóg. Uderzył go raz jeszcze i zabił. I teraz napisał pierwsze imię, jakie mu przyszło do głowy: Kliona15 z Fali Morskiej, imię królowej czaroludków południowych, na karcie wydartej z książki, według której uczył w swej wiejskiej szkole języka angielskiego, a która nosiła tytuł: Żywoty znakomitych hultajów i rabusiów. Potem, przypomniawszy sobie stary poemat, który nazywał Klionę władczynią powietrza, nakreślił dookoła jej imienia osobliwą gwiazdę wielopromienną, którą księga zalecała przy wzywaniu potęg powietrza, i trzymał papier, póki się nie spalił w ogniu torfowym, nawołując: „Kliono! Kliono! Kliono!”. Papier jeszcze nie rozsypał się w popiół, gdy wydało mu się, że izba zapada się gdzieś i że niewytłumaczona cisza, jak gdyby snu ostatniego, zaczyna pełzać po wszystkim. Nagle uczuł raczej, niż zobaczył, i raczej jako obecność duchową niż jako postać cielesną, słuszną kobietę odzianą w barwy szafranowe, jak odziewały się kobiety starej Irlandii, unoszącą się nieco ponad podłogą, z ciemnym włosem opadającym spod srebrnej przepaski. Potem z cienia tych włosów zaświeciły oczy bladoniebieskie, nader pogodne i słodkie, nadające całej jej istocie wejrzenie jakiejś nieziemskiej łagodności, jak gdyby nie zaznała nigdy żadnych niepokojów i nie spotkała się z żadną zniewagą. Zdawała się oczekiwać, by Hanrahan przemówił, lecz strach i cześć zarazem odebrały mu mowę na bardzo długo; na koniec, czując, że musi zadać jakieś pytanie, aby usprawiedliwić zuchwalstwo swego wezwania, spytał, czy Angus, mistrz miłości, wciąż jeszcze żyje i czy trzy ptaki, które uczynił ze swych pocałunków, śpiewają równie słodko jak ongiś? Usta jej poruszyły się, ale mimo iż natężał słuch, nie dosłyszał nic ponad poszmer słabiuchny. Wydawała się jakby odgrodzona od niego i jak gdyby z wielkiej przemawiająca odległości. Widząc, że pytanie było bezpożyteczne, Hanrahan pogrążył się znowu w pełnym zachwytu milczeniu, wlepiając w nią jeno z podziwem oczy; i wpatrywał się wciąż jeszcze, gdy siność przedbrzaskowa zaczęła świtać przez drobne szybki okienne. Wyglądało, że i kobieta dostrzegła tę szarość porankową; demoniczna jej cierpliwość, nader bliska cierpliwości natury samej, urwała się i widziadło rozwiało się razem z nocą.
Cały dzień następny Owen tęsknił do nocy, a gdy nadeszła, napisał znowu słowo i spalił papier, żądając zjawienia się Kliony z Fali Morskiej; i kobieta ukazała się znowu, ale o tyle widoczniejsza, że mógł dojrzeć ściegi jedwabiu na szlaku haftowanych różyczek, który obrzeżał dookoluteńka skraj jej szaty; a gdy bez oczekiwania na pytanie wargi jej zaczęły się poruszać, mógł rozróżnić tu i ówdzie jakieś zdanie pośród dźwięków podobnych szumowi wód oddalonych. Próbowała widocznie odpowiedzieć na jego pytanie i dosłyszał sporo słów zdających się opowiadać o wysokich weselnych i znowu o niskich szlochających nutach ptaków miłości. Następnego wieczora o zmierzchu dopóty przechadzał się z długim kijem po skraju młodego zagajnika, aż strącił znowu i zabił drugiego nietoperza. Tej nocy Kliona była jeszcze bardziej widzialna i słyszalna. Przysłuchiwał się mnóstwu cudownych szczegółów o znaczeniu tych ptasich nut i jak wzbijają się one aż poza najwyższe utwierdzenia niebieskie, by potem opadać znów niżej niż spustoszała ta ziemia, kędy Orchil16 upędza swe żelaznorożne i żelaznokopytne jelenie. A przez cały ten czas Owen frasował się wielce, że sprawił tak wielkiej pani tak wielki kłopot dla rzeczy, na której przecież nie zależało nikomu z ludzi.
