SCENA I
Padwa — Pokój w domu Baptysty.
Katarzyna i Bianka
BIANKA
Nie krzywdź mnie, siostro, nie krzywdź samej siebie,
Chcąc mnie zamienić w biedną niewolnicę.
To mnie oburza. Co do tych świecideł,
Rozwiąż mnie tylko, sama zrzucę wszystkie,
Zrzucę te szaty, zostanę w koszuli,
I wszystkie twoje wykonam rozkazy;
Takie dla starszych mam poszanowanie.
KATARZYNA
Powiedz mi zaraz, z wszystkich twoich gachów
Który najlepiej do myśli ci przypadł?
Mów tylko szczerze.
BIANKA
O, wierzaj mi, siostro,
Jeszcze na ziemi nie spotkałam męża,
Co by mi droższy od innych się zdawał.
KATARZYNA
Kłamiesz, pieszczotko. Czy to nie Hortensjo?
BIANKA
Przysięgam, siostro, że jeśli go kochasz,
Ja sama pójdę, aby cię z nim swatać.
KATARZYNA
Więc pewnie pieniądz ma dla ciebie wartość,
Wybierasz Gremia, ażeby cię stroił.
BIANKA
I on zazdrości twojej jest powodem?
O, więc to żarty, dobrze teraz widzę,
Że były żartem wszystkie twoje gniewy.
Więc proszę, Kasiu, rozwiąż mi już ręce!
KATARZYNA
Jeśli to żart jest — i tamto są żarty!
Uderza ją.
Wchodzi Baptysta.
BAPTYSTA
A to co znowu? Skąd tyle zuchwalstwa?
Oddal się, Bianko. Biedne dziecko! płacze.
Weź się za szycie, nie zbliżaj się do niej.
Fe, wstydź się, wstydź się, swarliwa diablico!
Dlaczego krzywdzisz tę, która cię nigdy
Nie pokrzywdziła? Powiedz, czy cię kiedy
Trochę zbyt żywym obraziła słowem?
KATARZYNA
Krzywdzi mnie milcząc i muszę się pomścić.
Goni za Bianką.
BAPTYSTA
Co? Na mych oczach? Bianko, odejdź, proszę!
Wychodzi Bianka.
KATARZYNA
O, dobrze widzę, ścierpieć mnie nie możesz.
Ona jest skarbem, dla niej szukasz męża;
Ja na jej ślubie muszę boso tańczyć.
Przez miłość dla niej siać mi każesz rutę37.
Więc nie mów do mnie; siądę, płakać będę,
Aż mi się zemsty sposobność nadarzy.
Wychodzi.
BAPTYSTA
Czy nieszczęśliwszy był ode mnie ojciec?
Lecz ktoś się zbliża.
Wchodzą: Gremio z Lucentiuszem w skromnym ubiorze; Petruchio z Hortensjem w ubiorze muzykanta; Tranio z Biondellem, który niesie lutnię i pakę książek.
GREMIO
Dzień dobry, miły sąsiedzie Baptysto!
BAPTYSTA
Dzień dobry, Gremio; Bóg z wami, panowie!
PETRUCHIO
I z tobą panie; proszę, racz powiedzieć,
Czy nie masz córki cnotliwej, urodnej,
A której chrzestne imię Katarzyna?
BAPTYSTA
Mam córkę, której imię Katarzyna.
GREMIO
Miarkuj się trochę; za ostro się bierzesz.
PETRUCHIO
Nie troszcz się, Gremio, zostaw mi tę sprawę.
Widzisz przed sobą szlachcica z Werony,
Co na wieść o jej wdziękach i dowcipie,
O jej skromności, uprzejmej dobroci,
Dziwnych przymiotach, łagodnym obejściu,
W twój dom gościną przybyć się ośmiela,
Aby własnymi zobaczyć oczyma,
O czym z powieści tak często już słyszał.
Ażeby znaleźć chętniejsze przyjęcie,
Śmiem ci przedstawić mojego człowieka,
przedstawia mu Hortensja
W matematyce, muzyce biegłego,
By ją w naukach tych wydoskonalił,
Które, wiem dobrze, już nie są jej obce.
Przyjm go, jeżeli nie chcesz mnie obrazić:
Zowie się Licjo, rodem Mantuańczyk.
BAPTYSTA
Dla twej miłości chętnie go przyjmuję;
Lecz co do córki mojej, Katarzyny,
Żal mi, lecz nie jest dla ciebie to żona.
