XIV
Słońce zaszło... Na wałach, o wieczornej porze,
Jak zwykle — Ransdorf marzy... a tam ostrzą noże,
Gotują stos ofiarny, rozpalają płomie.
Ściemniało... postać w bieli zbliża się widomie85;
Krzyżak oko wytężył... to postać niewiasty
Skrada się poza wały, poza dzikie chwasty;
Przybliża się... to ona przed jeńca oczyma...
Pokraśniala... chce mówić, lecz oddechu nie ma —
Zdobyła się na słowo: „Cudzoziemcze młody!
Uchodź stąd... uchodź prędko... złamane przeszkody,
Ułatwiona ucieczka... przez Niemen... po błoni...
Uciekaj, nieszczęśliwy! śmierć za tobą goni!”
I chwyta go za rękę, i jak młode sarnię,
Bieży z wału — to dzikie zarośle odgarnie,
To przeskoczy przez kamień — „spiesz się, spiesz, młodzianie!”
Aż serce jej kołace, aż oddech ustanie,
A oczy jej tak iskrzą, jakby słońce we dnie,
A lice to skraśnieje, to znowu poblednie;
Ransdorf tuż za nią dąży, lecz zgadnąć nie zdoła,
Jaką śmiercią mu grozi i dokąd go woła;
Jedno tylko rozumie: że tak dni i lata
Leciałby z nią i leciał aż na koniec świata.