Około tygodnia przeszło w ten sposób. Na koniec pewnego dnia tak był w sobie zatopiony, że bydło, którego doglądał, wyrwało się na pole jęczmienia, a nim je spędził do kupy, minęła dawno zwykła godzina przerywania pracy i uczuł się bardzo znużony. Nerwy jego wstrząśnięte tym niepokojem i upiciem się zresztą sprawiały, iż wzdrygał się z każdym dźwiękiem. Wróciwszy do swej chaty, rzucił się na krzesło i zapadł w sen głęboki, z którego zbudził go nagle szmer kogoś poruszającego się w izbie. Gdy sen opadł mu z oczu, ujrzał piękną kobietę w bladoszafranowej sukni przyglądającą się śladom stóp własnych na popiele; na ten widok wspomnienie wszystkich niepokojów i kłopotów, jakich doznał przez kobiety, przesunęło mu się przez myśl i krzyknął prawie: „Kobieto, czego tu chcesz?”.
Zwróciła ku niemu twarz tak pełną delikatnej cielesności śmiertelniczej i uśmiechnęła się doń wargami tak pełnymi człowieczej krwi czerwonej, że nie rozpoznał nieśmiertelnej z tak niedawnych sennych swych widzeń.
„Kochałeś mnie zawsze”, rzekła doń pieszczotliwym głosem, „bardziej niż duszę własną i szukałeś mnie wszędzie i w każdej rzeczy, choć nie wiedziałeś, że mnie szukasz. Teraz oto przyszłam do ciebie i przybrałam śmiertelność, by móc podzielić twe strapienia”. Ujrzał, iż była to istotnie Kliona z Fali Morskiej, ale tak odmienna, że wszystek niepokój, jaki kiedykolwiek kobiety mu sprawiły, i gniew na nie z tego powodu nieuciszony stanęły nagłym murem pomiędzy nim a nią. Zerwał się gwałtownie i krzyknął: „Kobieto, precz stąd! Dość mam kobiet! Znużyły mnie kobiety! Znużyło mnie życie”.
Zbliżyła się doń i kładąc rękę na jego ramieniu, wyrzekła szeptem prawie: „Otoczę cię mirem i cichością, uczynię dni twoje spokojnymi i postarzeję się przy twym boku. Czyliż nie widzisz, że kochałam cię zawsze?”, i gdy to mówiła, głos jej załamał się we łzach. „Pokochałam cię od owej nocy, gdy widziałam cię leżącego na Szarym Okopie i przewracającego się bezsennie z boku na bok, bo ogień w twoim sercu nie zezwalał na chwilę ukojenia. Kocham cię, bo jesteś srogi i namiętny, i dobry, i zły, nie zaś mdły i fali podobny jak plemię czaroludków. Ja to tchnęłam ci w głowę myśl o Księdze Diabła, ja to wpędziłam nietoperza do izby przez wpółotwarte drzwi; a teraz pragnę jeno postarzeć się przy twym boku, o ukochany!”. Jej natrętność rozgniewała go; odepchnął ją od siebie, wołając: „Nie ciebie kochałem, lecz kobietę z plemienia czaroludków!”, i wielkimi krokami zwrócił się w kierunku drzwi. Lecz teraz ona rozgniewała się również. I usłyszał jej głos, gędziebny17 nawet w gniewie, i słowa jej długo pozostały mu w uszach: „Owenie Hanrahanie Rudy, patrzyłeś tak często na proch ziemski, że gdy róża zakwitła, bierzesz i ją także za szczyptę jeno kolorowego pyłu; ale teraz ja rzucam na ciebie klątwę: będziesz odtąd widział różę wszędzie, w kubku piwa, w oku kobiety, w zawierusze widziadeł, i silić się będziesz, aby do niej się zbliżyć — zawsze na próżno; ogień niezgaszalny czuwać wciąż będzie w twej głowie, w twych nogach, w twych rękach. Boleść boleści nad tobą, Owenie Hanrahanie Rudy!”.
Był już prawie świt, blada zieleń dosięgała wschodowych niebios i Hanrahan, spojrzawszy na to, zadrżał, jak gdyby paliło się we własnym jego sercu.
