XXI

Przespałem tydzień — strach, co mi się marzy!

Ciało jak kamień, a dusza — jak w piekle,

Modlę się we śnie, to przeklinam wściekle.

I widzę ojca, domowych, lekarzy,

A choć się ocknę, to w myślach nie sprawię,

Co było we śnie, co było na jawie.

Gdym wreszcie oczy otworzył przytomnie,

Dwóch dobrych starców przy mem łożu baczę98:

Ksiądz definitor modli się koło mnie,

A ojciec ręce załamał i płacze.

Gdym przemknął oczy i pot otarł z czoła,

Ojciec wzniósł ręce i głośno zawoła:

«Witaj nam z grobu młody Dęborogu!

Proszę aspana — siedem dni jak chwila

Byłeś w gorączce — ale dzięki Bogu,

Dziś się choroba stanowczo przesila.

Boże mych przodków, o wielki Jehowo!

Puść mię w pokoju! niech starzec już skona.

Kiedy żyć będzie na świetność herbową

Mojego domu latoróśl zielona.

A ja o mojem rozpaczałem dziecku,

Że w tych męczarniach rozstanie się z duszą,

Ja umrę z żalu — i po staroświecku

Herb mego rodu przy trumnie pokruszą...

Dziś jest nadzieja, że mię syn pochowa

I weźmie po mnie zaszczyty ojczyste;

Dzięki Ci, Matko święta z Poczajowa!

Dziękić cudowny boromelski Chryste!

Lecz dosyć stękać nad twoją mogiłą;

Wyszedłeś we dnie, powróciłeś w nocy,

Proszę aspana, powiedz, jak to było,

Kto cię napędził tak ciężkiej niemocy?»

— «A dajcież pokój! a bądźcież uważni,

(Rzekł definitor ocierając oczy)

Jeszcze go powieść na nowo rozdrażni,

I znów gorączka głowę mu zamroczy». — «Nie, ojcze — rzekłem — pozwala mi zdrowie, Mogę przypomnieć minione obrazy, A gdy przed wami wszystko się rozpowie, To lżej mi będzie, lżej będzie sto razy. —

Ot kiedym z łowów powracał w noc ciemną,

Z grobu rotmistrza opadły mię strachy, —

Straszny dziad jakiś stanął tuż przede mną,

Wielkiego wzrostu i w odzieniu z blachy;

A krew mu ciekła po twarzy i brodzie,

A kiedy jęknie, to aż w serce bodzie.

Tchnie groźbą cała postać tajemnicza;

I skinął ręką przed oczami memi

Na nasze grunta i na dwór Brochwicza,

Redde quod debes — wyjęknął spod ziemi.

A jam bez duchu uciekał po błoni,

A tutaj zda się, że dziad za mną goni.

Wbiegłem do domu o samej północy,

Krew lodem krzepnie, to żarem się pali,

Padłem jak martwy na łoże niemocy

I nie pamiętam, co już było dalej;

Tylko w gorączce ani chwili nié ma,

Aby mi starzec nie stał przed oczyma»

— «No dosyć tego — rzekł mi ojciec smutno —

Zapomnij widma, bo ci to niezdrowo».

Ale widziałem, że zbledniał99 jak płótno,

Wzniósł w górę oczy, a kiwając głową,

Szepnął z westchnieniem: «Miłosierny Panie!

Kiedyż to widmo dręczyć nas przestanie?»