Widzenie Hanrahana Rudego
Hanrahan, po długiej włóczędze z miejsca na miejsce, po noclegach raz w stodole, kiedy indziej pod stogiem siana, postanowił przedrzeć się na przełaj przez góry między Twierdzą Cudzoziemców a Urwiskiem Cudzoziemców z myślą posunięcia się aż na północ hrabstwa Leitrim, gdzie może jego pieśni miłosne będą znane, a satyry nieznane i gdzie mała kwadratowa harfa, zwisająca mu na plecach, nowością będzie i uciechą. Odkrywszy wszakże opuszczoną chatę pasterską, osłoniętą dobrze przez wielką skałę i prastare drzewo cisowe, o którym ludzie opowiadali, że posadził je pustelnik trzykroć starszy od zwykłego człowieka i które nie miało uschnąć, póki nie osiągnie potrójnych lat pustelnika, zmienił zamiar i zabrał się do roboty, wplatając pęki sitowia w połamaną strzechę i zapychając dolną połowę okna, w której szyby były powybijane, bryłami murawy. Zmienił zaś pierwotny zamysł swój tym skwapliwiej z powodu Maivy Lavell, kochanki lat młodych, najdroższej może pośród wielu innych, która przybyła, przed tylu, tylu laty, z południa, aby go odszukać, a teraz leżała pogrzebana na małym, trawą zarosłym cmentarzyku u stóp góry. Ciężko mu się zrobiło na sercu, gdy pomyślał, że postawi całą tę wielką masę Urwiska Cudzoziemców i góry Gulben pomiędzy sobą a nią. Zatrzymał się na chwilę przy jej mogile, zanim rozpoczął wdzierać się na górę, ale gdy zmierzch jął zapadać i gdy praca na dziś była ukończona, udał się wąską, stromą ścieżyną, wydeptaną w brunatnym mule przez osły całych pokoleń kopaczy torfu, i wkrótce siedział znowu pod drzewkiem dzikiej róży, które było jedynym pomnikiem tak wielkiej namiętności i piękności. Siedział tam pełen myśli i wspomnień śród padającej rosy i poprzez gałęzistą siatkę drzewka różanego przyglądał się gwiazdom wschodzącym jedna po drugiej, aż stopniowo dawna namiętność, złagodzona teraz przez nowy żal i zgryzotę z powodu więdnięcia własnych władz twórczych i rozluźnienia się dawnego przywiązania do życia, zaczęła napełniać mu oczy łzami. Palce jego jęły igrać z metalowymi strunami małej harfy kwadratowej, a wargi coś szeptać, jak gdyby usposobienie ducha samo kształtowało się w pieśń. I wkrótce śpiewał już na zapomnianą dzisiaj nutę, taką pełną smutku bezbrzeżnego, mimo dziwacznego tytułu Pastuchy, dzieci Byrny:
Złotowłoski klęczące przed ołtarzową kratą od lat, od lat.
Jeśli w pieśni, którąm splótł dla kochanki, ukryte modlitwy brzmią,
A dym zgasłego serca drga w fioletach powietrza przewonną mgłą
Tłumiąc mirr i kadzideł zamierający z wolna ostatni ślad:
Pochylcie się i módlcie za grzech wielki w tej pieśni najskrytszych dum,
Aż Maurya Przebolesna uderzy w święty, słodki, litosny żal,
Wołając do kochanki mej i do mnie: „Nie lećcie już, dzieci, w dal,
Między ten trzepocący się, żałosny, pokutnie skruszony tłum”.
Dośpiewawszy pieśń, siedział chwilę bez ruchu, potem wyciągnął rękę, zerwał wątły kwiat, widoczny na tle trzech białych gwiazd, i ucałowawszy go tkliwie, wplótł jego łodyżkę między struny swej harfy. Zaczął wspinać się z powrotem na wzgórze, ale droga wydawała mu się tak długa i nużąca, że często siadał nad zielonym rowem przy ścieżynie. Podczas jednego z tych wypoczynków znalazł się na krawędzi wzgórka czy królestwa, jak go nazywał, i przyszły mu na pamięć pewne starożytne poemata65, opowiadające o grzesznych kochankach, których miłość wzajemna budzi ze snu grobowego na życie cieniów w krainie czaroludków, gdzie oczekują sądu, wygnani sprzed obliczności Pańskiej66. Zastanawiał się, czy i on z Maivą mieliby również tak wędrować, jaka mogłaby być ich kara i czy demony prześladowałyby ich, czy też musiałyby czekać, aż będą osądzeni. Poszedł dalej z westchnieniem, a gdy zatrzymał się znowu, było to, aby zbierać sitowie na pościel, z zajętymi zaś rękoma nie mógł już myśleć.
