XXVI
Pan Marcin był zawsze człowiekiem pobożnym, a od czasu jak spadł na niego grad nieszczęść, stał się jeszcze pobożniejszy. Ufny, że Pan Bóg go nie opuści w nieszczęściu, modlił się co kilka godzin z wielką żarliwością, puszczając mimo uszu wszelkie uwagi żony co do możliwych jeszcze środków ratunku. Pozbawiony swego handlowego zajęcia, nie miał co robić z czasem i jeżeli się nie modlił, to spał, a jeżeli nie spał, to wyglądał przez okno i bębnił marsza. I dziś po śniadaniu, odmówiwszy koronkę do Przemienienia Pańskiego, zabierał się do drzemki w fotelu, zasunąwszy głęboko ręce w rękawy szlafroka, gdy Helenka zbliżyła się do niego i rzekła:
— Pomówmy o interesach, ojczulku.
Pan Marcin spojrzał na córkę zdziwiony. Mówić o interesach z kobietą, i to jeszcze z własną córką, która nigdy nie rozumiała interesów, wydało mu się rzeczą arcyzabawną. Pogłaskał ją po głowie i powiedział uśmiechając się dobrotliwie:
— Oj, ty, ty figlarzu, zawsze ci się żarty trzymają. Okryj mi nogi tym szałem, co leży na kanapie, bo się chcę trochę zdrzemnąć.
Helenka wstała, przyniosła żądany szal i, siadając znowu przy nim, rzekła:
— A teraz, ojczulku, pomówmy o interesach.
Pan Marcin spojrzał powtórnie na córkę, a zdziwienie jego było jeszcze większe.
— Czego ty chcesz, Helciu — odezwał się nareszcie, sądząc, że jej nie zrozumiał.
— Chcę z ojczulkiem porozmawiać o naszym położeniu.
— A na co się to przyda? — powiedział krzywiąc się trochę, że mu zakłócają spoczynek.
— Może dałyby się jeszcze wynaleźć jakie środki ratunku... Czy nie można zmusić Teckiego do oddania?
Pan Marcin zamyślił się.
— Jakże go zmusić, kiedy on nie ma nic i nie będzie miał, dopóki żyje jego ojciec.
Nagła błyskawica rozświeciła umysł Helenki. Przypomniała sobie wczorajsze spotkanie konnego posłańca ze swoim furmanem.
— On już nie żyje! — zawołała i opowiedziała ojcu wszystko, co jej się u Teckiego i w drodze zdarzyło.
Pan Marcin słuchał z pewnym niedowierzaniem.
— Gdyby stary Tecki umarł naprawdę, to syn jego już by zawiadomił telegrafem mnie lub Ofmana. Wiedzielibyśmy coś o tym. Musiałaś się przesłyszeć albo też była mowa o kim innym.
— Ojciec jego był podobno zamożny? — pytała dalej Helenka.
Pan Marcin kiwnął głową.
— Posiadał piękną kamienicę w H., ale stary miał także córki, więc jest kilka głów do spadku. Zanim by Tecki coś dostał, kamienica musiałaby zostać sprzedaną w drodze działów.
Helenka milczała czas jakiś.
— Czy ojczulek ma jakiego znajomego prawnika w H.?
— A jakże, mam, Ksawerego L.; to mój szkolny kolega.
— Niech ojczulek napisze do niego list z prośbą, żeby mi nie odmówił rad i wskazówek, o jakie go poproszę.
Pan Marcin otworzył oczy szeroko.
— A tobie to na co potrzebne?
— Pojadę do H. i będę się starała sprawdzić wiadomości o śmierci starego Teckiego, a dalej zobaczę... Jeżeli działy zaraz będą i Tecki otrzyma jakie pieniądze, musi zapłacić Ofmana.
Pan Marcin patrzył przez chwilę na córkę, a w umyśle jego odbywała się niemała praca; nareszcie rysy twarzy drgnęły mu lekko i rzekł:
— Dobrze, napiszę ci ten list jutro.
— Nie, ojczulku, trzeba go napisać jeszcze dzisiaj.
