SCENA TRZECIA
Inna izba więzienia. Wchodzi Pompej.
POMPEJ
Mam tu tyle znajomości, co w naszym magazynie; myślałby kto, że to własny dom pani Przepieczonej, bo co krok spotykam jakiego z jej starych klientów. Mamy tu najprzód młodego pana Postrzeleńca; dostał się on tu za ładunek bibuły i starego imbiru, oceniony na sto dziewięćdziesiąt siedem funtów szterlingów, a który mu przyniósł pięć grzywien gotowizną; ale nic w tym dziwnego, imbir nie był podówczas poszukiwany, bo wszystkie stare kobiety powymierały. Mamy tu także niejakiego panicza nazwiskiem Hołupiec; dostał się do nas na żądanie sławetnego Trzywłosa, bławatnika, za cztery ubrania atłasowe brzoskwiniowego koloru, bo był twardy jak brzoskwiniowa pestka do zapłaty. Siedzi tu następnie młody Kostka, młody pan Przysięgalski i pan Miedziostrogski, i pan Głodosłupski, człowiek od szabli i sztyletu, i młody pan Psujdziedzicki, co zabił tłustego Pudynga, i pan fechtmistrz Rębaczewski, i nieustraszony pan Rzemyczek, wielki podróżnik, i szalony Półkwartek, co zakłuł pana Garnca, i, jeśli się nie mylę, czterdziestu innych wielkich amatorów i znawców naszego towaru, a którym dziś przyszło żyć z miłosierdzia bożego.
Wchodzi Abhorson.
ABHORSON
Przyprowadź mi tu natychmiast Barnardyna.
POMPEJ
Panie Barnardyn! Wstawaj! Bo musisz iść na szubienicę. Panie Barnardyn!
ABHORSON
Barnardyn, wstawaj!
BARNARDYN
Bodajeście ochrypli! Kto tam tak wrzeszczy? co wy za ludzie?
POMPEJ
Twoi przyjaciele, oprawcy. Wyświadcz nam jedną łaskę, wstań i chodź z nami na szubienicę.
BARNARDYN
za sceną
Precz mi stąd, łajdaki! Spać mi się chce.
ABHORSON
Powiedz mu, że musi wstać, i to natychmiast.
POMPEJ
Proszę cię, panie Barnardyn, obudź się, nim cię powieszą, a śpij potem, póki ci się spodoba.
ABHORSON
Idź po niego i przyprowadź go tu.
POMPEJ
Przychodzi, sam przychodzi! Słyszę, jak jego słoma chrzęści.
Wchodzi Barnardyn.
ABHORSON
Czy topór już na pniu, mopanku?
POMPEJ
Wszystko gotowe, panie.
BARNARDYN
A, witam, panie Abhorson; co tam nowego?
ABHORSON
Szczerze bym pragnął, mój panie, żebyś się wziął do modlitwy, bo patrz, przyszedł rozkaz egzekucji.
BARNARDYN
A, ty łajdaku! Piłem noc całą, nie jest przygotowany.
POMPEJ
Więc tym lepiej, panie, bo kto noc całą pije, a powieszony jest rano, może spać tym twardziej cały dzień następujący.
Wchodzi Książę.
ABHORSON
Patrz, panie, nadchodzi twój ojciec duchowny; czy jeszcze myślisz, że to żarty?
KSIĄŻĘ
Natchniony chrześcijańską miłością, słysząc, jak nagle ten świat masz opuścić, przynoszę ci radę i pociechę, przychodzę modlić się z tobą.
BARNARDYN
Żartujesz, braciszku. Piłem na zabój przez noc całą, potrzeba mi więcej czasu na przygotowanie. Chyba mi drągami głowę roztrzaskają, bo dobrowolnie nie zgodzę się na egzekucję, możesz być tego pewny.
KSIĄŻĘ
A jednak musisz, więc błagam cię, panie, myśl o podróży, która na cię czeka.
BARNARDYN
Przysięgam, że nie chcę dziś umrzeć mimo twoich wszystkich perswazji.
KSIĄŻĘ
Ale słuchaj tylko...
