XVIII

Co dzień w pole — ej, nie w pole,

A do dworku pod topole;

Już znajomość — cóż za dziwy?

Bliski sąsiad i myśliwy,

Że zajedzie niedaleko

Na poziomki i na mleko;

Że zwierzynę mamie nosi

I zagląda w oczki Zosi.

Ej, poziomki! ej, to mleko!

Ej, ten dworek niedaleko!

Ej, te oczki! — mówiąc krótko

Poglądały tak słodziutko,

Tak miluchno — z wolna... z wolna...

Już w nas chętka zobopolna

Spojrzeć razem, westchnąć razem,

Poszczebiotać półwyrazem,

Przyjacielsko ścisnąć dłonie,

Razem wybiec na ustronie,

Pisać kartki potajemnie

I o sobie śnić wzajemnie.

Cicho, z wolna, niewidomie

Gore dusza, gdy spodoba,

Z małej iskry bucha płomie84

I zażega serca oba.

Mgnienie oka, śmiech, swawole,

Zadumanie, gniew i zgoda,

Zda się fraszki — daj im wolę,

A zgubiona dusza młoda!

Taka biedna, tak szczęśliwa,

Gdy w tych fraszkach się rozpływa,

Już dla świata żyć nie może.

Jedną myślą się otoczy,

By wciąż patrzeć w lube oczy,

By żyć w lubym rozhoworze85

Wieki wieków, — czas przeleci

Stokroć chyżej od motyla:

Bo szczęśliwi to jak dzieci,

Dni ich lecą jako chwila.

Precz godziny! gdy słodyczą

Młoda dusza się rozmarzy;

Jedna bieda — że ci starzy

Na zegarach czas swój liczą.

Ani śni się ojcu, matce,

Co ci miło? co cię bodzie?

Dusza rwie się jak ptak w klatce,

A tu gadaj o pogodzie.

Dobra matka karty kładnie

Na los dziecka — lecz nie zgadnie,

Co tam dziecka myśl kołycha86,

Czego dziewczę ciągle wzdycha,

Czego młodzian smutny bladnie87.

Na niespokój snu twojego

Dają leki, warzą ziela,

A broń Boże, gdy postrzegą

Gdzie najczęściej oko strzela;

Wnet witają chmurną twarzą,

Dają rady i przestrogi

I zachmurzą dzień twój błogi,

I uczuciom zmilknąć każą.

Zimnem okiem wrzące łono

Chcą przemierzyć aż do głębi,

Przyzwoitym chłodem wioną,

Aż ci serce się wyziębi.

Matka Zosi — święta dusza!

Polubiła mię jak syna,

Jednak czasem głową rusza:

Częsta moja tam gościna

Snadź88 się matce nie podoba.

Gdzie tam częsta? — trudno w drogę!

Czasem przejdzie cała doba,

A ja wymknąć się nie mogę.

Ho, ho! gdyby ojciec wiedział,

Gdzie mnie co dzień kroki wiodą,

Wnet by z trockim wojewodą

Dał mi uczuć cały przedział,

Co rozróżnia nasze domy

Z wieków wiecznych, od pradziada;

Koniec rzeczy już wiadomy:

Bo przysłowie zapowiada,

Że Dęboróg póki świata

Z Brochwiczami się nie zbrata. —

At, zwyczajnie ludzie starzy;

Ale miłość pełna szału

Nie zagląda do herbarzy,

Ni w dekreta trybunału.

Po swojemu łączy pary,

Innym taktem pieśń zaczyna,

Stary proces lub herb stary

Fraszka w oczach Kupidyna.

Dzisiaj szczęsno!

Lecz niestety!

Jaka przyszłość serce boli:

Upór starca lub kobiety

Na nasz związek nie pozwoli —

Bo mój ojciec nigdy zgoła

O Brochwiczach ani gada,

Matka Zosi niewesoła,

Bo żal czuje do sąsiada.

Jakieś kłótnie tajemnicze

Dzierżą starych pod swą władzą. —

Dęborogi i Brochwicze

Ręki sobie nie podadzą.

A cóż dla mnie? — śmierć z rozpaczy!

Przez te mary zapaleńcze!

Choć przycierpię, choć się zdręczę,

Lecz zapomnę... nie inaczej.

Ot, na sercu rękę kładę

I tamuję jego bicie,

Nigdy... nigdy... póki życie

Już na łowy nie pojadę,

Ani spojrzę k’tamtej stronie,

Ani myślą nie pogonię;

Co jest w sercu, to się zatrze

I zapomnieć jestem gotów,

W jasne oczy nie popatrzę,

Nie usłyszę jej szczebiotów,

Co to płyną dźwięcznie, z cicha,

Aż się serce rozkołycha.

Takem roił zamyślony,

Ciągle patrząc w lube strony,

Potem kojąc serca bole,

Marsz do dworku pod topole.

A przed bramą wiem, że spotka

Niespodzianka jaka słodka,

Albo wianek na brzezinie,

Albo kartka na tyczynie89,

Albo czasem gdy podchodzę,

Zosia spotka mię na drodze;

Wtedy smutek się rozproszy,

Wstrząśnie duszę miłość święta.

Serce pjane90 od rozkoszy,

Rannych zaklęć nie pamięta.