VI

Goście żegnają pana Kotwicę

I opuszczają gościnne progi,

Tłum panów — mieszczan poszedł w ulicę,

Choć nie każdemu posłuszne nogi,

Słychać w ulicy pochmielne gwary

Lub głos piosenki ostry a twardy;

Niech sobie zrzędzi stróż miejski stary,

Niestraszne groźby ni alabardy!

«Czyż człek w ulicy krzyczeć nie może,

Gdy sobie podpił, kiedy mu stanie,

Czy my włóczęgi jakie broń Boże?

Tutejsi kupcy albo mieszczanie,

Pachołek miejski!!! żartuj zdrów bracie!!»

Tak stroją śmieszki z nocnego stróża.

A w gospodarskiej pustej komnacie

Została gości garstka nieduża:

Został wójt miasta i dwaj ławnicy

Z siwemi brody, z siwemi głowy,

Czterech przyjaciół pana Kotwicy

I magdeburski pisarz sądowy.

Sama starszyzna — same sensaty8

Znaczno po wąsach, co jeżą srogo,

A w oddalonym końcu komnaty

Pozostał rycerz ze swą niebogą.

Czegoś tam w tańcu nie dogadali

Nie dokończyli jakiejś chychotki,

Więc od starszyzny siedli w oddali

I wiodą z sobą rozhowor9 słodki,

Rozhowor słodki, pusty, dziecinny

Bez ładu, składu, jakby w pochmielu;

Gdyby go z boku słyszał kto inny,

Mógłby powiedzieć, że poszaleli.

Spytaj się u nich, gadali o czem,

To żadne z dwojga samo nie powie.

«Ot! my gwarzymy, ot my chychoczem,

Bo nam tak dobrze na téj rozmowie».

Dobrze wam społem!... strzeżcie się młodzi:

Starsi inaczej widzą te rzeczy!

Pan wójt coś groźnie oczami wodzi,

Pan ławnik szepce i ręką przeczy,

Pan pisarz miejski nie kończy kwarty,

A pan Kotwica czoło zachmurza;

To zły prognostyk, nie żadne żarty:

Ej będzie burza!