— A to na co? Jeżeli stary umarł przedwczoraj, to dziś jest pogrzeb. Działy nie mogą być wcześniej jak jutro. Będzie więc dosyć czasu na napisanie listu.
— Jutro już trzeba działać, ojczulku; dziś wszystko musi być przygotowane.
— Dobrze — powtórzył pan Marcin przymykając oczy — tylko się trochę zdrzemnę.
— Ojcze! ojcze! — prosiła Helenka kładąc mu rękę na ramieniu — nie można tej sprawy odwłóczyć. Trzeba ten list napisać zaraz. Za godzinę wyjeżdżam.
— Co, chcesz dziś jeszcze jechać — wyszeptał pan Marcin podnosząc na nią senne oczy — ale ja na to nie pozwolę! Przyjechałaś i chcesz znowu odjeżdżać? Olaboga, laboga! Słyszysz, matka, Helcia chce już odjechać! Jakże pojedziesz, kiedy most jest zerwany?
— Tak jak tu przyjechałam. Znajdę łódź, co mnie przewiezie.
Helenka przedstawiła matce swój plan i pani Orecka, choć zasmucona, że będzie musiała rozłączyć się z córką po tak długim niewidzeniu, nie sprzeciwiała się. I tak po kilku godzinach pobytu w domu rodziców Helenka odjechała, wziąwszy od ojca na wyjezdnym obietnicę, że nazajutrz rano pojedzie do pana Dońskiego dopominać się o zwrot pięciuset rubli.
Wieczór już był, gdy powóz pocztowy przybył do miasta gubernialnego H. Przed stacją stało kilka dorożek. Helenka skinęła na jedną z nich i kazała się wieźć pod numer domu wskazany przez ojca; ale w bramie stróż powiedział jej, że pan adwokat L. wyprowadził się stąd od roku na ulicę Warszawską. Pojechała tam, ale dowiedziała się znowu, że adwokat L. mieszkał tam istotnie i bardzo był z mieszkania zadowolony, ale przed trzema miesiącami wyniósł się do innego miasta, gdzie został rejentem. Do przyjęcia tej wiadomości Helenka nie była przygotowana, spadła na nią jak grom. Tak liczyła na radę i pomoc tego adwokata i na gościnność w jego domu, bo ojciec prosił go o to w liście... Teraz zostawała w nieznanym mieście sama jedna, bez doradcy, bez przyjaciela, bez mieszkania i z nader szczupłymi funduszami. Wahała się przez chwilę, co począć z sobą, nareszcie wsiadła znowu do dorożki i kazała jechać do hotelu, gdzie zażądała najtańszego numeru i otrzymała małą ciupkę na trzecim piętrze. Szwajcar78 hotelowy i służba spoglądali podejrzliwym wzrokiem na podróżną, nie mającą żadnych pakunków, i zażądali z góry zapłaty za dwa dni, co też Helenka uczyniła. Znalazłszy się samą, poczuła taką potrzebę spoczynku, że zmówiwszy krótką, ale gorącą modlitwę, położyła się spać nie usiłując już myśleć o niczym.
Wyczerpana dwudniowymi wysileniami fizycznymi i wzruszeniami, zasnęła snem kamiennym i, choć łóżko hotelowe nie należało bynajmniej do wygodnych, obudziła się bardzo późno nazajutrz, bo była już godzina jedenasta. Przerażona i zmartwiona tym opóźnieniem kazała sobie podać herbaty i wypiwszy ją z pośpiechem, wyszła na miasto.
Nie wiedziała ona jeszcze, co pocznie ani jak sobie poradzi, ale miała niejasne przeczucie, że trzeba szukać wskazówek tam, gdzie się rozstrzygają wszystkie sprawy i spory, gdzie się wnoszą skargi i skąd padają wyroki — u źródła sprawiedliwości. Spytała o gmach sądowy i pokazano go jej: był to budynek duży, z oknami zakratowanymi u dołu, z wyobrażeniem w płaskorzeźbie na frontonie Temidy, trzymającej wagi.
