XI
Wszystko w Przyłęku szło koleją zwykłą.
Po paru dniach słot wiosennych zajaśniało słońce, wypiło wody z pól i wysuszyło nieco drogi; pogoda ustaliła się na dobre i wypędzała ludzi do roboty. Kto wychodził pługiem, kto dosadzał resztkę kartofli. Kto dosiewał jarzyn229, a kto znów z pól nizinnych spuszczał nagromadzone wody i kopał przegony230; cała wieś była w ciężkiej rolnej pracy a w znoju. Ale robota szła niesporo i jakoś opieszale; nie słychać było w polach gwarów wesołych a śmiechów, a podśpiewywań.
Ludzie poruszali się wolno, ociężale, jakby zwarzeni smutnymi myślami, opuszczali ręce, wstrzymywali konie w pługach, stawali na roli i przez miedzę, przez zagony, przez zielone pólka żytnie prowadzili rozmowy.
— Wiecie! Wczoraj sześcioro z Bieżywód poszło do Brazylii.
— Prawda! A mówią, że z Malowanej Woli pół wsi się wybiera.
— To komornicy! A w Górkach trzech gospodarzy sprzedało grunt, sprzedali chudobę, sprzedali wszyćko i poszli.
— Moiściewy, a co to z tego będzie!
— A co ma być!
— Pan Bóg karę na naród spuścił i rozum mu odebrał.
— Zmarnuje się naród i tyla! — zajęczała jakaś stara.
— Stareście, a pomiarkowania nie macie! Dlaczego się ma zmarnować!
— A to w tyli świat iść, na niewiadome. Pedają, że tam mowy naszej nikt nie rozumie, że wiara insza, że gorąc taki, co garnek z kartoflami, aby ino w piach wrazić, to zaraz się ugotuje!... A na morzu, powiadają...
— Ale, nie wszystkie przecie idą za morze.
— Do Niemców na robotę idą.
— A bo to u nas roboty nie ma, co! Idą ino próżniaki a pijanice, a obieżyświaty, idą ano na rozpustę i zatracenie.
— Żebyście, Antoni, cepem tak bili mocno, jak ozorem, zaraz bym was najął do młocki, a dobrze zapłacił.
— Żebyś ino co miał młócić! Wio, gniada, wio! — zawołał stary, świsnął batem, ujął pług w ręce i pochylił się, i orał dalej.
— Ale, mają robotę, a gdzie? Może u chłopów? Każdy by dwa razy tyle zrobił, co robi, żeby tylko miał, nie potrza mu najemnika. Może we dworze? Adyć i tam robią, bo co mają biedaki robić! Robią i w kopaniu, to dobrze, jak dostaną pieniądze na Boże Narodzenie abo i na zwiesnę. A może do fabryków iść! na zmarnowanie! Naszemu człowiekowi potrzeba gruntu, dają im w Brazylii, to tam i idą... Żyją tam inne, to czemuby nie miał żyć nasz naród! A już jak iść na robotę, to przecież lepiej do Miemców jak do swoich! Zapłacą, uhonorują i jeszcze się tyli świat zobaczy.
— Prawda, prawda! — potwierdzili prawie jednogłośnie.
— I każdy z groszem powraca z Prus.
— I wystrojony kiej dziedzic.
— Kara boska to wszystko razem, nic więcej! — mruczała niechętna.
Takie i tym podobne rozmowy ciągnęły się codziennie po polach, chałupach, drogach, gdzie się tylko ludzie zeszli; a codziennie prawie zjawiał się w jakiejś wsi Herszlik i cichaczem, pod osłoną ciemności leśnych zamawiał na robotę do Prus lub do wyjazdu do Brazylii. A jako skutek jego roboty żarliwej, co parę tygodni wychodziły całe gromady ludzi. Szli młodzi i starzy, szły kobiety i wyrostki, z węzełkami na plecach przesuwali się cichaczem, odprowadzani przez rodziny wśród płaczów i tysiącznych pożegnań. Nie pomogły kazania księży, oddziaływania dworów ani pilnowania policji, lud powstawał i olśniony obietnicami lepszej doli, rozpalony ciekawością nowych krain, rzucał wszystko i szedł.
