I

Urodzona z wyziewów w nadmorskiej krainie

Straszno gdy czarna chmura swe skrzydła rozwinie,

A lecąc po niebiosach w niewstrzymanym pędzie

Z gniewnej piersi straszliwy łoskot wydobędzie,

I z gniewnej paszczy ciśnie błyskawiczną żmiję,

A żądłami z piorunów w starą puszczę bije,

A kędy skrzydłem wionie, kędy okiem błyska,

Już tam bucha żałobny dym pogorzeliska.

Szalony pęd jej lotu gruzami położy

Czy to chatkę poziomą131, czy to kościół Boży.

Ucieka przed nią zwierząt i ptasząt gromada,

A syn człowieczy blednie i na twarz upada.

Ale trwożliwiej Litwin patrzy ku Baltydzie,

Kiedy czarny jak chmura buf krzyżacki idzie.

Nie tyle straszny piorun, co błysk ich puklerzy132,

Nic tyle wściekły wicher spustoszenia szerzy:

Bo tutaj ani zboża, ni wioski, ni miasta,

Ni starzec siwobrody, ni kraśna niewiasta,

Ani dziecię w pieluchach, ani mąż we zbroi,

Nigdzie się nie ukryje, nigdzie nie ostoi.

Na strzechy mają płomień, a na starców noże,

Na niewiasty rozpustę i chrzest w imię Boże,

A na mężów litewskich, gdy do boju zową,

Mają strzelby siarczyste i chytrość wężową.

W imię twoje mordują pustoszą nam niwy

O, Jezu chrześcijański, jakiś ty straszliwy!