Było już koło północy, gdy wracał do domu: wicher dął przerażający, a on, mocno pijany, z wielką trudnością odbywał tę drogę powrotną, padając od czasu do czasu. Macał przed sobą, szukając drzwi, ale drzwi gdzieś się podziały. Gdzieś podziały się również słupy odrzwiowe. Cała chata gdzieś się podziała i tylko szczątki leżały dokoła na polu, gdzie stał, a wichura miotała w powietrzu wiązkami słomy ze strzechy. I zdawało mu się, że słabiuchne, lecz przeraźliwe głosy gadają coś gniewnie pośród zawieruchy i że, gdyby był trzeźwy, mógłby rozpoznać, o czym mówią. Obejrzał się dokoła w niepewności i ujrzał książkę, leżącą pomiędzy szczątkami chaty, tuż przy żarzącym się jeszcze ognisku. Podniósł ją i wsunął do kieszeni. Następnego dnia sprzedał ją czarownikowi z Wielkiej Krynicy, a opowiedziawszy, co mu się przydarzyło skutkiem jej posiadania, i przedstawiwszy rozgłos, jaki niewątpliwie przyniesie ona czarownikowi, tak że ludzie, którym czarownice zabrały masło, nie będą się z pewnością zwracali do nikogo innego gwoli przyczarowaniu masła z powrotem, otrzymał w zamian trzymiesięcznego prosiaka. Prosiaka wymienił zaraz za piwo słodowe, bo naszło go wielkie pragnienie, a pijaństwo zdawało się nadto obiecywać rzeczy, o jakich nigdy nie śnił przedtem. Następnej niedzieli ksiądz z naganą wymienił go od ołtarza i oświadczył, że chatę jego zwalił gniew Boży, nie zaś czaroludki, jak przypuszczali głupcy. Późno w noc gromadka ludzi zaczęła go poszukiwać i znalazła wreszcie leżącego (i mocno pijanego) przy pozbawionym dachu kominie jego chatyny. Obiwszy nieprzytomnego, aż się rozlegało, i pokropiwszy wodą święconą, włożyli go na wóz i wyprawili za granicę najbliższego hrabstwa.
Kręcenie powrósła i Hanrahan Rudy
Zastanowiwszy się nad kłótnią z księdzem i gniewnymi sąsiadami, Hanrahan doszedł do wniosku, iż zemsta nie jest w jego mocy, i postanowił wyruszyć ku zachodowi, boć gaelicka Irlandia wciąż jeszcze żyła i poeci gaeliccy wciąż jeszcze byli czczeni w okolicach zachodnich. Uciął kij z żywopłotu i jął podróżować z miejsca na miejsce, tu pracując na dniówkę dla wyżywienia się, tam śpiewając pieśń za nocleg; a gdy język angielski i angielskie zwyczaje zamarły gdzieś poza nim, stał się nowym człowiekiem: bo nie byłże ostatnim z tej potężnej linii poetów, która ciągnie się nieprzerwanie od Sanczana Torpeista18 (którego Wielki Kot zjadł tu w pobliżu) i potężniejszego Oisina19, którego serce zaznało nienasyconej przez czterysta lat demonicznej miłości? Jest chwila o zmierzchu, gdy każdy człowiek wygląda szlachetnie, a każda kobieta jest piękna; i on też, dzień po dniu, wędrując powoli i bezcelowo, coraz głębiej i głębiej pogrążał się w tym zmierzchu celtyckim, gdzie niebo i ziemia tak się mieszają, że każde zda się przybierać jakiś cień piękności drugiego. Napełnił mu ten zmierzch duszę żądzą, sam nie wiedział czego, opętał mu ciało upragnieniem20 niepojętych doświadczeń. Kąpał się o północy pod okrągłym wzgórzem, gdzie śpi Balor Złe Oko21 (niepamiętny dni, gdy ludzie podźwigali jego bezwładne skutkiem lat powieki, aby straszliwe spojrzenie mogło paść na danaańskich mieczowników22 i obrócić ich w kamień), a pływając śród gładzi jeziornej śmiał się i śpiewał ku pędzącym po niebie chmurom, aż zaczęły wydawać się niewyraźnymi jeno23 namiętnościami, upędzającymi24 naokół25 jego serca; i wysilał się, aby uczuć, podobnie jak one, srebrne strzały gwiazd przeszywające go na wskroś. Spędził noc w pieczarze, gdzie Grania26 znalazła nieco spokoju, zanim odyniec poszarpał Dermota27, i czar starego, białowłosego Finna28 padł nań, podobnie jak ongiś na nią; a gdy leżał tam, olbrzymie cienie zdawały się zabierać go między siebie, odcieleśniając śpiącego aż ku mglistemu życiu mocy, które nigdy nie żyły w ciałach śmiertelnych. Całą noc przechadzały się w jego snach ukoronowane rubinami, z różami w rękach, a o świcie zbudził się, zgrzebnie odziany chłop, drżący z zimna na glinianej podłodze.
