26 czerwca

Nie pomogła aspiryna, kąpiel i woda sodowa. I słońce, i ładna zatoka nie pomaga! Już nigdy... ostatni raz! Przechodzę wszystko to, o czym parę dni temu opowiadałem kapitanowi. Znów pojechaliśmy do miasta, robimy sprawunki, jesteśmy małomówni, powypalani. Po południu wracamy na okręt. Odjeżdżamy. Żegnam Rio bez żalu — za ładne, za wiele dobrego naraz. Jedziemy. Za nami pozostaje kolorowy widok miasta, portu, okrętów, Corcovado i Pâo de Assucar. Godzina piąta i pół. W przesłonecznionej mgle dwie palmy samotne po prawej stronie; wszystko znieruchomiałe, tajemne. Daleko sterczą kły górskie i płynie statek pod smugą dymu. Stado mew, barwna wysepka, na wysepce białe domki pośród palm. Morze pomarszczone, wyłaniają się wielkie dźwigary i samotna boja. Znów jakiś cudowny, zielony pałacyk z wieżyczką pośród siedmiu palm. Ruszamy szybciej, po prawej stronie mija nas okręt pasażerski, punkcik kolejki napowietrznej zbliża się do szczytu Pao de Assucar, miasto zakwita światłami, migocą reklamy na dalekiej Copacabana, mijamy jeszcze kilka szczytów górskich, silny powiew zaskuczał cichutko, postrzępił się w olinowaniu, znikła ziemia — zahuczał ocean.