XX

Księżyc zza chmury przyświeca mgławo,

Gdzieś tam ogniska błyszczą za milę,

A tutaj sterczą w lewo i w prawo

Drzew i chat wiejskich czarne profile.

Droga znajoma, ach! i jak jeszcze...

Znam każdą trawkę w nocnej pomroce,

Wiem, jak tutejsza olcha szeleszcze93,

Jak tu pod olchą strumień pluchoce94.

Tu każda trawka, fala i listek,

Zda się, żegnają, cóś do mnie kwilą.

Tyle wspomnienia! — tu świat mój wszystek,

Tu moje niebo było przed chwilą!

A teraz, teraz... piekielne bole

Nad memi pierśmi pastwią się srodze;

Idę jak martwy — wbiegam na pole,

Pod rotmistrzowy kurhan przychodzę.

Wśród czarnej nocy brnę nieprzytomnie, —

Wtem coś jęknęło — dreszcz przebiegł po mnie,

Spójrzę... dziad jakiś... biały, wysoki,

Stoi ode mnie tuż o dwa kroki,

«Kto tu? i po co?» — krzyknę na dziada,

A w trwożnych piersiach zamiera słowo,

Starzec jak martwy nie odpowiada,

A tylko głośniej jęknął grobowo.

Wzrostem jak olbrzym — jak leśna jodła.

Ubrany w białej, grubej opończy,

Snadź95 że mu czoło kula przebodła,

Po białych włosach krew mu się sączy,

Na piersiach stalna96 błyszczy się łuska,

Szeroką ręką po wąsach muska;

A taki straszny wyraz oblicza,

Że gdy go przyśnię i dziś mi trwożno —

Wskazał prawicą na dwór Brochwicza,

Potem na naszą miedzę przydrożną,

Otworzył usta, wlepił wzrok we mnie

I trzy wyrazy jęknął podziemnie:

«Redde quod debes97!!»

«Kto tu?!» — krzyknąłem,

Choć pierś zamarła ledwie kołata,

Czuję pot zimny leje się czołem —

Wtem zniknął upiór z innego świata.

Lecz wyobraźnia strachem nabita

Jeszcze go widzi na ciemnej błoni!

Uciekam polem, ot, zda się, goni

I trupią ręką za szyję chwyta.

Wbiegłem do domu — wszyscy już spali,

Więc bez pamięci na łoże padłem,

Chłód mię przejmuje, gorączka pali —

To zda się walczę z jakiemś widziadłem,

To widzę matkę Zosi surową,

To mię mój ojciec przeklina marnie,

To zważam każde kochanki słowo,

A w każdem słowie nowe męczarnie.

W takich torturach duszy i ciała

Chciałem gdzie uciec, lecz się nie dźwignę, —

Na koniec jutrznia gdy zaświtała,

Sen ukołysał ciężką malignę.