XXV
Smutnie wyglądała posiadłość pana Marcina: bale w bulwarku gniły, a ziemia sypała się przez nie do rzeki; schodki prowadzące do wody ruszały się jak klawisze, a parkan ogrodu był tak przezroczysty, jakby kto w nim umyślnie porobił otwory dla wentylacji. Ale nic dziwnego: komu z blisko mieszkających biedaków potrzeba było drzewa naprędce, a nie miał go pod ręką, to szedł wyciągać deski z parkanu, nie zawsze czekając z tym do nocy. Pan Marcin, gdy to przypadkiem zobaczył, wymyślał i klął straszliwie: „Ty taki, owaki, zrób no tak jeszcze raz, to zobaczysz, że cię wsadzę do kozy!” Ale zwymyślany odchodził spokojnie ze zdobyczą, wiedząc, że pan Orecki ma zbyt dobre serce, aby dotrzymać słowa. Nieraz pan Marcin wołał na pomoc stróża — ale zawsze dopiero wtedy, kiedy amator jego własności był już daleko — i w duchu prosił Pana Boga, żeby go stróż nie dogonił.
Brama od ulicy była na oścież otwarta: ludzie, co tu mieszkali, nie lubili ani rachować, ani zamykać.
Gdy łódź przybiła do brzegu, była dopiero godzina piąta. Helenka zapłaciła przewoźnikowi i wziąwszy swój worek w rękę, szła przez dziedziniec. Wiedziała, że drzwi wchodowe znajdzie otwarte, miała zamiar zapukać z cicha do kuchni, gdzie spały służące, a następnie poszukawszy klucza od swego pokoju udać się na górę, gdzie miałaby czas wypocząć i przebrać się, zanim pobudzą się rodzice. Ale posłyszał ją pies śpiący przed progiem i zerwawszy się, z radosnym skomleniem, skoczył jej na piersi i zaczął lizać po rękach i twarzy.
— Jak się masz! Jak się masz, mój stary, wierny przyjacielu! — szepnęła obejmując go. — Poznałeś mnie? Tęskniłeś za mną? Nie miałeś z kim chodzić na spacer, prawda?
Ale pies już nie słuchał. Jak strzała popędził do domu i zaczął dobijać się do drzwi kuchni gwałtownie, a gdy mu służąca otworzyła, sunął wprost do sypialnego pokoju państwa Oreckich; oblizał twarz pani Marcinowej, nie zważając na jej protest, a z pana Marcina, który miał sen twardszy, ściągnął kołdrę i, usiadłszy przy nim, gniewnie szczekał. Potem znowu jak strzała wyleciał i wrócił z tryumfem, poprzedzając swoją młodą panią.
W mgnieniu oka zrobiło się w domu gwarno; wszyscy powstawali, rodzice wyrywali sobie nawzajem dziecko dawno nie widziane. Przez chwilę nikt nie mógł przemówić słowa, bo wszyscy płakali — tylko pies siedział na środku pokoju, bił w podłogę ogonem i poszczekiwał, jakby chciał powiedzieć:
„Bardzo proszę nie zapominać, że i ja tu jestem! ”
Gdy pierwsze uniesienie minęło, nakryto do śniadania i przyniesiono samowar. Kucharka — bo reszta służby już była odprawioną — postawiła na stole bułki, chleb i masło, a pani Orecka, patrząc na tę skromną zastawę, rzekła z westchnieniem:
— Nie będziesz miała co jeść, moje dziecko. Nie miewamy teraz w domu ani szynki, ani biszkoptów, a na kredyt tak ciężko dostać... — dodała ciszej. — Ale gdybyś była nas uprzedziła, że przyjedziesz...
Helenka otworzyła swój worek podróżny i z tryumfem rozłożyła na stole dwie kuropatwy w papierze, chleb wiejski, pomarańcze i postawiła przy nich butelką wina. Zabrano się wesoło do uczty, która niegdyś tyła dla nich bardzo zwyczajną, a dziś wydawała się prawie wspaniałą.
Córka zastała rodziców bardzo zmienionych. Oczy matki nosiły ślady łez często wylewanych, a zmarszczki dookoła ust pogłębiły się; ojcu policzki zapadły, uśmiech wprzód dobroduszny przybrał jakiś bolesny wyraz — a wychudł pan Marcin tak straszliwie, że gdy oparł na stole rękę, na której była tylko skóra i kości, córce łzy się w oczach zakręciły.
