IX

«Więc z kijem w ręku, w żebraczéj odzieży,

Szedłem do miasta w pokornéj postaci;

Zliczyłem krzyże od kościelnych wieży,

I zapukałem do najpiérwszych braci.

Ojcze, szanując ich sukienkę świętą,

Tego klasztoru głośno nie nazowę —

Dość, że mię stamtąd zelżywie wypchnięto,

Gdym prosił chleba w Imię Chrystusowe.

Poszedłem daléj — przed memi oczyma,

Stanął klasztorek świętego Bernarda,

I tam do zbytku uprzejmości nié ma,

I tam mię gorzka spotkała pogarda,

Tylko mi dała ręka litościwa,

Krajankę chleba i szklanicę piwa.

Tak mię to zimne przyjęcie odstrasza,

Że w waszą furtę nie pukałem zgoła —

Tylko ukląkłem, a uprzejmość wasza,

Sama żebraka wzięła spod kościoła,

Wyście mi dali ojcowską gościną

Chléb i gospodę, i serce, i wino.

Ślub mój spełniony — niech w waszym klasztorze

Zostanie moja posiadłość ojczysta;

Tu się wypełnia miłosierdzie boże,

Tu z moich darów społeczność skorzysta;

Skorzysta więzień, co wykupu czeka,

Stary przechodzień i żebrak kaleka.