PETRUCHIO
Pojmuję, że się nie chcesz z nią rozłączyć,
Lub raczej, że ci nie jestem po myśli.
BAPTYSTA
Mylisz się, panie, mówię to, co myślę.
Powiedz, skąd jesteś, jakie twe nazwisko?
PETRUCHIO
Zwę się Petruchio, ojciec mój Antonio
Dobrze jest znany, jak Włochy szerokie.
BAPTYSTA
Znam go, i syna przyjmuję z radością.
GREMIO
Mości Petruchio, pozwól też na koniec
Powiedzieć słówko innym suplikantom.
Na honor, widzę, że strasznie ci pilno.
PETRUCHIO
Przepraszam, ale chciałbym targu dobić.
GREMIO
Źle ten rzecz robi, kto chce prędko zrobić.
Sąsiedzie, podarunek tego pana jest miły, nie wątpię. Aby równej uprzejmości złożyć dowody, ja, co byłem przez ciebie traktowany uprzejmiej, niż ktokolwiek inny, ofiaruję ci całym sercem tego młodego literata, prezentuje Lucentia który długo w Reims studiował, ćwiczony w grece i łacinie, i innych językach, jak tamten w muzyce i matematyce. Nazywa się Kambio, proszę cię, racz przyjąć jego usługi.
BAPTYSTA
Tysiączne dzięki, signor Gremio. Witam cię, mój dobry Kambio. Do Trania Ale ty, łaskawy panie, o ile mi się zdaje, nie jesteś tutejszy. Czy mogę zapytać, jakiej okoliczności winienem twoje odwiedziny?
TRANIO
Racz panie mojej śmiałości przebaczyć,
Że chociaż obcy Padwie, twemu miastu,
Śmiem się ubiegać o rękę twej córki,
O rękę pięknej i cnotliwej Bianki.
Nie jest mi obce twe postanowienie,
Że pragniesz przody starszą wydać za mąż;
O nic też więcej nie proszę cię teraz,
Jak, byś ze względu na me pochodzenie,
Raczył tę samą dobroć mi okazać,
Jaką okażesz mym wszystkim rywalom.
Co się twych córek wychowania tyczy,
Przynoszę tylko mały ten podarek,
Te kilka greckich i łacińskich książek,
Które wysoką będą miały cenę,
Jeżeli raczysz przyjąć je ode mnie.
BAPTYSTA
Zwiesz się Lucentio? A z których stron jesteś?
TRANIO
Jestem Vincentia synem, rodem z Pizy.
BAPTYSTA
Mąż znakomity, jeśli wieść nie kłamie.
Signor Lucentio, witam cię w mym domu.
do Hortensja
Weź twoją lutnię,
do Lucentia
ty zabierz te książki,
Zaraz do waszych pójdziecie uczennic.
Hola!
Wchodzi Sługa.
Tych panów do córek mych prowadź,
Powiedz, że ja im mistrzów tych posyłam,
I liczę, że ich przyjmą jak należy.
Wychodzą za Sługą: Hortensjo, Lucentio i Biondello.
Teraz, nim obiad będzie zastawiony,
W ogrodzie małą zrobimy przechadzkę.
Raz jeszcze witam was z całego serca,
I proszę, bądźcie przyjaźni mej pewni.
PETRUCHIO
Signor Baptysta, czas mój obliczony,
Nie mogę co dzień przychodzić w konkury.
Znałeś mojego ojca i wiesz dobrze,
Żem jest jedynym dóbr jego dziedzicem,
Że w moim ręku urosły dochody;
Jeśli więc zyskam córki twojej miłość,
Powiedz mi, proszę, jaki dasz mi posag?
BAPTYSTA
Po mojej śmierci połowę majątku,
Teraz — dwadzieścia tysięcy talarów.
PETRUCHIO
Za to z mej strony, jeśli mnie przeżyje,
Robię jej zapis mych nieruchomości;
Spiszemy kontrakt, aby obie strony
Danych obietnic wiernie dotrzymały.
BAPTYSTA
Dopełnij najpierw pierwszego warunku —
Miłość jej zyskaj, bo to grunt wszystkiego.
PETRUCHIO
Nie troszcz się o to, bo wierzaj, mój ojcze,
Dumie twej córki równy jest mój upór,
A gdzie dwa wściekłe spotkają się ognie,
Wszystko przetrawią, co im żywioł daje.
Jeśli wiatr mały mały wzmaga ogień,
To wicher gasi największe pożary.
Jam jest tym wichrem, ona ulec musi,
Bo konkurować nie myślę jak dziecko.