Na chodniku przed gmachem było tłumno; stały tam osoby różnego wieku i płci z różnych sfer społecznych. Granatowe kapoty, krótkie surduty i chałaty ocierały się nawzajem o siebie; chałatów było najwięcej. Ludzie stali, chodzili i rozmawiali gromadkami lub po dwóch — a gdzie tylko odbywała się narada z kilku osób złożona, tam niezawodnie był i chałat i wiódł rej wymową i żywą gestykulacją. Ludzie rozprawiali głośno, grozili komuś i szeptali po cichu, oglądając się, czy kto nie słyszy, rozchodzili się i wracali znowu. Helenka przecisnęła się przez tłum i weszła do sieni, ale tam znalazła to samo, co przed gmachem: ścisk. Żelazne schody prowadziły na piętro. Różni ludzie szli na te schody z papierami w rękach i tekami pod pachą: jedni postępowali z wolna, jakby zmęczeni, inni szli żwawo, inni jeszcze przeskakiwali po kilka stopni na raz.
Helenka szła tam, gdzie wszyscy, a stanąwszy na piętrze, zdziwiła się, że znalazła to samo, co na dole: ludzi chodzących, siedzących, rozmawiających, a każdy wyglądał, jak gdyby na coś lub kogoś czekał. Schody przecinał długi, wąski korytarz, mający po obu stronach szeregi drzwi na podobieństwo cel zakonnych w klasztorach. Nad każdymi drzwiami była szyba ze szkła mlecznego, a na niej złoconymi literami wypisane nazwisko. Były to nazwiska notariuszów. Drzwi te raz po raz otwierały się i zamykały, wchodzili tam i wychodzili różni ludzie. Wiele osób spacerowało wzdłuż korytarza, rozmawiając.
Helenka zaczęła czytać z kolei nazwiska notariuszów. Przeszła wzdłuż cały korytarz i przeczytała wszystkie nazwiska, a skończywszy ten przegląd, zadała sobie pytanie, co ma czynić, w którą zwrócić się stronę, i błagała Boga, żeby ją natchnął jaką myślą szczęśliwą. W połowie mniej więcej korytarza było zagłębienie w rodzaju niszy, a w nim ławeczka; tam usiadła. Drzwi kancelarii znajdującej się obok były nie domknięte i słyszała od czasu do czasu głos donośny:
— Panie Józefie, czy pan już skończyłeś swój referat?
— Jeszcze nie, panie notariuszu.
— A pan, panie Antoni, przepisałeś swój akt?
— Zaraz będzie skończony, panie notariuszu.
— No to proszę, żeby oba były gotowe, gdy powrócę.
— Dobrze, proszę pana — odpowiedziały obydwa głosy.
Po chwili drzwi skrzypnęły i mężczyzna w paltocie wiosennym i cylindrze wyszedł z kancelarii, minął korytarz i skierował się ku schodom. Helenka odprowadziła go oczyma, a gdy zniknął, wstała, spojrzała na napis nade drzwiami i weszła do kancelarii.
— Czy zastałam pana notariusza I.? — spytała.
— Tylko co wyszedł — odpowiedział jeden z dependentów, wstając z krzesła — i pewnie nie wróci prędzej niż za godzinę.
— A więc... muszę przyjść kiedy indziej. Czy czasem nie wiadomo panom, który z notariuszów prowadzi interesy pana Teckiego z Komnat?
— Tecki... — powtórzył dependent, jakby czegoś szukając w pamięci — coś słyszałem, ale nie mogę sobie przypomnieć. Panie Antoni, może pan wiesz, kto interesy Teckiego prowadzi?
— Notariusz S. — odrzekł zapytany, nie podnosząc głowy od papierów.
— Trzecie drzwi na prawo — objaśnił uprzejmie pierwszy — trafi pani z łatwością.
— Dziękuję panom — odrzekła Helenka i wyszła.
Powzięła zamiar rozmówienia się z notariuszem S. Już kładła rękę na klamce drzwi, prowadzących do jego kancelarii, ale cofnęła się po namyśle.