Rozpostarł sitowie w rogu chaty, a ponieważ było jeszcze wcześnie, poszedł na Urwisko Cudzoziemców i, spuściwszy się aż ku samemu skrajowi przepaści, patrzał na dolinę, poruszając bezcelowymi palcami struny swej harfy. Dolina była pełna szarej mgły rozpościerającej się od jednej góry do drugiej; w przejętej grozą jego wyobraźni przybierało to pozór tłumu tłoczących się widziadeł i przez to przywidzenie serce biło mu lękiem i rozkoszą zarazem. Niezadługo, na wpół już tylko rozumiejąc, co czyni, zaczął obrywać płatki róży ciągle jeszcze wiszącej na strunach harfy i patrzeć, jak w powolnym opadzie unoszą się nad otchłanią drobnym trzepocącym się stadkiem.
Nagle usłyszał słabiuchną muzykę, która miała jednak większy obwód wzruszeniowy, niż zdolne są osiągnąć ludzkie palce, bo raz była to uciecha nie do zniesienia, a potem znów nie do zniesienia smutek, i lęk jego stał się rozkoszą, bo poznał, że czaroludki są gdzieś w tej otchłani. Oczy miał wlepione w stadko trzepocących się płatków, a te, gdy patrzał, jęły zmieniać się i wyglądać raczej na gromadkę mężczyzn i kobiet idących przez ciemność gdzieś daleko, lecz będących jeszcze na wpół płatkami róży. Potem ta dwoistość zanikła i był to już rzeczywiście długi orszak wspaniałych par przechadzających się pośród oparów. Zamiast oddalać się, zbliżały się ku niemu, mijały go powoli, a twarze ich pełne były dumnej tkliwości i wybladłe jak gdyby z nieugaszonego pragnienia rzeczy dostojnych a smutnych. Bezcielesne jakieś ramiona wyciągały się z oparów, jak gdyby chcąc przychwycić ich, ale na próżno; przechodzili w niepogwałconym spokoju. Przed nimi i za nimi, ale w odległości, jak gdyby przez poszanowanie, zjawiały się inne postacie, opadające i podrywające się w górę, nurkujące i wzlatujące; i Hanrahan w bezładnej ich zawierusze poznał boską ongiś czaroludków rodzinę; ku nim nie wyciągały się żadne bezcielesne ramiona, bo oni byli z tych, co nie mogą ani grzeszyć, ani być posłuszni. Wszyscy maleli stopniowo w oddaleniu, krocząc lub ulatując ku białym kwadratowym drzwiom ziejącym na zboczu góry Gulben. Teraz opary rozpostarły się przed nim znowu niby morze bezludne, opłukujące zbocza gór fantastycznymi falami, ale gdy patrzał wciąż na nie, zaczęły napełniać się jakimś płynnym, przerywanym, niedoskonałym życiem, będącym ich częścią składową, i znowu ramiona oraz blade pod rozwichrzeniem włosów twarze ukazały się pośród szarości. Rosło to wyżej i wyżej, aż wezbrało na równi z krawędzią skały, i wtedy postacie jęły stawać się bardziej trwałe i nowa procesja, na wpół zgubiona w oparach, przesunęła się nierównymi krokami, lecz bardzo powoli, a w samym środku każdego cienia migotało coś w świetle gwiazd. Zbliżali się coraz bardziej i Hanrahan ujrzał, że byli to także kochankowie, ale że zamiast serc mieli ukształtowane w formie serc zwierciadełka i zaglądali ustawicznie jedno drugiemu w te lusterka z ciężką zadumą rozważania na obliczach. I ci minęli, zapadając się i tonąc podczas pochodu, i nowe postacie wynurzały się na ich miejscach, te wszakże nie przesuwały się już parami jak poprzednie, lecz jedna uganiała za drugą z dzikimi rąk ruchami.