BAPTYSTA
Niech twym zamysłom pan Bóg dopomoże!
Na ostre słowa przygotuj się tylko.
PETRUCHIO
Jestem jak skała, niechaj wiatry wieją,
Nigdy jej posad wstrząsnąć nie zdołają.
Wchodzi Hortensjo z zakrwawioną głową.
BAPTYSTA
He, przyjacielu, czemu tak pobladłeś?
HORTENSJO
Przysięgam, jeślim blady, to ze strachu.
BAPTYSTA
Co myślisz? zrobisz z córki muzykantkę?
HORTENSJO
Myślę, że prędzej zrobię z niej żołnierza;
Być może, że z nią wytrzyma żelazo,
Lecz nigdy lutnia.
BAPTYSTA
Tak więc, przyjacielu,
Rąk jej do lutni włożyć nie potrafisz?
HORTENSJO
Nie, bo mi lutnię włożyła na głowę;
Kiedym zobaczył, że źle stawia palce,
I chciałem uczyć ją aplikatury38,
Ona z diabelską krzyknęła mi złością:
„Ha, ha! nazywasz to aplikaturą?
Zobacz więc, jak ja aplikować będę!”
To mówiąc, z taką trzasnęła mnie siłą,
Że głowa lutnię przebiła jak papier;
Stałem tak chwilę, cały odurzony,
Jak pod pręgierzem z lutnią, zamiast kuny39,
A ona wrzeszczy: „Precz mi stąd, rzępoło!
Jarmarczny grajku!” I Bóg wie, co więcej,
Jakby czytała ze słownika obelg.
PETRUCHIO
Na honor, to mi rozkoszna dziewczyna;
Kocham ją za to dziesięć razy więcej.
Do pogadanki z nią jak mi się tęskni!
BAPTYSTA
Chodź tylko ze mną; nie martw się tak bardzo;
Rozpocznij lekcje z młodszą moją córką;
Znajdziesz w niej zdolną, wdzięczną uczennicę.
Signor Petruchio, czy zechcesz pójść ze mną,
Czy wolisz, żebym Kasię ci tu przysłał?
PETRUCHIO
Przyślij ją raczej; wolę tutaj czekać.
Wychodzą: Baptysta, Gremio, Tranio i Hortensjo.
Gdy przyjdzie, żwawo rozpocznę zaloty.
Gdy się ofuknie, rzeknę bez ogródki,
Że głos jej słodki jak pieśni słowika;
Jeśli się zmarszczy, powiem, że jej czoło
Jasne jak róża ranną myta rosą;
Jeśli milcząca, nie odpowie słowa,
Zacznę wychwalać łatwość wysłowienia,
Nieporównaną siłę jej wymowy;
Gdy każe zmykać, będę jej dziękował,
Jakby prosiła, bym z nią tydzień został;
Gdy da mi kosza, poproszę, niech raczy
Dzień zapowiedzi, dzień ślubu oznaczyć.
Lecz już nadchodzi. Śmiało więc, Petruchio!
Wchodzi Katarzyna.
Dzień dobry, Kasiu, jak bowiem słyszałem,
To twoje imię.
KATARZYNA
Widzę, słuch masz twardy:
Kto do mnie mówi, zwie mnie Katarzyną.
PETRUCHIO
Na honor, kłamiesz, bo cię zowią Kasią,
Czasem milutką, a czasem złą Kasią,
I najpiękniejszą Kasią w chrześcijaństwie,
Kasią z Kasina, Kasią Katarzynką,
Bo Katarzynki wszystkie — to pierniczki.
Więc słuchaj, Kasiu, moja ty pocieszko,
Gdym wszędzie słyszał cnót twoich pochwały,
Twej łagodności i twojej urody,
(Choć wszystkie stoją przymiotów twych niżej),
Tym poruszony wyruszyłem w drogę,
O twoją rękę przybywam się starać.
KATARZYNA
Jak wyruszyłeś, tak się i odruszysz,
Bo wiem, że jesteś tylko ruchomością.
PETRUCHIO
Co jest ruchomość?
KATARZYNA
Składane krzesełko.
PETRUCHIO
Mówisz jak z książki; a więc siadaj na mnie.
KATARZYNA
Bóg stworzył osły, żeby nas nosiły.
PETRUCHIO
Bóg stworzył dziewki, żeby nas nosiły.
KATARZYNA
Nie ja tą szkapą, co ciebie poniesie.
