SCENA I

Las Ardeński.

Książę wygnany, Amiens i Panowie w ubiorze strzeleckim.

KSIĄŻĘ

Powiedzcie teraz, bracia na wygnaniu,

Czy przywyknieniem życie nasze nie jest

Nad malowany przepych dworu słodsze,

Lasy mniej groźne niż dwór podejrzliwy?

Tu z Adamowej uczuwamy kary

Tylko pór zmianę: lecz gdy wiatr zimowy

Szczypie nam ciało lodowatym tchnieniem,

Skostniały cały z uśmiechem powtarzam:

To nie pochlebstwo, szczery to przyjaciel,

Który dobitnie mówi mi, czym jestem.

Przeciwność słodkie wydaje owoce,

Jak jadowita i szpetna ropucha

Kosztowny klejnot w głowie swojej nosi.

Tu życie wolne od tłumnych zbiegowisk,

W strumieniu księgi, w drzewach ma języki,

Kazania w skałach, a korzyść we wszystkim.

AMIENS

Nie pragnę zmiany. Błogo ci, o książę!

Gdy możesz gniewy zawziętej fortuny

Tłumaczyć stylem słodkiego pokoju.

KSIĄŻĘ

Pójdziemyż15 teraz ubić co dziczyzny?

Wyznaję przecie, że serce mnie boli

Gdy cętkowane, biedne te głupiątka,

Tych państw samotnych pierwsi właściciele,

W granicach własnych pod strzał naszych ostrzem

Okrągłe biodra krwią własną rumienią.

1 PAN

Posępny Jakub ten sam czuje smutek,

Klnie się, że gorsze twoje przywłaszczenie

Niż brata, który wygnał cię z twej ziemi.

Dziś ja i Amiens zaszliśmy ukradkiem,

Gdzie w cieniu dębu leżał zadumany;

Drzewo nurzało stare swe korzenie

W wodach potoku szumiących śród boru;

Tam właśnie jeleń samotny, przez strzelca

Ciężko raniony przywlókł biedne ciało

I śmierci czekał; a prawdziwie, książę,

Z bólu tak ciężkie wydawał westchnienia,

Że wzdęta skóra na jego się bokach

Pękać zdawała; łzy wielkie, okrągłe,

Kropla za kroplą, po niewinnym pysku

Smutnie ściekały; kosmate głupiątko

Mierzone wzrokiem posępnym Jakuba

Stało nad brzegiem i wody potoku

Łzami zwiększało.

KSIĄŻĘ

A Jakub co na to?

Czy na ten widok nie prawił morałów?

1 PAN

O książę, tysiąc znalazł tam porównań.

Naprzód, gdy krople ciekły w zdrój obfity,

«Biedny jeleniu — mówił — twój testament

Piszesz jak wszyscy światowi panowie:

Zbyt już bogatym skarb twój przekazujesz».

Potem, gdy widział, że jeleń samotny,

Przez aksamitnych opuszczony braci,

«Tak bywa zawsze — zawołał — niedola

Rozgania tłumy mnogich przyjacieli16».

Nadbiegło stado opasłych jeleni,

Lecz żaden, żaden nie wstrzymał racicy,

Pozdrowić brata: «O — zawołał Jakub —

O, lećcie kraśni17, pustyni18 mieszkańce19,

To moda dzisiaj; co macie poglądać

Na ubogiego konanie bankruta?»

Tak szczypiącymi wyszydzał słowami

Dwór, miasta, kraje i nasze tu życie.

Klął się, że wszyscy w lesie tym jesteśmy

Bandą tyranów i przywłaszczycieli,

Gdy siejem trwogę i śmierć wśród dziczyzny

W dziedzinach, które dała jej natura.

KSIĄŻĘ

I zostawiłeś go śród tych rozmyślań?

2 PAN

Wśród łez i uwag nad biednego zwierza

Ciężkim konaniem.

KSIĄŻĘ

Prowadź mnie do niego;

Lubię go widzieć w takich paroksyzmach,

Bo wtedy pełny głębokich jest myśli.

1 PAN

Nietrudno, książę, znaleźć nam go będzie.

Wychodzą.