II

Święta jutrzeńko mojego rana!

Tyś była chmurna i opłakana,

Ot taka sama i w każdym względzie

Jak dzień dzisiejszy, jak jutro będzie.

A jednak nie wiem i skąd? i po co?

Nad twém wspomnieniem światła migocą;

A przy tych światłach gdy się rozmarzę,

Lubię oglądać dawniejsze twarze,

Miejsca, gdzie moje zbiegło zaranie,

Gdzie dzisiaj noga już nie postanie.

I patrzę czasem, i tęsknię rzewno

Za ową barwą mglistą, niepewną;

Za temi dachy, gdzie życie biegło,

Za tamtych świątyń znajomą cegłą,

Za tamtym wiatrem, łąki przekosem,

Za tamtych ludzi wzrokiem i głosem,

Z którymi niegdyś żyło się ściśléj,

Łamiąc chléb bratni, mieniając8 myśli...

Gdy spracowane ramię zaboli,

Gdy pulsa9 życia tętnią powoli,

Człek ciężko westchnie: «Boże mój Boże!

Tam świeżość dawną zyskałbym może,

Widok stron tamtych i tamtych twarzy

Zastygłe serce pewnie rozżarzy...»

Śmieszne rojenia! puste gawędy!

Wszak czas i życie szły i tamtędy;

A tamte miłe dachy ze słomy

Pokrył mech siwy, mnie nieznajomy;

Drzewka, com niegdyś kochał jak braci,

Musiały wzrosnąć w nowéj postaci —

A cóż mi po nich? myśl ma pochmurna

Chciała w nich widziéć dawne konturna10,

A one wzrosły jak wszystkie drzewa;

A wiatr tam dzisiaj inny powiewa;

Inaczéj huczą kościelne dzwony,

Jeden rozbity, drugi zmieniony...

A twarze ludzkie?? jak karta biała:

Tam każda chwila cóś zapisała.

Nowe kolébki ściele niewiasta;

Co było dzieckiem — w męża urasta,

Co było mężem — dzisiaj skroń siwa,

Co było starcem — w grobie spoczywa.

To jacyś obcy... nie chcę tych ludzi:

Ich widok tylko boleść mi wzbudzi!

Cóś znajomego, cóś mi się roi;

Lecz to nie tamci, lecz to nie moi!

Na twarzach zmarszczek głębokie żłoby,

Ślad wieku, smutków albo choroby;

Już głos dziewiczy, co ucho pieści,

Ostro dziś płynie z piersi niewieściéj,

Głos męża silny, pełen słodyczy,

Dziś w starczych ustach szepleni, syczy, —

Człek przypomina, wsłucha się, wsłucha:

To obce dźwięki dla mego ucha!...

A sercaż ludzkie! jaka tam zmiana!

Widziałeś piękny zapał młodziana —

Dzisiaj tę duszę czyż poznać można?

Tak samolubna, taka ostrożna!

Widziałeś w niebo wzniesione oko,

Czytałeś w sercu wiarę głęboką,

A jakąż miłość kryło to łono,

Niewyczerpaną, niewyziębioną!

Lecz czego lodem zakuć nie w stanie

Grzech, doświadczenie, odczarowanie?

I już w tych piersiach i już w tej głowie

Chłodna niewiara, straszne pustkowie!

Posłuchaj tylko: szydzi bluźnierca

Z dawniejszéj wiary, z własnego serca...

Precz mi z tym człekiem! ja go nie znałem!

A jam chciał wskrzesnąć11 jego zapałem!

A jego postać, ileż to razy,

Gdym w myślach kréślił przeszłe obrazy,

Tak promieniście i tak różowo

Przelatywała nad moją głową!...

Szatan nie człowiek!... za jakież winy

Skalał mój obraz, obraz jedyny

Młodéj przeszłości, szczęśliwszej chwili,

Źrzódła12, com sądził, że mię posili,

Że zwątpiałemu wróci nadzieje,

Że mię13 dawniejszym ogniem zagrzeje?!...

Och! jak boleśnie, och! jak boleśnie,

Że dzień wczorajszy nigdy nie wskrześnie!

Wczorajsi ludzie już dziś umarli,

A wiek się zmienia, przyszłość się karli...

Chcesz zdłużyć14 chwilę, która ucieka??

Rozważaj przeszłość, ale z daleka.