Matka opowiadała Helence, że od czasu jak komisarz sądowy pokładł pieczęcie na meblach, ojciec zapadł w apatię, z której nic wyrwać go nie mogło, i jeżeli nie patrzył w okno i nie bębnił swojego marsza na pustym stole w kantorze, to albo odmawiał koronkę do Przemienienia Pańskiego, albo chował ręce głęboko w rękawy, wsuwał się w fotel i drzemał.
— Nie masz wyobrażenia, moje dziecko, cośmy tu wycierpieli! — mówiła pani Orecka, trzymając w palcach udko kuropatwy — co nas nadręczył ten Ofman ciągłym łażeniem na pięty! Nie było jednego tygodnia, żeby tu nie był upominać się o swoje, jak powiada. „Swoje! ” Mój Boże, czyśmy to dla siebie pożyczali? Wchodzi bez meldowania i pakuje się wprost do pokoju, tutaj, tu, w zabłoconych butach! Rozsiada się jak u siebie, nie czekając, aż się go poprosi, i gada impertynencje. Ach, ten ojciec i ten ojciec! co on narobił! A mówiłam: nie ręcz za nikim, żebyś nie potrzebował płacić!
Pan Marcin słuchał spokojnie tych oskarżających go słów. Od pewnego czasu słyszał je tak często, że się już do nich przyzwyczaił.
— I taki ordynarny Niemiec śmie do mnie mówić po prostu: „moja pani, moja pani”, jak do swej równej. Mówiłam mu parę razy, żeby tu nie przychodził; bo ja sobie nie życzę go widzieć, a on na to: „Moja pani, niech mi pani odda moje pieniądze, to ani zajrzę!” Jakbym ja miała jego pieniądze! Ostatni raz, gdy wszedł aż do sypialnego pokoju szukając ojca, a ja byłam jeszcze nie ubrana, powiedziałam mu, że go każę służbie wyprowadzić, a on na to z flegmą: „Moja pani, mnie się zdaje, że to pani się wyprowadzi, a ja tu będę mieszkał”. Ach, to ostatnia pasja człowieka bierze! Ty jeszcze nie wiesz, Helciu, że on chce wziąć od ojca ten dom w długu i dopłacić do niego, ale ojciec nie chce; a jednak byłby to jedyny sposób uniknięcia licytacji... Jak pomyślę, że nasze rzeczy będą wynoszone z domu przez tych okropnych ludzi, sprzedawane na środku rynku wobec wszystkich znajomych, u których dotąd uchodziliśmy za ludzi zamożnych, gdy pomyślę o ich spojrzeniach pełnych politowania, szeptach i uśmiechach, proszę Pana Boga, żebym nie doczekała tego wstydu. O! ja tego nie przeżyję!...
Kostka od kuropatwy wypadła z ręki pani Marcinowej, poniosła chustkę do oczu i wybuchnęła płaczem. Pan Marcin nie mogący znosić widoku jej łez rzucił nóż, którym się bawił, i załamał ręce z taką siłą, że aż stawy zatrzeszczały.
— Mateczko — szepnęła Helenka — większym wstydem byłoby oddać ziemię Niemcowi; fakt, że cierpimy z powodu niesumiennego człowieka, dla niego jest hańbą, nie dla nas. Co zaś do naszych znajomych, to się przekonają, że się mylili mając nas za bogatych, i nic więcej.
— Tak — podchwycił pan Marcin — tak, Helenka ma słuszność. Niemiec nie będzie gospodarował na moim gruncie, nie!
Matka spojrzała na córkę szeroko otwartymi oczyma. W jej słowach, w jej głosie, w jej zachowaniu się uderzyło ją coś, czego dawniej w niej nie bywało i czego, wyjeżdżając, z pewnością stąd nie zabrała. Był to jakiś nowy, nie znany dotąd w domu żywioł. Pani Orecka nie wiedziała, co to było, ale sercem matki odgadła, że córka powracała inna, niż wyjechała. Wpatrywała się w nią badawczo i spostrzegła, że ów wdzięk słabości, zdaniem jej najwięcej pociągający w kobiecie, zniknął w niej bezpowrotnie: że rozproszył się także urok naiwności dziecięcej, kapryśnej nieco, z którą jej było tak do twarzy. Rysy nabrały powagi, usta, dawniej rozchylone uśmiechem, zamykała jakaś stanowczość. Dawniej zachwycała tylko, teraz było w niej coś, co kazało ją szanować.