Na koniec zaczął tęsknić do towarzystwa jakiejś ludzkiej istoty, a przede wszystkim do towarzystwa kobiety. Zapukał pewnej nocy do drzwi biało tynkowanego domu farmerskiego, otoczonego z dwóch boków krzakami bzu czarnego, i poprosił o strawę i schronienie grubą czerwonogębą kobietę, która drzwi otworzyła.
„Nazywam się Hanrahan, a ludzie przezywają mnie «Rudy» dla odróżnienia od tego nieuka wierszoklety, którego zwą «Gaelickim». Napisałem Płowego Jana i wiele innych pieśni znanych wszędzie, gdzie mowa Gaelu29 znajduje słuchacza. Proszę dać mi talerz mięsa i łóżko”.
„Szczęsne kamienie mego domu, szczęsna żółta na nim strzecha, że Owen Hanrahan zasiądzie w rogu naszego komina. Ale dlaczego opuściłeś własną okolicę, by pożywać30 chleb między obcymi?”.
„Mam diabła w podeszwach”, odparł poeta, pochylając w niskich odrzwiach głowę. Wszedł, nucąc pogłosem:
Nigdym nie widział dziewki cichej,
By mi skinęła choć ruchem brwi,
Bo wichry, które budzą gwiazdy,
Dmą tylko w mojej krwi.
Nigdym nie widział dziewki cichej,
By w snach samotnych skinęła mi,
Bo głos, co budzi błyskawice,
W mym sercu jeno brzmi.
Dośpiewał piosnkę i posunął się ku środkowi izby, jeszcze zanim wyrzekł utarte: „Boże, chroń wszystkich tutaj” i usłyszał wzajemne: „Boże cię chroń łaskawie”, odmruknięte przez liczne głosy. Mnóstwo twarzy otaczało go, a skrzypek zaczynał właśnie grać w kącie izby. Rozejrzał się dokoła i poznał z rozsypanych na progu pierwiosnków, że była to Wigilia Maja31 i że oczekiwano z tańcami i muzyką narodzin lata. Oczy jego zabłąkały się z pierwiosnków na miłe dziewczę marzycielskiej powierzchowności siedzące przy ogniu. Wielkie jej źrenice spotkały się z jego spojrzeniem i zapłoniła się. Usiadł przy niej i zanim szepty, że to właśnie Hanrahan Rudy, obiegły izbę dookoła, rozpoczął szczwane pochlebstwa swej głęboko muzykalnej mowy gaelickiej. I zanim tancerze dali zmęczonemu skrzypkowi chwilową przerwę i możność pociągnięcia ze stojącego na podorędziu glinianego dzbana, zdążył już porównać piękność jej z pięknością białej Deirdry32, opowiedział jej o snach, które skierowały stopy Adeny33 ku mglistemu królestwu czaroludków, dał jej wreszcie uczuć, że i ona, skoro doznawała, gdy mówił, radości zmieszanej z melancholią, pochodziła także z pokolenia królewskich cór starożytności i że nieporadni tancerze dokoła niej byli tylko cieniami nawiedzającymi ścieżki jej wygnania. Zanim skrzypek po raz drugi zrobił przerwę i po raz drugi przyłożył usta do dzbana, gruba, czerwonogęba kobieta zaczęła czuwać nad córką i czuwała przez cały ten wieczór; i wciąż ci dwoje rozmawiali z głowami pochylonymi ku sobie, nie zwracając uwagi na taniec i skrzypka, i wciąż rumieńce dziewczęcia pojawiały się i znikały jak burzliwe słońca zachody.
