XXII
Cóś moje ozdrowienie szło krokiem niesporym100;
Ojciec i definitor troszczą się nad chorym,
Ów przez czułość rodzica i względy herbowe,
Drugi pełniąc po prostu prawo Chrystusowe:
Czy mi gorzej, czy lepiej, czy usnę, czy wstanę,
Przy mnie dobrzy starcowie byli na przemianę,
A straszne moje dumki chcąc rozpędzić szczerze,
Grali ze mną w arcaby, mówili pacierze.
Lecz ojciec cóś mi niezdrów, cóś twarz jego blada,
O trockim wojewodzie nic nie opowiada,
Gdy siądzie do mariasza, choć to gra tak łatwa,
Zamiast bić ze czterdziestu, Bóg wie jak się gmatwa,
A pomnę, jak to dawniej było z nim inaczej,
Okładał pacierzami najzawziętszych graczy.
Dzisiaj snadź101 jego duszę tłoczą jakieś bole,
Nawet pucharek miodu, co pijał przy stole,
Stoi czasem nietknięty aż do jutra rana,
A miód stary od szwedzkich wojen Sudermana
Wiekował w naszym lochu.
Ach, co mu się stało!
W oczy definitora pogląda nieśmiało,
Zamyśla się i znaczno po całej postaci,
Że chciałby o cóś spytać — a odwagę traci.
«Księże definitorze! — wreszcie go zagadnie —
Żyjesz, proszę aspana, święcie i przykładnie,
Śpieszysz z usługą bliźnim, ilekroć się zdarza,
Ot i tu od tygodnia pilnujesz Łazarza102,
Uciekasz od podzięków jakby od napaści,
Ale stary Dęboróg modli się za waści,
A pomimo dawniejsze z waszmością zatargi,
Wyznam, żeś taki święty, jak w żywotach Skargi;
Nie zżymaj się103, nie bluźnię — niech mię Bóg zachowa!
Bo to, proszę aspana... lecz nie o tém mowa...
Chciałem mówić, żeś kapłan ze słowa i czynu,
A teolog zawzięty jak Tomasz z Akwinu,
A łacinnik, mospanie, to jak jezuita,
Jednak... proszę nie śmiej się... gdy cię prostak spyta:
Czy waszmość wierzysz w strachy i nocne upiory,
O których Jaś mój gada... zwyczajnie jak chory,
Wierzysz mu, czy nie wierzysz?» Ksiądz na to odpowie:
— «Są cuda, panie Pawle, o których mędrcowie
Ani śnili na jawie — jest gra wyobraźni,
Czasem szatan widmami do złego nas draźni,
Tak piszą stare księgi — liczyć je nie pora —
Ot, prosto z duszy naszej wyrobi upiora
I postawi przed oczy — nie dziw, że przestrasza!
A są widma i święte, czytaj Tobiasza,
Czytaj o świętym Pawle, toć twój patron przecię —
Są marne przywidzenia, są cuda na świecie,
Poznacie je z owoców — Bóg jest miłosierny».
— «A ja wierzę! — rzekł ojciec — że rotmistrz pancerny
Wyszedł z grobu i stanął przed Jasia oczyma.
Dziś, wyznam jegomości... wszak nikogo nié ma:
Ot! jak chciałbym bez zmazy przejść niebieską bramę,
Że ze trzy razy w życiu widmo takie same
Widziałem, jak was widzę — krew mu płynie z czoła,
Jęcząc redde quos debes! po łacinie woła,
Wskazuje dwór Brochwicza i na nasze miedze. —
Mniemałem, że to figiel, że sprawcę dośledzę,
Ale nie było czasu — bo to owej daty
Ciągnęła mię krew młoda iść z konfederaty;
Myślę sobie: na wojnie jak kulą w łeb palną,
Bezpieczniej będzie odbyć spowiedź jeneralną.
Przed spowiedzią, wieczorem, kiedy grzechy liczę,
Mignęło się na polu widmo tajemnicze. —
Upłynęło lat kilka, przeszły wojen burze,
Ja na dworze trockiego wojewody służę,
Parzę zęby, jak mówią, na dworackiej kaszy;
Kiedy umarł ojciec, słonimski strukczaszy,
Więc przyjechałem tutaj w wiosennej cóś porze,
By gniazdo Dęborogów, dworzec Dęboroże
Objąć w moje dziedzictwo naturali jure104. —
Późnym jakoś wieczorem wyszedłem na górę,
Patrzę na grób rotmistrza, aż przy grobie stoi
Widmo wzniosłej postaci i w żelaznej zbroi,
Muska wąsy skrwawione i swą brodę białą,
Znowu redde quod debes z jękiem zawołało,
Zbladłem... serce zamarło... i trwożliwie puka,
Lecz mówię sam do siebie: to znów czyjaś sztuka!
A nawet się domyślam...
Lat kilka omija,
Zapomniałem o strachach — bo kraśna105 Maryja
Herbu Łabędź, łowczanka zakroczymskiej ziemi
Snuła się jako widmo przed oczami memi.
Począłem konkurować — zezwolili starzy —
Szczęśliwym się sukcessem nasz związek kojarzy.
Tu wesele, tu miłość, tam trud gospodarczy,
Tylu różnym kłopotom ledwie człek wystarczy;
Nie dziw, proszę aspana, że w tak ważnej dobie
Wieczyście zapomniałem o rotmistrza grobie.
Lecz oto... w rok po ślubie, w dzień Jana Chrzciciela
Pan Bóg nową radością mój dom uwesela:
Bo nam się syn urodził zdrowo i pomyślnie.
Do rozrzewnionej duszy modlitwa się ciśnie,
Więc wyszedłem w noc letnią pomodlić się Panu
I znowu słyszę jęki od strony kurhanu,
I znowu takież widmo, z temże groźnem słowem:
Redde, redde, quod debes! — aż echem grobowem
Zadrgał las wśród północnej, uroczystej głuszy —
Choćby kazano przysiąc na zbawienie duszy,
To przysięgnę, że głos ten nie z naszego świata —
Struchlały padłem na twarz».