Zaścianek Podkowa

Gawęda szlachecka z 1812 roku1

PODRÓŻNY

Boże, co za spiekota; pot czoło opływa,

Prędkoż mię do gospody zawiedzie ta ścieżka?

Ziemio rodzinna moja! szczęsny, kto tu mieszka,

Biédny, kto podróż odbywa!

Hop mój koniu! choć pianą i potem okryty,

Choć pan twój ledwie żyje ze skwaru, z niewczasu2,

Tam za górą, na łące widać jakieś szczyty!

To może strzecha popasu3.

Mylę się... to są gruzy starego kościoła,

Tynk opadł, okna puste, wyszczerbione mury,

Na dachu szkielet krokwi nienakrytych zgoła,

A w klonie dzwon sygnatury.

Co za rozkoszne miejsce, a pustkami stoi;

Odłogiem leży pasmo pól i sianożęci,

Jak tu pięknie w olszniaku ów strumień się kręci,

On nas spragnionych napoi!

Puszczę konia na trawę, a sam wodą czystą

Orzeźwię się, umyję i ręce, i skronie.

A ległszy na murawie, olszyną cienistą

Spaloną głowę osłonię.

ŻEBRAK

Dzień dobry mój paniczu! Niech cię Pan Bóg broni,

Niech chowa w swojéj opiece,

Wiedz, że tutaj na łące nie wolno paść koni,

Nie wolno poić w téj rzece.

PODRÓŻNY

Jak to? Mówisz nie wolno, a czyjaż to łąka?

Czy jesteś stróżem najętym?

ŻEBRAK

Tak panie, jestem stróżem jak pies, co się błąka,

Czując4 nad skarbem zaklętym.

Stróżem jestem, ten kościół, te spalone krzyże,

Cmentarz, skąd panisko dyba5,

Te łąki, te poletki i te wody chyże,

To moich przodków sadziba6.

Czy widzisz za kaplicą gruz pieców ceglasty?

Widzisz ten komin wyniosły?

Czy widzisz stosy węgla, pokrzywy i chwasty,

Co na popiele wyrosły?

Czy widzisz tę w zagonach ziemię nieuprawną?

Nie zawsze była jałową!

Przed trzydziestu latami... niezbyt jeszcze dawno

Tu stał zaścianek Podkowa, —

Tak narzeczon7 od herbu, co rodu zaszczyty

Głosił z niepamiętnéj pory,

Bo my choć biédni, mamy klejnot8 rodowity,

Co dał nam Stefan Batory.

Bo to za owych czasów nasz przodek Konstanty,

Nabył swój klejnot dostojnie,

Kiedy Stefan Batory zdobywał Inflanty,

Zyskał szlachectwo na wojnie.

Od niego to pochodzi parentela9 nasza,

Drzewo wspaniałéj postaci,

Syn Konstantyna Krzysztof zrodził Tobijasza,

Tobijasz zrodził trzech braci;

Najstarszy był Mikołaj, jego gałęź trzyma

W rodzie pierwszeństwo ojczyste,

Mikołaj zrodził Pawła, Paweł Joachima,

Joachim Jana Baptistę:

Jan mosanie10 Baptista, zbaw mu Boże duszę,

To był mój ojciec rodzony;

Ach! co by on powiedział, że ja spędzać muszę

Gościa, co przybył w te strony!

Pan myślisz, że ja bronię łąkę i pastwisko

Z jakiéjś nieludzkiéj rachuby?

Nieprawda, jak Bóg żywy, nieprawda panisko!

Ja tylko nie chcę twéj zguby.

Ho! ho! gdybyś zawitał do tego ustronia,

Gdy tu mieszkałem za młodu,

Miałbyś suto murogu11 i owsa dla konia,

Miałbyś i piwa, i miodu.

Bo tu była zamożność i wiosną, i zimą,

Wiész, jaka była tu cnota?

Każdy kto tu przyjechał lub zabłądził mimo

Nie wyszedł trzeźwy za wrota.

A teraz gdy zaścianek przyszedł ku zagubie,

Wiész, jak przeklęty okropnie!

Biada bydłu, co trawę z téj łąki uskubie!

Biada kto wody téj żłopnie!

A nawet kto tutejszy, mija to bezdroże,

Bo wié, że ziemia zaklęta,

To lub koło się złamie, lub koń zaniemoże,

Albo go niemoc opęta. —

Mnie pan hrabia tutejszy trzyma za zapłatą,

Bym stał jak wiecha przydrożna,

I ostrzegał podróżnych i zima, i lato:

Że tędy jechać nie można.

Bywało — zorzą drogę — to jedzie, kto nie wie,

I klęskę sobie napyta;

W przeszłym roku żebraka, ot tu przy tém drzewie,

Roztrzaskał piorun i kwita —

Czy mało? Co rok prawie cóś się komuś stanie,

Kto w to zabłądzi bezdroże.

PODRÓŻNY

Cóż to jest? Czary jakieś?

ŻEBRAK

Nie czary mój panie,

Lecz pomsta musi być boża.

PODRÓŻNY

Za co?

ŻEBRAK

Ha! Długo gadać, koń trędzlami12 dzwoni

Na długie gawędy nasze —

Wiész pan co? Przebrnij rzekę i na tamtéj błoni

Puść swego konia na paszę. —

Tam już grunt niezaklęty i dobre pastwisko;

Widzisz tę kłodę dębową?

Siądźmy, ja ci rozpowiém, skąd to uroczysko

Zaklętem i Pomstą zową.