Koło północy wywleczono wielki krzak z podwórza na środek drogi i zapalono krzemieniem i stalą, bo przyniesienie ognia z domowego ogniska mogłoby, mimo rozsypanych pierwiosnków, dać złym duchom władzę nad wszystkim pod tą strzechą. Krzak rozpalił się i biesiadnicy rozpoczęli powolną procesję dokoła niego, za śladem przewodnika niosącego obręcz oplecioną liśćmi jarzębiny i bagiennymi nagietkami, a obejmującą dwie małe kule, jedną oklejoną złotym, a drugą srebrnym papierem, które miały wyobrażać słońce i księżyc. Posuwali się powolnymi krokami od lewej strony ku prawej, śpiewając jednocześnie pieśń gaelicką. Hanrahan z młodą dziewczyną stali we drzwiach zbyt zatopieni w sobie wzajem34, aby brać udział w tańcu. „Słońce i księżyc”, mówił poeta, „to mężczyzna i kobieta. To moja dusza i twoja. Wędrują one ciągle po niebiosach, związane jedna z drugą. Bóg je stworzył jedną dla drugiej. On stworzył słońce i księżyc, On też stworzył moją duszę i twoją jeszcze przed początkiem świata, On stworzył dla nich długi, słodki taniec miłości”.
„Mówią, żeś był, Hanrahanie, bardzo zepsuty”, odparła dziewczyna.
„Tak było”, odpowiedział, „dlatego żem nie spotkał35 dziewczęcia równie dobrego i czystego jak ty”.
A podczas gdy to stare jak świat pochlebstwo dzwoniło w jej uszach, taniec zmienił się; odrzuciwszy na bok obręcz z nagietkami i liśćmi jarzębiny, tancerze puścili się dokoła ognia, od prawej strony ku lewej, rączymi, wężowymi ruchy36, a pieśń jęła37 brzmieć głośniej i dziczej38.
„Patrz”, zawołał Hanrahan, „na ten taniec wężowy, taniec stworzony przez mądrych druidów. Czy nie podobny on do zakrętów i błądzenia namiętności? Czy nie słyszysz, jak namiętność woła głęboko, głęboko w twoim sercu: «W dal, w dal, w dal, gdzie bądź, gdzie bądź, gdzie bądź»? Ja słyszę to zawsze, zawsze. Pójdziemy w dal, ja i ty. Czyliż39 nie słyszysz pieśni o wielkich białych drogach, wołających, wołających? Przysłuchiwać się będziem40 kukułce, przyglądać łososiowi podrzucającemu41 się w rzekach, sypiać będziem pod zielonym dębów listowiem”. I tu zaśpiewał cichym głosem słowa z gaelickiej pieśni miłosnej: „Śmierć nigdy nas nie znajdzie w sercu wielkiego boru”. Spojrzał w dół na jej twarz; cienie tancerzy to rzucały ją w ciemność, to znowu dawały jej zajaśnieć w pląsających odblaskach ognia. „A gdyby nawet śmierć znalazła nas, to i cóż z tego? Nawet gdyby deszcze chłostać nas jęły, cóż z tego? Nawet gdyby wichry zwiać nas zechciały, cóż z tego? Toć42 znaleźliśmy już to, ku czemu bory rozpościerają swe zielone namioty, ku czemu gwiazdy zapalają swe świece”. Pochylił się ku niej, pocałował ją w czoło i przyciągnął bliżej do siebie.
Żona farmera przywołała zaufaną przyjaciółkę Brygidę Purcel na stronę i obie zatonęły w rozmowie pod cieniem stogu, przerywając często swe wynurzenia, aby wskazywać sobie wzajem postacie tamtych dwojga, gdy rzadkie i nagłe rozżarzenia się ognia ukazywały parę ich oczom. „Ileż on serc dziewczęcych unieszczęśliwił”, mówiła farmerka, „ileż dusz dziewczęcych gorzkimi przyćmił wspomnieniami. Ach, ileż dziewczęcych żywotów widokiem szyderczych napełnił twarzy. Ileż dziewcząt odciągnął od modlitw i szycia, i zamiatania, i od miejsca przy ognisku rodzinnym tym swoim słodkim, szczwanym językiem”.
„To prawda, Małgorzato Brien”, odrzekła tamta, „ale gdybyś przepędziła poetę gaelickiego ze swego domu, wielkie byłoby gadanie i czarny istotnie byłby to postępek”.
„O, żem też pozwoliła43 mu wejść!”.
