21 czerwca
Budzę się w chwiejbie. Przewalam się w skrzyni mego łóżka z boku na bok jak belka. Z góry słyszę tłumiony zachwytem głos:
— O, cholera, jaki ładny widok!
Ubieram się i wychodzę na pokład. Ładnie jest — rzeczywiście. Morze: rozfalowana zieleń przecinana zygzakami bieli. Widać zamazany dalą brzeg brazylijski. Rześki powiew skowyczy mi nad głową, od słońca idzie przeczysta jasność. Pokład świąteczny opustoszały, czasem przemknie marynarz. Na wietrze, nad okrętem, rzadko poruszając skrzydłami, lecą mewy, chciwie rozglądają się po bokach. Stoję tak przy burcie, wiatr mi wzdyma nogawki spodni, rozmyślam o tym, jak się teraz czuję, i słyszę w tyle głos pana De. Stoi w drzwiach, wychylił głowę i patrzy wokół, jakby się obawiał ataku samolotów bombowych. Kiwa palcem. Idę i pytam:
— Co?
— Chodź pan do salonu, to panu coś pokażę.
Idziemy. Pokazuje mi palcem w iluminator. Wodzę pusty fragment okrętu i morze.
— No co — pytam.
— Ano nic, ładne, prawda?
— To po to pan mnie wołał? Przecież ja tam miałem tego samego więcej!
— Ano, z tej strony...
Spojrzałem mu bystro w oczy i usiadłem do śniadania. Ściany skrzypią i obrazki wahadłowo i wolno się przesuwają. Sos z mięsa przelewa mi się także na talerzu. Jedząc, zajrzałem jeszcze raz w oczy panu De. Odezwał się:
— Wie pan, że ja się tutaj źle czuję. Jestem zdenerwowany, niepokój mnie ogarnia.
— Przyzwyczai się pan — odpowiadam zdawkowo.
Milczymy, nie czujemy kontaktu ze sobą. Wyciągamy maszyny do pisania i ze dwie godziny piszemy listy. Później siadamy do kart.
— No, nie, nie, nie! — wołam. — Już pan położył tę dziewiątkę, już nie można się cofać!
— Ale jak to!
— No, nie można, i już.
Gramy dalej. Dzisiaj kapitan — inny człowiek. Bledszy, cera świeższa. Je z apetytem, opowiada pulchne dowcipy z pointą na początku lub w środku. Ale dobrze, że już przyszedł do siebie, boby jeszcze nas zawiózł czort wie dokąd. Dzisiaj na obiad zupa kartoflana. Jeszcze smakuje. Na pokładzie wiatr nadziewany mewami. Brzeg brazylijski majaczy pustką i dzikością. Siadamy do kart. Coś tu z rozrywkami kiepsko. Kolację jemy z kapitanem, bzdurząc o tym i owym. Wieczorem niebo gwiaździste, ale jakieś wymięte, zrywa się chamskie, rozjuszone wichrzysko, morze łyska pianą, jest dosyć niemiło. Stoimy oparci o balustradkę nad przednim pokładem i w milczeniu palimy papierosy. U kapitana na górze zapłakał smutno dzwonek, na dole z przedniej kajuty wypełzło światło, ktoś zamajaczył na tym świetlnym pasie i podreptał na górę. Przykro. Myślę, że mi trudno będzie w tym codzienniczku być szczerym, a tu akurat po dzwonku i tej posturce, co poszła na wezwanie, poczęły mnie gnębić jakieś tęsknoty, opanował mnie przykry nastrój. Także pan De ma luźną minę, zauważyłem to w kabinie, kiedyśmy się „udawali na spoczynek”.