Sobótka. O nocy świętojańskiej
Była dziewcyna tako bidno, Marysia, pracowito bardzo, no ale, no chłopoki no nie bardzo jo tam [lubili czy zauważali]. Ona kochała sie w takim Jontku i chciała bardzo, żeby na tego świntego Jana1, jak bedo polić te ogniska, bedo te noc świętego Kupały2, żeby tyż ona sie tam załapała [...] do tego ogniska, żeby te życzenia ji sie spełniły, [...] żeby ten święty Jon ji dopomóg [...]. Ale nie chciały jo te dziewczyny. No jak poszły na łąke, bo to musiały iść na łąke pozbirać ziela, żeby wionków uwiły, no to musiały śpiwać przy tym tak Kwiotków, ziela nazbirałam czy Hej, za mno, za mno, dziwecki.
Kwiotków, ziela nazbirałam,
Wionek posplatałam,
Na coło go nakładałam,
Do lasu pobieżałam.
Przydzie, przydzie młodzieniec,
Bydzie prosił mie o wieniec,
A jom sama wionek wiła,
Sama bede go nosieła.
Bylicom sie oposałam,
Na sobótki przyleciałam,
Wypatrujo ocy moje,
O uciechy jo nie stoje.
Jeno dzisioj przy księżeńcu3,
W tem rucianem ślicnem wieńcu
Spozirała bede na miłego,
Tońcyć bede u boku jégo.
Spozirała bede na miłego,
Tońcyć bede u boku jégo.
No ji śpiwajo przy tym wijo te wionki. Aniela mówi:
— O miały baby przyść, nie widać jich.
A drugo mówi:
— Przydo, przydo jak obiecały, to przydo. O! Już jesteśta!
Przyszły te baby, trzy takie kobity ze wsi. No ji najstarszo, oczywiście babka Hanka, znachorka, któro sie tam zajmowała tymi zielami, doradzaniem, i mówi:
— No przysły, jak żeśwa4 ji obiecały, więc żeśwa przysły, żeby wom ten uogieniosek rozpolić.
No ji zacena tam chuchać-dmuchać, z drasko tam zaczęła tam kamień o kamień pocirać. No ji zapoliła i mówi:
Ogieniosku, ogieniosku, pol sie,
prawą rąckom żegnom cie — jidź do góry wysoceńko5,
lewą rąckom — jidź do góry wysoceńko.
Od twojego zaru
w nocke strachu, caru,
pełno miłowenio,
pełno uciesenio.
— A wy, dziewcyny, tańcujta, śpiwojta i bowta sie.
No ji uwiły se te wionki, no chłopoki przyleciały. Przyleciały te chłopoki no ji każdy swojo tam pod poche bierze, nie, ido szukać kwiotka paproci, bo to już sie północek zbiżoł. Każdy za swojo [dziewczyną] tam idzie w te krzoki, a Marysia została sama. No ji tako zrozpaczono, patrzy: tutaj sie coś czyrni, tutaj coś bieli, coś loto, coś straszy, coś huko. No ji mówi:
— A póde tam nad Wisłe, tam mnij krzoków, zarośli, może tam nie bedzie mie straszyło.
No jidzie nad to Wisłe, patrzy: stoi święty Jan Nepamucym. No ji rzuciła sie na kolana i mówi do tego Jana:
— Świnty Janie, Marysia jestem, bidno i brzydko, i żadyn kawaler me nie chce. A tego, co go miłuje, zabrała my go ładna i bogato Aniela. A jo bym tak chciała, żeby un sie bawił ze mno na sobótkach. Ale zázdrosno Aniela nie pozwolo. Pedali6 my matuś o ty nocy świętojańskij, że sceńście przynosi kwiotek paproci, ale zeby go zdybać, to trzea chodzić szukać. Jo cie proszę, świnty Janie, dopomóż mi w te nocke, żeby mie Jasiek miłowoł.
I słyszy z figury głos:
— Nie lękaj sie, dzieweczko, nie lękaj sie. Idź do Wisły, która tu obok płynie, i umyj sie w ty wodzie.
Ona sie tak przestraszyła i mówi:
— Kto słyszy, ratuj! Kamień godo! Rzecy, dziwi niesłychane! Słuchać figury ludzki głos!
No ji ten głos mówi:
— Ale nie lękoj sie, idź zrób to, co ci mówe, umyj sie w ty wodzie.
No ji ona tako przestraszóno:
— Chyba tak zrobie!
I wstała z kolan, leci do Wisły, umyła sie w ty wodzie i patrzy: no tak, dzieś wyładniała. I tako zadowolono, już na duszy uspokojono, leci do tych ognisk, a tam śpiwajo dziewczyny:
O, Kupało w złotym wieńcu,
Zapol miłość przy księżęńcu,
Dej nom chleba, polom kłosy,
Wiankom wody, łąkom rosy.
I stanęła między tymi dziewczynami, chodzi, śpiwa, śpiwa [...], chłopoki z nimi. I w końcu ta jedna Aniela, któro tak nie lubiała ji tego Jantka ji odbiła, mówi:
— O, patrzajta, jako ładna dziewucha! Kto to jest? To Maryna?
A dziewczyny mówio:
— Nie, to jakoś jinná dziewucha. Pedoj, kto ty jesteś!
— No jestem Marysia.
— To ty jesteś?
— No jo jestem.
— Pedoj, coś zrobiła.
A Janiela7 mówi:
— Wynocha stąd, coś tu chcia[ł]a! Jidź stąd!
A dziewczyny mówio:
— Nie, niech powi, co ona zrobiła, że toko ładno, że tak sie rozjaśniła, że tako zadowolono. Pedoj, coś zrobiła.
— A uumyłam sie w ty wodzie, bo my kozoł tak święty Jon.
— Eeeee! — Janiela dogo. — Nie wierzta ji, una cygani8, nie wierzta ji.
Ale dziewczyny już nabrały ochoty:
— Chodźta, chodźta, umyjemy sie ji my w ty świnty wodzie wiślany. Bedziemy takie piekne jak Marysia — i poleciały.
A Janiela mówi:
— A jidźta, jidźta. Jo tam nikaj9 nie póde. Idźta, głupie te...
Ale jo tak niespokoiło, poszła do ty wody, zaceła sie myć, a tam żaba skrzekiem jo zarzuciła i chrosty takie dostała, bąbelki takie jakieś na gębie. Patrzy w wode:
— Oloboga! Alem śkaradno! Ale mom sobótki! Ale mom sobótki...
A to tak było, że za to figuro schowoł sie taki stary chłop, co tak dobrze radził ty Marysi, co tak mu było żol i tak ty Marysi doradził. A Janieli tak chcioł troche na złość zrobić, że tako było prymuśnica, zawsze pirszo. Bo to chciały nawet i kloca ji powiesić, [...] bo tak było tako najwożniejszo we wsi.
I tak, Marysia i tak ożyniła sie z tym Jankiem — Jaśkiem, ji wesele trwało trzy dni.