„Mogłaś właściwie nie puścić go do domu, bo dom człowieka jest jego własnością, i możesz zrobić to teraz jeszcze: obmyśl coś dowcipnie, aby znalazł się za drzwiami, a wtedy zatrzaśnij je i zarygluj. Za dawnych czasów klątwa poety mogła wysuszyć zboże w ziemi i mleko w wymionach krów, ale ponieważ bronisz tu swoich praw i nie robisz krzywdy, może ci to ujść bez szwanku44. Siedem lat wisi taka klątwa w powietrzu, ale jeżeli będziesz miłosierna dla ubogich i jeśli płacić będziesz księdzu, co mu się należy, wsiąknie w ziemię i w morze i rozpuści się bez śladu albo spadnie na niego samego, gdy ósmy rok nadejdzie”.
„Powiedz mi, Brygido, jak wywabić go poza drzwi, bo wiedzę masz na języku”.
„Zbierz dużą wiązkę siana, ja zbiorę drugą; powiem ci, jak masz zrobić, gdy sąsiedzi zabierać się będą do domu spać, bo pójdą niezadługo, skoro pierwsze brzaski już zaczynają mieszać się z czerwienią dogasającego ognia”.
Po krótkiej chwili Małgorzata Brien wróciła do domu i znalazła go pustym45 z wyjątkiem Hanrahana Rudego i młodej dziewczyny, którzy siedzieli przy ogniu, rozmawiając szeptem. Niosła po wielkiej wiązce siana pod każdą pachą. Położyła jedną koło drzwi i rzekła: „Owenie Hanrahanie, czy nie pomógłbyś mi skręcić tych dwóch wiązek siana w powrósło, bo wicher wywrócił stóg i chciałabym go naprostować, zanim mąż mój powróci z jarmarku?”.
„Najchętniej”, odrzekł Hanrahan, idąc ku wiązce leżącej koło drzwi i biorąc z niej garść siana. Skręciwszy ją w sznur mniej więcej dwóch stóp długości, podał jeden koniec Małgorzacie Brien i rozpoczęło się kręcenie powrósła. Dodawali wciąż z leżących wiązek siana i Małgorzata Brien stopniowo oddalała się, podczas gdy plecy Hanrahana zbliżały się do drzwi. Powrósło wydłużało się, wydłużało, aż wreszcie nogi poety znalazły się na progu; i wydłużało się jeszcze dalej, aż na na koniec stał już na drodze. Małgorzata Brien czekała, by przysunął się aż do przygasającego już krzaka, i wtedy dopiero nagłym rozpędem zatrzasnęła drzwi i zasunęła rygiel.
„Niechaj kruki, wrony, jastrzębie rozszarpią twe ciało, niechaj duszę twą porwą złe duchy, niechaj łożem twym będzie na wieki rozżarzony kamień paleniska piekielnego!”, krzyczał, dobijając się do drzwi.
„Szczęście to nasze takiej nocy”, rzekła do córki Małgorzata Brien, „że pierwiosnki były rozsypane na progu, a gałąź jarzębiny wpleciona w strzechę!”. Wreszcie dobijanie się ustało i usłyszała kroki Hanrahana szybko oddalającego się drogą.
Udał się w kierunku morza, a gdy zszedł na wybrzeże, gniew jego ustąpił miejsca głębokiej melancholii. Niepoliczone46 myśli i uczucia poczęły mrowić się i wirować w jego wnętrzu. Zatrzymał się nad samym brzegiem wód i siadłszy na wielkim kamieniu, począł wymachiwać prawą ręką i powoli jednocześnie coś przyśpiewywać sobie. Szukał w tym pociechy, w czym nieraz już ją znalazł, w wierszach i muzyce; bo podobnie jak liczni gaeliccy poeci był nie o wiele bardziej znany jako wierszopis niż jako twórca muzyczny. Komponował teraz wiersze i muzykę, które później nosiły tytuł Kręcenie powrósła, a gdy tworzył je, marzenia jego pogłębiały się i zmieniały, aż wreszcie śpiewał już o kręceniu powrósła ludzkich boleści. Szare postacie, wpół dojrzane, wpół wyczute, zdawały się zbierać dokoła niego i przechadzać się po morzu. A pomiędzy nimi przesunęła się i Kliona z Fali Morskiej, nie obniżona już przez ciało ludzkie, lecz roześmiana i szydercza pod swą koroną rubinową. Potem to powrósło ludzkich boleści zmieniło się w jego marzeniach w wielkiego węża zwijającego się w krąg dokoła niego i ujmującego go stopniowo coraz ciaśniej w swe zwoje; aż wreszcie zwoje te zapełniły całą ziemię i całe niebo i gwiazdy wydawały się połyskami ich łusek. Wstał i poszedł chwiejnie brzegiem morza, i wydało mu się teraz, że szare postacie ulatują dokoła tych zwojów. I oto śpiewać jęły:
„Boleść na tego, co odrzuca miłość cór plemienia Dana, bo nie znajdzie pociechy w miłości cór Ewy. Ogień zawładnął jego sercem. Wygnajcie go, wygnajcie go, wygnajcie go!”.