Życie przesunęło po niej swoją szorstką rękę — a choć dotknięcie to zadało jej bolesne rany, ale uleczyło kalectwa duszy; szlachetne kruszce, kryjące się w jej głębi, wypaliły się w ogniu cierpienia. Oczy dawniej pozbawione wyrazu, jeżeli ich nie ożywiła wesołość, jaśniały teraz blaskiem dawniej niebywałym. Co było jeszcze lekkomyślnego w duszy dziewczęcia, to w dniu wczorajszym, obfitym w głębokie wzruszenia, niepowrotnie uleciało. Była to już kobieta rozumiejąca warunki życia kraju i znająca swój do niego stosunek. Wiedziała, dokąd idzie i czego chce. Nic tam już nie drzemało, wszystko było rozbudzone.
— Jakeś ty się zmieniła, moje dziecko — mówiła matka wpatrując się w nią ciągle — jakeś się zmieniła dziwnie... wypiękniałaś jeszcze bardziej, ale wyglądasz tak, jakby ci kilka lat przybyło. Prawda, Marcinie?
Pan Marcin kiwnął głową.
— Wygląda jak kobieta dojrzała — powiedział.
— Ojciec ma słuszność, wyglądasz jak kobieta dojrzała... Co się z tobą stało? Ale mów nam o sobie, moje dziecko, mów! Dobrze ci tam? Kochają cię? Dogadzają ci? Ale kto by ciebie nie kochał! Chciałabym takiego widzieć! Wygody wszelkie masz? Pisałaś mi, że pokoik twój bardzo ładny; cóż tam stoi? Czy tylko nie za wiele pracujesz, bo pobladłaś trochę? A bawiłaś się też dobrze w karnawale? Mój Boże, myślałam, że tam zrobisz jaką dobrą partię76! Z twoją pięknością i ukształceniem można sięgnąć nawet po mitrę książęcą.
Helenka uśmiechnęła się smutnie. Przekonała się już ona, co znaczy ukształcenie, w jakie ją zaopatrzono, ale nie chciała poruszać tego przedmiotu. Nie chciała także rozwijać w tej chwili przed matką nowych pojęć między obcymi nabytych, bo nie pora była po temu, rzekła więc tylko:
— Gdyby mitra była tuż nad moją głową, mateczko, nie wyciągnęłabym po nią ręki.
— Ona chce powiedzieć, że mitra musiałaby sama wejść na jej głowę — objaśnił pan Marcin. — Dumna jest jak prawdziwa szlachcianka.
Helenka uśmiechnęła się znowu. Nie rozumiano jej, ale nie chciała się jaśniej tłumaczyć; były pilniejsze rzeczy do rozważenia. Odpowiedziała więc na zadawane jej hurtem pytania w duchu życzeń matki — matka też sama nie dała jej na wszystkie odpowiedzieć.
— Patrz, jak ja zmizerniałam — mówiła — ale czy można dobrze wyglądać przy takim życiu, gdzie każdy dzień jest torturą moralną i ciągłą walką braku pieniędzy z potrzebami życia? Moje nerwy są okropnie rozstrojone; wszystko mnie gniewa, drażni i irytuje. Po nocach nie mogę sypiać, a morfina już nawet na mnie nie działa, tylko rozstraja jeszcze więcej. Mam oczy zapadłe, nieprawdaż? A żebyś wiedziała, jak ja siwieję! Sił nie mam nic a nic, każda rzecz mnie męczy.
— Przywiozłam kilka butelek ekstraktu słodowego, to mateczkę wzmocni.
— Przywiozłaś?
— I butelkę wina starego dla ojca, bo mi się zdaje, że to będzie skuteczniejsze od chiny.
— Dobre, poczciwe dziecko, jak o nas obojgu pamiętałaś! Słyszysz, Marcinie, Helcia przywiozła dla ciebie starego wina.
Pan Marcin kiwnął głową na znak, że słyszy, ale nic nie odpowiedział. W milczeniu podniósł rękę do oka, jak gdyby łzę ocierał.
— Jest i czepeczek dla mateczki — mówiła dalej Helenka.
— Doprawdy! — zawołała z radosnym zdziwieniem pani Marcinowa — pokaż! Gdybyś wiedziała, jak ja się zaniedbałam — mówiła, podczas gdy Helenka wyjmowała z worka przywieziony czepeczek — zupełnie nie mam się w co ubrać. Wszystkie porządniejsze rzeczy już mi się zniszczyły, a nowych nie mam sobie za co kupić, bo wszystko idzie na życie i potrzeby domowe. Wstydzę się już ludziom pokazywać. Ładny, wcale ładny, teraz właśnie takie noszą. Dziękuję ci, moje dziecko. Gdybyś ty wiedziała, ile mnie dręczy ta myśl, że ty nam oddajesz wszystko, co zapracujesz, zamiast to użyć na własne przyjemności!... Fason bardzo dobry, musiałaś kupować w jednym z lepszych magazynów. A może to drogi sprawunek? Może zrobiłaś nim sobie duży uszczerbek? Powiedz, moje dziecko, powiedz!
