XVII

Hejże znowu ja do kniei!

Jesień — zima — wciąż na łowy:

Raz zabiegłem po kolei

Aż za wzgórek rotmistrzowy,

Aż za kopce cudzych granic.

Była wiosna — zachód słońca,

Lecz nie zwykłem zważać na nic,

Kiedy ruszą psy zająca.

Dalej, dalej, a tu ciemno

Czas do domu — zmrok zapada,

Patrzę wkoło — tuż przede mną

Dwór sąsiadki czy sąsiada.

Tu Brochwiczów gniazdo rodu,

Ród szlachecki, choć ubogi,

Nasłuchałem się za młodu,

Żeśmy sobie wieczne wrogi,

Że Dęboróg — póki świata,

Z Brochwiczami się nie zbrata.

Grób rotmistrzów, jakieś pole,

Były źródłem wiecznej waśni;

Lecz o całym tym warchole

Kiedyż ojciec mię objaśni?

Dziś nieprzyjaźń nie jest jawną,

Tylko zawsze siebie stronim —

Stary Brochwicz umarł dawno —

A tu mieszka wdowa po nim.

Ojciec mówi, że Brochwicze

To wrogowie nam wieczyści;

Cóś im jednak źle nie życzę,

Żadnej nie mam nienawiści.

Cóś mi szepce — pomóż, Boże,

A ja rankor ten umorzę.

Dworzec mały — a tak schludno

Tak cóś miło w każdej stronie,

Że źle trzymać o nich trudno,

Poczciwością zewsząd wionie.

Stary domek, stara strzecha,

Kędy mieszka stara wdowa,

A do okna się uśmiecha

Stara gałąź topolowa.

Lecz w ogrodzie — ach, mój Boże!

Same kwiaty, same róże,

Pięknie wokół — przez częstokół

Patrzę, aż tu hoża dziewa

Sadzi kwiaty i polewa,

I piosenkę jakąś śpiewa.

Słucham... słucham, serce gubię,

Za jej głosem myślą idę,

Ona śpiewa jak na biedę,

Tę piosenkę, co ja lubię.

Długom patrzał między liście,

Coraz baczniej, coraz milej,

Krótko mówiąc — od tej chwili

Zakochałem się ogniście...

Gdym odchodził po kryjomu,

Aby znak zostawić jaki,

Na topoli koło domu

Zawiesiłem dwa szaraki.