BARNARDYN
Ani słowa więcej. Jeśli mi masz co do powiedzenia, chodź do mojej ciupy, z której nie myślę się dziś na krok oddalić.
Wychodzi. Wchodzi Stróż więzienia.
KSIĄŻĘ
O bydlę, umrzeć ani żyć niezdolne!
Idźcie, prowadźcie go na rusztowanie.
Wychodzą Abhorson i Pompej.
STRÓŻ
W jakim znalazłeś stanie więźnia, ojcze?
KSIĄŻĘ
Człowiek ten nie jest dziś na śmierć gotowy.
Na świat go tamten słać w obecnym stanie
Byłoby zbrodnią.
STRÓŻ
Słuchaj mnie, mój ojcze:
Właśnie dziś rano na zgniłą gorączkę
Umarł w więzieniu niejaki Rakocy,
Głośny pirata, był on Klaudia wieku,
Ich włos i broda jednej były farby;
Co mówisz, czyli nie byłoby dobrze
Dać czas pokuty temu grzesznikowi,
A zaspokoić żądania Angela
Widokiem głowy do Klaudia podobnej?
KSIĄŻĘ
O, niebo samo na pomoc nam przyszło!
Śpiesz się! Godzina, którą ci wyznaczył,
Już niedaleko; dopilnuj, by wszystko
Wedle się jego spełniło rozkazów,
Ja tu powrócę, gdy się na dzień zbierze,
Na śmierć to dzikie przygotować zwierzę.
STRÓŻ
Ojcze mój, wszystko wykonam bez zwłoki.
Barnardyn musi umrzeć po południu.
Co zrobić z Klaudiem, by mnie uratować
Od niebezpieczeństw głowie mej grożących,
Gdy się dowiedzą, że on jeszcze żyje?
KSIĄŻĘ
Słuchaj mej rady; zamknij w ciemnych lochach
Obu tych więźniów, a bądź przekonany,
Że zanim słońce dwa razy pozdrowi
Jasnym obliczem ziemi tej mieszkańców,
I twoja także skończy się obawa.
STRÓŻ
Chętnie się, ojcze, twą kieruję radą.
KSIĄŻĘ
Więc spiesz się, głowę poślij do Angela.
Wychodzi Stróż.
Ja list tymczasem do niego napiszę,
Stróż mu go wręczy, w nim go zawiadomię,
Że nagle wracam, że dla ważnych przyczyn
Mój wjazd się odbyć musi uroczyście;
Wezwę go, żeby szedł na me spotkanie
Milę za miasto, do świętego źródła,
Stamtąd ordynkiem, procesjonalnie
Do bram się miasta wspólnie posuniemy.
Wchodzi Stróż.
STRÓŻ
Oto jest głowa, sam mu ją poniosę.
KSIĄŻĘ
Wybornie. Wracaj, jak możesz najprędzej,
Bo chciałbym z tobą pogadać o rzeczach
Dla twego tylko ucha przeznaczonych.
STRÓŻ
Wrócę niebawem.
Wychodzi.
IZABELA
za sceną
Pokój święty z wami!
KSIĄŻĘ
To Izabela, zapewne nadbiega
Pytać, czy przyszło brata przebaczenie.
Nic jednak o jej nie powiem jej szczęściu,
Aby pociecha tym słodszą się zdała,
Im mniej już na nią w swej ciężkiej niedoli
Rachować będzie.
Wchodzi Izabela.
IZABELA
Daruj, dobry ojcze!
KSIĄŻĘ
Dzień dobry, córko czysta i nadobna!
IZABELA
Tym lepszy, gdy go mąż tak święty życzy.
Przysłał namiestnik brata przebaczenie?
KSIĄŻĘ
On go wyzwolił od wszystkich trosk ziemi,
Już jego głowa jest w domu Angela.
IZABELA
To być nie może.
KSIĄŻĘ
To jest jednak, córko.
Mądrości twojej dowiedź cierpliwością.
IZABELA
Biegnę do niego, oczy mu wydrapię.
KSIĄŻĘ
Straż cię nie wpuści przed jego oblicze.
