V

Pan począł śmiać się ze mnie: — «Ech! jesteś dziwakiem,

Wstydź się wierzyć w te duby, co plecie prostota!

Człek swoim, gwiazda swoim postępuje szlakiem,

I losami ludzkiemi nic się nie kłopota. —

Każda gwiazda na niebie, co ją wzrok doścignie,

To planeta lub słońce, przysłonione mgiełką,

A to co widzisz czasem — jak przeleci, mignie,

To po prostu meteor — lub błędne światełko. —

To fosfor albo gazy — próżno głupcy bredzą,

Gwiazdy o twoich synach... nic a nic nie wiedzą». —

I począł daléj mówić, tłumaczyć na nowo,

Po mądremu, z łacińska, fizykę książkową,

Chciałem wierzyć i umysł pocieszyć stroskany,

Lecz gdzie tam! łza jak na złość po oczach się kręci,

Mądre słowa, to prawda — lecz jak groch do ściany,

Nie przylgnęły do serca, ani do pamięci.

Smutnie kiwnąłem głową i westchnąłem z cicha,

Wtém szast!! cietrzew przyleciał — tak blisko aż miło...

Złożyłem się — palnąłem — ej pudło u licha!

Oko łzami zabiegło i cel prześlepiło!... —