XI

A mieszkańcy Podkowy za lasem daleko,

Pan Bóg wié, dokąd się wleką —

Dym rodzinnego zgliszcza rozciąga się torem

Za ich sierocym taborem,

I głowę ściska bólem, i przegryza oczy,

Aż łzę spod serca wytłoczy,

Trzody ryczą, a wozy obarczone srodze

Skrzypią po gleistéj drodze,

Mąż smutnie zwiesił głowę, a niewiasta kwili,

Żeśmy złéj pory dożyli.

Gdzie się biédni przytulim? Oto noc się zbliża,

Chyba pod ramiona krzyża,

Który stoi w równinie i trochę wesela

Biednemu sercu udziela. —

Zatrzymaliśmy wozy i przed krzyżem z drewna

Klękła gromadka niepewna,

I piosnkę Alleluja w cześć Wielkiéj Niedzieli,

Wszyscyśmy sercem huknęli. —

Och! tę samą piosenkę dzisiaj jeszcze rano

W naszéj kaplicy śpiewano!

Któż by wtedy powiedział, że w wieczór zapłaczem

Nad naszém życiem tułaczém?

Że domy i kaplica, i wspomnień tak wiele,

Zginą w pożarnym popiele? — —

Lunął dészczyk wiosenny — jego święta władza

Zbolałe serce ochładza,

I słońce się przedarło zza obłocznéj ściany,

Świat jakby złotem oblany, —

Krzyż zabłysnął: i świętém miłosierdziem płonie

Chrystus w cierniowéj koronie;

A nadzieja na każdej zjawiła się twarzy,

Że Pan Bóg wesprze nędzarzy.

Zmówiliśmy pacierze i siadłszy w oddali,

Chleb wielkonocny łamali,

I spożyli baranka na ucztę ostatnią,

I pożegnali się bratnio. —

Cztéry drogi rozstajne schodzą się przy krzyżu —

Jeden miał krewnych w pobliżu,

Drugi miał nieco groszy, więc ruszył na zwiady

Gdzie indziéj szukać posady —

Trzeci strzelał bez pudła, więc przy jakim dworze

Myśliwcem zrobią go może.

Inny z nabożną książką kędyś przy plebanie

Może dzwonnikiem zostanie —

I będzie uczyć dzieci — tak radząc się w tłumie,

Każdy przypomniał, co umié. —

I poszli w cztéry strony Podkowianie biedni

Pracować na chleb powszedni.

Tylko starzec bezdzietny, co w ciężkiéj chorobie

Oślepnął na oczy obie,

I młodzian w bitwie lipskiéj porąbany srodze,

Siedli pod krzyżem przy drodze,

Czekając dobrych ludzi, którzy idąc drogą

Żebraków chlebem wspomogą. —