Tak było przez parę tygodni, że Przyłęk cały żył w ciągłej gorączce wychodźstwa i w posępnym, tajemniczym nastroju cichych gawęd o emigrantach, o nowych krajach, o przyszłej doli.
Tak byli wszyscy tym pochłonięci, że mało zwracano uwagi na Jaśka Winciorka, który wyzdrowiawszy przestał się ukrywać i bardzo zuchwale pokazywał się w różnych miejscach.
To go drwale w lesie widzieli, to pastuchy na łąkach, to dworscy ludzie w parku, to był w karczmie, to szedł przez wieś w biały dzień, hardo spoglądał na ludzi, rzucał pozdrowienia, widać, że nie bał się nikogo. Imponowało to wszystkim.
— A niech sobie chodzi spokojnie, dopóki może! Co to? Zabił kogo, okradł, podpalił? Że ta trafił widłami pod rządcowe żebra, to i co? Mógł mu dziewuchy do stodoły nie ciągać.
— Powinien teraz rządcy zapłacić za siebie i za wszystkich, a to mnie złapał w lesie z siekierą i zaraz do sądu. Zapłaciłem 15 rubli! A co uciąłem, chojaczka kiej ręka! Żebyś, ścierwo, Boga przy skonaniu nie oglądał!
— Ja tam nie judasz, cobym go wydawał.
— To raz, a potem to on by darował, co?
— Przecie, żeby nie darował, zawzięta jucha.
— Bez dwa roki siedział w kreminale, to on już praktyk!
— Przecie, z takim to trza kiej z jajkiem...
Tak wieś mówiła o nim, a on jakby wiedział, że nikt się nie ośmieli go wydać, pokazywał się we wsi coraz częściej, aż raz na środku drogi spotkał się z sołtysem.
Wilcza twarz sołtysa ściągnęła się jak do kąsania, rzucił się do Jaśka.
— Te, kundlu! nie ruchaj, bo ci kulasy poprzetrącam! — mruknął Jasiek.
— Złodziej! Łapać! Chłopcy, dawać postronki! Łapać go! — krzyczał rozwścieklony, ale nikt mu nie śpieszył z pomocą, wszyscy pochowali się za węgły.
— Sołtysie, idźcie sobie swoją drogą, nie zaczepiajcie — prosił chłopak.
— Do kancelarii, do kryminału, ty złodzieju! — rzucił się na niego.
Jaśkowi zbrakło cierpliwości, uderzył go w łeb raz i drugi, rzucił na ziemię, skopał po bokach, co się zmieściło, i poszedł.
A sołtysa zanieśli do domu i chorzał parę dni.
— Pono was, sołtysie, gąsior potłukł czy co? — kpili chłopi potem.
— Juchy! Żadnego pomiarkowania nie mają dla takiej honornej osoby!
— Ale! Tak zbić sołtysa, kiej prosty gliniany garnek!
— A to baba kijanką szmat lepiej nie spierze...
A sołtys nie rzekł nic, tylko gnany wściekłością i wstydem pobiegł do kancelarii, a potem długo konferował z rządcą.
Za to najbliższej niedzieli przed kościołem ogłoszono przy bębnie:
„że kto złapie Jaśka Winciorka i dostawi do kancelarii gminnej, ten dostanie pięćdziesiąt rubli nagrody”.
— Kawał grosza, a czy to ino rzetelnie dadzą! — mówiono przed kościołem.
— Taki zbój! Co do grosza wypłacą! — zawołał sołtys.
Parę dni wrzało o tym we wsi, we wszystkich chałupach, nikt wprawdzie wydawać Jaśka nie myślał, ale pięćdziesiąt rubli... zawsze to kawał pieniędzy. Jaki taki z chciwszych obliczał już, co by można kupić za te pieniądze... i oglądał się posępnie.
A sołtys przy tym nie próżnował, zacięła mu się dusza zawziętością taką, że ino pił dnie całe, jak wilk tropił nocami Jaśka i podburzał chłopów tak skutecznie, że po paru dniach już po chałupach mówiono:
— Kiedy tyla pieniędzy za niego dają, to musi być, co to zbój!
— Podobno dziedzicowi z Woli wziął cztery konie.
— Żeby to tyle... ano w Koziełkach pono przenocować go nie chcieli, to przez złość podpalił stodołę... pół wsi się z tego skurzyło...