Uciekały kobiety z cudnymi głowami, pełnymi najwyszukańszego życia, na widziadlanych, pozbawionych krwi ciałach. Dokoła nich rozwiewały się i drgały ich długie włosy, jak gdyby żyjąc jakimś życiem śmiertelnym. Nagłe wzdęcie się mgieł zasłoniło je, a potem lekki chwilowy podmuch od strony gór zwiał je precz ku północnemu zachodowi, nakrywając jednocześnie Hanrahana białym skrzydłem oparów.
Powstał, drżąc, i miał już odwrócić się od przepaści, gdy ujrzał dwie ciemne, na wpół widoczne postacie unoszące się w powietrzu tuż poza krawędzią. Jedna z nich spoglądała z mgły błagalnym wzrokiem. „Mów do mnie”, rzekła wreszcie kobiecym głosem. „Oto minęło pięćset lat, odkąd ktoś z ludzi czy demonów odezwał się do mnie”.
Dreszcz przerażenia wstrząsnął Hanrahanem; czekał bezsłownie, a głos zaczął znowu: „Nie wyrządzę ci żadnej krzywdy. Przemów do mnie i rozkaż mi mówić. Żaden człowiek od pięciuset lat nie słuchał, co mówiłam”.
„Kto byli ci wszyscy, co tu przechodzili?”, zapytał.
„Pierwsi szli”, odpowiedziało widziadło, „sławni kochankowie starożytnych czasów, Blanid67 i Deirdra, i Grania68 ze swymi ukochanymi, i mnóstwo mniej znanych, lecz nie mniej miłowanych; szukali oni w sobie wzajem nie kwiecia młodości jedynie, lecz piękności rówieśnej z nocą i gwiazdami, więc noc i gwiazdy uchroniły ich na wieki od wszystkiego, co niespokojne i znikome, pomimo bojów i goryczy, jakie ich miłość wywołała w świecie. Tych, co szli po nich, o człowiecze dotąd słodkim oddychający powietrzem, i mieli zwierciadła w sercach, żadni nie opiewali bardowie, bo oni szukali tylko tryumfu jedno nad drugim, aby dowieść swej mocy i piękności, i uczynili z tego jakiś rodzaj miłości. Kobiety o widziadlanych ciałach nie pragnęły wcale zatryumfować ani kochać, one chciały tylko być kochanymi; nie masz krwi w ich sercach ani w ich ciałach, póki jej w nie nie wleje pocałunek, i życie ich trwa jeno tę chwilę. Wszyscy oni są nieszczęśliwi, ale jam najnieszczęśliwsza ze wszystkich, bo ja to jestem Dervadilla69, a ten tu przy mnie to Dermond70. Nasz to grzech przywiódł Normanów do Irlandii i nikt nie zaznał takich kar, jakie my znosimy. Kochaliśmy jedno w drugim tylko kwiat męskości i kobiecości, opadający kwiat prochu ziemskiego, nie zaś piękno wiekuiste. Gdyśmy pomarli, nie było w świecie dokoła nas rzeczy niepogwałconej; demony bitw i zajątrzeń, jakieśmy wzniecili, wydały na nas wyrok. Błądzimy nierozłączni, ale ten, co był moim kochankiem, dziś widzi we mnie tylko martwe ciało, chylące się ku rozkładowi, a ja wiem, że taka mu się wydaję. Pytaj więcej, pytaj więcej, bo lata wlały wiedzę w me serce, a nikt od pięciuset lat nie słuchał, co mówię”.
Wielkie przerażenie opadło Hanrahana i dźwignąwszy ręce nad głową, wykrzyknął po trzykroć. Postać rozwiała się, a bydło w dolinie, posłyszawszy głos jego, podniosło głowy, rycząc, a ptaki w lasach na zboczu góry Gulben zbudziły się ze snu i wzleciały poprzez drżące listowie. Ale nieco poniżej krawędzi skalnej stadko płatków różanych trzepotało się jeszcze w powietrzu, bo wrota wieczności otwarły się i zamknęły w ciągu jednego uderzenia serca.