Przedśpiewek do litewskiego czytelnika

Ziemio moja rodzona, Litwo moja święta,

Żółtym piaskiem i drobną trawą przytrząśnięta!

Niepokaźne na oko dzikie twe zacisze,

Nie tak jak u Auzońców1 i Helwetów2, słyszę,

Gdzie pole jak raj ziemski, jako świata dziwo,

Gdzie lasy zarastają mirtem i oliwą;

Gdzie góry od ponarskich wyższe tysiąc razy,

Takie cudne co chwila stawią3 krajobrazy,

Takie rzeki, kaskady i jeziora tworzą,

Że je Włosi malują i na dziw rozwożą

Po litewskich jarmarkach, gdzie je naród chwyta —

Ty nie dojdziesz téj sławy, Litwo rodowita!

Twoja ziemia posępna, twe niebo bez blasku,

Ciebie do Włoch na pokaz nie powieźć w obrazku;

Nie spada w katarakty twoja woda sina,

Na twych wzgórkach jałowiec, po lasach sośnina, —

Z nieociosanych berwion klecone twe domy,

Kwitnie mech zielonawy na strzechach ze słomy,

A pod strzechą lud pełen prostoty i dziczy;

Rzekłbyś, patrząc na niego, że do trzech nie zliczy.

A jednak do twéj treści zajrzawszy głęboko,

Litwo! tyś więcéj warta, niż zda się na oko:

Pieszczota oceanu, dziwowisko świata,

Z twych sosen wyciosana brytańska fregata;

Siermiężny syn twych wiosek po to ziemię kopie,

Aby głodno nie było pięknéj Europie;

Nie zląkł się prosty szlachcic, karmiony twém żytem,

Ani Turków pod Wiedniem, ni skał pod Madrytem.

Cicho Niemen przebiega rodzinne siedziby,

Niestraszny dla żeglarza i spokojny niby,

Pozwala siebie łodziom deptać całe lato,

Zimą da się w ciemnicę zakuć lodowatą;

Nie stawi groźno czoła — nie rwie się, nie ryczy,

Taki zda się pokorny, taki niewolniczy!

O! nie wierz tej pokorze — i patrz, kiedy łaska,

Gdy się na wiosnę wzburzy i lód poroztrzaska, —

Biada! ocknął się olbrzym — wie, kto go znieważa:

Gruchoce dom rybaka i statek żeglarza,

Falą zalewa błonie, echem grzmi po borze,

A gdyby jeszcze chwila — świat zniszczyłby może.

Lecz gniew jego przekipiał, już krzywd zapomina. —

Ot tak samo jak Niemcu i serce Litwina;

Tu gdzie niebo posępne, gdzie chłodnawe klima4,

Zda się, żadna namiętność wrząca nie wytrzyma,

Zda się, ludzie drzymali, a całe ich życie

Upływało powoli i nierozmaicie,

Tak Litwin niepocześny, tak zwiesił cóś głowę. —

Ho! ho! zapytaj dziejów, zbierz wieści domowe,

I co mędrzec zapisał, i co prządka gwarzy,

A poznasz, jak na zimnéj i spokojnej twarzy

Odkryć gorącéj myśli tajemnicze piętno.

O! i poważna Litwa umie być namiętną:

Tutaj chrobrym zapałem pierś męża oddycha —

Tutaj miłość dziewicza gorąca, choć cicha,

Tutaj znać burze życia na obliczu starém...

Kolejno z pługiem, z krzyżem, z mieczem lub z pucharem,

To rąbiąc się wzajemnie, jak rozkażą starszy,

To wiodąc w gronie dziatwy żywot patriarszy,

To w modlitwie, — to doma5, to między cudzymi

Ruchawe pędził chwile mieszkaniec tej ziemi.

A ile doznał przygód! — i sam nie spamięta;

Czasem bywa ich powieść serdeczna i święta,

Czasem wypadek krwawy lub tchnący swawolą,

Niekiedy taki śmieszny, że aż boki bolą. —

A pamiątkę tych przygód — co krok to znachodzę6!

Każdy kopiec na gruncie, każdy krzyż przy drodze,

Stos łomów na gościńcu, kaplica, gospoda,

Wszystko tu jest pamiątką — i wszystko ci poda

Jakąś ciekawą powieść o życiu Litwina.

A ileż się tych podań co dzień zapomina,

Albo widząc nie widzi, a słysząc nie słucha,

Kto rodzimem powietrzem nie napoił ducha?!

Ej, boleśno, boleśno! — czemuż to, mój Boże,

Lirników i gęślarzów miało Zaporoże?

Czemu na naszych polach nie zjawią się tacy,

Jak bardy kaledońscy, jak greccy żebracy,

Co to każdą pamiątkę w rodzinnym zakresie

Zaraz w pieśnię7 ułoży i na świat rozniesie?...

Nas Pan Bóg nie obdarzył talentem śpiewaczym;

My domowe pamiątki kamieniami znaczym;

Co ten kamień?? — zaginie, jako ziemia marna,

Zarośnie mchem zgrzybiałym lub pójdzie na żarna,

A podanie zginęło. — Ejże, jako żywo!

Lirnik miałby tu piękne i bogate żniwo

Opiewać nasze krzyże, kurhany i groby,

Od czasów Mendogowych do dzisiejszej doby,

Od baszty w krewskim zamku, gdzie legł Kiejstut stary,

Aż do krzyża nad brzegiem Prypeci lub Szczary8

Co wzniosła po topielcu wioskowa gromada

I dotąd o tym krzyżu cuda rozpowiada.

Ej, każda taka powieść dla piewcy ciekawa!

Z każdej ludziom nauka, płacz albo zabawa;

A pamiątka i pieśnia9 przywiązana do niej

Zawsze duszy litewskiej choć cząstkę odsłoni.

*

Otóż podanie z jednej litewskiej mogiły

Składam dzisiaj w twe ręce, czytelniku miły.

Choć kształtem rymowanym oblokłem to dzieło,

Nic się gwoli10 końcowi prawdzie nie ujęło.

Prawdziwa, w rymotwórcze koncepta uboga,

Powieść urodzonego11 Jana Dęboroga:

O rotmistrzu pancernym i jego mogile,

I jako się upiorem błąkał przez lat tyle;

O starym Dęborogów z Brochwiczami sporze

I o zgodzie serdecznej, — o definitorze,

O świętych jego cnotach, nauce i pracy,

(Czemuż częściej kapłani nie bywają tacy?)

Słowem, całą gawędę z upłynionej12 chwili,

Jako niżej ujrzycie, czytelnicy mili,

Powiadał mi obszernie i w niedawnym czasie

Urodzony Dęboróg, kiedy na popasie

Poznałem go raz pierwszy, — zda się, człek statysta13,

Z oczu widać szlachetność, mina zawiesista,

A dziś już obywatel, małżonek i ojciec.

Ale czy prawdę mówił — skąd ja mogę dociec?

Więc nie chcąc odpowiedzi brać na własną głowę,

Żem cóś zmyślił lub dodał w powieści osnowę,

A pragnąc w całym kształcie oddać tę gawędę,

Własnemi jego słowy14 opowiadać będę.

Urodzony Jan Dęboróg

Gawęda szlachecka