II

O! zaprawdę to jakieś czary czy ofiary!

W głębi zamkowych sklepisk loch ciągnie się stary;

Tam się nigdy przez okno słońce nie promieni,

Zapleśniał od wilgoci stary mur z kamieni;

Krwawy blask od ogniska uderza na ścianę;

Poczerniały od dymu sklepienia ceglane:

Bo tutaj bóg Litwinów zamieszkał widomie.

Pała we dnie i w nocy niewygasłe płomie74,

To Znicz, co się z przed wieków uroczyście chowa,

Co go niegdyś do Wilna unieśli z Romnowa,

I co z małej iskierki zapalonej w Wilnie

Pielęgnują ognisko troskliwie a pilnie.

Niejeden żubr, zabity w łowieckiej zdobyczy,

Napoił swoim tłuszczem ten stos ofiarniczy,

Nieraz tutaj niemieckie Hanzyatów posły

Pełne stągwie oliwy dla Znicza przyniosły,

I nieraz plecy jeńca Lacha, lub Germana,

Dźwigały tutaj z lasu jodłowe polana

Na pożarcie Zniczowi — ale u ołtarza

Wciąż jedna tylko ręka ognisko rozżarza,

Ręka sucha, jak trupia, jakby szkielet z kości,

Opalona od ognia, drżąca ze starości:

Marti, kapłanka Znicza, jakby mech zgrzybiała

Od sześćdziesięciu wiosen tutaj zamieszkała.

Było to młode dziewczę, jak róża w rozkwicie,

Tu zakwitło, kraśniało, tu zeschło jej życie,

Tu dźwięczny głos niewieści przybrał dzikie tony,

Tu blask pięknego oka wygryzł dym święcony,

Tutaj wszystkie uczucia, czym dusza bogata,

Wszystkie dumki i wszystkie namiętności świata,

Wszystko, czym żyje głowa, czym się serce żarzy

Marti oddała bogom — a do ich ołtarzy

Przyrosła, jak kolumna.

I cóż więc za dziwa:

Że dziś natchnienie bogów jej piersi rozrywa?

Że widzi na wskróś niebo ciemnymi oczyma?

Że Znicz w zgrzybiałym łonie swój ogień rozdyma?

Że słynęła wróżbiarką ofiarnica ciemna

Od wybrzeży Połągi aż do źródeł Niemna?