VII

Piękni w téj chwili byli oboje,

Ona do niego troskliwie rzekła,

«Panie Marcinie! Och ja się boję!

Chociaż całego stal cię oblekła.

Czy twoja pawęż41 dosyć jest zwinna?

I czy twój pancerz dosyć jest gruby?

Przebacz, żem śmiała, żem tak dziecinna,

Ale się lękam twojej zaguby.

Twojej zaguby... nie, to nad siły,

Nie mogę myśleć o twoim grobie,

Ciebie by w boju wrogi zabiły,

Mnie by zabiła tęskność po tobie:

Panie Marcinie! wracaj nieboże!

A pierś sklepiście okrywaj zbroją,

Rodzice moi zgodzą się może,

Będę szczęśliwą — bo będę twoją»

«Maryjo dobra! — rycerz odpowie —

Pancerz mój twardy, miecz mój nie kruchy

Niosę me życie, niosę me zdrowie,

Alem najlepszej pełen otuchy.

Gdy syn Kościoła walczy z pogany,

Nad głową jego anioł stróż lata,

A jego piersi strzeże od rany,

Bogarodzicy promienna szata,

Czuję, że w ostrzu mego brzeszczota

Jest bezpieczeństwo i pomsta braci;

Z tą myślą ręka potężniej grzmota,

A brzeszczot hartu swego nie traci,

Nie zdoła przebić serca w mem łonie,

Niech się Tatarzyn, jak chce, rozhula,

Kiedy pomyślę, że ciebie bronię,

Naszych kościołów, ludu i króla.

Zdrową mi zostań! ja wrócę zdrowo,

Może Bóg spełni nasze nadzieje,

Zamiast pancerza szatę godową

Z łupów tatarskich szytą przywdzieję.

Pereł, brylantów sznurek bogaty

Twéj pięknéj twarzy blasku przyczyni,

Z lamy złocistéj będą ornaty,

Do katedralnéj naszéj świątyni,

Sam Wojciech Tabor, wielki mąż Boży,

Choć go nie bawią złota ponęty,

Będzie wyglądać jak jaki święty,

Kiedy je włoży.

Bywaj mi zdrowa! żywym zostanę,

A nie zawstydzę mego oręża!»

I ucałował oczy spłakane,

I sam zapłakał... cichą łzą męża,

I wskoczył na koń, i ręką skinął,

Och bo się trudno rozstać z niebogą!

I koniem zręcznie w polu wywinął,

I pędem wiatru puścił się drogą.