X
Niekiedy w nocy, gdy maj się pocznie,
Słowik wieczorną piosnkę zadzwoni,
Z wiejskiemi chłopcy56, z tabunem koni,
Lecim na nocleg, śpiewając skocznie.
Aż za wioskę, aż za zboże,
Na wygonie lub ugorze,
Konie w paszę z rąk —
I już chłopcy w jednej chwili
Stosy chrustu nanosili
I zasiedli w krąg;
I ziemniaki w żarze pieką, —
Płomień bucha — ej, daleko
Widać ogień nasz.
Co tam śmiechu, co tam wrzasku,
Ktoś upiorem straszy z lasku, —
Człowiek ani dbasz.
Choć kto w dzień się namozoli,
Choć drugiemu serce boli,
To najmniejsza rzecz.
Bo gdy ludno, pusto57, gwarnie,
Smutek duszy nie ogarnie,
Wszelka bojaźń precz. —
Na rośnej58 trawie rozścielamy suknie59,
Zjemy ziemniaki i chleba po kęsie,
I chór: «Dobranoc o Jezu!» jak huknie,
Tak aż się echo w olszniaku60 zatrzęsie. —
I daleko po równinie
Świętej pieśni echo płynie.
Czasem słowik wtór nam poda,
W sercu rzewność tak głęboka,
Ani ujrzysz, gdy ci z oka
Łzy poleją się jak woda.
Człowiek rzeźwiejszy po świętej pieśni
Do nowych śmiechów, do pogadanek;
We wsi już kury pieją poranek,
A o spoczynku żaden z nas nie śni.
Bo jakże usnąć w majowe noce:
Tu konie zarżą, tu ogień błyśnie,
A tutaj ptastwo, jak naumyślnie,
Na tysiąc tonów piosnkę szczebioce.
Chrust na stosie, ogień bucha,
Księżyc świeci, a gromada
Pieśni, skazki61 opowiada,
Skazek, pieśni bacznie słucha.
Miłoż w kółko sieść62 na ziemię!
Gwarzyć w ptastwa słodkiej wrzawie,
Jeden, drugi niby zdrzemie, —
Miłoż drzemać na murawie.
Ptastwo milknie po kolei,
Ogień z wolna gasnąć zacznie,
A nam sen powieki klei.
Ale czujnie, ale bacznie,
Każdy słyszy jako żywo,
Czy koń parsknie, czy podskoczy,
Brząknie tręzlą63, wstrząśnie grzywą,
Albo zarży na uboczy.
Po chwilce drzemki oko się przetrze,
Blisko poranek, znać już po wietrze,
Znać już po gwiazdach, po szumie rzeczki,
Po głosie drozda i przepióreczki;
I koń już częściej stuka w kopyta,
Zroszoną trawkę pośpieszniej chwyta.
Cyt, już i słowik strzela piosenką,
Już i skowronek wita się z dzionkiem;
My za słowikiem i za skowronkiem
Nucim: «Zawitaj ranna Jutrzenko!»
Ot i szaro, ot i dnieje,
Ot i gaśnie blask księżyca,
Ot i zorza jak dziewica
Miłą barwą rumienieje;
Ot i we wsi ruch niedzielny,
Kogut głosi czas świtania,
Ranny ptaszek, dziad kościelny
Na pacierze już wydzwania.
Jakże pięknie dzwon daleki
W mgłach porannych się rozpływa;
Rzeźwy chłodek wieje z rzeki,
Z oczu resztę snu obmywa!
Słońce ognistym błysło promieniem,
Oblało ziemię światłem i cieniem,
A niebo w złocie, w różach, w błękicie,
Ziemia w zieloność strojna wesołą,
A człowiek wtedy patrząc wokoło,
Stałby jak wryty przez całe życie,
Z pacierzem w duszy, łzami zalany,
Ani by sobie przypomniał kiedy,
Że gdzieś jest ziemia i ziemskie biedy,
Że on nic więcej — zlepek gliniany.
Hej, do domu! czas już pewnie.
Konie syte nocną paszą, —
My weseli, hukniem śpiewnie
I porzucim łąkę naszą.
I wtórując trąbką z rogu,
Na wyścigi, hej przez rowy! —
Ot i nocleg nasz majowy, —
Śpieszmy oddać chwałę Bogu.