— Prawda! Na miły Bóg, prawda! Przyjeżdżały pogorzelaki do kancelarii i mówiły, że ich ktosik spalił.
— Jezus! Taki zbój, taki podpalacz!
Juści, że w tym wszystkim nie było ani źdźbła prawdy, lecz tylko sołtysowa złość. A że zdarzyło się w tym czasie, iż kilka partii231, emigrujących cichaczem przez granicę, schwytano i zawrócono do domów i trochę do kozy232, to sołtys głośno już krzyczał, że to robota Jaśka.
I tym ostatecznie rozsrożył wieś na niego.
Odczuła to najpierw Winciorkowa, bo odsuwali się od niej jak od zapowietrzonej, a gdy przechodziła przez wieś, leciały za nią głosy:
— Złodziejska mać!
— Ludzie to są jak te świnie, co by im nie rzucić, żrą wszystko — myślała z goryczą, bo żarło ją to nie zasłużone postponowanie. Ale zapominała o tym, zajęta przygotowaniami do wyjazdu.
Sprzedała dziedzicowi gospodarkę, wyprzedała z wolna różne ruchomości i czekali już teraz na Herszlika, który miał ich przeprowadzić do Prus.
— Żeby to już najprędzej. — Myślała, pełna trwożnej niecierpliwości, bo przecież wiedziała, co sołtys gada po wsi, jak się odgraża, a potem, to chociaż serce jej rosło na widok jedynaka zdrowego, silnego jak młody koń, bała się jego junactwa233, jego nieustępliwej natury. — Jak się spotka ze strażnikami, to nie ucieknie, tylko będzie bił! To już taki gatunek! Jego ojciec był taki sam! — mówiła do Tekli z dumą i obawą.
— Sielny234 parobek235. Powiedali, co ino raz sołtysa wyciął, a tamten już w błocie, a przecię sołtys kawał chłopa! Loboga, taki parobek!
— Dał ci mi Pan Jezus pociechę, dał!
— Gibki w sobie, jak i mało która dziewucha! — mówiła Tekla z zapałem.
— Juści, gibki on, ten dzieciak mój kochany, gibki...
— A jak popatrzy na którą, to juże nogami przebierają jak te źrebice...
— Ale! Nie przebierałyby... chłopak kiej malowanie...
— Obetrze się o człowieka, to aże cosia mroczy i skóra cierpnie...
— Nie ma takiego drugiego, nie ma! — wykrzyknęła z dumą stara.
— Oj, nie ma takiego... nie ma!... — szepnęła ciszej Tekla i umilkła, opuściła głowę, aby ukryć twarz rozpaloną i oczy rozgorzałe. Abo ona wiedziała, co się z nią działo od czasu, jak zobaczyła Jaśka po wyzdrowieniu?
Siedziały w milczeniu, zajęte myślami o nim, aż on wszedł do izby.
— Chłopaku, co ty robisz?! W biały dzień się pokazujesz!
— Cichojcie, matko, nic mi nie będzie.
— A to sołtys dzień i noc wypatruje cię tylko jak ten jastrząb.
— Niech przyjdzie mnie wziąć!
— Sam on nie przyjdzie, a z całą wsią...
— Z całą wsią! — wykrzyknął zapamiętale. — Niech przyjdą, niech mnie bierą... niech mnie wydadzą... aby kamienia na kamieniu we wsi bym nie zostawił. — Aż poczerwieniał ze wzruszenia.
— Jasiek! Niech cię Bóg broni. Jasiek! — uspokajała matka.
— Cała wieś, to jak te psy wściekłe, aby ino człowieka zagryźć! — szepnęła Tekla.
— Nie powiadajcie byle czego! — burknął na nią ostro i zabrał się do miski, którą matka przed nim postawiła.
A Tekla nie rzekła nic, tylko patrzyła długo na tę głowę okrytą gęstą, bujną czupryną, spadającą mu aż na czoło, którą ruchem stałym odrzucał na bok, na tę twarz rumianą, pełną sił i młodości, na ten długi nos jakby ze sznura upleciony, na te modre oczy połyskliwe, na te czerwone, pełne usta, poza którymi połyskiwały białe, drobne i ostre jak u psa zęby, na te brwi czarniawe, kieby węglikiem umalowane, na te bary rozrośnięte — patrzała... patrzała... patrzała... i dusza jej napełniła się dziwną słodkością i boleniem, wszystka krew zbiegła jej do serca, a wszystkie łzy cisnęły się do oczów, aż w końcu wytrzymać nie mogła, porwała się gwałtownie i uciekła z izby.