„Nie — rzekła do siebie — nie powinnam z nim samym mówić, bo, chcąc od niego zasięgnąć wiadomości o Teckim, musiałabym powiedzieć, dlaczego mnie interesuje; a on nie powinien nie tylko wiedzieć, ale nawet domyślać się, kto jestem, bo mógłby go ostrzec o moim przybyciu. Pismo święte mówi: Bądźcie niewinni jako gołębie, ale roztropni jako węże”.
Niebezpieczeństwo uczyniło ją ostrożną i przewidującą.
W tej chwili otworzyły się drzwi kancelarii i wyszedł z nich woźny z pliką papierów pod pachą.
— Czy notariusz S. jest jeszcze? — spytała zachodząc mu drogę.
— Jest, ale zaraz wychodzi na śniadanie. Jeżeli pani ma do niego interes, to niech się pani spieszy, bo nie wróci aż za godzinę.
Helence nie było więcej potrzeba na teraz. Wróciła do swego siedzenia w zagłębieniu muru i czekała, aż notariusz S. opuści kancelarię. Odprowadziła go, jak tamtego, wzrokiem do schodów i gdy jej zniknął z oczu, weszła do kancelarii, gdzie powtórzyła się przytoczona już wyżej rozmowa.
— Czy zastałam pana S.?
— Tylko co wyszedł.
— Bardzo żałuję.
— Może pani sobie życzy zaczekać — odezwał się uprzejmie młodszy dependent — ale on nieprędko wróci, dopiero za godzinę. W porze południowej tak zawsze bywa.
— Nic nie szkodzi, zaczekam. Nie śpieszy mi się.
Dependent w milczeniu podał jej krzesło i gazetę. Skinieniem głowy podziękowała za jedno i drugie, ale nie czytała gazety, chociaż trzymała ją w ręku. Bystrym spojrzeniem obrzuciła cały pokój, papiery na biurku i kilkanaście dużych grubych ksiąg ustawionych na jednej z półek, przybitych do ściany, grzbietami do pokoju. Na grzbietach tych były tytuły różnych własności, znanych jej z nazwiska. Obdarzona doskonałym wzrokiem, wyczytała na jednej, stojącej już w samym kącie: Dominium Komnaty. To był dowód, że jej dano dobrą wskazówkę. Serce dziewczęcia zabiło na ten widok.
„Teraz spokoju i zimnej krwi” — rzekła do siebie i spoza gazety badała twarze obu dependentów, jakby zgadnąć chciała, czego po którym spodziewać się może.
Jeden, szpakowaty już, siedział zatopiony w swej pracy, na nic nie zważając. Wybór jej padł na młodszego.
— Łaskawy panie — odezwała się prawie obojętnie — wiem, że pan notariusz S. prowadzi interesy pana Teckiego z Komnat, który mnie... obchodzi. Nie wiadomo panu czasem, czy człowiek ten zdoła się jeszcze wydobyć z przykrego położenia, w jakie popadł? Podobno Komnaty mają zostać wkrótce sprzedane z powodu zaległych rat Towarzystwa Kredytowego?
— Było z nim rzeczywiście krucho — odrzekł zapytany, kładąc pióro za ucho — ale w tych dniach umarł jego ojciec i wskutek tego spada na niego kilkanaście tysięcy rubli. Zapewne pospieszy z zapłaceniem Towarzystwa. Pogrzeb był właśnie wczoraj.
— Działy nieprędko pewnie będą? — pytała dalej.
— Dziś właśnie były. To bardzo krótka manipulacja; tytuł własności domu przepisany został w hipotece na siostrę Teckiego, której dwie inne siostry niezamężne zostawiły na czas dłuższy swoje sumy. Jeden tylko pan Tecki zażądał gotówki, a że obecna właścicielka domu nie mogła wszystkiego od razu wypłacić, więc połowa sumy musiała zostać na hipotece domu, zapisana na jego imię.
— Kiedyż on odbierze tę pierwszą połowę?
— Już ją dziś odebrał, tu, w tym miejscu... Pan notariusz akt pisał.
Słowa te tak silne na Helence robiły wrażenie, że musiała się ręką uchwycić stołu, żeby nie upaść. Cel, który zdawał się być od niej tak daleki, a z powodu wyjazdu znajomego adwokata oddalił się jeszcze bardziej, stawał się bliski. Ogarnęła ją radość szalona.
