21 lipca
Nawet świadom byłem całą noc tego wjazdu w Biscaye. Przewalało mną w łóżku niby polanem. Księżyc świecił i w jego granatowym świetle kabina kłębiła się ponurymi kształtami sprzętów, pełna jęków, skrzypów i popiskiwań. W szafce brzęczały przesuwające się butelki, jakiś rondel szurgał za ścianą. Nade inną mruczał pan De: „Cholera, a to dopiero”... Nie chciało mi się z nim wszczynać rozmowy. Ponieważ przewracałem się z boku na bok i przewracało mną z boku na bok, więc kręciłem się w kółko. Czasem gwałtowne pochylenie dzioba okrętu wciskało mi głowę w poduszkę, to znów nagły przysiad rufy unosił mi ją do góry. Czułem się, jak gdyby mnie w beczce spuszczano z jakiejś pochyłości. Naczynia za ścianą rozszczekały się na dobre, chrobotało to i cieniutki głos szklanek wytwarzał niesamowitą kakofonię. Rano jak ślepiec, opierając się rękami o ściany, przedostałem się do łazienki. Wszystkie przybory toaletowe zgodnie zgromadziły się na dnie wanny. Nawet nie próbowałem ich ustawić na zwykłym miejscu, bo z półki zsunęły się nawet resztki proszku do zębów. Umyłem się wśród niebywałych trudności i zajrzałem do jadalni. Nasze maszyny do pisania, zeskakując ze stołu, ściągnęły za sobą pluszowe pokrycie. Teraz jak dwa oswojone zwierzątka drzemały obok siebie; jedna na boczku, druga do i góry brzuszkiem. Po prostu bałem się uchylić pokrywy, dopiero tak często prześladujący mnie od tyłu głos pana De: „Rany Boskie, a co to znowu!” — zmusił mnie do przyklęknięcia nad przyjaciółką. Ja swoją, a on swoją. Z wierzchu nic nie zauważyliśmy, jednocześnie wkręciliśmy świstki papieru — pisały. Spadły co prawda na dywan i podczas gwałtownego przechylenia zmniejszyła się odległość od podłogi.
— Nie, nie, proszę pana — wyjaśniam. — Odległość pozostała ta sama; podłoga też się pochyliła.
— A, racja... No, ale nie potłukły się.
Tak, tak! Te zdania, zaczynające się od „no”, zaczynały mi już dokuczać. Na okręcie w ogóle panował nastrój awantury, jak po jakimś bałaganie i przed następnym. Tej nocy palacz, wściekły od chwiejby, gorąca i z resztkami teneryfskiego katzenjammeru, wyszedł na pokład i przechodząc koło łaszącej się Pessi, chwycił ją za kark i wyrzucił za burtę. W tej sprawie wybrałem się na górę do kapitana. Byłem wściekły na tę bezmyślną zbrodnię. Zaczął mi mętnie tłumaczyć, że z palaczami w ogóle trudno postępować i że co czas pewien napada ich maleńki obłędzik. Całą tę sprawę widział dyżurujący pierwszy oficer i już nawet sklął z góry palacza, który podobno miał taką minę, że oficer bał się zejść na dół.
Palacz porządkował sprzęty, ludzie umacniali obluzowane liny przytrzymujące komin, słowem — rejwach. Teraz morze nieco się uspokoiło, niby już szmaragdowe, ale ciągle wściekłe. Świeci słońce, daleko widać jakiś statek; dzień wietrzny i niepokojący. Wszystko się porusza, zgrzyta i stęka, ludzie zataczają się przy robocie jak uparci pijacy. Tak cały dzień.