— Bąk ich jakiś ukąsił! — zauważył, jedząc i spoglądając w okna na przemian.
— To po dziecku tak ją jeszcze ciska. Kiedy jedziemy? — zapytała ciszej.
— W niedzielę. Już ja czekał Herszlika nie będę. Kto inny przeprowadzi.
— Loboga, w niedzielę, to już za dwa dni!
— Pojutrze.
— Jezu mój miłościwy. Już w niedzielę! — i płakać zaczęła.
— Nie bójcie się, matko, przecież razem i z Nastką pojedziemy, pieniądze mamy, to co nam może źle być. Nie frasujcie sobie ano głowy po próżnicy... Gospodynią wy tam będziecie na włókach236, nie na morgach!
— I to już w niedzielę trza iść? — pytała, nie wierząc jeszcze sobie.
— W niedzielę z wieczora, przyjdzie szwarcownik i powiedzie nas...
Stara, jak mogła, tłumiła płacz, ale mimo to całe sznury łez toczyły się po jej twarzy i lęk pełen żalu rozrywał jej serce.
I on nie mógł spokojnie usiedzieć i patrzeć na matkę, zjadł z miski, wziął chleba w kieszeń i poszedł.
Włóczył się jak pies bezpański po polach i po lasach, przystawał, patrzył, rozglądał się dokoła i ruszał dalej.
— O Jezu! o Jezu! — jęczała mu dusza w strasznym żalu.
— I... raz kozie śmierć, co będzie, to będzie! — dodawał sobie odwagi.
Ale dusza coraz bardziej mu miękła ze zgryzoty, nie chciał już myśleć o wyjeździe, kładł się po bruzdach i godzinami leżał wpatrzony w niebo, wsłuchany w suche chrzęsty zbóż pochylających się nad nim, w śpiewanie skowronków, w pokrzyki, co leciały ode wsi, nisko nad zbożami, w brzęki owadów — usuwał się w tę ziemię czarną, pulchną, okrytą zielenią, w tę ziemię rodzoną, w tę ziemię kochaną!...
— Jezus! Jezus! — krzyczał z bólu i płakał jak dziecko.
A nazajutrz, w sobotę rano, wsunął się cichaczem do domu i już suchymi oczyma patrzył, jak matka oddawała Tekli wszystkie domowe sprzęty, których ani zabrać, ani sprzedać nie było można.
Stara chodziła po wszystkich kątach z zapuchłymi od płaczu oczami.
— Tekla! Weźcie i te ławki, wszystko, co jest w chałupie, wszystko... — wołała, gorączkowo wyciągając sprzęty na środek.
Tekla brała, ale bez wylewów radości, obojętnie patrzyła na tyle dobra, nawet dar ogromnej pierzyny nie wzruszył jej martwej, zmizerowanej twarzy. Poruszała się jak automat, to szła po wodę, której przynieść zapomniała, to zaczynała szorować naczynia, to długo, bezmyślnie przypatrywała się wszystkiemu, była jakby niespełna przytomności.
Milczenie ciężkie, smutne, pełne łez niewypłakanych i żałości, panowało w izbie.
— To już jutro, synu? — rzucała cicho stara.
— Jutro, matko, jutro... — odpowiedział cicho.
Już wszystko było ułożone, musieli do dnia237 wyjść, skryć się w dołach pod lasem i poczekać na przewodnika, który mógł przyjść przed południem jeszcze, a może dopiero wieczorem.
A potem w świat! w szeroki, obcy świat!
A tymczasem to oczy ich wciąż ślizgały się po tych kątach drogich, po obrazach, po ścianach, wybiegały przez okna na zabudowania, na wieś, na pola, na wieżę kościoła — spotykały się chwilami, tonęły w sobie i w tej gorzkiej żałości rozstawania i zasłaniały się powiekami prędko, prędko, żeby powstrzymać te ciężkie, ołowiane łzy...
— Pójdę do Nastki, muszę przypomnieć, żeby nie zaspała... — porwał czapkę i uciekł z izby.
