VII

«Miłościwy księże!

(Tak mu przerwał mój ojciec nadąsany srodze)

Na to, proszę aspana, nigdy się nie zgodzę.

Pracować to pracować, lecz herbowne dziecko

Winno zawsze zachować powagę szlachecką

Wobec gminnych plebejów, co z wioski ród wiodą.

Ot, powiem jegomości — z trockim wojewodą

Raz taki był przypadek. — Jak jegomość wiecie,

Na poleskich jeziorach, w bujnym oczerecie,

Lęgną się stada kaczek; — panu wojewodzie

Zamarzyło się z wioski sprowadzić dwie łodzie

I ruszyć na jezioro — w jednej szuchalei36

Byłem ja, pan Bylina i dojeżdżacz z kniei;

A w drugiem czółnie starem i popsutem wielce

Jechał sam wojewoda, wyżeł i dwa strzelce.

Wpływam na głębinę, — wtem... zawietrzył w stronę

Wyżeł, psisko niekarne, a wielce pieszczone,

Obaczył sto kaczek — więc bestyja skora,

Machnął tylko kosmykiem... i buch do jeziora!...

Stara łódź się pochysta, już żłopnęła wody,

Tonie... gwałtu! ratujcie! nie masz wojewody!

Jeno kędyś pluchocą w rozhulanej fali

I on sam, i myśliwcy, którzy z nim jechali, —

Jeno, proszę aspana, z falami się miesza

Jego suta, zielona ze srebrem bekiesza. —

Pan nie pływał, bo tusza była na przeszkodzie;

Lecz Poleszuk, jak ryba, nie zatonie w wodzie,

Strzelcy się wydobyli za wspólną pomocą,

Nogami depcą fale, pięściami je grzmocą,

Płyną, proszę aspana, że aż widok miły —

Jeden z nich, jak dziś pomnę, Hryćko syn Kiryły,

Wynurzył się... odetchnął... dał nurka na nowo...

I jako zgryźć orzecha, jak powiedzieć słowo,

Wybrnął z głębi i za czub37 wojewodę wlecze,

Na którym ledwie piętno rozpoznać człowiecze.

My wpław i do topielca... siłami wszystkiemi

Dawaj na brzeg wynosić i taczać po ziemi,

Aż struga z wojewody leje się jak z kadzi;

Pan bez zmysłów, bez pulsu — więc w całej czeladzi

Przerażenie i popłoch — aż po długiej męce,

Wojewoda odetchnął, wzniósł do góry ręce,

I choć zaledwie żyje, zaledwie oddycha,

Te Deum laudamus38 zabełkotał z cicha;

Zaraz go nieść do zamku na barkiśmy wzięli39.

Nazajutrz wojewoda był zdrów po kąpieli,

I wydał dla nas ucztę. —

Kiedyśmy przy miodzie,

Wszystko opowiedzieli panu wojewodzie:

Jak się czółen wywrócił, jak on wpadł do toni,

Jak go fala unosi, jak go Hryćko goni,

Jak na koniec (niech będą wielbione niebiosy)

Strzelec go z topieliska wyciągnął za włosy.

— »Jak to? (krzyknął gniewliwie, nasrożywszy minę) —

Śmiała mię chamska ręka dzierżeć za czuprynę!

Trockiego wojewodę! pana! dygnitarza!

Gdzie ów śmiałek? — Sto batów! niech się nie odważa

Na podobne zuchwalstwa — bo krew szlachty święta.

Sto batów myśliwcowi! — niechaj zapamięta,

Że szlachcic chociaż w ogniu albo w wodzie ginie,

Wara przedsię40 chłopowi ku jego czuprynie!« —

W końcu nieco ochłonął — musnął się po głowie,

— »Ale żem ja niewdzięczen, niechaj nikt nie powie.

Panie rządco! ja Hryćkę kwituję z pańszczyzną —

Dać mu na całe życie włókę gruntu żyzną,

Niechaj wiedzą włościanie, że jeden w ich rodzie

Trockiego wojewodę salwował41 w przygodzie!

Lecz że za czub mię dzierżał swoją chamską dłonią

Sto batów niech wyliczą, a liczby nie ronią«. —

Więc Hryćko syn Kiryły wziął sute nahaje42

A nam szlachcie na wieki nauka zostaje,

Co rozumieć o naszym herbownym splendorze.

Lecz jegomość się zżymasz43?... ej, definitorze!

Wybij z szanownej głowy swe dziwne pochopy,

I dziecka szlacheckiego nie zrównywaj z chłopy,

Bo na to nie pozwolę; — łaska waszmościna

Za mój grosz jako tako poduczyć mi syna,

Dobrze, proszę aspana; lecz jeśli mój Janek

Ma się uczyć przy snopach łacińskich sielanek,

Razem z chłopstwem zasiadać do misy i chleba,

Dziękuję, — mnie łaciny takiej nie potrzeba;

Niechaj się sobie w domu choć po prostu modli,

Lepiej niech będzie głupim, — a rodu nie spodli».