XV
Marcin Studzieński wespół z drugiemi,
Gdy się docisnął, wsparty na kuli,
U nóg pasterskich klęknął na ziemi,
Wdzięczną modlitwę lejąc najczulej,
A między ludźmi już rozgłos lata,
Że to jest rycerz, że to ten samy,
Co do miednickiéj pierwszy wszedł bramy,
Że mu sądzona kwota bogata.
Marcin się modli. — Czy dusza wrząca
Dawne mu w sercu wspomnienia budzi?
Czy od zbytniego natłoku ludzi,
Czy z niezliczonych świateł gorąca?
Głowa się mroczy... chwieje się, bladnie,
Ledwie przez ciżbę wyszedł do sieni,
I na podłogę pada bezwładnie,
Jak upadają gromem rażeni.
Długą czy krótką przeleżał chwilę,
On nie pamiętał, a nikt nie zważa,
Ciało obwite w łachman nędzarza,
A dusza strojna w skrzydła motyle,
Przez wspomnień kwiaty, przez wspomnień ciernie,
Leci... o kwiatek, o cierń zahaczy...
To — uśmiech lubéj, co kocha wiernie,
To — krwawa bitwa, to — strój żebraczy,
To — napad zbójców, to rzewna modła,
Przy zacnych zwłokach ojca Tabora,
Wtém go chrapliwa mowa ubodła,
«A powstań waszmość! spać tu nie pora,
Spać tu nie miejsce, wynoś się skoro!»
Żołdak, co w sieniach odprawiał straże,
Szarpnął go silnie za rękę chorą
I z progów pańskich wynieść się każe.