Okrążył klasztor i chyłkiem przelazłszy mur wsunął się do parku dworskiego, skrył się w wielkim świerkowym klombie, rosnącym w szczycie dworu, a tak gęstym i osłoniętym od ziemi gałęziami, że żadne oko nie mogło go dojrzeć.
Czekał długo, aż w końcu zobaczył Nastkę wybiegającą po tarasie.
Zagwizdał, bo był to sygnał umówiony, dziewczyna wkrótce przyszła.
— Nastuś, to jutro do dnia, a nie zaśpij — szepnął.
— Tak już czekam, tak czekam, że już ścierpieć nie mogę.
— Nie boisz się, co?
— A czego się mam bać! A bo to nie z tobą, nie z matką, co?
— Dobrze, Nastuś! A ten, co nas przeprowadzi, mówił, że zaraz za granicą to będziemy mogli wziąć ślub. Już ty się niczego nie bój, krzywda ci przy mnie nijaka nie będzie.
— A bo to ja nie wiem... dobryś taki, Jaśku, że... że...
— A powiedziałaś pani, że dopiero w poniedziałek.
— Powiedziałam... Pani mi dała dziesięć rubli i złoty krzyżyk, o ten!
Odwróciła się nieco i wyciągnęła zza stanika krzyżyk na czarnej tasiemce.
— Niech jej Pan Jezus da, co dobre.
— I dała mi pani tę książeczkę, tu pono stoi wypisane wszystko: którędy i gdzie jechać, wiele płacić i do kogo w tej Jameryce iść... wszystko... a tu jest także malowanie już tak zrobione, że tam jest każda woda i góra każda, i drogi... Pani mi wszystko pokazywała i uczyła. — Wręczyła mu mapę i książeczkę; schował ją do kieszeni i rzekł:
— Obejrzę sobie potem.
— A znasz się to na tym?
— Hola, bo mnie to ksiądz mało lachą smarował, jak mnie uczył! A potem to i uczyli mnie tam... — nie mógł wykrztusić słowa: więzienie.
Od dworu rozległ się głos jakiś wołający: „Nastuś!”
— Już polecę, bo ino wypadłam po agrest dla kucharza...
— A pamiętaj! Ino świt, o drugich kurach238. Wszystko ostaw, weź tylko na siebie, co masz najlepsze, nie żałuj, już ja ci kupię lepsze... Przychodź do matki.
— O samym świtaniu! Ano koszule to zabierę i tę spódnicę, co od pani, i tę chustkę dużą, com ją też dostała, i wełniak, bo jakby ziąb był...
— Dobrze, Nastuś, dobrze, a ino nie zaśpij!
— Zaspałabym!... ty... mój... ty najmilszy! — Objęła go rękami, zwarli się w uścisku i rozerwali natychmiast, bo znów wołano Nastki.
Jasiek wydostał się z gęstwiny, przeczołgał się do grabowej alei, okrążając park cały, i zmierzał szybko do swojego przełazu239, gdy na skręcie spotkał się oko w oko z rządcą.
— A tuś mi, braciszku!
Jasiek wzdrygnął się cały ze strachu i zmartwiał. Przełaz miał o dwa kroki, jeden skok, a byłby na murze, ale nie ruszył się, przykuły go rządcy rozgorzałe oczy i tak obezwładniły, że dopiero potężny cios kijem, jaki dostał w głowę, obudził go — i już nie uciekał, zawrzała w nim krew, ożyła pamięć krzywd, zapragnął się pomścić.
Napiął się cały jak wilk i osunął na rządcę.
Zawiązała się krótka, straszna walka.
Rządca krzyczał na ludzi, ale ucichł, schwycony za gardło, przewalili się na ziemię i tarzali się jak dwa psy gryzące się na śmierć.
Rzężenia, ryki chrapliwe, przekleństwa, ciosy rąk i nóg — wszystko to migotało jak błyskawice i przewalało się po wyżwirowanej alei...
Jasiek słabł, czuł, że nie zmoże, więc z siłą szaleństwa i rozpaczy wydostał się na wierzch i z całej siły uderzył go kolanami w brzuch — rządca rzygnął krwią i opadł nieprzytomny.
Nadbiegli ludzie, ale Jaśka już nie było, gnał jak jeleń do lasów.