PETRUCHIO
Nie będę, Kasiu, zbytecznym ciężarem,
Bo wiedząc, żeś jest i młodą, i lekką —
KATARZYNA
Dość, by mnie taki jak ty gach nie dognał,
Chociaż mam wagę, jaka mi należy.
PETRUCHIO
Jaka należy? Bzz, bzz! piękna Kasiu.
KATARZYNA
Wybornie bzykasz, jak natrętna mucha.
PETRUCHIO
Jak to? i mucha ta złapie turkawkę40?
KATARZYNA
Tylko że wcześniej turkawka ją połknie.
PETRUCHIO
Gniewasz się, widzę, proszę, nie bądź osą.
KATARZYNA
Jeślim jest osą, strzeż się mego żądła.
PETRUCHIO
Więc przez ostrożność żądło ci to wyrwę.
KATARZYNA
Nie każdy błazen wie, gdzie żądła szukać.
PETRUCHIO
Któż nie wie, gdzie swe żądło osa chowa?
W ogonie.
KATARZYNA
Pleciesz, w języku.
PETRUCHIO
A czyim?
KATARZYNA
Twoim, jeżeli mówisz o ogonie.
A teraz żegnam.
PETRUCHIO
zatrzymując ją
Nie, nie, moja Kasiu,
Wierzaj mi, jestem szlachcic.
KATARZYNA
Zobaczymy.
Uderza go.
PETRUCHIO
Raz jeszcze spróbuj, oddam ci z nawiązką.
KATARZYNA
Gdybyś to zrobił, twój herb byś utracił.
Gdy mnie uderzysz, nie jesteś szlachcicem,
A kto nie szlachcic, ten i herbu nie ma.
PETRUCHIO
Kasia heraldyk? O, wpisz mnie w twój herbarz!
KATARZYNA
A jaki herb twój? Grzebieniasty kogut?
PETRUCHIO
I bez grzebienia, bądź tylko mą kurą.
KATARZYNA
Nie, nie, nie będę, bo piejesz jak kapłon41.
PETRUCHIO
Dość tego, Kasiu, przestań być już kwaśną.
KATARZYNA
To w mej naturze, to od kwaśnych jabłek.
PETRUCHIO
Nie bądź więc kwaśna, nie ma kwaśnych jabłek.
KATARZYNA
Jest na nieszczęście.
PETRUCHIO
A więc mi je pokaż!
KATARZYNA
Nie mam zwierciadła.
PETRUCHIO
Myślisz o mej twarzy?
KATARZYNA
Jak na młodego, dobra to odpowiedź.
PETRUCHIO
Widzę, że jestem za młody dla ciebie.
KATARZYNA
A przecie zwiędły.
PETRUCHIO
Przez zbytnie kłopoty.
KATARZYNA
To z wszystkich moich kłopotów najmniejszy.
Chce odchodzić.
PETRUCHIO
Tak mi się, Kasiu, nie potrafisz wymknąć.
KATARZYNA
Puść mnie, lub wkrótce tego pożałujesz.
PETRUCHIO
Nigdy! Kobiety słodszej nie widziałem;
Mówiono, żeś jest zła, dzika, ponura,
Dziś widzę, że to czarna była potwarz,
Boś jest wesoła, zabawna, uprzejma,
Powolna w mowie, wonna jak kwiat w maju,
Niezdolna zmarszczyć czoła, krzywo patrzyć,
Jak rozdąsane panny ust przygryzać,
Nie ma dla ciebie wdzięku sprzeciwianie;
Chętnie przyjmujesz wszystkich zalotników
I wszystkich bawisz uprzejmą rozmową.
Skąd wieść ta poszła, że Kasia kuleje?
Potwarczy świecie! Kasia tak wysmukła
I tak jest gibka, jak leszczyny gałąź,
Jak jej orzecha łupina tak smagła,
A stokroć słodsza od jądra orzecha.
Pozwól zobaczyć chód twój: nie kulejesz.
KATARZYNA
Rozkazuj, błaźnie, twoim własnym sługom!
PETRUCHIO
Czy Febe42 lasów piękniejszą ozdobą,
Jak tej komnaty Kasia z swym urokiem?
O, bądź Dianą, a Kasią Diana,
Ty czystą Kasią, a Diana czułą!
KATARZYNA
Gdzie się tych pięknych nauczyłeś rzeczy?
PETRUCHIO
Mówiłem, co mi rozum mój dyktował.
KATARZYNA
Jakże twój rozum mało ma rozumu!
PETRUCHIO
Co, czyżbym nie miał rozumu i sensu?
