XII
«Błądziłem długo... aż jednego ranka,
Las się przerzadził69 nad széroką rzeką,
I zawidniała piasczysta70 polanka,
A daléj wzgórek i wieś niedaleko.
Wszedłem na wzgórek, las zniknął w oddali,
Było mi straszno, gdy wyszedłem w pole...
Drżałem z obawy, że mię wiatr obali,
Że zbytnia jasność oczy mi wykole...
Powiodłem okiem po błokitném niebie,
Potém spojrzałem na ustroń wieśniaczą,
Mży się w źrzenicach, widzę wkoło siebie
Dęby i sosny na powietrzu skaczą —
Wszedłem do wioski, strach ogarnął piersi,
Lecz razem w piersiach tak słodko, tak rzewnie,
Ludzie! — mój Boże — to bracia najszczersi!
Ja wszystkich ludzi uściskałbym pewnie!
Lecz wszyscy ludzie, na całéj ulicy,
Z krzykiem, ze strachem, uciekli ode mnie,
Dzieci i starsi, wszyscy bez różnicy —
Wołam ich, płaczę, wszystko nadaremnie. —
Czy to twarz moja zniszczona przez nędzę?
Czy leśna postać straszyła z daleka?
Czy krew błyszcząca na zgniłéj siermiędze?
Czy ślady w oczach, że zabiłem człeka?
Gorzko mi było, że ludzkie postacie
Stronią71 ode mnie jakby od zarazy —
Każdy mię z dala żegna po trzy razy,
I bieży z krzykiem zamykać się w chacie.
Piérwszy z ulicy stał domek schylony,
Puknąłem w okno, zakrzyczano z chaty.
Ja się oparłszy na mój kij sękaty,
Rzekłem: — »Niech będzie Chrystus pochwalony!«
Nikt się nie ozwał, ale drżące dziecko
Kawałek chleba rzuciło mi w ręce —
Oj pany! pany! nigdy tak zbójecko,
Wilk nie poglądał na zwłoki jagnięce —
Ani połykał tak żarłoczném gardłem,
Krwawéj zdobyczy na wioskowej niwie —
Jak ja na chléb ten patrzałem łapczywie
I jak go żarłem...
Z wioski do wioski błąkam się mizerny,
Ludzie się lękli jak dzikiego gadu,
Na koniec człowiek jakiś miłosierny
Spytał się u mnie: »Kto ty jesteś, dziadu?«
I wezwał na noc, i dał ciepłéj strawy72,
Starą sukmanę dał mi na przykrycie,
I gwarzył ze mną — o Boże łaskawy,
Szczęść temu człeku73 całe jego życie!
(Najlepszy datek — o wierzcie mi, wierzcie
Kto swojém sercem biedaka obdarzy).
On mi powiedział: że w tutejszém mieście
Zasiadłeś książę, by sądzić zbrodniarzy,
Więc tu przyszedłem.
Jak zbrodniarze warci,
Każ mię ukarać przykładnie a srodze,
A ja ci za to sowicie nagrodzę,
Weź moje pszczoły, — te trzy kopy barci!
Jam je hodował na bezludnym borze,
Strzegłem, czy letnia, czy zimowa pora;
Dziś tego miejsca nie znalazłbym może,
Lecz każ wyszukać, gdzieś koło jeziora.
Las jakby wyspa — bagna idą w kółko,
Przy jedném bagnie jest krzyża ułomek,
A w środku wyspy nad samą rzeczułką,
W spróchniałym dębie wydrążony domek. —
Nie gardź podarkiem miłościwy książę!
A mnie na gardle74 skaraj jak mordercę,
Może się śmiercią sumienie rozwiąże,
Może ciężaru pozbędzie się serce!!»