XIX

Raz jak dziś pomnę — wieczór był świeży,

Szedłem dumając pod lube sioło,

Zosia jak zwykle spotkać mię bieży,

Ale w jej oczach coś niewesoło.

«Czy wiesz? — mówiła ze łzami dziewa —

Niedobre wieści: mama się gniewa.

Ja wczora licząc na dobroć mamy,

A chcąc ją zdziwić niespodziewanie,

Szczerze wyznałam, że się kochamy,

Jak tylko serce pokochać w stanie.

Mama mi rzekła, że się nie dziwi,

Lecz pragnie płochość wstrzymać w zapędzie,

Bo cóż że młodzi dzisiaj szczęśliwi?

Rozdrażnią serce — i gorzko będzie.

Trzeba się rozstać, choć serce pęka:

Bo ty mię kochasz bez ojca wiedzy,

A moje serce... i moja ręka

Nie dla sąsiadów zza waszej miedzy.

Tak mówi matka (przebacz mój drogi!),

Że my odwieczne dla siebie wrogi,

Że lat ze trzysta od owej chwili,

Jak z Brochwiczami Dęborogowie

O jakieś grunta się pokłócili,

I process spadał po męskiej głowie

Z ojca na syna, jak powieść niesie.

Ach cóż te grunta? nie dopuść Boże!

Ot tylko śmiać się i płakać chce się;

Miłość grunt rzeczy — nieprawda może?

Wielkie mi święto, że spór się toczy,

Śmieszne te sądy i trybunały!...»

I z głośnym śmiechem zakryła oczy,

Bo z modrych oczu łzy się polały.

Jam drżącą ręką schwycił jej dłonie,

Gorąca głowa zwisła mi z szyje91,

Czuję — w jej rękach twarz moja płonie,

A serce w piersiach z łoskotem bije.

«O Zosiu moja! — rzekłem w rozpaczy —

Przed tobą młodość, życia rozkosze,

Ty mię zapomnisz... Bóg mi przebaczy,

Ja żyć nie mogę...»

«O! bardzo proszę,

To cóś jak w książce — my chrześcijanie,

Ufać nam, ufać w pańską opiekę!

Jest Bóg, jest przyszłość — ej, panie Janie,

Gdy będziesz płakać, to wnet uciekę92,

Śpieszę do matki, matka się gniewa,

A my tu marnie kwilim jak dzieci —

Kto na kominek przyniesie drzewa?

Kto jej tak jasno ogień nanieci?

Kto ją beze mnie do snu ugada?

Ja kocham mamę jak własną duszę;

Dziś mi na wieki pana sąsiada

Każe pożegnać — i spełnić muszę,

Bo tam źli ludzie jeszcze powiedzą,

Żeśmy znęciły młodego ptaszka,

By wam wyłudzić pole za miedzą;

Że nasza miłość — at, sobie... fraszka.

Piękna to fraszka... serce tak boli,

Matce się zdaje, że to daremno!...

Czyż nigdy ojciec twój nie dozwoli,

Aby Dęboróg łączył się ze mną,

Z córką Brochwicza... ej, te przestrogi!

Niby twój ojciec taki już srogi —

Niby ja nie wiem, że ciebie pieści,

Chociaż się zdaje trzymać na wodzy;

Ej, ci rodzice niby to srodzy,

A znieść nie mogą naszych boleści.

Ot, jestem pewna — o rękę Zosi

Ojciec przyjedzie i sam poprosi.

Wtedy się chyba... wtedy obaczym!...

Bądź zdrów — nie traćmy dobrej nadziei...»

I tak szczebiocąc z śmiechem i płaczem

Znikła w zaroślach ciemnej alei,

Tylko jej piosnkę słychać z daleka —

Czy chce łzy pokryć? — czy marzy świetnie?

Może ode mnie rada ucieka —

O serce! serce szesnastoletnie! —

Jak bezprzytomny padłem na ziemię

I bolejące szarpałem łono.

Księżyc, co dotąd za lasem drzemie,

Wychylił na świat głowę czerwoną;

I drżącem światłem trysnąwszy w oczy,

Trochę mi ulżył cierpień ogromu,

Choć w piersiach ciężar, głowa się mroczy,

Niepewnym krokiem szedłem do domu.