Klątwa Hanrahana Rudego

Pewnego ranka wiosennego Hanrahan Rudy skręcił na drogę prowadzącą od Wielkiego Pola ku gościńcowi pocztowemu i tamtędy do Podmieścia Przymostowego.

Wkrótce zaczął śpiewać, bo miękka zielona trawa na skraju drogi, dalekie błękitne płomienienie Wód Pstrego Bagna i tlące się porannie chmury nad głową obudziły jego serce.

Po niedługiej wszakże chwili sroka przeleciała mu przez drogę i śmigając przodem jak wyrzucona z procy, zaświeciła na nietynkowanym murze kamiennym po lewej jego ręce. Na ten zły znak przestał śpiewać. Sroka po raz drugi przefrunęła na krzyż drogę, znowu usiadła na wprost przed nim i nie powróciła do własnych spraw, póki po raz trzeci nie mignęła mu tuż przed twarzą, połyskując w słońcu białymi piórami.

„Ach”, zamruczał Hanrahan, „oni znów zamierzają jakieś łotrostwo przeciwko mnie”, i z tymi słowy zamarła w nim wszelka chęć do śpiewu, a brwi zmarszczyły się gniewnie po raz pierwszy od chwili, gdy nastała piękna, jasna pogoda. Przez „nich” rozumiał czaroludków, którzy krzątali się we wszelkiego rodzaju wypadkach, by jak bądź wejść mu w drogę, odkąd odrzucił miłość Kliony z Fali Morskiej.

Był czas, gdy z lekkim sercem stawiłby czoło najgorszym ich przedsięwzięciom, ale teraz wiek już nadchodził i schmurzał ochoczość ducha upodobaniem do spokojnej gnuśności i oczekiwaniem cichego, łagodnego końca. Zmienił się wielce od niedawna: ruda czupryna spłowiała do żółcizny, a postać przygarbiła się bardzo od owych chwil, gdy zabawiał się z kobietami, żebrakami i skrzypkami w sligońskim Burrough.

Po chwili zatrzymał się w milczeniu, bo czujne jego ucho przychwyciło51 gdzieś pośród pól po prawej ręce dźwięk jakiś, jakby szlochania. Doszedł do miejsca, gdzie boczna drożyna prowadziła przez pola do chatki drobnego farmera. Zajrzał poprzez mur z nietynkowanych głazów i zobaczył młode dziewczę leżące w wysokiej trawie łącznej twarzą do ziemi i szlochające głośno. Twarzy nie widział, bo była ukryta w dłoniach, ale miękki falisty włos i młodociana postać przypomniały mu Brygidę Purcell, Małgorzatę Gillen, Maurię Connellan, Oonę Curry, Celię Driscoll i inne piękne a ułomne kobiety, których imiona wplótł w swoje wiersze.

„Kochaneczko”, rzekł głosem zarazem dumnym i łaskawym, gdyby52 król przemawiający do jakiegoś dobrze lub źle obdarzonego przez los poddanego. „Kochaneczko”, powtórzył, bo wysoka trawa czyniła ją głuchą. Spojrzała w górę i poznał ładną, biało-różową twarzyczkę, którą mijał niejednokrotnie na swych przechadzkach do Podmieścia Przymostowego i z powrotem. „Kochaneczko, troska jakaś cię udręcza53 i nie byłoby mi do twarzy przejść sobie obojętnie, gdy płaczesz. Jestem Hanrahan Rudy, nie zaś zwykły człowiek, który choć się lituje, nic pomóc nie może; ja opiekuję się szkołą w Podmieściu Przymostowym i znam język łaciński, a po śmierci siedzieć będę na złotej ławie z najpotężniejszymi ze śpiewaków Erynu54, przysłuchując się biciu serca Bożego. Wielkie były me nieprawości i wielkie też znosiłem prześladowania, lecz, kochaneczko, mogę w ślad za litością okazać i pomoc!”. Dziewczę usiadło i patrzyło teraz wprost55 na niego, a łzy wciąż staczały się po jej policzkach.

„Owenie Hanrahanie”, rzekła, „wiem dobrze, jak wielkie były twe winy, jak wielkie znosiłeś prześladowania i jak wiele wrogich i złośliwych trafów wznieciła ona przeciwko tobie56”. Pochyliła się ku niemu, ciągle wsparta na ręce, i głos jej zaczął drżeć z gorącego pragnienia. „Zaznałeś, co to jest wyrządzone ci zło, i użalisz się nad tymi, którym zło wyrządzają; obiecujesz zrobić, o co cię poproszę, Owenie Hanrahanie?”.