KATARZYNA
Masz, tylko radzę, byś ciepło się trzymał.
PETRUCHIO
Myślę to zrobić w twoim łóżku, Kasiu.
Lecz dajmy pokój próżnej gadaninie;
Rzecz ci wyłożę krótko, węzłowato:
Ojciec twój dał już swoje przyzwolenie,
I na twój posag zgoda między nami,
Będziesz mą żoną, czy chcesz, czyli nie chcesz.
Mąż ze mnie, Kasiu, jakiego ci trzeba,
Bo, na to światło, w którym jasno widzę
Całą twą piękność, dla której cię kocham,
Mnie, nie innego pojąć musisz męża.
Jam się urodził, aby cię ugłaskać,
Dzikiego kota w słodką zmienić Kasię,
Jak wszystkie Kasie domowe łagodną.
Otóż twój ojciec; nie rób ceregieli,
Bo chcę i będę mieć Kasię za żonę.
Wchodzą: Baptysta, Gremio i Tranio.
BAPTYSTA
Signor Petruchio, jakże stoi sprawa?
PETRUCHIO
Alboż inaczej może stać jak dobrze?
Moje zaloty nie mogły być marne.
BAPTYSTA
No, jak tam, córko? Jak zawsze uparta?
KATARZYNA
Zowiesz mnie córką? Nie można zaprzeczyć,
Żeś mi dał dowód ojcowskiej czułości,
Pragnąc mnie wydać za pół-wartogłowa,
Wariata, gbura, któremu się zdaje,
Że można wszystko przekleństwem załatwić!
PETRUCHIO
Słuchaj mnie, ojcze: i ty, i świat cały
Fałszywe o niej wydaliście zdanie;
Jeśli się sierdzi, to tylko na pokaz,
W duszy jest bowiem skromna jak gołąbek,
I nie gorętsza od wiosny poranka;
Swą cierpliwością jest równa Gryzeldzie,
Rzymskiej Lukrecji duszy swej czystością.
Słowem, po krótkiej zapadło rozmowie,
Że ślub nasz w przyszłą bierzemy niedzielę.
KATARZYNA
W przyszłą niedzielę najpierw będziesz dyndał.
GREMIO
Czy słyszysz? Mówi, że ty będziesz dyndał.
TRANIO
I na tym koniec? A więc nic z układów.
PETRUCHIO
Cierpliwość! Wszak ją dla siebie wybrałem;
Jeśli my w zgodzie, w co się chcecie mieszać?
W porozumieniu wspólnym tak zapadło,
Że między ludźmi będzie wciąż złośnicą.
Daję wam słowo, że trudno uwierzyć,
Jak ta Kasieńka serdecznie mnie kocha.
Drogie kurczątko! Zwisła mi na szyi
I przysięgami i całusów krocią
Zyskała moją miłość w mgnieniu oka.
Ach, wy naiwni, wy jeszcze nie wiecie,
Że wszak sam na sam i tchórzliwy rycerz
Może poskromić najgorszą złośnicę.
Daj rękę, Kasiu; jadę do Wenecji,
Aby czym prędzej wyprawę zakupić.
Tymczasem, ojcze, ślubne urządź święto,
Na którym Kasię w całym ujrzysz blasku.
BAPTYSTA
Nie wiem, co mówić; lecz dajcie mi ręce:
Petruchio, niechaj Bóg ci błogosławi!
To zaręczyny.
GREMIO I TRANIO
Amen, my świadkami.
PETRUCHIO
Żegnam was, ojcze, żono, przyjaciele,
Muszę się spieszyć, sobota za pasem.
Będziesz mieć suknie, pierścienie, klejnoty.
Kasiu, daj buzi! — A więc do soboty.
Petruchio i Katarzyna wychodzą w przeciwne strony.
GREMIO
Kto widział stadło prędzej skojarzone?
BAPTYSTA
Dziś spekulację zrobiłem szaloną,
Dobiłem targu, chociaż stracę ponoć.
TRANIO
Chowany towar w twoim psuł się domu,
Na morzu korzyść przyniesie lub zginie.
BAPTYSTA
Szukam jedynej korzyści — pokoju.
GREMIO
Kto chciałby przeczyć, że on pokój kupił?
Teraz, Baptysto, do twej młodszej córki.
Przyszedł na koniec dzień długo czekany,
Jam twój jest sąsiad i pierwszy w zalotach.
TRANIO
Ja kocham Biankę nad wszelkie wyrazy,
Nawet nad myśli twoich przypuszczenia.