— O której godzinie? — spytała stłumionym głosem.
— O dziesiątej.
„Spóźniłam się o dwie godziny — rzekła do siebie — gdybym nie była zaspała, byłabym świadkiem tego aktu. Tecki nie mógłby się zaprzeć, że ma pieniądze, i musiałby zapłacić Ofmana. Ale nie ma jeszcze nic straconego. Pójdę go szukać. Tak, ale muszę mieć jakiś dokument, bo jeżeli mi zaprzeczy, to czym mu prawdę dowiodę!... — Chciałam się widzieć z panem notariuszem — rzekła po chwili do dependenta — ale widzę, że za długo by mi przyszło na to czekać. Czy pan nie mógłby mi zrobić kopii tego aktu, i to zaraz, na poczekaniu?
Dependent rzucił przelotne wejrzenie na jej skromne ubranie.
— Wybaczy pani — szepnął pochylając się nad papierem — ale pilne zajęcie... może by kolega.
Ale Helenka wiedziała już, że kolega nic nie zrobi. Wstała i zbliżyła się do stołu, przy którym siedział mówiący.
— Widzę to dobrze, że czas pański jest bardzo drogi — rzekła zniżonym głosem — toteż niech mi pan za złe nie weźmie, że chciałabym tę stratę, o ile to jest w mojej możności, wynagrodzić.
I położyła przed nim trzyrublowy papierek nie bez obawy, czy go tym nie obraziła, ale dependent ani myślał się obrazić. Wsunął pieniądze między papiery, mówiąc:
— Niech pani będzie łaskawa usiąść: wyciąg będzie gotowy za pół godziny. Powinien go robić sekretarz hipoteczny, ale daleko prędzej będzie, jeżeli ja napiszę, a on podpisze tylko. Pani sobie życzy, żeby to było zrobione formalnie?
— Jak najformalniej.
— Stempel będzie kosztował piętnaście kopiejek.
Helenka wydobyła z portmonetki żądaną kwotę, a dependent zdjął z półki dużą księgę, opatrzoną numerem hipotecznym na grzbiecie, i zaczął pisać. Wzięła znowu gazetę, ale litery skakały jej przed oczyma. Chociaż powtarzała sobie ciągle, że powinna zapanować nad swoim wzruszeniem, bo spokój jest niezbędny do roztropnego działania — wzruszenie brało górę nad spokojem.
Po pierwszym uniesieniu radości nastąpiło niespokojne pytanie, czy Tecki nie wyjechał jeszcze z H. i czy ona nie będzie musiała znowu jechać do niego na wieś. Może jest jeszcze, skoro ma tutaj rodzinę, ale kto wie, czy w tej właśnie chwili nie wyjeżdża... I chociaż pióro dependenta szybko biegało po papierze, czas oczekiwania wydawał się Helence wiekiem. Opanowała ją gorączka niecierpliwości.
Dependent skończył pisać i wstał.
— Idę z tym teraz do hipoteki — powiedział — sekretarzowi trzeba będzie za to zapłacić trzydzieści kopiejek.
Helenka wydobyła znowu portmonetkę, której objętość zmniejszała się coraz bardziej. Dependent wyszedł, a w kilka minut powrócił z papierem już podpisanym i podał go pannie Oreckiej. Podziękowała mu i, przebiegając papier oczyma, spytała od niechcenia:
— Nie wiadomo panu, czy pan Tecki wyjechał już z H.?
— Miał dziś odjechać, ale być może, że jest jeszcze w mieście. Najlepiej mogłaby się pani dowiedzieć u jego siostry, pani Łuckiej.
— Gdzie ona mieszka?
— W swoim domu. Numer ma pani na wyciągu hipotecznym wypisany; ulica Zielona.
— Dziękuję panu bardzo.
