VI

I świetną była dola Jankowa,

Póki się we wsi rodzinnéj chowa.

Lecz inszą dolę dały mu nieba:

Panu hajduka było potrzeba,

Spodobał Janka — zabrał go z chaty

W obce wojwództwo aż pod Karpaty.

Żal rodzinnego było mu płota,

I wioska po nim będzie sierota:

Ojciec przeżegnał dobrego syna,

Gorzko płakała matka jedyna,

Chłopaki ucztę dali mu w domu,

Dziewczętom zucha żal po kryjomu,

Jedna, jak widać, smutniejsza nieco,

U drugiéj łezki na oczach świecą.

Wszyscy żałują — on głowę traci:

Dumny tym żalem swoich współbraci.

Z sercem rozdartém i bolejącém,

Z tysiącem wspomnień, z marzeń tysiącem,

Zakończył z braćmi uczty ostatki,

Rzucił się do nóg ojca i matki,

Uściskał chłopców i dziewy młode,

Pożegnał kościół, cmentarz, gospodę;

Wsiadł na konika dworsko a raźnie,

Jeszcze się wszystkim skłonił przyjaźnie,

I ruszył, świszcząc piosnkę kozaczą,

Pewien, że jego łez nie zobaczą,

I snuć marzenia zaczął powoli

O nowém życiu, o inszéj doli.