IZABELA
O biedny Klaudio! Biedna Izabelo!
Okrutny świecie! Przeklęty Angelo!
KSIĄŻĘ
Wszystkie te żale tobie nie pomogą
I nie zaszkodzą jemu, skończ je przeto,
A niebu zostaw pomstę za twe krzywdy.
Słuchaj mnie teraz, a każde me słowo
Wkrótce się sprawdzi: książę jutro wraca —
Osusz łzy twoje — mnich z mego klasztoru,
Jego spowiednik, donosi mi o tym.
Już uprzedzeni Eskalus, Angelo,
Wyjdą za bramy na jego spotkanie,
Aby mu oddać władzę powierzoną.
Jeżeli możesz, prowadź mądrość twoją
Tą dobrą ścieżką, którą ci pokażę,
A znajdziesz pomstę, której w duszy pragniesz,
I łaskę księcia, i sławę u świata.
IZABELA
Twą radą, ojcze, kierować się pragnę.
KSIĄŻĘ
Więc list ten zanieś do braciszka Piotra
(W nim mnie uprzedził o księcia powrocie),
Znak ten oddając, powiedz, że tej nocy
Czekać go będę w domu Mariany,
Tam mu opowiem jej i twoją sprawę,
On was powiedzie przed księcia oblicze,
Tam śmiało, w oczy, skarż przed nim Angela.
Tajemne śluby wiążą mnie, biedaka,
Bronią iść z tobą. Teraz śpiesz się z listem,
Otrzyj łzy gorzkie — weź do serca radość,
A jeśli błędną powiodę cię drogą,
Przestań mieć wiarę w świętym mym zakonie.
Któż to nadchodzi?
Wchodzi Lucjo.
LUCJO
Ojcze, dobry wieczór!
Gdzie stróż więzienia?
KSIĄŻĘ
Wyszedł; wkrótce wróci.
LUCJO
O piękna Izabelo! Serce moje blednieje na widok twoich czerwonych oczu. Cierpliwości! I mnie jej potrzeba, i ja na obiad i wieczerzę poprzestać muszę na garści otrąb i szklance wody; ze strachu o głowę nie śmiem napełnić brzucha, bo po jednej dobrej uczcie wzięłaby mnie pokusa. Lecz powiadają, że jutro wraca książę. Na uczciwość, Izabelo, kochałem twojego brata; gdyby stary ten dziwak książę, miłośnik czarnych kątów, został był w domu, on żyłby teraz.
Wychodzi Izabela.
KSIĄŻĘ
Książę niewielką winien ci wdzięczność, mój panie, za sąd twój o nim, tylko na szczęście, obraz niepodobny.
LUCJO
Nie znasz tak dobrze księcia jak ja, mój ojcze; lepszy z niego strzelec, niż ci się zdaje.
KSIĄŻĘ
Dobrze, dobrze, odpowiesz kiedyś za to wszystko. Bądź zdrów!
LUCJO
Czekaj chwilę; pójdę z tobą i opowiem ci jeszcze parę pięknych historyjek o naszym księciu.
KSIĄŻĘ
Już i tak opowiedziałeś mi ich więcej niż potrzeba, jeśli są prawdziwe; jeśli nie — to i jednej byłoby za wiele.
LUCJO
Stawiono mnie raz przed jego oblicze za to, że jakiejś dziewce zrobiłem dziecko.
KSIĄŻĘ
Czy to była prawda?
LUCJO
Niewątpliwa prawda, ale musiałem się wszystkiego wyprzysiąc, bo inaczej byłby mnie ożenił z tym zgniłym niesplikiem.
KSIĄŻĘ
Towarzystwo twoje więcej wesołe jest niż uczciwe. Bądź zdrów!
LUCJO
Na uczciwość, pójdę z tobą przynajmniej do rogu ulicy, a jeśli cię gniewają tłuste powiastki, nie będziesz ich miał zbyt wiele. Trzeba ci wiedzieć, kochany braciszku, że należę do familii łopianów; nie puszczam, jak się raz przyczepię.
Wychodzą.