Kasieńka, córka h’Ulahana i Hanrahan Rudy
Po kręceniu powrósła u Małgorzaty Brien Owen Hanrahan Rudy powędrował ku północy, spełniając najpośledniejsze roboty najemne u farmerów i opowiadając opowieści na wieczornicach i weselach; potem jeszcze raz ku południowi, w kierunku hrabstwa Leitrim, i znowu z powrotem ku Miastu Rzeki Shelly47, przez Przełęcz Dwóch Złych Duchów Powietrza.
Między Przełęczą Dwóch Złych Duchów Powietrza a Jeziorem Mieczów dogonił, ku swemu zdumieniu, niejaką Małgorzatę Rooney, niewiastę-włóczykija, którą znał kiedyś za swej młodości w Munsterze48. Stała się ona słynna na całą ojczystą baronię i ostatecznie ksiądz miejscowy wysforował ją z okolic rodzinnych. Poznał ją z chodu, z barwy oczu i ze zwyczaju, jaki miała zawsze, odgarniania od czasu do czasu lewą ręką włosów na tył głowy. Odbywała, jak mówiła, wędrówki dookolne, sprzedając śledzie, i wracała właśnie do domu w zakącie49 Miasta Rzeki Shelly, zwącym się Burrough, gdzie mieszkała z dawną przyjaciółką Marią Gillis, kobietą podobnego charakteru i prawie takiej samej historii; czułaby się bardzo szczęśliwa, dodała, gdyby chciał osiedlić się u nich w domu i śpiewać swe słodkie pieśni miłosne prostakom, ślepcom, żebrakom i skrzypkom całego Burrough. Zachowała zawsze miłą pamięć o nim, a Maria Gillis umiała jedną z jego pieśni na pamięć, tak że nie potrzebuje obawiać się, jak go przyjmą, bo będą go traktować jak najlepiej, a prostacy, ślepcy, żebracy i skrzypkowie roznosić będą jego sławę po wszystkich kątach prowincji i nie zapomną płacić za każdą opowieść czy poemat sztuki dziesięciopensowej.
Przyjął jej propozycję dość ochoczo, bo znużyła go wędrówka i pragnął spokoju domowego oraz towarzystwa kobiet, które by słuchały opowiadań o jego kłopotach i pocieszały go. Gdy szli dłużej społem pod wielkimi drzewami, które ocieniały ścieżynę w Leszczynowym Lesie, opowiedział jej kilka swych strapień. Wysłuchała historii o Księdze Wielkiego Diabła i o kobiecie z plemienia czaroludków z częstymi okrzykami zgrozy „Boże, chroń nas!” i z niejednokrotnym żegnaniem się pobożnym, a za niepowodzenie przy kręceniu powrósła pocieszyła go pocałunkiem i tkliwie opasującym ramieniem.
Był już zmierzch, gdy dochodzili do Burrough, i Hanrahan zauważył, że jego kochanka, nie pierwszej już młodości, wyglądała w tym półmroku wcale nie niepokaźnie.
Gdy Marii Gillis powiedziano imię gościa, rozpłakała się prawie na myśl, że ma podejmować tak sławnego człowieka.
