24 lipca

Rano zaprosił mnie do swej kabiny na górze statku telegrafista. Wypiliśmy po kubku ciepłej malagi. Pokazał mi aparaty, wytłumaczył jak i co. We wszystko, co mówił, wierzyłem, choć nie mogłem sprawdzić. U tego nieszczęśliwego człowieka wisi nad łóżkiem fotografia ładnej dziewczyny. Powiada, że to jego narzeczona, i nie wie, co o tym myślę. Ma tutaj także trochę sztucznych kwiatów, dwa nieładne dywaniki i gipsową figurkę Herkulesa z globem na barkach. Rozmowa nam nie wychodzi, mimo że jest wyraźnie uradowany moją wizytą. Wspomina miłe chwile, jakie z pierwszym oficerem, bosmanem i ze mną spędził w Santa Cruz. Słucham tych nowin z zainteresowaniem. Tak — mówię w końcu — to było wesoło! A czy przypadkiem, przepraszam bardzo — nie mam tam jakichś finansowych zobowiązań wobec panów? „Ach, to głupstwo! Pan był oczywiście trochę tego... Sześćdziesiąt pesów! Załatwi pan to przy okazji! Może jeszcze wina?” „Dziękuję, dobre, ale trochę za słodkie. Już pójdę sobie. Mile się musi panu tutaj czas spędzać? „E, przyzwyczaiłem się”. Opuszczam go, pełen niewesołych myśli. A jeśli się okaże, że winien jestem kapitanowi tysiąc funtów szterlingów! A jeśli się okaże, że sprzedałem nie swoje auto? Podczas obiadu kapitan odpowiada mi ze śmiechem, żeśmy się w ogóle nie widzieli. Nawo moja, kiedyż się rozstaniemy na zawsze! Po obiedzie pan De proponuje mi odczytanie swego wiersza. Zgadzam się. Treść taka: statek na swych barkach unosi nie tylko nas, ale i myśli i marzenia nasze. Dlatego też poświęcamy je morzu, dzięki któremu statek istnieje, a także składamy podziękowanie statkowi, że nas szczęśliwie dowozi do ojczystych brzegów. Powiadam, że (znikczemniałem!) to jest wprost śliczne. „A wie pan, kiedy to stworzyłem?” — mówi zdławionym głosem autor. — „Wczoraj... wczoraj! Kiedy mi pan tak przerywał”. O! Czuję, że mi wszystko wybaczył i że kocha mnie. W rzadkiej harmonii rozgrywamy kilka partyjek. Przerwały nam grę dwa koty, które zdecydowanie wskoczyły jednocześnie na stół, jakby w jakiejś delegacji. Są markotne i bez żadnej inicjatywy. Zaraz zeskoczyły po tej wizytacji i wyszły. Wychodzimy na pokład, rozmawiając o Pessi. Pan De mówi: „Tego drania, palacza, to bym krajał w pasy i solą posypywał”. To namiętne pragnienie wypowiedziane było z takim ogniem, że wprost zdawało się być bliskie spełnienia. Spacerujemy po dolnym pokładzie, jest jasno i letnio, nos odróżnia obce, lądowe wonie. Teraz po morzu płyną w kokietliwych drgawkach różne śmiecie, zwłaszcza deszczułki. Wygląda to jak symbol nieużytku. Popełniłem błąd, chwaląc wiersz pana De. Rozbudziłem widocznie jego muzę, bo oto trzyma mnie pod rękę i mówi o planach na przyszłość, zwierza się, słowem — jakiż ja jestem nieostrożny! Muszę teraz mówić takie zdanie: „Wszelka twórczość rodzi się w boleściach, miej pan cierpliwość i przede wszystkim unikaj zwierzeń w tych kwestiach! Jeśli jest w panu ten ogień, to niech pan się nie zraża nieuznaniem, bo to do potomności należy”. Jasne jest, że popełniam łajdactwo, ale już wszelkie kłótnie z nim, te na cicho, i te na głośno, obrzydły mi i pragnę spokoju. Torturował mnie ze trzy godziny.