— O nie, mateczko — odrzekła rumieniąc się lekko Helenka — ja teraz dosyć dużo zarabiam i nawet przywiozłam z sobą pieniędzy na zapłacenie wszystkich kieszonkowych długów.
— Chwała Bogu!
Wstała i zbliżyła się do lustra, żeby przymierzyć czepeczek. Było jej bardzo ładnie. Piękna ta jeszcze kobieta posiadała właśnie ów delikatny wdzięk słabości, którego córce już brakowało, i była skończonym typem w swoim rodzaju. Pomimo dojrzałości lat było w niej zawsze coś z dziecka, potrzebującego opieki i podpory.
— Nie wyobrazisz sobie, Helenko, co ja przeżyłam w dniu, gdy ten okropny człowiek, ten komisarz sądowy, przyszedł zajmować nasze meble — mówiła pani Orecka siadając znowu przy stole i biorąc drugie udko kuropatwy. — Dostałam okropnego ataku nerwowego, aż ojciec sprowadzał doktora, a ten zły człowiek nie miał żadnego względu na to i nie tylko wpakował się z papierami do pokoju, w którym leżałam, ale nawet opieczętował mój stolik z lekarstwami, ten mozaikowy. Ach, myślałam, że umrę!
— On nie chciał mamie wyrządzić zniewagi — tłumaczyła łagodnie Helenka — pełnił tylko swoją powinność.
— Człowiek z honorem nie powinien podejmować się takich rzeczy; to jest człowiek bez serca! Ja miałam płacz spazmatyczny, a on pisał najspokojniej protokół.
Pociągnęła za taśmę od dzwonka. Służąca zjawiła się.
— Podaj mi sucharki — rzekła pani Orecka i mówiła dalej do córki: — straszne, straszne już chwile przeżyłam.
Służąca otworzyła kredens, wyjęła talerz z sucharkami i postawiła na stole.
— Szkoda, że mateczka mnie nie powiedziała, że to sucharków trzeba — odezwała się Helenka — byłabym mamie podała.
— Ach, po co ty masz wstawać. Od czegóż ona jest?
Helenka spuściła oczy.
— Czy Ofman ani razu nie dopominał się u Teckiego o swoje pieniądze? — spytała.
— Mówiłam mu to, ale odpowiedział mi po grubiańsku, że nie ma czasu szukać Teckiego po świecie; że skoro dłużnik pieniędzy nie oddaje, to on ich musi szukać na poręczycielu, i dodał: „Niech sobie pan Orecki Teckiego ściga, ja nie będę. Nie byłbym mu nigdy pożyczył, gdyby nie podpis pana Oreckiego”.
— A ojciec czy nie kołatał na niego?
— Ojciec powiada, że gdyby Tecki miał pieniądze, toby je oddał z pewnością, bo nie jest złym człowiekiem. To doprawdy zwariować można! Więc ja powiadam: „Bój się Boga, Marcinie, co my poczniemy, gdy Ofman nam wszystko zabierze? ” A ojciec na to: „Zobaczysz, że nas Pan Bóg nie opuści”... Piękna mi pociecha!
Pan Marcin w milczeniu patrzył na swoją żonę siedzącą w nowym czepeczku i bębnił swojego marsza na talerzu.
— Ojciec ma słuszność, mateczko. Pan Bóg nie opuszcza nikogo, ale pozwala, a nawet każe się bronić przeciwko gwałtom, krzywdom i niesprawiedliwości.
Pan Marcin zwrócił na córkę wzrok, w którym widać było, że jej nie rozumiał. Ale Helenka nie chciała jeszcze teraz wyraźniej się tłumaczyć. Spojrzała na psa, z apetytem uprzątającego talerz z resztek kuropatwy, i rzekła wyciągając do niego rękę:
— A ty, mój stary przyjacielu, co mi powiesz? Wychudłeś także...
Pies położył łeb na jej kolanach i patrzył jej w oczy przywiązanym, rozumnym wzrokiem, a pan Marcin ożywiając się powiedział:
— Ach, żebyś ty wiedziała, jak on nie cierpi Ofmana! Kiedy powiadam ci, że jak tylko Niemiec się pokaże, tak pies zaraz warczy, a raz nawet rzucił się na niego i połę mu u kaftana rozerwał. Toteż nie może na niego patrzeć i woła z daleka:
„Panie Orecki, niech pan zawoła do siebie ten brzydki pies! ”
Dobre, poczciwe psisko! — mówił głaskając go.
Wszyscy troje się roześmieli.
