VI
Piękny poranek na niebie świta,
Rzeźwo tchnie wietrzyk w cieniu gaika,
Młoda niewiasta płaszczem okryta,
Z murów się miejskich z wolna wymyka:
Wokoło siebie patrzy nieśmiało
I czegoś słucha, na kogoś czeka,
Wtem za gaikiem cóś36 zatętniało
I konny rycerz pędzi z daleka.
Przybiegł i dziarsko skoczył ze siodła,
Podali sobie ręce oboje,
Niewiasta miłem okiem powiodła
Jego sowito37 błyszczącą zbroję
I białą rączką konia popieści,
Gęstą zasłonę z twarzy odwinie
I rzecze głosem cichej boleści:
«Już nas odjeżdżasz, panie Marcinie!»
To była Maria — pierwszy raz w życiu
Przyszła w ten piękny lasek przy drodze,
Z domu rodziców wyszła w ukryciu;
Ach bo też ciężko było niebodze!
Chciała zobaczyć swego młodziana,
Na pożegnanie rzec mu: «Szczęść Boże!»,
Chciała powiedzieć, że żadna zmiana,
Nigdy w jéj sercu postać nie może...
A przecież milczy, jakby się sroma38,
Jak gdyby sama z siebie nierada,
Stoi niepewna i nieruchoma.
Na oczach uśmiech, a twarz jéj blada.
Tak się gdy grzmiące chmurzysko sunie,
Płynie po przedzie obłoczek bladszy,
Nim łzawym deszczem na ziemię lunie
Naprzód się w jasne słoneczko patrzy,
To się w cień schowa — to wymknie z cieni,
To poblednieje, to zarumieni.
Rycerz przywiązał konia do brzozki39,
Tarczę przewiesił na siodła łęku,
Wbił w ziemię ciężki oszczep dziadowski40
I rysią skórę zwiesił na ręku.