Wychodząc z gmachu sądowego nie patrzyła już na liczne grupy osób stojących w sieni i na chodniku: nie wiedziała, że jej młodość, piękność i malujące się na twarzy wzruszenie zwracały powszechną uwagę. Nie szła, ale biegła na wskazaną ulicę, ściskając mocno w ręku upragniony dokument. Chciała wziąć dorożkę, ale nie spotkała żadnej próżnej: wszystkie były zajęte. Gdy stanęła nareszcie przed domem noszącym znany jej już numer hipoteczny, nie czuła prawie tchu w piersiach. W bramie siedział na ławie stróż i sporządzał miotłę, pęk rózeg leżał koło niego.
— Czy w tym domu mieszka pani Łucka? — spytała.
— Tutaj — była odpowiedź — na pierwszym piętrze, w oficynie.
— Pan Tecki, brat jej, jest w domu?
— Wyjechał.
— Wyjechał?... — powtórzyła, a głos jej uwiązł w gardle.
— Powróci jutro na obiad — mówił dalej stróż, biorąc w zęby koniec sznurka, który rozplątywał — bo pan nie do Komnat pojechał, ino na polowanie do pana barona.
Dziewczę odetchnęło. Wyszła z bramy wolnym krokiem i zwróciła się w stronę hotelu. Nie było jeszcze nic straconego, skoro on miał powrócić jutro. Uczuła głód i przypomniała sobie, że to czas obiadu i że prócz szklanki herbaty nic jeszcze dzisiaj nie miała w ustach. Ale woreczek jej, mocno już nadszarpnięty datkiem dla dependenta, nie pozwalał na jedzenie formalnego obiadu w hotelu, bo choć miała jeszcze trochę pieniędzy, roztropność nie kazała ich wydawać do ostatka, nie wiedząc, co się zdarzyć może. Było ich zresztą tak mało, że jeżeli nie zobaczy Teckiego i będzie musiała jechać do Komnat, sprzeda chyba zegarek. Wstąpiła do mleczarni79 napotkanej po drodze, wypiła dwie szklanki mleka, zjadła przy tym kawałek chleba i zapłaciła za to tylko piętnaście groszy. Skromny to był posiłek, ale zadowolił ją w zupełności. Od czasu wyjazdu z Warszawy pierwszy raz dopiero jadła z apetytem, a nie pamiętała, żeby jej co kiedy tak smakowało.
Była dopiero godzina pierwsza po południu; miała czasu przed sobą dosyć, więc wolnym krokiem wracała do hotelu. Przechodząc koło antykwarni80 przystanęła na chwilę i zaczęła czytać tytuły książek rozłożonych w okiennej wystawie. Pomiędzy tymi książkami była jedna trochę grubsza od innych, mająca na grzbiecie napis następujący: „Ustawy sądowe, obowiązujące w guberniach Królestwa Polskiego”. Oczy jej zatrzymały się na tej książce czas dłuższy, a w myśli stanęły jej słowa Teckiego: „Kobiety nie powinny się mieszać do interesów, których nie rozumieją”. Wyjęła z kieszeni portmonetkę, przeliczyła pieniądze i kupiła tę książkę. Kosztowała ją nadspodziewanie tanio z powodu zniszczonej okładki i braku kilku kartek końcowych. Dziwnym zbiegiem okoliczności wyczytała na kartce tytułowej nazwisko kolegi swego ojca, którego daremnie szukała: widocznie książka była kiedyś jego właśnością. Wydało się to Helence prawdziwym zrządzeniem Opatrzności i w dobrym, prawie wesołym usposobieniu wróciła do hotelu.
Całą resztę dnia i połowę nocy spędziła na czytaniu, a choć sucha treść książki zmęczyła ją wkrótce i znudziła, mimo to nie rzuciła jej. Wola panowała już w niej nad chęciami. Czytała i odczytywała po kilka razy ustępy dotyczące położenia ojca, chociaż pot spływał kroplami z jej czoła, a oczy zamykały się do snu, chociaż z początku nic zrozumieć nie mogła. Powoli na te niezrozumiałe rzeczy padać zaczęły słabe światełka i dowiedziała się wszystkiego, co chciała, a niektóre artykuły umiała prawie na pamięć. Teraz już nikt nie mógł powiedzieć, że miesza się do tego, czego nie rozumie.