GREMIO
Młodziku, kochać jej, jak ja, nie możesz.
TRANIO
Siwa twa broda wszelką mrozi miłość.
GREMIO
Miłość twa, trzpiocie, pusta tylko piosnka;
Wiek jeden daje stateczność, dostatek.
TRANIO
Lecz w oczach kobiet młodość to jest kwiatek.
BAPTYSTA
Pozwólcie, proszę, ja spór wasz zakończę:
Czyny, nie słowa, rzecz rozstrzygną całą.
Kto większe wiano mej zapewni córce,
Temu zaręczam Bianki mojej miłość.
Mów, signor Gremio, jaki robisz zapis?
GREMIO
Naprzód, wiesz dobrze, iż dom mój, tu w mieście,
W złote i srebrne opływa naczynia,
W drogie miednice dla pięknych jej rączek;
W kufrach z słoniowej kości jest gotówka,
W szafach z cyprysu obicia, dywany,
Drogie tkaniny, zdobione firanki,
Pościel mięciutka, tureckie poduszki,
Wszystkie perłami suto haftowane,
W złotych obiciach, weneckie koronki,
Z miedzi i cyny kuchenne naczynia,
Jak uczciwemu przystało domowi;
W moim folwarku sto krów dojnych stoi,
W moich oborach wołów sto dwadzieścia,
A w miarę tego całe gospodarstwo.
Prawda, że w lata zaszedłem już trochę,
Lecz niechaj moją będzie, póki żyję,
Wszystko to dla niej, choćbym jutro umarł.
TRANIO
Z całej perory43 koniec tylko dobry.
Mnie teraz słuchaj; bogatego ojca
Jestem jedynym synem i dziedzicem;
Jeśli dostanę córkę twą za żonę,
W murach bogatej Pizy jej zostawię
Trzy albo cztery tak pięknych kamienic,
Jak piękny w Padwie dom starego Gremia;
A dwa tysiące dukatów intraty,
Z mych żyznych łanów na wiano jej piszę.
Co, panie Gremio? Trochę ci dopiekłem.
GREMIO
W ziemi intraty rocznej dwa tysiące!
Dóbr moich wartość tyle nie wynosi;
Wszystko jej daję, a w dodatku okręt,
Co dziś w Marsylii stoi na kotwicy.
Co, czy cię jeszcze okręt mój nie zdławił?
TRANIO
Rzecz to wiadoma, Gremio, że mój ojciec
Ma trzy okręty podobne twojemu,
Dwa galeony44 i galer45 dwanaście:
Wszystkie są dla niej, i jestem gotowy
Każdy twój prezent natychmiast zdublować.
GREMIO
Nic więcej nie mam, com miał, wszystko dałem,
Dać jej nie mogę więcej, jak posiadam,
Lecz dam jej siebie i wszystko, co moje.
TRANIO
Wedle podanych przez ciebie warunków,
Pobiłem Gremia, dziewczyna jest moja.
BAPTYSTA
Prawda, że lepsze twoje są ofiary;
Niech teraz ojciec twe dary potwierdzi,
Daję ci córkę, inaczej przepraszam;
Co będzie z wiana, gdy umrzesz przed ojcem?
TRANIO
To są wybiegi; on stary, ja młody.
GREMIO
Nie umierająż młodzi tak jak starzy?
BAPTYSTA
Słuchajcie teraz, jaka moja wola:
W przyszłą niedzielę jest ślub Katarzyny,
W tydzień powiedziesz Biankę do ołtarza,
Jeśli przyniesiesz ojca potwierdzenie,
Inaczej, signor Gremio ma pierwszeństwo.
A teraz żegnam, obu wam dziękuję.
Wychodzi.
GREMIO
Bądź zdrów, sąsiedzie! Nie trwożę się wcale;
Stary twój ojciec byłby postrzelony,
Gdyby dał wszystko i na stare lata
W twoim żył domu na łaskawym chlebie.
Próbuj, zobaczysz, że nie tak jest łatwo
Starego lisa włoskiego wykurzyć.
Wychodzi.
TRANIO
Idź na złamanie karku, stary pryku!
Gram w grę wysoką i na swym postawię.
Skorom się uparł memu panu służyć,
Nie wiem, dlaczego fałszywy Lucentio
I w fałszywego nie zmieni się ojca:
Gdy się to uda, cud to będzie wielki,
Bo zwykłym trybem ojciec syna płodzi,
A tutaj z syna ojciec się urodzi.
Wychodzi.