Po śniadaniu Helenka poszła się przebrać do swego pokoju. Wszystko tam było w takim stanie, w jakim zostawiła wyjeżdżając, utrzymane starannie i jakby czekające jej powrotu. Widok tego pokoju z jego zbytkownym urządzeniem nie obudził w niej jednak żalu i goryczy, że jest tego wszystkiego pozbawioną w Warszawie, bo przywykła już do prostych warunków życia — i komfort, choć zawsze jeszcze miły, przestał być jednak potrzebą jej życia. Przykro jej tylko było, że przedmioty te nie należały już do niej. Na wszystkich kosztowniejszych znajdowały się pieczęcie komisarza.
Matka wkrótce przyszła za córką. Nie mając komu przez kilka miesięcy zwierzać się ze swoich trosk, czuła potrzebę ulżenia sobie teraz wypowiedzenia wszystkiego, co jej ciężyło na sercu i jak przy śniadaniu dała jej główne zarysy położenia, tak teraz dorzucała mnóstwo szczegółów do pierwotnie skreślonego obrazu. Teraz dowiedziała się Helenka, że ojciec miał jeszcze pięćset rubli u pana Dońskiego z Madejowa, obywatela, który wzorem innych obiecywał ciągle oddać, a nie oddawał.
— Co ty robisz! — zawołała nagle pani Orecka widząc w rękach córki kawałek prostego mydła — myjesz się tym paskudztwem? Proste mydło dla tak pięknych rąk! Czy widział kto co podobnego!
Helenka uśmiechnęła się.
— Nie jest ono gorsze od każdego innego — odpowiedziała — tylko tyle, że nie pachnie, a znacznie mniej kosztuje.
Matka spojrzała na córkę ze zgorszeniem.
— Ależ moja Helciu, to jest po prostu wstrętne. Nie mów mi o taniości, bo cóż tam ta złotówka znaczyć może. Widzę ze smutkiem, moja droga, że nabrałaś jakichś gminnych upodobań. Co się z tobą stało? Twoja suknia razi staroświecczyzną i tak jest wytarta na rękawach, że aż wstyd. Trzebaż ją było kazać przerobić! Żadna szanująca się kobieta nie nosi już wąskich sukien; w żurnalach bardzo suto upinają się tiuniki. Czy nie kupiłaś sobie nowego kapelusza?
— Nie, mateczko.
— Dlaczego?
— Mamy teraz ważniejsze potrzeby nad trzymanie się ścisłe żurnalów. Mój stary kapelusz i moje wąskie suknie muszą mi służyć do końca.
Matka załamała ręce.
— Mój Boże! Więc ty, moje biedne dziecko, nawet tyle nie zarabiasz, żeby ci to wystarczyło na przyzwoite pokazywanie się ludziom? Z takim rozumem, takim ukształceniem jak twoje!... Ależ on jest zupełnie niemożliwy ten twój kapelusz; powinnaś sobie koniecznie kupić inny. Kobieta nie może się tak opuszczać. Alboż to tak wielki wydatek? Oszczędzeniem kilku rubli nic nie zbudujesz.
— Wielkie sumy z takich właśnie małych wydatków rosną — odrzekła córka i, patrząc w oczy matki, spytała ze słodyczą: — Czy to suknia jest miarą wartości człowieka, mateczko? Czy ja jestem mniej godna kochania teraz niż dawniej, gdy byłam zawsze ubrana podług żurnalu?
Pani Orecka rozrzewniła się.
— Ty, moje dziecko, byłaś zawsze i jesteś godną kochania — mówiła ściskając ją — ale skąd się w tobie to wszystko wzięło. Już ja widzę, że ty za mąż nie pójdziesz! Zrobiłaś się zanadto poważna, a mężczyźni tego nie lubią. Gdzież to jest twój łańcuszek od zegarka?
— Dałam go do sporządzenia, rozerwał mi się.
— A bransoletka porte-bonheur77, coś ją dostała od ojca na imieniny, ta z brylantową gwiazdką? Miałaś ją zawsze nosić.
— Także w sporządzeniu; wyleciał z niej jeden kamyczek.
— Dziwna rzecz, że ci się tak wszystko naraz popsuło! Ty coś kryjesz przede mną, Helciu.
— Chciałam, droga mateczko — odrzekła po chwilowym wahaniu — ale myślę, że lepiej zrobię, jeżeli mateczce powiem prawdę. Sprzedałam wszystkie niepotrzebne błyskotki.
Matka patrzyła przez chwilę na córkę osłupiałym wzrokiem, usta jej zaczęły drżeć i wybuchła głośnym płaczem.