„Obiecuję”, odpowiedział.

„Ojciec i matka, i bracia”, przeszła do rzeczy, „chcą wydać mnie za starego Paddy’ego Doe dla jego stu akrów dzierżawy tam, pod Górą, a ja chciałabym, abyś wpakował go w rymy, jak to uczyniłeś ze starym Piotrem Kilmartinem za czasów, gdyś był młody; niechaj ta zgryzota wciąż wisi nad nim, czy to będzie wstawał, czy kładł się do snu”.

„Wpakuję go w piosnkę, która mu przyniesie wstyd i zgryzotę; ale ileż on ma lat, abym mógł je wymienić w piosence?”

„Och, on ma lata lat — on jest tak stary jak ty, Owenie Hanrahanie”.

„Tak stary jak ja!”, rzekł Hanrahan złamanym głosem. „Będzie przynajmniej dwadzieścia lat między nim a mną. Ale zła godzina przyszła na Owena Hanrahana, że złotowłoska z liczkiem jak kwiat majowy uważa go za starego człowieka. Kochaneczko, kochaneczko, ugodziłaś mnie strzałą w serce!”. Odwrócił się i poszedł powoli drogą z oczyma w ziemi utkwionymi, a ona siedziała w łącznej trawie, patrząc za nim z zakłopotaniem. Kiedy szedł tak w kierunku Podmieścia Przymostowego z oczyma wbitymi w biały pył drożny, przygarbiony, wyglądał rzeczywiście na starego człowieka. Przeszedł ze trzy czwarte mili, gdy spojrzawszy w górę, spostrzegł wielkiego, plamistego orła żeglującego powoli ku Wzgórzu Awlejskiemu, i zatrzymawszy się, krzyknął mu to oskarżenie: „I ty także, orle ze Wzgórza Awlejskiego, jesteś stary i skrzydła twoje pełne są szpar po wypadłych piórach. Wpakuję i ciebie, i twych dawnych kamratów, szczupaka z Jeziora Dargańskiego57, i drzewo cisowe z Urwiska Cudzoziemców, w swój wiersz, abyście byli przeklęci na wieki!”.

Po lewej stronie drogi stał krzak okryty kwieciem majowym i lekki podmuch wiatru otrząsł58 białe płatki na jego płaszcz.

„Kwiecie majowe!”, rzekł, zgarniając ich garstkę w zagłębienie dłoni, „ty nie zaznasz goryczy podeszłego wieku, bo mrzesz w dobie piękności. I ciebie włożę w swój rym, i dam ci błogosławieństwo!”. Usiadł pod krzakiem i zaczął układać wiersz, nucąc go sobie półgłosem, a kwiecie majowe osypywało59 go tymczasem swymi płatkami. Skończył wreszcie i oto jest rym, który stworzył:

Poeta Owen Hanrahan, pod kwietny siadłszy krzak,

Klnie naprzód własną głowę, że mu siwieje tak;

Potem cętkowanego orła z awlejskich wzgórz,

Bo to z najstarszych stworzeń najstarsze chyba już;

I cis, co zielenieje od niespamiętnych dni

Na Urwie Cudzoziemców, gdzie Szpary Wichrów drzwi;

I starego szczupaka, co w Darganie się zlągł

I ma w długim swym ciele długi też bólów ciąg.

Potem ma być przeklęty Paddy Gruen choć na wpół,

Że nie ma ani włoska, a ospały jak wół;

Też Piotr Hart, sąsiad jego, Michał Gill, jego druh,

Że na ich opowieści nie starczy żaden słuch;

Również Cullinan Shemus, pastuch z Zielonych Łąk,

Że kul swych nie wypuszcza z haczykowatych rąk!

Wreszcie klątwę trzykrotną niechaj na Paddy Doe:

Że chce na śnieżnym łonie kłaść zwiędłą głowę swą,

Wesołe złamać serce, zrujnować śpiewny głos,

Za to go aż do zgonu ma ścigać klątwy cios.

A teraz błogosławi poeta — wiosny kwiat.

Co w piękności się rodzi, by w piękności też spadł.

Ukończywszy wiersz, zapalił czarną fajeczkę i siedział pod krzakiem, bo namiętność bardów rzucających klątwy owładnęła nim, i obmyślał sposoby, jakby rozgłosić swoją klątwę po całej okolicy. Wiedział, że był to dzień jarmarczny w Mieście Rzeki Shelly i że handlujący musieli koniecznie, udając się tam lub wracając, przechodzić tędy. Po chwili ukazał się istotnie na drodze chłopak pędzący osła objuczonego dwoma koszami torfu i Hanrahan dał mu znak, by się zatrzymał.

