VIII

Krzyżacy z nowym wojskiem, jak wczorajszej chwili,

I tratwy naprawili, i Niemen przebyli,

I trzy potężne hufce zmierzają swobodniej

Od Niemna, od Puniały, od strony zachodniej;

Tylko strona południa, gdzie las i bezdroże

Wieńcem się wojsk morderczych opasać nie może.

Książe saski, choć ranny, od strony Puniały

Rozwinął po wąwozach hufiec okazały;

Nemur, gościnne książę od Niemieckiej Rzeszy,

Pod zachodnie okopy z rajtarami spieszy,

I szykuje konnicę nad szerokim jarem;

Sam Wielki Mistrz od Niemna, pod białym sztandarem,

Na czele swej piechoty przodkowanie bierze,

Wdziera się mimo trudu na strome wybrzeże.

A Litwa ogarnięta potrójną obławą

Na wszystkich trzech okopach potyka się żwawo;

W miarę jak rąk ubywa, odwagi przyrasta:

Mąż bierze łuk i włócznię, a słaba niewiasta

Kamieniami i gruzem zamierza z oddali,

Bije w głowy rajtarów i z nóg ich obali;

Tylko że słabym rękom ta praca niełatwa.

Dziś ani jeden czółen, ani jedna tratwa

Nie zostały strzaskane od ciosu kamieni,

Rzadko trupem krzyżackim Niemen się zapieni.

A nie bacząc na straty niemiecka drużyna,

Coraz wyżej a wyżej po wałach się wspina,

Czepia się na urwiskach, czepia na opoce,

I z bojowych taranów do warowni grzmoce.

Litwa stanęła pierśmi — zakipiał bój ręczny,

Zlał się w jedną gromadę oddział trzytysięczny,

I krzyki różnorodne, i szczęk różnej broni

Szalonymi rozgwary uderzył po błoni,

Naokoło warowni rzeź toczy się krwawa,

jakby chmurny obłok kłębi się kurzawa,

I coraz się rozciąga i dłużej i szerzej;

Czasem ogień z rusznicy jak piorun uderzy,

Czasem bieżąc po wałach różnymi zakręty

Grzmotnie wśród chmury kamień z wieżycy zepchnięty,

Przebija w chmurze otwór, co znowu się zlewa;

Z chmury tylko krew świszczy, jak deszczu ulewa,

I walą się zabici do rzeki, do fosy,

A z twierdzy jęk niewieści kwili wniebogłosy.

Zza Niemna coraz nowi przybywaj ą goście,

I na trupach zabitych, jakby na pomoście,

Stają nowe szeregi na pomoc Mistrzowi,

Kędy huf obezsilon, świeżym się odnowi.

A Litwini wciąż jedni wśród nieprzyjaciela;

Oko piaskiem nabite już niecelno strzela,

Ręce trudem złamane nie udźwigną młota,

Słabym tylko zamachem po pancerzach grzmota

Silny niegdyś ich bardysz. — Koleją, koleją,

Widzi Margier, żejego bojowniki mdleją186

W piersiach zachrzypnął okrzyk, co był silny z rana,

W oczach krew się zapiekła, a na ustach piana.

Zatrąbił do odwrotu, i swój zastęp cały

Pod osłonę warowni zgromadził na wały,

I już pod samym wałem ujrzał krzyża znamię.

Spojrzał w oczy Litwinom, i ręce załamie:

Na próżno im wydawać wojownicze hasła,

Ostatnia iskra męstwa w ich oczach zagasła;

Ale jeszcze ostatnia nadzieja nie znika.

„Niech silny grad kamieni spotka najezdnika!”

I co żyje: mężowie, niewiasty i dzieci,

Jęli dźwigać stos cegieł — i gradem poleci

Tysiąc strasznych pocisków — a każdy coś znaczy:

Bo najstraszniejsza siła to siła rozpaczy!

Jak gdyby pod sturęcznym zamachem olbrzyma

Chwieje się huf krzyżacki, i pochód zatrzyma.