Kradzione
Przypowieść szlachecka. Podsłuchano
— W ręce49 aspana50, Panie Jakubie,
Mówisz: kradzione lepsze i chcesz tego dowieść;
Ja sobie rozmaite przypowieści lubię,
Powiem aspanu przypowieść:
W samym końcu zaścianku, pilnując swéj niwy,
Żył sobie szlachcic poczciwy, —
A miał syna wyrostka z wąsem wyżéj nosa,
Chłopiec dobre miał serce, ale w głowie za to
Okropnie było pstrokato,
Zwyczajnie jak u młokosa.
A tutże mój mospanie, obok ich stodoły
Ciągnął się wygon sąsiada,
Na którym pasły się stada,
Konie, owieczki i woły.
— Czy wiecie co, tatulu (tak mówił raz młody),
Fraszki to — praca i cnota,
U nas panie poczciwość, trudy, niewygody,
A w domu wieczna hołota51;
Czy to Pan Bóg uważa52, że ludziska giną,
Poczciwym nie da talarka,
Dla jednego pomyślność odmierza ośminą53,
Drugiemu liczy na ziarnka.
Na przykład choćby u nas: — ot idą zapusty,
A w domu ni to, ni owo,
Hola, jakby to dobrze, by na Czwartek Tłusty
Utuszyć pieczeń wołową!
— A skądże weźmiesz wołu?
— Czy to wielka sztuka,
Niby to dostać nie możem,
Chodzą woły sąsiada — po gardlisku nożem,
Niech potém sąsiad poszuka. —
— Cóż to! — zawołał ojciec — to kradzież wyraźnie,
To jakaś sztuka zbójecka;
A siódme przykazanie? a sumienie? — błaźnie,
A nasza wiara szlachecka?...
— At myśleć, co się godzi, a co się nie godzi,
Za cóż my biedni i głodni?
Nas jeden wół przeżywi przez kilka tygodni,
Czy to po ludziach nie chodzi? —
Na takie argumentum ojciec mruknął z cicha:
— Cóż robić? szatan cię uczy,
Ukradniem jutro wołu — lecz pomnij do licha,
Nigdy kradzione nie tuczy!
Wieczorem stary ojciec poszedł do sąsiada,
Cichaczem kupił wołu, napił się borysza54;
Nazajutrz bierze syna, niby się podkrada,
I z wołem... het! do zacisza.
Zaraz nożem po gardle, nieszczęsnego byka
Rozćwiartowali w stodole,
I jak słowo powiedzieć55, już u czynszownika56
Wołowa pieczeń na stole.
— Wiesz co teraz, mój synku? — odmierzym się w pasie,
Zjadając mięsko tak cudnie,
Będziem wiedzieć Mospanie, po niejakim czasie,
Kto z nas utyje? kto schudnie? —
Zmierzyli się; — i każdy na swojej poprędze57
Zaznaczył kreskę czerwoną.
— Co to gadać tatulu, schudzeni przez nędzę,
Teraz utuczym się pono58! —
Przez całe trzy tygodnie gody59 u szlachcica,
Co dzień przysmaczek od wołu:
Dzisiaj rura do barszczu, jutro polędwica,
Po jutrze pieczeń u stołu.
A tu rozruch w zaścianku, sąsiad niby jęczy,
Niby to szuka wołu, niby ludzi zowie,
Syn dręczy się obawą jak duch potępieńczy,
Już mu i jadło nie w głowie;
Czy kto skrzypnie we wrotach — on w nocy i we dnie
Marzy o przyjściu sąsiada;
W obiedzie... strach, zgryzota, co chwila poblednie,
A ojciec smaczno zajada.
Syn był młody i zdrowy, jak dębina krzepka;
Ojca wiek zniszczył i znoje;
Lecz kiedy zjedli wołu — syn wysechł jak szczepka,
A ojciec utył we dwoje.
— A co błaźnie! (rzekł stary) pamiętaj przysłowie:
Że maleparta60 do czarta,
Ja zakupiłem wołu, — toć mi szło na zdrowie,
Ty kradnąc schudłeś na charta. —
*
— A cóż panie Jakubie, jak przypowieść zda się?
— Moralna! sens na wierzchu jakby gwiazda świeci.
— Ja umiem jeszcze lepsze — a w swobodnym czasie
Więcej opowiem waszeci. —
12 marca 1849