2 lipca

Jest jakby cichy, tajny kontakt słońca z morzem. Wszystkie tanie metafory złych poetów, jak „słońce pieści fale”, „słońce przegląda się w lazurowej tani” i podobne określenia, mieszczą się w tym kontakcie. Ta jedyność tych dwóch — morza i słońca — dręczy brakiem szerszego tematu. Bo prostu nic tu się nie dzieje; sama uroda. To nie dla mnie. Znów wyleguję się nago na dziobie. Słońce grzeje, wiatr chłodzi. Z brodą opartą na rękach wpatruję się w dół, w morze. Czasem tuż sprzed dzioba wypryśnie kilkanaście ryb i wachlarzem puszczają się w swój niedaleki lot. I po atrakcji. Nagle czuję, że plecy mam oparzane i po kąpieli zaczyna się ból, męka. Dziś zdaję sobie sprawę, że przecież już wczoraj było bardzo gorąco, a dziś ociekam potem. Mam na sobie tylko spodnie i koszulę, ale ciąży mi to jak pierzyna. W naszej kabinie i w jadalni warczą wentylatory. Koty leżą z wywieszonymi językami, nieskore do figlów. Okręt za to nic nie uspokoił się, to samo co i wczoraj. Do obiadu steward podał karafkę kwasu z lodówki. Jest to smaczne, bo zimne. Jemy niewiele. Staram się trochę pisać, bo pan De przerwał swoją pracę i mam spokój, ale każde słowo odkleja się pod palcami, więc kładę się plecami do góry, i tak się czas wlecze. Aż tu nagle pod wieczór zaczyna siepać deszcz i chociaż upał przestał dokuczać, ale za to jakiś ekstrakt smutku ulokował się we mnie i począł dręczyć aż do mdłości. Nie mogę czytać tego Sobieskiego; czegoś mi za bardzo świątobliwy, ale co do Niemców ma rację. Ułożyłem swoje zwłoki w skrzynce, tam się obijam aż do ciężkiego, dusznego snu.