10 lipca
Tak się jakoś stało na szczęście, że rano, zaraz po śniadaniu, interesuje mnie samo tylko wyjście na pokład. Układam sobie nawet pewną kolejność wrażeń. Wytresowała mnie ta podróż. A więc: najpierw zbadam pogodę. Następnie idzie krótka zabawa z kotkami (które już trochę podrosły), dalej przegląd całego okrętu od przodu do tyłu (w tym jakieś manipulacje wzrokiem z Ukraińcami), potem długie, często nawet godzinne wpatrzenie się w przestwór oceanu, marzenia, czasem jakaś pogwarka z panem De, bo to rano, na świeżo — jeszcześmy nie zdążyli się znienawidzić, dopiero pod wieczór! Później (jeśli jest słońce, bo zdarza się, że przez jakiś głupi system kokieterii słońca do południa nie ma; niby udaje, że nie jest na co dzień, choć mam go już po szyję!) idę na dziób „opalać się”, tam też marzenia, częsta smutek, tęsknota, wreszcie kąpiel, obiad, trochę pracy (nieudanej!) i potem już pustka, bzdury w głowie, nastroiki — słowem, histeria. Mimo że zawsze wstajemy od stołu pogniewani, znowu grywamy w karty, ale jest to ostateczna konieczność. Wieczorem — znana już rodaczka krew z krwi! Dzisiaj wyszedłem z ciemnego korytarzyka, w przejściu rzuciłem stewardowi, „good morning”, zatrzymałem się trochę przed drzwiami, aby rozejrzeć się w pogodzie. Wicher, mglisto i wilgoć. Okrętem trzęsie, skrzypi, z komina wali tłusty i czarny świder dymu. Koty leżą na kupie, co którego wezmę do ręki, to mi zwisa, ślepia zaspane — wprost nie do użytku. Kapitan przesyła mi ze swoich wyżyn pozdrowienia, pierwszy oficer — ten od wycinanek — też daje mi ręką „pod kazyrok”19.
Mijam kuchnię, widzę dwóch kucharzy, jeden — ładniejszy i bardziej rumiany — stoi wpatrzony błękitnymi oczami w nieokreślone, z wyrazem smutku, a drugi głaszcze go po licach i coś tłumaczy. Poszedłem dalej, ale dobrze sobie to zakarbowałem w pamięci. Już od kilku dni zauważyłem, że miedzy tymi dwoma a stewardem coś jest. Wieczorami schodzą się w kabinie stewarda i we trzech grają w karty. Coś popijają, zaśmiewają się, nie tak jak zwykli mężczyźni, co to jeśli się nie sprzeczają, to chociaż grają poważnie i są na przykład trochę źli, że karta nie idzie. Rzecz normalna. A tu chichi, nigdy poważnej miny i (to na pewno pochwyciłem kilkakrotnie, w przejściach) steward z tym kucharzem, co to głaskał błękitnookiego po twarzy, rzucają mu jakieś spojrzenia, w ogóle — co tu gadać — zalecają się do niego. A ten siedzi jakby lekko zażenowany, skromny, ale pogodny. On tu jest ośrodkiem czegoś, bo jak się człowiek ciągle szwenda tu i ówdzie, robi się najrozmaitsze drobne spostrzeżenia. Raz na przykład różowy kucharz stał oparty o barierę i palił papierosa, a steward zbliżył się do niego i objął go wpół. Ale to nie było takie objęcie przyjacielskie, bo i kolanem, i biodrem. A ten nic, palił sobie obojętnie i słuchał, co mu ten szeptał do ucha. I kiedy zbliżał się drugi kucharz, steward się odsunął. Czasem rumiany wygląda rano jakby zmięty, trochę bledszy, z ustami (jak to czasem mają dziewczyny, kiedy się porządnie wycałują) jakby spuchniętymi od pocałunków. Wprawdzie tych spostrzeżeń na czymś takim solidnym nie mogę oprzeć, ale w każdym bądź razie byłaby to sensacja dla mnie niesłychana, teraz już będę baczną zwracał uwagę na wszelkie ich kroki. Co to za głaskanie po twarzy! Chłop chłopa?
Idę dalej, mijam porozwalanych Ukraińców, patrzących na mnie wcale nie jak bracia Słowianie, po czym wspinam się po schodkach na rufę i tu trochę jeszcze zamyślam się nad powyższymi kwestiami. Okręt pozostawia za sobą daleko ślad od śruby, koło nóg moich przesuwają się wielkie ogniwa łańcucha od steru. Spod jakichś worków wyłazi tajemnicza łowczyni — Pessi. Dzisiaj jest dla mnie jakaś łaskawsza. Otarła się trochę o nogę, miauknęła parę razy, a nawet się położyła. Głaskałem ją z pół godziny, ciągle rozmyślając o przeróżnych kwestiach erotycznych, wreszcie wziąłem Pessi na ręce i poszedłem na śródokręcie. Tam rzuciłem Pessi na pastwę małych i zbliżyłem się do pana De. Stał przy barierze, a na mój widok zaczął monologować:
— Uważa pan, ta wyspa wczorajsza jest wulkaniczna, powiedział mi to kapitan.
— Pewnie! Cóż to, nie widział pan wulkanu, stał jak byk?
— Tak, stał. Wyobraź pan sobie tylko takie życie na takiej wyspie. Co? Ludzie, co tam mieszkają, już pewnie zdziczeli w tym osamotnieniu... to jest — panie, temat! Tam akcję — panie — umieścić, to — panie — materiał niesłychany, to...
— Siadaj pan i pisz, co pan ciągle tylko snuje jakieś pomysły, chodźmy lepiej pograć trochę, bo dzień dzisiaj mętny.
Pan De jakby tylko czekał na tę propozycję. Zawsze się trochę wstydził pierwszy zdradzać z namiętnością do kart.
— Pan mówi: „pisz”, ale tu, panie, trzeba dać rzecz na poziomie i przemyślaną — tłumaczył mi w drodze do stołu.
Po chwili pogrążyliśmy się w ciche misterium wytrzymałości nerwów. Właśnie zacząłem stosować świeżo wymyślony system podrażniania mego partnera, mianowicie monotonne powtarzanie: „Pan, panie Zbyszku, panie Zbyszku, panie Zbyszku... panie Zbyszku, panie Zbyszku” — na melodię ćwiczeń palcówkowych na fortepianie, kiedy raptem wszedł kapitan dziwnie wzburzony, usiadł i ukrył twarz w dłoniach i jakby bredził. Przerwaliśmy grę i przejęci jego dziwnym zachowaniem się, wymknęliśmy się z jadalni. Na pokładzie stali telegrafista i pierwszy oficer, coś gorączkowo sobie przekładając.
— Co mu tam jest? — zapytał ich pan De.
— Jego syn odebrał sobie życie — odpowiedział nam telegrafista. — Właśnie przyszedł telegram.
Przypomnieliśmy sobie, jak często kapitan opowiadał różne komiczne historyjki w związku z tym chłopcem i jak dumny był z niego. Przejęło nas nieszczęście tego człowieka. Cały egoizm okrętu, cała nasza przynależność do niego uwydatniała się w tym wypadku. Dnie miały przemijać dalej, bez możności osobistego wejrzenia w swoje nieszczęście — kapitana. Długo staliśmy na pokładzie, omawiając tę przykrą wiadomość. Pod wieczór przyszła jeszcze jedna niewesoła wiadomość. Oto w kanale La Manche zatonął okręt towarowy tej samej kompanii. Słowem, dzionek obfity w zdarzenia.