Hanrahan osiadł w swym nowym mieszkaniu z wielką radością. Małgorzata Rooney miała pod czterdzieści, Maria Gillis była nieco młodsza, lecz obie dochowały resztki roztrwonionych, znośnie miłych spojrzeń, a przeżyły już dawno doby zazdrości; robiły przy tym doskonałe sękacze, wiedziały, gdzie piwo słodowe było prawie za darmo, i obie miały niezłe do kubka usposobienie. Dobrze nastrojony, dzięki niezwykłemu spokojowi i ładowi tego rodzaju życia, Hanrahan zaczął szybko tworzyć poematy. Pisał ich czasem kilka na dzień, zamiast spędzać jak ongiś tygodnie czasem nad kilkoma wierszami, i nadto były to może najlepsze jego utwory. Większość z nich stanowiły pieśni miłosne, ale przytrafiały się też psalmy pokutne, włączone później do Różańca Hanrahanowego, książki cieszącej się takim rozgłosem między uczonymi gaelickimi. Inne znowu były zamaskowaniem patriotyzmu namiętnego pod formą pieśni miłosnych, zwracanych to do Czarnej Różyczki, to do Kasieńki, córki h’Ulahana, to do jakiegoś innego upostaciowania Irlandii.
Co wieczór dziady, żebracy, ślepcy i skrzypkowie zbierali się dokoła ognia i słuchali z podziwem jego śpiewów lub gwałtownych recytacji. Niezmordowana pamięć, jeszcze nie spustoszona przez druk i papier, pozwalała im bardzo szybko uczyć się tych pieśni i opowieści, a niezmordowane nogi roznosiły sławę jego po wszystkich wieczornicach, weselach i plotkarskich zebraniach całego Connaught50. Nigdy powodzenie jego nie dochodziło do takich szczytów.
Każdy, kto widział go pewnej nocy listopadowej siedzącego na brzegu wielkiego łóżka, z własnym cieniem migającym za jego plecami na biało tynkowanej ścianie aż po sufit podstrzechowy, śpiewającego pieśń miłosną jakiejś trzydziestce obszarpanych chłopów, i zapamiętał wiecznie ruchliwą jego twarz oraz zauważył pełną nacisku energię w każdym geście, wspominał do dnia śmierci, że oglądał króla poetów Gaelu i władcę marzeń ludzkich.
Nagle przestał śpiewać i oczy zamgliły mu się, jak gdyby patrzał na oddalone rzeczy.
Maria Gillis, która właśnie nalewała piwo słodowe do kubka drewnianego stojącego u jej nóg na niskim stołeczku, przerwała to zajęcie i rzekła: „Czy myślisz nas opuścić?”.
Małgorzata Rooney usłyszała te słowa, nie widząc ich przyczyny, i wziąwszy je na serio, podniosła się z miejsca przy ognisku i podeszła doń z sercem pełnym lęku przed mogącym wznowić się ubóstwem, przed męczącymi włóczęgami z koszykiem śledzi na głowie, przed utratą wreszcie takiego przedziwnego towarzysza oraz znaczenia, jakie nadawał domowi.
„Nie zrobisz tego, mój najsłodszy?”, rzekła, chwytając go za rękę.
„Nie”, odpowiedział, kładąc dłoń na jej głowie. „Myślę o Irlandii i jej boleściach”. Potem zaczął śpiewać te słowa na dziką i kapryśną nutę własnej kompozycji, która podrywała, się i opadała na podobieństwo lamentów wichru:
O, gęstwo trzcin, jak więdnąc, w stawach się gniesz Zielonych Ziem
Pod gorzkich Czarnych Wichrów od lewej ręki ciągłym tchem!
Jak gęstwa trzcin i męstwo w tym Czarnym Wichrze schnie i mrze:
Lecz w sercach skrylim płomień, co tlał na samym oczu dnie
Kasieńki, córki h’Ulahana.
O, zdarte chmury świata, wołajcie w głos z pamiętnych gór
I raźcie gromem głazy, bo w szał wpadł Krwawych Wichrów chór!
Jak zdarte chmury świata wrą namiętności, serca wrą:
Lecz wszyscy gniem się nisko, ślad stóp całując z świętą czcią
Kasieńki, córki h’Ulahana.
O, ciężko wzdęte fale wód Wodospadom Dębów, wód,
Bo Szare Wichry wieją ze schnących wokół morskich błót!
Jak ciężko wzdęte fale są ciała nasze, nasza krew:
Lecz czyściej niźli świeca u Krucyfiksu stóp brzmi zew
Kasieńki, córki h’Ulahana.
Podczas śpiewu zjęło go wielkie wzruszenie i łza potoczyła mu się po twarzy, a Małgorzata Rooney ukryła twarz w dłoniach i rozpłakała się. Potem ślepy żebrak przy ogniu wstrząsnął wielkim szlochem swe łachmany, a potem wszyscy już płakali.