V
Jutro o świcie wojsko wyruszy,
Wygnać spod Mira nieprzyjaciela;
Do bolejącej kochanka duszy,
Zajrzał jaśniejszy promyk wesela:
Bo zawżdy serce zbywa kamienia,
Gdy powinności przed oczy staną,
Święty ich rozkaz wyrwał z uśpienia,
Pana Marcina myśl rozkochaną;
Nie czas o pięknej myśleć Maryi
Albo rozważać, że serce boli,
Gdy na schylonej braterskiéj szyi
Ciąży haniebny powróz niewoli.
Więc rzekł do siebie: «Miecza nie złożę,
Póki Tatarzyn w Litwie zostanie!
Mogliby miasto napaść broń Boże!
Och! a w tém mieście moje kochanie.
Héj na Tatary! moja szabelko!
Moj35 siwy koniu, do mnie co żywo!
Mamy przed sobą drogę tak wielką,
Szerokie pole i piękne żniwo!
Do mnie stalowa przyłbico stara!
Do mnie mój piękny rycerski pasie!
Kiedy powrócę, zbiwszy Tatara,
Może pan ojciec ubłagać da się...»
W takich nadziejach serce skąpawszy,
Westchnął modlitwą, pomyślał o niéj,
Uronił łezkę, — weselszy, żwawszy
Już śni, jak w polu Tatary goni.