XIII

Słońce wieki płynęło po niebios obszarze.

Niespokój wszystkie w zamku wypiętnował twarze:

Margier smutny, ponury słowa nie przemówi;

Egle od ranka patrzy wciąż ku zachodowi,

Jakby mierzy od słońca niebiosów błękity,

By się skończył dzień długi — och! dzień nieprzebyty;

Lutas potrząsa głową, sam ze sobą gwarzy;

A niewiasty i dzieci, młodzieńcy i starzy

Krzątają się po zamku, patrzą na Krzyżaka,

I niejedno spojrzenie, jak zła wróżba jaka,

Zatrzymało się na nim — lecz w ciżbie prostaczej

Rzadko wyraz niechęci, częściej łzę obaczy.

I dziwi się pacholę, co się w zamku stało,

Czemu wszyscy nań patrzą boleśnie, nieśmiało?

Czemu z dala go mija litewska gromada,

A żaden nie pozdrowi, słowa nie zagada?

Zresztą, mało go troszczy ich trwoga nieznana;

O jedno chciałby spytać: dla czego dziś z rana,

Wedle swej pobożności, wedle obyczaju,

Nie szła córka książęca do świętego gaju?

Och! nie tak węże z gaju upragnione mleka,

Jak on spojrzenia Egli — czy przed nim ucieka?

Czy odgadła płomienie, co mu w duszy gorą?

Czy może zatrudnioną, czy może jest chorą?

Czy może dziki Litwin — o biada mu, biada! —

Nadniemnowej bogini swe ofiary składa?

Ransdorf na takich myślach przebył dzionek Boży,

I on cierpiał — któż zgadnie? może cierpiał srożej:

Bo biedne młode serce, kiedy w nim zagości

Szatan niedowierzania lub piekło zazdrości!