„Chłopuszku”, rzekł, „napisałem klątwę na starość i starych ludzi i chciałbym, aby ją śpiewano dziś jeszcze w Mieście Rzeki Shelly”.

„Daj mi ją, Hanrahanie”, odrzekł chłopiec, „a ja będę ją dawał każdemu, kto zechce”.

Hanrahan odczytał mu wiersz.

„Hej”, zawołał chłopiec, „znam ci starego Michała Gilla bardzo dobrze. Przeszłego60 roku, w wigilię św. Jana, wrzuciliśmy mu mysz do komina, ale to jest lepsze niż mysz!”.

Hanrahan kazał chłopcu powtórzyć wiersz kilka razy, dopóki go nie umiał zupełnie dobrze, a potem zlecił mu pójść do Burrough, wyrecytować go Małgorzacie Rooney i Marii Gillis i prosić je, aby go śpiewały same i dały do śpiewania żebrakom i dziadom na nutę Zielona wiązka sitowia.

Chłopiec skwapliwie puścił się w drogę żądny, by jak największą wyciągnąć korzyść ze swego nowego znaczenia, a tymczasem Hanrahan wytrząsnął popiół z fajeczki, strzepnął białe płatki ze swego płaszcza i wsadził kwietną gałązeczkę w dziurkę od guzika.

Gdy Hanrahan przybywał do rozwalonej stodoły w Podmieściu Przymostowym, gdzie uczył łaciny z mszału, angielskiego zaś z Żywotów znakomitych hultajów i rabusiów, musiał zgromadzać61 uczniów z sąsiednich wzgórz i dolin. Jedna ich część bawiła się zazwyczaj na brzegu morskim, między dwoma utoczonymi przez wodę kamieniami, w „gospodarstwo” za pomocą różnych szczątków potłuczonego naczynia domowego, inni znowu — w „żabę-skoczka” na szczycie wzgórza; a nim zdołał zebrać ich do kupy, zwykle połowa dnia już upłynęła. Dziś postanowił nie słuchać lekcji62, lecz wyjąwszy gałązkę biało-różowego kwiecia z dziurki od guzika, położył ją przed sobą na pulpicie.

„Dzieci”, rzekł, „wy i wszelkie piękno tego świata jesteście jak maj. Nadleci wicher i oto zwiał was bez śladu. Dzieci, napisałem klątwę na starość i starych ludzi, zaśpiewam ją wam, posłuchajcie”. Zaśpiewał im wiersz, następnie kazał zapisać słowa na tabliczkach szyfrowych i odśpiewać je nawzajem63, po czym na ten dzień uwolnił64 ich ze szkoły.

Spał dobrze tej nocy. Następnego ranka wcześnie zjawił się w szkole i siedząc przede drzwiami z fajeczką w ustach, wyczekiwał na uczniów nadchodzących małymi gromadkami. Byli wszyscy, z wyjątkiem dwóch lub trzech, i Hanrahan przyglądał się właśnie miejscu słońca na niebie, aby wiedzieć, czy czas już zacząć lekcję, gdy nagle spostrzegł tłum zbliżający się krętą ścieżyną od głównej drogi. Wkrótce rozpoznał, że był to tłum starych ludzi, że trzej idący przodem byli to właśnie Paddy Bruen, Michał Gill i Paddy Doe i że wszyscy nieśli krótkie a ciężkie pałki. W tejże chwili oni dojrzeli go i pałki zaczęły wywijać w powietrzu tu i ówdzie, a stare nogi — biec.

Nie czekając dłużej, jął uciekać przez wzgórze za stodołą, a potem wielkim okręgiem z powrotem, do swego domu. Namyślał się chwilę w miejscu, gdzie droga robi zakręt, odsłaniając widok na jego chatę, i ujrzał, jak inna gromada już otoczyła dom i była właśnie zatrudniona wpychaniem ożoga z garścią palącej się słomy w jego strzechę.

„Ach!”, zawołał, „wzburzyłem przeciwko sobie Starość i Czas, i Znużenie, i Chorobę i oto znowu wracać mi trzeba do dawnej włóczęgi! O błogosławiona Niebios Królowo! Chroń mnie od orła ze Wzgórza Awlejskiego, od drzewa cisowego na Urwisku Cudzoziemców, od szczupaka w Jeziorze Zamku Dargańskiego i od wszystkich ich krewniaków w Erynie!”.